Podziękowania

Ta podróż nie doszłaby do skutku, gdyby nie pomoc i zaangażowanie szeregu osób. W każdej porządnej książce czy filmie autor zamieszcza podziękowania, zwykle nie czytane przez nikogo oprócz samych zainteresowanych.

Nasz blog też jest porządny, więc żeby zwyczajowi stało się zadość poniżej zamieszczamy nasze gorące ukłony. Będzie krótko, więc nie ma sensu przewijać wpisu.
Dziękujemy klockom lego duplo, które zajmowały się naszymi dziećmi przez cały weekend, gdy my mordowaliśmy się nad mapą i przewodnikami. O dzieciach przypomnieliśmy sobie dopiero pod wieczów, gdy Tolek (lat 3) spytał się gdzie jest nóż do chleba, bo chce przygotować Kajowi (miesięcy 9) kanapki z dżemem na kolację. Na nasze przerażone pytanie co jedli na obiad, syn odpowiedział spokojnie, że chrupki. Chrupkom też dziękujemy.
IMG_5960
Dziękujemy przyjaciołom ze Świnoujścia, którzy przygarneli naszego psa, deklarując chęć spacerów z Nessie po plaży. Jesteście niesamowici! Z drugiej strony, gdy w trakcie otrzymywaliśmy zdjęcia relacjonujące poziom opieki nad naszym kundlem domowym pospolitym, to przemknęło nam przez myśl, czy następnym razem dzieci tam nie podrzucić razem z psem : )
10175919_719277818122643_1967721627_o 10177036_721205634596528_962397125_o
Dziękujemy Mikołajom, którzy zaopatrzyli nasze dzieci w niezbędne wyposażenie antynudowe na tą długą podróż. Naprawdę uratowaliście nas przed szaleństwem!
IMG_6573
Dziękujemy Królewskiej Poczcie Brytyjskiej, za dostarczenie nam podróżnych cubsów w rozsądnej cenie. Zestaw 3 profesjonalnych pojemników do  bagażu kosztował na Amazonie ok. 100 zł. Taki sposób pakowania sprawdza się przy częstym pakowaniu i wypakowywaniu plecaka, ale przy naszej ilości bagażu koszt byłby jakiś kosmiczny. Na szczęście zupełnym przypadkiem na allegro w składnicy sprzętu wojskowego z mundurami, menażkami i skarpetkami znalazłam brytyjskie opakowania na listy – 2,40 zł za sztukę. Pomysł chroniony patentem!
IMG_6233
Dziękujemy panu Premierowi Tuskowi za wprowadzenie rocznego urlopu rodzicielskiego dla wszystkich dzieci urodzonych w 2013 r., dzięki któremu mogliśmy zwolnić się z pracy na tak długą podróż. Choć osobiście uważamy, że nie jest to najmądrzejszy pomysł na walkę z bezrobociem, ani tym bardziej ze słabszą pozycją kobiet na rynku pracy. Za to jeden z lepszych pomysłów na zbudowanie fundamentów relacji ze swoim dzieckiem.
Dziękujemy Lołdusowi za towarzystwo i dodawanie otuchy w ciężkich chwilach.
Nie wiecie, kim jest Lołdus? Lołdus to stworzenie (nie mylić z potworem), które pije przeźroczystą kawę i przegryza ją siuśkami. Ma cztery łapy, jest fioletowe, i dość długie. Gdy czegoś nie chcesz zrobić, może cię zjeść (…bo jak nie, bo jak nie, to cię Lołdus zje).
Przyplątał się do naszej rodziny jakoś w listopadzie, i siłą rzeczy poleciał do Australii, może dlatego, że nie zabierał dużo przestrzeni bagażowej. Znosił wszystkie trudy i niewygody, w zamian doświadczając wspaniałej przygody. Czasem gdzieś się gubił, ale zawsze w końcu się znajdował, wystarczyło wyjąć z kieszeni specjalne, niewidoczne lołdusowe ciasteczka. Podczas któregoś kolejnego lotu udało nam się nakłonić Tolka, żeby narysował nam naszego Lołdusa, i teraz już wiemy jak wygląda. Na 100% nie pomylimy go z innym, gdyby jeszcze jakieś istniały na świecie.
 FullSizeRender
I dziękujemy Kajowi, że nam ten urlop załatwił, mimo że przychodząc na świat za wcześnie i niezgodnie z umową, sprawił wrażenie, iż nowe przepisy nas nie obejmą :)
 IMG_5217
A ostatnie podziękowania są dla Tolka Strażaka, którego spytaliśmy, czy po trudach Skandynawii zgodzi się z nami jechać na cztery miesiące na drugi koniec świata. A nasz chłopczyk tylko spytał: Czy to TAM są największe pożary buszu na świecie? To muszę zabrać swój sprzęt strażacki.
IMG_6579
Bez Was, Chłopaki, ta podróż byłaby zaledwie przemierzaniem kilometrów.
IMG_8268

