Restrospektywy Australijskie: Szarzy Nomadzi

IMG_2130

 

 

 

 

 

Kilka kilometrów przed nami, na czerwonej drodze zamajaczył kształt. W falującym powietrzu trudno poznać co to. Wysoki obrys sugeruje pociąg drogowy, 50-metrowe monstrum składające się z ciągnika siodłowego, naczepy i dwóch przyczep, ale wzbijany słup kurzu jest zdecydowanie za mały. Przygotowujemy się w standardowy sposób: podkręcamy nadmuch żeby zwiększyć ciśnienie w kabinie i nie zassać kurzu, zwalniamy do 100 km/h i zjeżdżamy na pobocze. Mijają minuty. Nasz vis a vis okazuje się być półciężarówką ciągnącą gigantyczną, czterotonową, podskakującą na wybojach naczepę campingową. Wewnątrz dwójka opalonych na oliwkowy brąz staruszków. Krótkie pozdrowienie znad kierownicy i każdy wraca na środek drogi.

To szarzy nomadzi. Widok powszechny na australijskich drogach a w Outbacku o tej porze roku właściwie jedyni turyści. Są na tyle liczną grupą społeczną, że miasta konkurują o ich względy (i pieniądze) ubiegając się o znaczek RV Friendly (RV to skrót od Recreational Vehicle a więc, jakkolwiek drewnianie nie brzmi to po polsku, pojazd wypoczynkowy).

Żeby zrozumieć skąd się biorą, trzeba wiedzieć że system socjalny w Australii dopiero od niedawna doszlusowuje do standardów znanych z Europy. Australijczycy mają już prawo do 20 dni płatnego urlopu rocznie, ale nie zawsze tak było. Emerytury wypłacane są w kwotach pozwalających podtrzymać funkcje życiowe, i traktowane jak zasiłek, tj. zmniejszane, nawet do zera, osobom mającym inne dochody lub majątek. System ten jest jedną z głównych przyczyn dla których pokolenie baby boomers ciężko pracujące na swoje utrzymanie i oszczędzające na emeryturę nie miało wcześniej czasu na turystykę. Teraz chcą i wreszcie mogą zobaczyć swój kontynent z bliska.

Upodobania i standard różnią się znacznie. Niektórzy wyjeżdżają na parę tygodni w przerwach między swymi towarzyskimi, rodzinnymi i społecznymi obowiązkami, inni ruszają w drogę na lata. Dla części z nich oznacza to konieczność zamiany domu na mniejszy, inni sprzedają go całkowicie zakładając że nigdy już nie będzie im potrzebny. Co ciekawe, często wyjazdy te połączone są z sezonową pracą. To właśnie szarzy nomadzi i backpakerzy na rocznych wizach z prawem do zatrudnienia uzupełniają braki kadrowe outbacku. Ci pierwsi niosą ze sobą doświadczenie i umiejętności doceniane w gminach z dala od szosy, zwłaszcza w dziedzinach takich jak budowa i utrzymanie nieruchomości, księgowość czy obsługa turystów. W Australii włóczęga nie jest sportem elitarnym. Spotkaliśmy emerytowanych kierowców ciężarówek, budowlańców, pracowników administracyjnych i drobnych przedsiębiorców i tylko jednego prezesa, znacząco w dół odstającego wiekiem od średniej, który przekonał firmę że powinna go zwolnić, zabrał odprawę, spakował namiot i rodzinę do swojego kombi i ruszył w trasę. Na tle średniej jego ekwipunek wyglądał raczej skromnie.

Australia ma wspaniałą infrastrukturę do życia w drodze. Państwo utrzymuje dużą bazę darmowych miejsc postojowych dla kierowców podróżujących na długie dystanse. Wiele gmin, zwłaszcza tych RV Friendly, oferuję punkty zrzutu toalet chemicznych i poboru wody za darmo lub po kosztach. Z drugiej strony, między innymi za sprawą nomadów, ceny postoju na campingach płatnych (a więc wyposażonych w toaletę, prysznic, kuchnię, etc.) zmieniły się drastycznie. Kiedy odwiedzaliśmy ten kraj pierwszy raz w 2007 roku, wynajęcie “domku” zwanego tutaj kabiną kosztowało $40. Dziś na zrzeszonych polach rozbicie namiotu bez prawa do prądu kosztuje $50 a ceny kabin wahają się od $140 do $300. Jest to na tyle dobry interes, że właściciele caravan parków mają własne lobby starające się o zamykanie przestrzeni bezpłatnych które “psują rynek”. Debata jest gorąca i angażuje wielu ludzi.

Solidna, oparta na wydobyciu gospodarka Australii dodatkowo winduje kurs dolara powodując że rosnące koszty życia dają się we znaki obcokrajowcom jeszcze bardziej niż miejscowym. Spotkałem Niemkę, która przeprowadziła się tutaj 20 lat temu już po przejściu na emeryturę. Wybór wydawał się prosty. Miejsce tanie, słoneczne, ze skuteczną policją i dobrą opieką medyczną. Dziś niemiecka emerytura nie wystarcza jej już do pierwszego ale nie zdecydowała się wrócić. Miłość do krainy Oz rzadko jest uczuciem od pierwszego wejrzenia, ale sądząc po ilości ludzi którzy na nią zapadli, może być nieuleczalna.

Kiedy opadł kurz pomyślałem, że cieszę się, że mogę zobaczyć chociaż część tych rzeczy wcześniej, kiedy jeszcze serce pozwala mi wspinać się w górach a mózg wytrzymuje walące jak obuch słońce. Ale czy umiem wyobrazić sobie siebie ciągnącego przyczepę po tych bitych drogach za 40 lat? Z pewnością..