Kawa z książęcą parą.

Ostatnie trzy dni w Australii.

Wychodząc z założenia, że lepszy jest tort z wisienką niż bez niej, jako ukoronowanie naczej czteromiesięcznej włóczęgi, marznięcia w namiocie, tłoczenia się w ekonomicznych kabinach i najmniejszym kamperze, hotel w Sydney był balsamem dla naszych już rozpaczających z powodu pożegnania serc. Może nie tyle sam hotel, bo ten był po prostu „w porządku“, ale miejscówka miała odpowiedni klimat i robiła wrażenie.

Po przylocie z Perth o nieludzko wczesnej porze wyspane dzieciaki obudziły się, a my ledwo stojąc na nogach i widząc na oczy złapaliśmy taksówkę. Taksówkarz łamiąc wszelkie możliwe przepisy o czerwonych światłach, liniach ciągłych i ograniczeniach prędkości (był jak się okazało Chorwatem i gadając przez całą drogę przez komórkę z innymi Chorwatami – taksówkarzami ostrzegał o zauważonych patrolach policji, w zamian dostając podobne informacje) zawiózł nas najpierw do hotelu Ibis na lotnisku. Tam, nastawieni na kłopoty poszliśmy odebrać nasz bagaż zajmujący dwa wielkie schowki, a pozostawiony tam trzy tygodnie temu za skandalicznie śmieszną opłatę wynoszącą kilka dolarów. W regulaminie to była opłata dobowa, ale w hotelu zapewniali nas, że to opłata jednorazowa. Weszliśmy, otworzyliśmy schowki, wyjęliśmy bagaż, w tym wózek dziecięcy, wyszliśmy. I nic. Nikt nie zażądał żadnej dopłaty.

W sumie do dziś nie mogę tego zrozumieć, ale złego słowa na sieć Ibis powiedzieć nie dam.

A potem pojechaliśmy na drugą stronę Sydney, by zameldować się w Glenferrie Lodge. Oczywiście tak wcześnie nasz pokój jeszcze nie był dostępny, ale przynajmniej mogliśmy zrzucić tam sześć wielkich bagaży zastawiając cały korytarz. Uzbrojeni w podręczne plecaki poszliśmy na spacer po okolicy.

Na początku trafiliśmy w miejsce, w którym mogłabym zamieszkać od razu. Ogólnie nie nadaję się do mieszkania w bloku, i na co dzień wolę coś spokojniejszego od miasta. Doceniam zalety metropolii, ale nie potrafię nie czuć uwierających wad.

IMG_7279

Jednak gdy zobaczyłam mieszkania w apartamentowcu ustawionym tuż nad brzegiem po drugiej stronie zatoki, gdy wyobraziłam sobie, że mieszkając na parterze właściwie podchodzący pod taras publiczny trawnik mogłabym traktować jak prawie swój, bez obowiązku koszenia, i bez tłumów, bo całość była wprawdzie ogólnie dostępna, ale leżała w ślepym zaułku – tak, tu mogłabym mieszkać i przymknąć oko na drobne, irytujące problemy miejskie. Ten widok z okna…

IMG_7282

Miejsce nas urzekło. Nie wiem jak utrwalić i nazwać tą atmosferę, pewnie Kydryński opisałby je celniej, ale dla mnie był w nim spokój, wytchnienie, a jednocześnie tętno Sydney. Taki relaksujący, wygodny i na poziomie port po dniu pracy.

Wróciliśmy tam kolejnego wieczoru, żeby zobaczyć jak nocą będzie wyglądała panorama City i z oddalenia przyglądaliśmy się mieszkańcom jednego z mieszkań, którzy wraz ze znajomymi urządzili sobie kolację na tarasie. Po otworzeniu drzwi balkonowych znikła granica i mam wrażenie, że ci ludzie spędzali czas jednocześnie w domu i w towarzystwie ikonicznego mostu leżącego w sercu miasta.

Zazdrościłam, oj zazdrościłam.

IMG_7405

 

IMG_7315

IMG_7317

W ogóle dzielnica, w której przez ten moment mieszkaliśmy była niezwykła. Mieszanka eleganckich apartamentowców, pewnie pioruńsko drogich biorąc pod uwagę lokalizację, dużych, prywatnych posesji z trawnikami schodzącymi wprost nad urwisty brzeg oceanu, i malutkich domków, które stały tu zanim ziemia zyskała swoją monetarną wartość. Te domki nie wyglądały na jakieś specjalnie odnowione przez nowych bogatych właścicieli. Wręcz przeciwnie, miały klimat domowego rozgardiaszu stwarzanego przez starszych właścicieli – mnóstwo różnorakich doniczek z ziołami i kwiatami, jakieś zepsute sprzęty zostawione na „przydasię“, ale porządnie poukładane w kącie ganku, w oknach staromodne zasłonki wyblakłe od słońca.

Miks tak wydawałoby się niepasującej do siebie zabudowy, a co za tym idzie – różnych mieszkańców stworzył zaskakująco domowy, ciepły i spokojny klimat.

IMG_7294

IMG_7364

Spacerowaliśmy uliczkami okolicy Kirribilli i nie odczuliśmy presji nowobogactwa, pokazywania się, czy wyścigu na najbardziej zainwestowany (przeinwestowany) dom w okolicy, jak to się niestety zdarza nagminnie w podwarszawskich (i nie tylko) miejscowościach.

Tu było dyskretnie, a przez to miło, stonowanie i jednolicie, mimo różnych budynków. Może to kolorystyka, może brak bilbordów i reklam, może kwestia otwartej przestrzeni z niskimi płotkami i starannie przyciętymi trawnikami.

W każdym razie działało, i ten fragment Sydney, a także spędzony tu czas stał się dla bardzo cennym i nostalgicznym wspomnieniem.

IMG_7306

 

IMG_7415

Była jesień, wspaniała, cudowna, kolorowa jesień i w przeciwieństwie do innych części Australii było ją tutaj widać w europejski sposób. Rosnące wzdłuż uliczek klony czerwieniły się, w ogródkach kwitły jesienne kwiaty, powietrze miało inny zapach, a wiatr powodował, że wieczorami zakładaliśmy długie rękawy. Tak jak i w Polsce, tak i tutaj poczułam jesienne uspokojenie. Po hałaśliwym lecie, gdzie zieleń atakuje oczy, upał domaga się wody ze stukającymi koskami lodu, wokół same kolory, ostre słoneczne światło, mnóstwo bzyczących i latających stworzeń łącznie generujących nieustanny szum i harmider, przychodząca jesień obiecuje odpoczynek. Kolory są takie, że nawet dwustuprocentowa dusza prozaika zaczyna widzieć cień poezji w tym patchworku, ale jednocześnie jesień pozwala stanąć i popatrzeć, zamiast zmuszać do korzystania z uroków, jak to jest przy lecie.

Nie da się ukryć, i już chyba za często to powtarzam, że byliśmy zmęczeni.

Opieka nad cudownymi, ale jednak absorbującymi dziećmi przez całą dobę siedem dni w tygodniu, przez cztery miesiące. Codziennie nowe rzeczy, nowe wyzwania, nowe miejsca, nowe kilometry. Upał, susza, zimno, muchy, piasek, pył.

Ciągły zachwyt przemieszany z ciągłym fizycznym zmęczeniem i byciem w gotowości.

Dotarcie podczas naszej podróży właśnie o tej porze roku do Sydney było doskonałym zakończeniem. Przybyliśmy tu ze środka błotnistej i mokrej polskiej zimy, wprost w gorące i roześmiane lato. Wariowaliśmy tak, jak podczas wakacyjnego lata należy. Ale teraz potrzebowaliśmy jesieni.