Papierowy walkabout

Znaleźliśmy ich. Wydawało się, że zatarli za sobą wszelkie ślady, splątali nieliczne tropy w niezrozumiały węzeł wskazówek, rozpłynęli się w gęstwinie buszu i falującym z gorąca powietrzu. Już prawie się udało i byli pewni, że mogą odetchnąć z ulgą, bo po tylu staraniach powinni być w końcu bezpieczni. Ale nie docenili determinacji swoich tropicieli. Tych wścibskich ludzi wtykających nos w nie swoje sprawy. Tych nieprzyzwoicie ciekawskich podróżników, zwanych Włóczykijami.

Wszystko zaczęło się jeszcze przed wyjazdem. U Billa Gamage’a wyczytałem, że w południowej Victorii żyła jedyna grupa Aborygenów osiadła przed przybyciem białego człowieka i hodująca węgorze na handel. Pamiętajcie, że w 1770 roku Australia cały czas żyła paleolitem – narzędzia były kamienne albo drewniane, a ludzie podążali za stadami zwierząt. A tu nagle kultura rolnicza zdolna łapać ryby, wędzić je i przechowywać na sprzedaż. Sensacja!

Pytać o Gunditjmara zaczęliśmy już w Warrnambool. Wiedzieliśmy, że żyli nad jeziorem Condah i to był nasz jedyny trop. W kolejnych napotkanych Visitor Centers mówiono nam, że kilka lat temu Aborygeni odzyskali swoją ziemię, dostali duże pieniądze na jej promocję, ale nikt jeszcze nie słyszał o efektach. W Portland dowiedzieliśmy się że rząd Australii przyznał grant na kupno łodzi do wożenia turystów po jeziorze. Łódź miała być wodowana na święta Bożego Narodzenia, ale według najnowszych sygnałów z Gunditjmara Community na pewno nie te w 2013 roku. Dostaliśmy też ulotkę o szlaku turystycznym, na którym odtworzono pułapki na węgorze i chaty. Zawsze to jakiś trop.

Na szczęście oprócz ulotki w kolejnym tourist information dostaliśmy szczegółowe wskazówki: minąć boisko w Tyrendarra, skręcić w lewo w nieoznaczony zjazd, po przejechaniu dwóch kilometrów skręcić w kolejną nieoznaczoną drogę ziemną… Jeździliśmy kiedyś w rajdach krajoznawczych, więc trafiliśmy za pierwszym razem, ale jak należało się spodziewać byliśmy jedynymi turystami na parkingu. Inni, najwytrwalsi ciągle szukają pierwszego skrętu.

Zdążyliśmy zrobić trzy zdjęcia kiedy na horyzoncie zamajaczyła postać dozorcy. Dowiedzieliśmy się, że jest to prywatna farma, nasz rozmówca będzie teraz jeździł traktorem po ścieżce na której stoimy, co jest dla nas niebezpieczne, więc musimy opuścić posesję. Nie, nie ma żadnego innego miejsca gdzie możemy sami zobaczyć kulturę Gunditjmara, ale w pobliskim miasteczku jest community, która organizuje wycieczki z przewodnikiem, który za $30 pokaże nam fundamenty oryginalnych chatek.

Gdy tylko wróciliśmy do samochodu, dozorca zniknął. Traktor został.

Aborygen przy pracy.
Aborygen przy pracy.

Nie poddajemy się i jedziemy dalej. Najpierw do Gunditj Mirring, Aborygeńskiej korporacji użytkującej farmę. Tam też kierują nas do Gunditjmara Community, organizacji zajmującej się organizacją opieki zdrowotnej, edukacji i redystrybucją rządowego finansowania. Również środków przeznaczonych na turystykę i edukację. Od recepcjonistki dowiaduję się, że wycieczki są organizowane. Niestety nie ma nikogo kto mógłby powiedzieć ile trwają, kosztują ani co można zobaczyć. Recepcjonistka oczywiście nic nie wie. Najlepiej gdybym zostawił swój kontakt, zadzwoni do mnie ktoś, kto wie. Nie, nie ma żadnych materiałów je opisujących. Do rozmowy włącza się kolejna dziewczyna. Trwa reorganizacja w ramach której mają się pojawić nowe materiały i strona www, sam pan rozumie że zajmujemy się tu masą ważnych spraw jak choćby opieka zdrowotna, a nie tylko turystyką. Nie wątpię w to i podążam tym tropem. Próbuję się dowiedzieć ilu podopiecznych ma community. To pytanie wywołuje u mojej rozmówczyni pewną nerwowość. Na szczęście w drzwiach pojawia się pracownik, który właśnie przyjechał z farmy. Nic nie wie o traktorze ani o zamknięciu szlaku. Próbuję wrócić na pewniejszy grunt. Kiedy oddana będzie strona? Nie wiadomo, to poważny projekt, pracują nad nim trzy osoby równocześnie.

Wreszcie nie wytrzymuję i mówię że jest mi przykro, bo wydaje mi się że historia jedynych znanych osiadłych Aborygenów wydaje mi się wyjątkowa i zasługująca na uwagę, że spędziłem dwa dni próbując dotrzeć do informacji i wszystkie drogi są ślepe. Na te słowa pani za biurkiem rozpromienia się. To akurat, mówi, nie jest żaden problem. Mamy tu broszurę, kosztuje 25 dolarów, z niej wszystkiego się dowiesz.