Z tego również powodu mamy zaledwie kilka zdjęć z tych trzech dni. Odłożyłam aparat, bo chciałam w inny sposób zapamiętać czas epilogu. Innymi zmysłami, w innym wymiarze. Pisząc tego posta ponad rok od powrótu, z każdym zdaniem przypominają mi się kolejne rzeczy. Kolejne chwile, kolejne wspomnienia. Najpierw pojedyńcze, potem już cała gonitwa. Część zupełnie nieistotna i nie do wplecenia w narrację bloga o podróżowaniu, a jednak nie potrafię nie spróbować ich tutaj zakotwiczyć. Żeby były, nie znikły. Skoro nie ma zdjęć, to niech chociaż opis zostanie.

 

Zwiedziliśmy okolicę, pogrzaliśmy się na trawniku na dr. Mary Booth Lookout (polecamy!), a potem ruszyliśmy na śniadanie. Trochę nie mieliśmy zdania, w którą stronę będzie najbliżej, a było to o tyle ważne, że uliczki idą tu w górę i w dół i pomyłka kosztuje dodatkową wspinaczkę z pustym żołądkiem i dwójką naręcznych dzieci.

Z jakiegoś nieznanego nam jednak powodu po okolicy plątało się sporo policjantów, którzy lusterkami na wysięgnikach sprawdzali zaparkowane samochody, studzienki kanalizacyjne i inne niedostępne miejsca. Nie wyglądali przy tym na bardzo przejętych wizją podłożonego ładunku wybuchowego, więc zaryzykowaliśmy i spytaliśmy przechodzącą dwójkę o rekomendacje śniadaniowe.

Szalenie uprzejmi zaczęli szukać wśród swoich koleżanek i kolegów kogoś, kto stołowałby się w tej okolicy, gdy w międzyczasie minął nas starszy pan. Spytany przez policjantów o radę, wziął nas pod swoją opiekę i prowadząc interesującą rozmowę ze mnóstwem wspólnych wątków (pan był ze Szkocji, więc nie mogliśmy nie powspominać kilku miejsc, które on znał, a my odwiedzieliśmy podczas podróży poślubnej), zaprowadził do kawiarni, w której już zaczynał się ruch. Polecił nam jeszcze parę innych kulinarnych punktów w okolicy na obiad i kolację i poszedł w swoją stronę.

Śniadanie było boskie. Trafiliśmy do Kirribilli Village Cafe i zakochaliśmy się w tutajszych grubych naleśnikach z różnymi dodatkami. Do tego aromatyczna kawa i powoli dochodziliśmy do siebie po locie z Perth.

IMG_7296

 

IMG_7367

A potem, z kolejnymi kawami na wynos wróciliśmy do hotelu i po drodze dowiedzieliśmy się, że na końcu naszej ulicy jest rezydencja Generatora Generalnego, czyli przedstawiciela królowej angielskiej. I tak się składa, że przez kilka dni mieszkała tam najpopularniejsza książęca para, czyli Kate, William i mały George.

Co więcej – właśnie za chwilę będą wyjeżdżać na lotnisko, żeby wrócić do Anglii. Stąd mały tłumek przed bramami rezydencji i stąd nasi ranni policjanci szukający bomb lusterkiem.

Postaliśmy więc przy ulicy, popijaliśmy kawę, aż w końcu brama się otworzyła i przez sześć sekund mogliśmy oglądać biały samochód, we wnętrzu którego podróżowała para książęca z małym następcą. Mam nadzieję, że na moim pierwszym papparraziowym zdjęciu można rozpoznać charakterystyczny nos księcia Williama.

IMG_7297

IMG_7304

Dwa dni szwędaliśmy się bez celu po znajomych miejscach. To tu, to tam, w desperackiej próbie wchłonięcia w siebie jak najwięcej sydnejskiej atmosfery.

IMG_7397

 

IMG_7402

IMG_7494

IMG_7490

 

Miejscem szczególnym okazał się most. Od strony północnej pomiędzy jego monumentalnymi pylonami rośnie zadbany trawnik, zachęcający do piknikowania. Przechodziliśmy tamtędy kilka razy dziennie i za każdym razem panorama City po drugiej stronie w połączeniu z muzyką non stop pracujących żelaznych przęseł zawieszonych wysoko nad naszymi głowami robiła na nas wrażenie.