Oto czego dowiedziałem się z broszury. 8000 lat temu, a więc w czasie kiedy okolica była od dawna zamieszkana wybuchł wulkan. Rozlewająca się lawa zatamowała koryto rzeki tworząc rozległe i bardzo żyzne bagna. Ilość jedzenia była wystarczająca żeby podtrzymać osiadły tryb życia a co najważniejsze bagna dostarczały go dużo w najtrudniejszym dla ludzi okresie – zimą.

Ważnym składnikiem diety Gunditjmara były węgorze. Ryby te wylęgają się w morzu a następnie wędrują w górę rzek aby spędzić większość życia w płytkich słodkich rozlewiskach i wreszcie wrócić do morza na swą ostateczną randkę. Migracje te są sezonowe i pozwalają na łatwe łapanie ryb w wąskich przesmykach przez które węgorz musi na swej trasie przepłynąć. Aborygeni poszli o krok dalej drążąc w wulkanicznej skale kanały, nawet do 50 metrów długości i przegradzając je pułapkami. Najprostszą z nich był kosz, do którego węgorz wpływał i nie mogąc się obrócić utykał w nim. Jeśli miejsce było szersze budowano tamy wyposażone w więcej takich koszy.

Pułapka na węgorze
Pułapka na węgorze

Stacjonarny tryb życia pozwolił na budowanie schronień. Nie jest jasne jak skonstruowany był dach.

IMG_1410

IMG_1412

Wiadomo że węgorze były wędzone w pustych pniach drzew co oznaczało, że były przechowywane – rzecz niespotykana wśród aborygeńskich myśliwych-zbieraczy.

Pojawienie się białego człowieka oznaczało wypieranie Aborygenów z ich ziem. Mimo czynnego oporu ich dom został im odebrany. Ostateczną klęskę społeczności Gunditjmara zadało drenowanie ziem pod wypas bydła – drenaż spowodował znaczne obniżenie poziomu wód i unieczynnił system kanałów i pułapek. Pozostali przy życiu członkowie plemienia żyli w misji, potem w kurczącym się rezerwacie. Dopiero w 2007 roku po wielu bataliach sądowych ziemia została zwrócona tradycyjnym właścicielom. Co więcej rząd stanowy uznał, że została ona odebrana siłą i w ramach rekompensaty finansuje przywrócenie roślinności i krajobrazu do stanu sprzed przybycia Europejczyków.

Z książki – broszurki można się dowiedzieć, że Gunditjmara chcą przywrócić poziom wód w jeziorze do ich pierwotnego stanu i wznowić tradycyjną hodowlę węgorzy. Pragną rozwijać okolicę jako park dziedzictwa narodowego i dzielić się swoimi wartościami z całą ludzkością umieszczając go na szlakach międzynarodowego ekoturyzmu. Turyści powinni być traktowani jako goście i zapoznawani z tradycyjną kulturą i sztuką. Już dziś w Heywood (siedziba community) funkcjonuje Centrum Interpretacyjne wyjaśniające i wizualizujące historię krajobrazu i zamieszkujących go ludzi oraz informujące o wycieczkach. Te ostatnie są sposobem na dogłębne podzielenie się historią ludu ze szkołami, uniwersytetami i ludźmi zainteresowanymi tematem.

Czytam to i nie wierzę własnym oczom. Rzut oka na okładkę upewnia mnie, że broszura napisana jest przez białego dziennikarza pod kierunkiem starszyzny.

Dziś na odebranych ziemiach rosną eukaliptusy. W równych rządkach, przygotowane do wyrębu i opisane tabliczkami znaczącymi gatunek. Na pozostałych działkach hodowane jest bydło. A z Gunditjmara Community nikt nie oddzwonił do dziś.

Sekretne życie ślimaków (tylko dla czytelników o mocnych nerwach!)

Zbieraliście kiedyś muszle na plaży? Każda z nich ma swoją historię, trzeba tylko wiedzieć jak ją czytać.

 IMG_0543
Mieszkańcy muszli budują swoje domy do obrony przed wrogiem, często mieszkańcami innych muszli. Mimo swego obronnego charakteru, niektóre z nich są całkiem gustownie urządzone w środku.
IMG_2085
Każde z widocznych okien rezydencji ma swoją funkcję: wciąganie wody z pokarmem, zrzut wody przefiltrowanej, usuwanie nieczystości itd. W miarę rozbudowy pałacu budowane są nowe okna, stare zamykane a istniejące mogą zmieniać swoją funkcję. Muszla rośnie tak, by pasować do coraz większego lokatora.
IMG_2102
Jej głównym zadaniem jest chronić miękkie ciało i kluczowe organy wewnętrzne. Czy jest to obrona skuteczna? Różnie bywa. Właściciel tego domu został zaatakowany kroplą żrącej śliny a następnie strawiony we własnych pieleszach i wyssany.. wprost do innej muszli.
IMG_2091
Wśród muszlowych drapieżników prym wiodą ślimaki. Na pewno widzieliście kiedyś taką konchę:
IMG_2075
Charakterystyczna rurka osłania ryjek i kolec jadowy który wystrzeliwywany jest na odległość kilku centymetrów. Kolec jak harpun ciągnie za sobą „linę” którą ślimak przyciąga zdobycz do siebie a następnie wyrzuca na zewnątrz część swojego ciała, obejmuje ofiarę i w całości wciąga do muszli. W ten sposób ślimak potrafi pożreć zwierzę rozmarów podobnych do własnych.
Gdyby jednak strzał nie był celny, zawsze można go powtórzyć. W magazynku może znajdować się 20-30 strzałek. Od wytrawnego zbieracza i kolekcjonera muszli (muszlarza?) wiem że przy spokojnej wodzie dobrze słychać stukanie ślimaczych harpunów o dno łodzi.
 IMG_2099
Strzałki są zatrute i to dość perfidnie, bo mieszaniną ponad 100 różnych toksyn. Z tego powodu na jad ślimaka nie ma antidotum. Wiedzą o tym dobrze nurkowie, zwłaszcza ci, którzy żyją ze zbierania muszli. Jedynym sposobem ratowania ofiary jest podtrzymanie życia do czasu aż jad się rozłoży. Jeżeli ślimak należy do gatunku polującego na drobne ofiary (wąski otwór muszli) i jadu jest niewiele, są szanse na przeżycie, są jednak gatunki u których jad jednego osobnika wystarczy do zabicia kilkuset ludzi.
IMG_2101
Dodam jeszcze tylko że to miłe stworzenie wcale nie musi być widoczne, może leżeć zagrzebane w piasku czekając na ofiarę. Nie zapoluje na człowieka celowo (są jednak granice do których mały ślimak może się rozciągnąć) ale nadepnięty może nie zachować zimnej krwi..
 IMG_2110
Teraz już domyślacie się dlaczego ceny muszli mogą osiągać kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Dla kolekcjonera oprócz gatunku liczy się kolor i stan konchy. Większość pamiątek znalezionych na plaży jest biała albo blada. Jest tak dlatego że ich mieszkańcy umarli dawno temu i barwnik zdążył się już wypłukać. Oryginalnie muszle mają najróżniejsze kolory, które zależą od jadłospisu ślimaka.
 IMG_2079
Naprawdę cenne okazy uzyskuje się nurkując. Zainteresowanie jest na tyle duże, że stanowi zagrożenie dla przybrzeżnych ekosystemów. Małże żyją w koloniach. Odkrycie dobrej kolonii może nurkowi zapewnić kilka miesięcy wygodnego życia, ale bardzo często oznacza jej doszczętną zagładę. Żeby temu zapobiec wprowadzane są licencje na handel i limity ilości muszli wynoszonych dzienne z morza. Niestety mało skuteczne, zawodowcy wiedzą jak ukryć i przechować zdobycz pod wodą.
IMG_2093
Wszystkiego tego i znacznie więcej można dowiedzieć się wstępując do niepozornego niebieskiego domu z szyldem „Muzeum Muszli” w Sheffield, a więc nie tak znowu blisko wody. Opowieść jego właścicieli, muszlarzy pasjonatów, była tak zajmująca, że kiedy wreszcie spojrzałem na zegarek  muzeum było już od godziny zamknięte, a słońce powoli chowało się za horyzontem. Od tej wizyty jeszcze bardziej lubię spacery plażą, ale już nigdy nie będę już umiał spojrzeć na moje ogrodowe winniczki tak jak dawniej.

Gagudju czyli Dom nad Rozlewiskiem

W porze mokrej z Kakadu znikają amatorzy offroadu, za to życie kwitnie z całej siły. Jedynym sposobem przyjrzenia się mu bliżej jest wynajem łodzi.

IMG_7577

Nasz prywatny rejs po rozlewiskach rozpoczęliśmy w Home Billabong. Taki billabong to ciekawa rzecz. Znaczy tyle, co martwe zakole rzeki. Niby nic niespotykanego, ale w Australii wiele (większość?) rzek jest okresowych. Billabong jest więc jeziorem przy niskim stanie wody lub rzeką przy wysokim. Może być upragnionym wodopojem, błotnistym bajorem, basenem przy którym spotykają się miejscowi po pracy, albo groźnym miejscem pełnym krokodyli. Może być jednym, a po przejściu wysokiej wody zmienić się w drugie. Ale Home Billabong ma dość wody o każdej porze roku. Bezpośrednio nad biurem grodzi je sznur białych plastikowych boi zakazujących pływania w górę w stronę wodospadów Jim Jim. Ilość i głębokość dziur po zębach ciekawskich krokodyli pozwala policzyć je po tej stronie działu wodnego w porze suchej.

IMG_7531

Tylko że dziś działu wodnego nie ma. Duża dwudziestometrowa łódź przemyka się ponad pieszą ścieżką i parkingiem w stronę Alligator River. Widać jeszcze czubki palików płotu używanego do trzymania krokodyli z dala od turystów po wiosennym czyszczeniu akwenu.

IMG_7744

A na rozlewiskach kwitnie życie. Jest to raj dla ornitologów jak nasza Biebrza w skali XXL. Na przykład ten ptaszek

IMG_7604

ma największą na świecie proporcję stóp do reszty ciała. Kiedy lata ciągnąc za sobą te ogromne stojaki wygląda dość pokracznie, ale wrażenie to rozwiewa się kiedy ląduje i pewnie stąpa po pływających liliach wodnych.

Ten z kolei

IMG_7590

IMG_7704

IMG_7657

jest zapalonym nurkiem. W odróżnieniu od lepiej przystosowanych kolegów jego pióra nie są jednak wodoodporne. Oznacza to że żeby polecieć musi najpierw wyschnąć w majestatycznej porze.

Taaaką rybę złapałem!

Taaaką rybę złapałem!

Na bagnach można zobaczyć też bajecznie kolorowe zimorodki. W poście o termitierach pisaliśmy o tym jak ci wariaci zdobywają mieszkanie. Dzisiaj tą część mają już za sobą. Kolorowe piórka oznaczają szukanie partnera z którym będzie się dzielić zdobyte w pocie i zagrożeniu czoła lokum.