IMG_7369

Do tego stopnia to miejsce stało się dla nas ikoną – łącznikiem z australijską przygodą, że po powrocie do domu wymieniliśmy jedyny obraz wiszący w pokoju dziennym. Do tej pory było to zdjęcie Uluru o zachodzie słońca, które zrobiliśmy podczas poprzedniej australijskiej wyprawy. Dobrze się komponowało z ceglaną ścianą, a w ramie ze starych dech zrobiliśmy wnękę na czerwoną ziemię przywiezioną ze środka Oz. Teraz przemalowaliśmy ścianę na biało i na miejscu Uluru zawiesimy zdjęcie z perspektywy Milson Point Wharf.

IMG_7334

Ostatniego dnia pojechaliśmy na kolację do znajomych naszych znajomych, którzy kiedyś przetrzymali nasze rzeczy, gdy byliśmy na północy kontynenty. Bardzo sympatyczni ludzie, będący idealną mieszanką polskiej gościnności i australijskiej przyjazności, więc mimo tego, że właśnie się poznaliśmy, tematów do rozmów nie brakowało. Zapamiętałam z tamtego spotkania dwie najważniejsze rzeczy.

Oczywiście podpytywaliśmy o poziom życia i szanse na przeprowadzkę. I usłyszeliśmy taką radę: jeśli mieszkacie w Europie i stać was na podróżowanie, i stać was na myślenie o przeprowadzce nie z przyczyn ekonomicznych, tylko dla przyjemności – nie sprowadzajcie się.

Australia jest jednym z najbogatszych krajów. W ciągu ostatnich kilku lat bardzo dynamicznie podniosły się zarobki, pojawiły możliwości i zmienił poziom życia. Ale jednocześnie, ze względu na tempo tych zmian, a także na ogólną sytuację na świecie, Australijczycy zaczynają dostrzegać, że ich dobrobyt to była krótka szansa dla konkretnego pokolenia. Pokolenia, które zdążyło tanio kupić nieruchomości, zainwestować, przeprowadzić się. Nieraz w czasie naszej podróży słyszeliśmy od ludzi pięćdziecięcio-, sześćdziesięcio-letnich, że im się w życiu udało, ale ich dzieci już nie będzie stać na taki sam poziom życia. Nie będzie stać na własne mieszkanie, kilka lepszych aut, drogie wakacje. Wraz ze wzbogacieniem oczywiście podniosły się koszty życia i Australia po krótkim okresie bycia ekonomicznym rajem, staje się rajem dla wybranych, a dla pozostałych jest przyjemnym, akceptowalnym, ale drogim miejscem do życia. Europejczycy, którzy chcieli tu spędzić emeryturę za swoje europejskie euro, musieli ograniczyć swoje wymagania lub zdecydować się na powrót. Australijczycy częściej wybierają wakacje w Azji (w turystycznej Indonezji lub w Tajlandii), nie dlatego, że wolą egzotykę, ale dlatego że jest tam taniej niż w ich własnym kraju.

Okres, w którym można było dużo wygrać i przyjemnie żyć skończył się.

Kawiarnię Kirribilli prowadzi Niemka, która przeprowadziła się do Australii dziesięć lat temu wraz z mężem. Nie mieli w Niemczech źle, ale brakowało im australijskiego słońca, luzu i plaż. Udało im się założyć nieźle prosperujący biznes – oprócz kawiarni z obłędnymi naleśnikami ulicę dalej prowadzili naprawdę świetną knajpę z kuchnią włoską. Kupili spory dom z działką na przedmieściach Sydney, tuż koło plaży i z doskonałym dojazdem publicznym do City, więc bez problemu korków.

I rozmawiając z nami właścicielka przyznała, że owszem – jej dom jest teraz wart kilka razy tyle, co w dniu zakupu. Fajnie, że zyskał na wartości, ale co z tego? Przecież go nie sprzeda, więc są to wirtualne, eteryczne pieniądze. Z drugiej strony przyznaje, że jej obecnie na dom w tym miejscu nie byłoby stać. I nie przypuszcza, żeby jej dzieci było.

No dobrze, z przyczyn ekonomicznych nie będziemy się tu sprowadzać, to może jednak dla tego słońca, zachwycających krajobrazów, niekończących się plaż i cudów natury?

Podróżując, na każdym kempingu spotykaliśmy Grey Nomadów. O nich jest osobny, zupełnie niechronologiczny post Michała, bo z różnych przyczyn nie daliśmy rady umieścić go gdzieś wcześniej. Generalnie, są to Australijczycy, którzy na emeryturze postanowili zwiedzić swój kraj. Taka podróż może trwać latami. Ale niezależnie od zorganizowania jej, to jest jedyny sposób zobaczenie kontynentu przez jego mieszkańców. Jak można zwiedzić chociażby to co my widzieliśmy w corocznym dwutygodniowym urlopie? A my też sporo rzeczy ominęliśmy.