IMG_7637

Rozlewiska są też domem dla ciekawych roślin. Pandanus jest używany do plecenia tradycyjnych koszy i mat. Koszyki nie są szczególnie imponujące ale sprzedawane jako sztuka aborygeńska osiągają astronomiczne ceny. Plecenie ich musi być więc bardzo trudne.

IMG_7562

Ciekawszym od plecenia zastosowaniem Pandanusów jest polowanie na pewien pożywny gatunek zamieszkującego je wodnego węża. Jako że zajęcie to jest zaliczane do średnio niebezpiecznych, jego wykonywanie zlecane jest kobietom. Do łapania węża potrzebny jest kij. Przepis jest prosty:

1. Kijem walimy w wodę żeby odstraszyć krokodyle
2. Drugą ręką łapiemy węża
3. Węża nie jest łatwo zabić jedną ręką, więc wkładamy sobie jego głowę do ust, lekko zaciskamy zęby za skroniami gada i jednym pociągnięciem łamiemy mu kark

Muszę powiedzieć, że mam dużo szacunku do aborygeńskich kobiet.

Płynąc zastanawialiśmy się skąd wzięła się tak znajomo brzmiąca dla polskiego ucha nazwa parku narodowego. Słowo kakadu w angielskim nie występuje, symatyczna biała papuga nazywa się tu przecież cockatoo. Okazało się że jest to adaptacja Gagudju, nazwy plemienia zamieszkującego kiedyś te ziemie. Na jego pamiątkę nazwany też został prężnie rozwijający się aborygeński biznes składający się z hotelu, restauracji i firmy wycieczkowej – organizatora dzisiejszego rejsu. Samego plemienia już nie ma, ale jego ziemie wzięli w opiekę ziomkowie z plemienia Bininj. Wyciągając wnioski z historii Bininj starają się żeby ich języki: Kunwinjku i Gundjeihmi nie zaniknęły. Jeżeli chcecie, możecie uczyć się ich w Internecie. lekcje są publikowane na na http://bininjgunwok.org.au.

IMG_7543

IMG_7549

IMG_7556

IMG_7570

IMG_7598

IMG_7600

IMG_7574

IMG_7678

IMG_7679

IMG_7712

W Cieniu Skarpy

Kakadu to osobliwe miejsce. Z folderu dowiecie się że jest na liście World Heritage jako jeden z niewielu parków chroniących zarówno wartości przyrodnicze – rozlewiska rzeki Alligator, jak i kulturowe – malunki naskalne nieprzerwanie opisujące rzeczywistość od czasów prehistorycznych do współczesnych. Ta ciągłość jest dosłowna. Malowano dopóki starczyło miejsca na ścianie, a potem od nowa, rysunki maja więc wiele planów. Jednak te, które znamy, to wierzchołek góry lodowej. Szacuje się że wiemy o jakichś 2% istniejących rysunków.Park ma powierzchnię 19,8 tys. km kw. Dla porównania województwo Mazowieckie ma 35,5 tysiąca. Od zachodu graniczy on ze Skarpą, Kamiennym Krajem albo, posługując się ciągle jeszcze oficjalną nazwą, Ziemią Arnhema – to kolejne 97 tys. km kw. Oba te obszary zamieszkane były od 50 000 lat. To właśnie tam w większości są ukryte pozostałe malowidła. Ich poszukiwanie jest ciężką pracą. Nie da się ich wypatrzeć z helikoptera ponieważ malowane były w miejscach odpornych na deszcz – pod nawisami skalnymi i w jaskiniach.
IMG_7463
W całym parku znajduje się jedna droga asfaltowa i kilka gruntówek, zalewanych w sezonie mokrym. Ziemia Arnhema w sezonie mokrym jest niedostępna na kołach. Dotarcie do tych obszarów wymaga pieszej ekspedycji, prowadzonej w sezonie suchym gdy temperatura na skałach przekracza 50 stopni Celsjusza. Naukowcy muszą mieć więc zdrowie komandosów.

Mieszkające tu plemiona malowały w stylu x-ray. Oznacza to że na rysunku ryby oprócz ryby znajdziecie kompletny szkielet i zestaw wnętrzności.

IMG_7348

a czasem połkniętą inną postać

Kangur - egzekutor karający ludzi za przekroczenie Prawa (to nie żart)

Kangur – egzekutor karający ludzi za przekroczenie Prawa (to nie żart)

Ludzie pokazani są symbolicznie, zawsze z bardzo wyraźnie zaznaczonymi genitaliami. Ciekawe że często postaci mają atrybuty obu płci:

IMG_7473

wynika to ze specyficznej konwencji czasu aborygeńskich pieśni, w których często bohater zmienia płeć bądź postać. Żeby lepiej to zilustrować artysta zawierał na jednym rysunku stan sprzed i po przemianie.

Innym razem rysunki są dosłowne i pełnią funkcję ostrzeżenia. Na przykład przed grasującym w okolicy duchem, który goni kobiety, bije je swoim korzeniem(!) i na skutek tych razów zaraża dziwną chorobą

Widzicie korzeń?

Widzicie korzeń?

Mieszkańcy tych ziem uchwycili też akuratnie moment pierwszego kontaktu z białym człowiekiem. Myliłby się kto myśli, że Australię „odkryli” Anglicy. Rysunki są na tyle szczegółowe, że można na nich bez trudu rozpoznać XVI wieczny galeon, a więc okręt używany na 200 lat przed Cookiem. Tak jak w Afryce i Ameryce tak i tu Portugalczycy byli pierwsi. Zostawili mniej śladów, jako że obchodzili się delikatniej z „odkrywanymi”. Celem wyprawy był handel, a nie podbój kontynentu, więc przybysze zadowolili się się budową bazy handlowej na wyspie Timor.

Aborygeni byli bystrymi obserwatorami swoich gości. Anglicy postrzegani są jako ludzie trzymający ręce w kieszeniach i mówiący innym co mają robić.

W prawym dolnym rogu - Anglik

W prawym dolnym rogu – Anglik

Jeszcze bardziej tajemniczym miejscem jest Skarpa. Jest to ziemia na którą biali mogą wjechać tylko po uzyskaniu specjalnego zezwolenia. Aborygeni żyją tam po swojemu i są w zakresie podstawowych potrzeb samowystarczalni. Musi tak być, bowiem w sezonie mokrym obie drogi lądowe tam prowadzące są przecinane rwącymi rzekami.
Tradycyjny styl życia przewidywał migrację na rozlewiska w sezonie mokrym i powrót na wyżynę żeby przetrwać w upały pory suchej. Dzisiaj część ludzi żyje w pobudowanych przez rząd Australii communities, ale wielu z nich odbywa ciągle tradycyjne wędrówki po buszu w poszukiwaniu jedzenia i lekarstw. Do dzisiaj też zmarli w Kakadu Aborygeni wynoszeni są na skarpę na plecach żałobników w pięknie malowanych trumnach wykonanych z wydrążonego przez termity pnia eukaliptusa.

Nazwy geograficzne są tu nie bez znaczenia. W parku Kakadu na przykład, gdzie Aborygeni stanowią połowę zarządu, wiele miejsc zmieniło je na dawne. Wiszą też tablice tłumaczące ich znaczenie i proszące gości o stosowanie poprawnych określeń. W symboliczny sposób znaczą na mapie ziemie, na których ich dawni właściciele odzyskują wpływy. Trzeba przyznać, że brzmią przy tym znacznie wdzięczniej, chociaż są trudniejsze do zapamiętania niż angielskie nadane na cześć sponsora wyprawy. Dobrze podsumował to jeden z naszych przewodników:

– Czy wiecie jak nazywa się to drzewo o srebrnych liściach i korze jak papier? Zgadliście, Papierokorowiec Srebrnolistny.

Trudno trafić na anglojęzyczną nazwę ptaka składającą się z mniej niż trzech wyrazów. W ekstremalnych przypadkach spokrewnione gatunki rozróżniane są określeniami: mały, duży i… pośredni. Szczególnie groteskowy efekt uzyskać można tłumacząc aborygeńskie pieśni na angielski. Mówią one o zachowaniach zwierząt, przemianach pór roku i relacjach między żywymi stworzeniami. Nazwy zwierząt i roślin występują więc dość często a przetłumaczone rozsadzają rytmiczne wersy na kawałki.

Popularna legenda miejska mówi że pierwsze słowo, którego świat nauczył się od Aborygenów: kangaroo znaczy w jednym z języków aborygeńskich “nie rozumiem”. Nie jest to prawda. W narzeczu Guugu Yimidhirr określa ona kangura szarego. Inne gatunki miały swoje nazwy. Ponieważ dla Europejczyków kangur to zwierzę jak każde inne, rozróżnono je przez określenia: wielki, rudy, drzewny i ok. 50 innych rodzajów różniących się od siebie wielkością i posturą jak kot od konia.

IMG_7791

T-bone po australijsku

Mam przyjaciela który jest wielkim smakoszem i koneserem wołowiny. To on pierwszy pokazał mi steki Kobe, delikatne jak krem paski mięsa z krowy, którą codziennie poi się piwem, masuje i raczy relaksacyjną muzyką. Czas na rewanż Bartku. Szkoda że nie ma Cię tu z nami. Specjalnie dla Ciebie przepis na australijskiego steka – coś z przeciwnego krańca spektrum, egalitarne a jakże pyszne.

  1. Idziesz do najbliższego spożywczaka. Nawet najbardziej zapadłe przedmieścia mają pokaźny wybór świeżej wołowiny, przynajmniej 4-5 rodzajów
  2. Kupujesz półkilowy T-bone za równowartość 30 zł
  3. Jeśli nie dysponujesz płytą, udajesz się do najbliższego parku lub na plażę. Darmowa, powszechna, elektryczna płyta do Barbecue jest największą zdobyczą kultury Australijskej.
  4. Wciskasz guzik, wykładasz mięso i obracasz. Tutejsze krowy spędzają życie na wolnym powietrzu i całe życie jedzą trawę. To co trafia do sklepów jest super świeże. Zachód słońca na plaży i wrzaski papug gratis.
  5. Sugerowana przystawka, tasmańskie ale z najstarszego browaru w Australii (1824)

Jeżeli myślisz o kupieniu biletu, ja stawiam obiad. Do zobaczenia!

Jeśli nie chcesz mojej zguby…

Jak już pisaliśmy Darwin jest miastem o przyjemnym, tropikalnym klimacie położonym wśród wspaniałych parków narodowych nad lazurowym morzem. Jest bramą outbacku ale kosmopolityczną i nowoczesną, bo wybudowaną od zera po zrównaniu z ziemią przez cyklon Tracy w święta Bożego Narodzenia ’74 roku. Eleganckie samochody i szybkie motocykle imprezowej młodzieży mijają się tu z ubrudzonymi czerwoną ziemią utes kowbojów z głębi kontytnentu.