Rozmawiając na kolacji z naszymi nowymi znajomymi byliśmy wypytywani o swoją podróż, o widoki, o doświadczenia. Było jasne, że podczas naszych wakacji widzieliśmy więcej Austrlii niż oni mieszkając i pracując tutaj przez trzydzieści lat. Bo jak przychodzi czas urlopu, te kilkanaście wolnych od pracy dni, to najczęściej rok w rok znajomi wracają do Europy. Tęsknią za rodziną i znajomymi, i wychodzą z założenia, że dopóki są w stanie znieść męczącą dobową podróż w samolocie, to będą tak robić. A gdy już przelot będzie zbyt kłopotliwy, wtedy pomyślą o zwiedzeniu Australii.

I ta myśl mnie uderzyła. Można tu mieszkać, można otaczać się mitem obywatela tajemniczego i rajskiego kontynentu (niewiele dalej i w niewiele lepszych miejsc dało się emigrować z Polski), ale jednocześnie można zupełnie nie mieć szans na zakosztowanie jego uroków, poznanie jego magii, zakochanie się w czerwonej ziemi.

Nasze więc niezobowiązująco wypowiadane życzenie, czy jednak się tu nie przeprowadzić prowadzi na manowce. Mieszkanie tu nie jest równoznaczne z ukojeniem pragnienia poznawania i życia rytmem tej krainy. Pracując nie zwiedzimy więcej, dokładniej, ciekawiej.

Rozwiązaniem tęsknoty za Australią nie jest przeprowadzka.

Jeśli nie przeprowadzka, to co? Może ta tęsknota musi pozostać tęsknotą?

Cztery miesiące razem. Dzień w dzień. Przekleństwo i błogosławieństwo w jednym. Z jednej strony to była niezwykła podróż geograficzna. Z drugiej, o wiele cenniejsza podróż po więziach i relacjach między nami. Przecież byliśmy tu w ramach urlopu rodzicielskiego. Coś się wydarzyło, czegoś się dowiedzieliśmy, coś się w nas zmieniło. Niezależnie od zobaczonych krajobrazów i przeżytych przygód, na koniec wynosimy jedną, najcenniejszą wiedzę – czas spędzony razem jest ważniejszy niż cokolwiek innego. Razem, nie obok siebie.

A ponieważ tłem całej przygody były australijskie widoki, zapachy i dźwięki, trudno się dziwić, że nasze serca i dusze są nimi przesiąknięte.

Ostatni dzień, dzień wylotu jest naprawdę ciężki. Spakowani kropka w kropkę tak, jak na plakacie na stacji metra, ostatnie godziny spędziliśmy w Muzeum na wystawie dinozaurów. Chłopaki biegali/dreptali/raczkowali zafascynowani czaszkami i szkieletami, a my w lekkim półtransie, żeby jakoś się nie rozsypać, próbowaliśmy co nieco jeszcze obejrzeć. Na przykład zakonserwowane słynne śmiertelne australijskie węże, które w stanie żywym jakoś nie chciały nam się okazać.

IMG_7418

IMG_7422

IMG_7428

IMG_7424

IMG_7433

IMG_7462

IMG_7464

IMG_7444

IMG_7484

I epilog – powrót mostem na drugą stronę, obiad w Kirribilli Village Restaurant, pożegnanie z sympatyczną właścielką, pośpieszny spacer do hotelu, gorączkowe upychanie bagaży w taksówce (pojęcia nie mam jak się zmieściły), jazda na lotnisko z nadzieją, że nie utkniemy w korku.

Pilnowałam chłopców siedzących nam na kolanach i ze wszystkich sił próbowałam nie patrzeć przez okno. Nie chciałam widzieć mostu, City, ulic, parków. Chciałam już mieć to za sobą. Nie czuć, nie myśleć, nie analizować.

Mnóstwo absorbujących czynności na lotnisku, w ostatniej chwili puszczone przez komórkę info na FB, że wracamy do kraju, ale blog będzie uzupełniany, ostatni łyk kawy, policzenie dzieci i wchodzimy na pokład.