Zafascynowani pograniczem chcieliśmy zobaczyć jak żyje się w stolicy Northern Territory. Zwiedzanie zaczęliśmy od czegoś dla ciała. Postanowiliśmy upolować stek z bawołu wodnego żyjącego dziko na tutejszych rozlewiskach.

Rozpytując wśród miejscowych trafiliśmy na nabrzeże na którym na dwóch poziomach rozstawiono plastikowe stoliki obsługiwane przez kilka barów szybkiej obsługi. Niczym nie różniłoby się to od typowej galerii kulinarnej w centrum handlowym gdyby nie.. spektakt rozgrywający się nad zatoką. Błyskawice oświetlały chmury z wszystkich stron w dziesiątkach kolorów i setkach konfiguracji. Do nadejścia burzy było daleko. W sam raz na obiad.

Darwin jest Australijską stolicą burz. Jeśli lubicie obserwować błyskawice lub jeszcze lepiej robić im zdjęcia, będziecie w raju. Do tego nabrzeże Darwin jest świetnej jakości przestrzenią publiczną, co ma znaczenie bo większość sztormów powstaje na styku wody z lądem. Można wybrać punkt obserwacyjny dla każdych upodobań, w barze, restauracji lub parku.

Kotlet z bawołu za 15 dolarów okazał się niejadalny i żadna w tym wina bawołu. Za to widok i przeżycie – bezcenne.

Następnego dnia postanowiliśmy zbadać możliwości spędzania czasu wolnego. W temperaturze 36 stopni przyszła nam do głowy jedna myśl – plaża! Wybraliśmy się do tętniącego życiem parku miejskiego. Na ścieżkach rowerzyści i spacerowicze, pod drzewami aborygeni toczą powolne rozmowy w swoim języku a 5 metrów niżej plaża jak z wyjęta z folderu turystycznego. Dosłownie! Usłana żółtym piaskiem, omywana łagodną lazurową falą i… pusta.

IMG_7245

Przyczyny tego są dwie: maleńka meduza i największy gad świata: krokodyl słonowodny zwany tutaj pieszczotliwie saltie. Powiedziano nam że minimalna odległość, którą należy zachować od wody to 5m. Nie chce się wierzyć żeby ten ociężały gad mógł być aż tak groźny. Postanowiliśmy to sprawdzić. Czytajcie nas wkrótce…

1788

Dawno, dawno temu za siedmioma morzami leżała Wyspa zamieszkana przez Ogrodników. Żyło im się dobrze. Przez 2-3 godziny dziennie pielęgnowali swoje ogrody, które w zamian dawały im pożywienie, schronienie i syciły oczy. Pozostały czas mogli poświęcić na rozmowy, malowanie i muzykę. A muzykę mieli piękną. Dudniącą, gardłową, chwytającą za serce i trzewia, tak mocną że nogi same podnosiły pył Ziemi.

Ogrodnikom niczego nie brakowało. Nie musieli robić zapasów, bo jedzenia mieli w bród, wystarczyło wiedzieć gdzie szukać. Nie pożądali też przedmiotów. Były zbędne. Przeszkadzały im się przemieszczać po ogrodzie żeby upewnić się że wszystko jest na swoim miejscu. Jedynym narzędziem którym Ogrodnicy pielęgnowali swoje Ogrody był ogień. Właściwie użyty spulchniał Ziemię, nawoził, pielił chwasty i kształtował krajobraz. Ogrodnicy byli Mistrzami Ognia. Używali go z iście chirurgiczną precyzją.

Cenili wiedzę. Ponieważ nie nosili ze sobą przedmiotów, ubierali ją w Pieśni. Śpiewali o geografii, biologii i ekologii swoich Ogrodów. Aby je poznać wyruszali w długie podróże do innych Ogrodów. Znajomość Pieśni dawała śpiewającemu prawo przejścia przez czyjś Ogród a gospodarzowi pewność, że gość wie jak się zachować. Czasem spotykali się żeby śpiewać razem. Na takie spotkania przybywało ich kilkuset, czasem z dalekich stron. Kiedy już się spotkali, rozmawiali, jedli, śpiewali i tańczyli tygodniami.

Choć Wyspa zasiedlona była przez wiele plemion składających się z wielu rodzin, każda miała swój Ogród i nie było najmniejszego kawałka Ziemi, która nie byłaby czyimś Ogrodem. Wraz z Ziemią Ogrodnicy odziedziczyli Prawo. Zabraniało ono surowo czynić sobie Ziemię lub bliźnich poddanymi. Zakazywało też Postępu. Ogrodnicy mieli upewnić się że przekażą Ogród potomnym w stanie nie lepszym i nie gorszym niż ten, w którym go zastali. Ich czas nie był linią jak nasz, lecz zbiorem pętli w większych pętlach w jeszcze innych pętlach. Wieczność była tu i teraz.

Ogrodnicy nie prowadzili wojen, bo nie było o co walczyć. Prawo stanowiło o ilości dzieci którą może mieć rodzina tak jak mówiło o właściwej ilości zwierząt i roślin w Ogrodzie. Dobrobyt nie prowokował więc swojego upadku. Choć deszcz na Wyspie jest wyjątkowo kapryśny, nawet susza stulecia nie zabijała ludzi. Tak mądre było Prawo.