Start. Koniec.

IMG_7309

Wielkanoc z sumatrzańskimi orangutanami

Australijczycy nie są jakoś demonstracyjnie religijni, i na hasło Wielkanoc nie reagują masową pielgrzymką z koszyczkami do kościołów. Zresztą w kraju, w którym jednak jest sporo innych kultur i wyznań, kraju zagarniętym od Aborygenów, nikt nie rzuca prowokujących tez o korzeniach religijnych jako jedynych świadczących o moralności i człowieczeństwie. Jednakże wszyscy Australijczycy, wszyscy wyznają jedną wspólną religię – szacunek do jakiejkolwiek okazji do pikniku. Osoby nie oddające czci dniom wolnym są potępione.

Wielki Piątek zastał nas w Perth. Nie mieliśmy żadnych zobowiązań rodzinnych czy towarzyskich, żadnych zmartwień związanych z tym, czy jajka na miękko czy na twardo i czy barszcz biały będzie wystarczająco biały, zmęczeni byliśmy upałem i podróżą, a nie myciem okien i żyrandoli. Jedyne wyzwanie jakie na nas czekało to jak przeżyć ten dzień w mieście, w którym (w przeciwieństwie do Polski) wszystko było zamknięte. Każdy sklep, każda restauracja, nawet mennica i dzwonnica – wszystko nieczynne. Gdzie pójść, co zjeść?

Tam, gdzie wszyscy mieszkańcy Perth nieposiadający żaglówek – do Kings Park. To rzeczywiście całkiem spory kompleks parkowy, bo w połączeniu z przylegającym Ogrodem Botanicznym zajmuje powierzchnię ponad 400 hektarów. Biorąc pod uwagę brak wózka podczas tej części podróży i noszenie dwójki potomków na własnych plecach, przyjemny, acz męczący podczas marszu upał i fakt, że z hotelu musieliśmy przejść jakieś 3 km w większości pod górkę, gdy dotarliśmy do zieleni, skierowaliśmy się wprost na olbrzymi plac zabaw, bez rozglądania się dookoła.

IMG_7027

Gdybyśmy mieli siły i nie mieli na sumieniu złożonej obietnicy całego dnia na huśtawkach, prawdopodobnie skorzystalibyśmy z innych atrakcji parkowych. Spacer po zawieszonej w koronach drzew ścieżce, piknik w jednym z wielu specjalnie wyposażonych w BBQ miejsc, leżakowanie na trawie z widokiem na migoczące w dole wody rzeki Swan, wędrowanie po dzikich obszarach parku dające smak wędrówki w buszu, wizyta w ogrodzie botanicznym, wieczorne kino pod chmurką.

IMG_7130

Ale cóż, słowo się rzekło, piaskownica czeka.

Wbrew obawom – było super.

Trafiliśmy w miejsce, gdzie połączonych było kilka różnych przestrzeni dla dzieci. Każda miała trochę inny klimat – były zjeżdżalnie, olbrzymia piaskownica z torem przeszkód, park huśtawek, strefa do gier, piracki statek, pająki do wspinania się, wiszące mosty, i strefa chill – out’u, czyli miejsce, w którym można było poczytać ogromne książeczki.

IMG_7030

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

IMG_7117

IMG_7128

W zależności od atrakcji w różnych częściach placu przebywały dzieci w różnym wieku, choć oczywiście były miejsca, gdzie towarzystwo się miksowało. To co nas pozytywnie zaskoczyło, to zachowanie dzieciaków, które od małego są tu uczone uważności na drugiego człowieka.

Gdy chodzę na place zabaw w okolicy naszego domu jestem pełna stresu, bo non stop muszę uważać, żeby starsze dzieciaki biegnąc nie zdeptały raczkującego Kaja, interweniować, gdy przepychają młodsze (czyli moje) dzieci na zjeżdżalni, albo tłumaczyć, że muszą poczekać w kolejce, aż ktoś młodszy, więc mniej sprawny od nich wdrapie się na górę i zwolni miejsce.

Plac zabaw kojarzy mi się ze stresem powyżej przeciętnej, oczami wokół głowy i terroryzującymi okolicę dziećmi po podwójnej dawce red bulla.