I wtedy do Wyspy przybyli Barbarzyńcy. Prawo mówiło wyraźnie: nic w świecie się nie zmienia. Barbarzyńcy musieli istnieć od zawsze, tylko nie było o nich wiadomo. Ogrodnicy podzielili się z Barbarzyńcami swoimi ogrodami, ale Ci kierowali się innymi Prawami. Do Ogrodów wpuścili bydło które zadeptało rośliny a ze źródeł uczyniło błotne bajora. Ogrodnicy protestowali ale Barbarzyńcy nie słuchali ich. Zamiast tego postanowili nauczyć ich porządnie pracować od świtu do zmierzchu. Do niewykonujących poleceń strzelali, truli i zarażali chorobami, na które Ogrodnicy nie znali lekarstwa. Matkom Ogrodników odbierali dzieci aby dać im porządne Barbarzyńskie wychowanie: nauczyć co to Bóg, Postęp, Rozwój, Ekonomiczna Niewola i Ciężka Praca dla Barbarzyńców.

Jakież było zaskoczenie Barbarzyńców kiedy Ziemia pozbawiona ognia i miłości Ogrodników zaczęła spiekać się na wiór, pękać, kwitnąć solą bądź przeciwnie pokrywać się gęstwiną ostrych, ciernistych krzewów, których bydło nie chciało już jeść.

Dzisiaj nie ma już żadnego z dawnych Ogrodów. Twarz Ziemi zmieniła się nie do poznania. Wielu Ogrodników przesiedlonych, żyjących za ochłapy w rozbitych i dysfunkcyjnych rodzinach nauczyło się że alkohol jest ich ostatnim przyjacielem.

Inni, którzy przeżyli przyjmują swój los ze spokojem. Wiedzą, że to co się stało jest tylko zmarszczką czasu. Pięć lat temu przywódca Barbarzyńców przeprosił za to co zrobili Ogrodnikom, choć dalej wielu Barbarzyńców uważa, że nie ma o czym mówić. Nieśmiało odtwarzane są dawne Ogrody i odszukiwana dawna wiedza. Kilku najbardziej zdesperowanych Barbarzyńców, których farmy nie mogły już utrzymać żyjącego tam bydła udało się do Ogrodników po nauki.

Chociaż wolimy o tym nie myśleć nasz Świat też nie będzie rósł wiecznie. Być może jest coś, czego mogą nauczyć nas Ogrodnicy?

Palenie szkodzi

W przyjemne środowe popołudnie spacerując z chłopakami zobaczylem na chodniku to:

Zdjęcie 08.01.2014 19 29 40

zwykłe pudełko po papierosach, ale jak inne od mi znanych. Słyszałem wprawdzie że Australia, rządzona pragmatycznie, nie życzy sobie ponosić kosztu leczenia raka płuc i chorób serca u swoich swoich obywateli, ale efekt przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Paczka, którą widzicie:

  • Jest jednolitego zielonego koloru ustandaryzowanego dla wszystkich marek
  • Nazwę producenta napisaną ma ustandaryzowanym kolorem czcionki, co, w połączeniu z powyższym, eliminuje wszelką pokusę reklamy papierosów
  • Zawiera jeden tylko, za to obowiązkowy element graficzny – zdjęcie organu wyciętego byłemu palaczowi
  • Jedyne kolorowe napisy to objaśnienie dlaczego obiekt przedstawiony na zdjęciu wygląda tak a nie inaczej
  • Mimo braku reklamy kosztuje w przeliczeniu 45 zł

Zasady te obowiązują od roku. Jest jeszcze wcześnie żeby stwierdzić czy nowe opakowanie ma wpływ na ilość zachorowań, ale badana prowadzone wśród palaczy pokazują że papierosy w oliwkowych pudelkach smakują gorzej i więcej osób myśli o rzuceniu palenia.

Living Down Under

Sydney jest jak brzoskwinia. Największe miasto w Australii składa się z maleńkiego city i morza domków o czerwonych dachach. To przedmieścia, zwane tutaj suburbs są domem większości Sydneysiders. Powszechne zamiłowanie do mieszkania w domach powoduje że nieruchomości są małe, ceny z kosmosu a odległości przebywane przez dojeżdżających do pracy duże. Systemem krwionośnym spinającym miasto jest kolej podmiejska.

IMG_6926

Naszą wyprawę zaczęliśmy od tygodnia aklimatyzacji. Z małą pomocą naszych przyjaciół wynajęliśmy dom w Macquarie Fields, przedmieściu pozwalającym oddychać bo nieprzylegającym bezpośrednio do morza a jednocześnie położonym dość blisko centrum (niecała godzina do Sydney Central).

Zdjęcie 08.01.2014 19 35 05
Zdjęcie 08.01.2014 19 39 19

Za rogiem jest nawet rezerwat przyrody z kawałkiem prawdziwego buszu.

Zdjęcie 08.01.2014 19 10 36
Zdjęcie 08.01.2014 19 13 56

Zadziwiające jak niewiele przestrzeni wystarcza do życia w tym klimacie. Nie ma grzejników, ściany są grubości pięści, do składowania ubrań na cały rok wystarczy „komandor” w każdej sypialni. Nie ma też kotłowni, bo ogrzewanie, klimatyzacja i ciepła woda doprowadzone są z metalowych skrzynek na zewnątrz budynku.

Zdjęcie 08.01.2014 19 49 06

Rozkoszując się letnią nocą trzeba jednak pamiętać żeby po zmroku zamknąć szczelnie siatki w oknach i drzwiach. W przeciwnym razie rano czeka nas spotkanie oko w oko z karaluchem które tutaj zaczynają się od 5 centymetrów długości (zdjęcia brak, z wrażenia komórka wypadła mi z ręki..).