Nic takiego nie miało miejsca tutaj. Bez żadnych napomnień czy uwag ze strony pilnujących rodziców nikt nie wpadał na Kaja, który – będę szczera – opanował do perfekcji zdolność włażenia pod nogi. Gdy jedno z naszych dzieciaków próbowało przejść tor przeszkód i robiło to bardzo wolno, to za nimi grzecznie w kolejce stały inne dzieci i nikt się nie przepychał, ani nawet słownie nie popędzał.

IMG_7079

IMG_7081

Gdy już przywykłam do tej nowej zmiany, po raz pierwszy na placu zabaw – zrelaksowałam się i pozwoliłam sobie poczuć świąteczną atmosferę pikniku.

IMG_7034

Bo właśnie tutaj Australijczycy spędzali Wielkanoc, od piątku począwszy. Całymi rodzinami, lub grupami przyjaciół i znajomych rozkładali koce, ba, mieli nawet turystyczne krzesełka w zaskakujących ilościach, z przepastnych koszy wyjmowali mnóstwo pudełek z jedzeniem i piciem, na gałęziach drzew dla ozdoby wieszali balony lub kolorowe wstążki, i piknikowali. Spędzali razem dzień rozmawiając lub milcząc, grając w gry planszowe lub ruchowe (naprawdę, właściwie nie widziałam tam nosów wetkniętych w tablety czy komórki), czytając (czasem na głos) książki, malując z dzieciakami kolorowanki.

Przyznam, że po raz pierwszy odkąd jestem dorosła pomyślałam sobie, że święta jednak mogą być całkiem fajnym dniem.

IMG_7042

Jedzonko?

Jedzonko?

IMG_7047

IMG_7051

My nie mieliśmy kosza piknikowego, ale wbrew temu co się działo w mieście (czyli, że nic się tam nie działo), tutaj czynna była spora restauracja. Z obiadami, przekąskami, deserami, lodami, piciem. Zatłoczona, ale w formie fast-food’u całkiem sprawnie obsługująca osoby, które z różnych powodów nie miały ze sobą na trawie zestawu z dwunastu dań.

IMG_7105

IMG_7058

IMG_7061

W drugiej połowie dnia Tolek postanowił poćwiczyć w piaskownicy skoki w dal. Komentowałam razem z Michałem (trenerem) jego wyczyny wciskając raz za razem migawkę, a wtedy podeszła do mnie jedna z kobiet i po polsku spytała czy przyszłam na spotkanie polonijnych mam. Okazało się, że jest ich tu całkiem sporo, znalazły się oczywiście w sieci i raz na tydzień spotykają się razem, żeby pogadać, poznać się poza rzeczywistością wirtualną, spędzić razem czas. W ten sposób dzieciaki mają z sobą kontakt, mają kontakt z językiem, a dorośli podpowiadają sobie różne rzeczy – gdzie i jak i co załatwić. Temat przewodni to jak dostać się do kolejnej szkoły (tam też ze względu na rejonizację i kilka bardzo dobrych szkół państwowych rodziny przeprowadzają się do właściwej dzielnicy, bo prywatne dobre szkoły są, ale nawet jak na Perth dość drogie). Dowiedzieliśmy się, że Perth jest rzeczywiście świetnym miejscem do życia, z właściwym tempem, bogatą infrastrukturą w każdej z dzielnic, mnóstwem propozycji spędzania czasu w weekend. Jedyny problem – jest coraz droższe. Mieszkanie do wynajęcia w rozsądnej okolicy to naprawdę spory wydatek, często nierealny dla nowoprzybyłych osób, ewentualnie dostępne są trochę tańsze (ale wciąż jednak kosztujące) małe kliki, w których ciężko jest zmieścić się z pełną rodziną. Plus mieszkań na rynku nie jest znów tak dużo w stosunku do przybywających chętnych, a to oczywiście winduje ceny.

Perth jest najszybciej rosnącym w liczbę mieszkańców miastem Australii. Pomijając liczby (aktualne do znalezienia w sieci), rozwiązaniem tego paradoksu (czemu ludzie chcą tu mieszkać i tyle za to płacić???) jest po prostu ekonomia całej Australii Zachodniej. To najbogatszy stan kontynentu wg przychodu na głowę mieszkańca. Ten wynik jest łatwy do osiągnięcia biorąc pod uwagę jednak małą ogólnie liczbę mieszkańców i źródła dochodów – poza miastami są to dochodowe kopalnie złota, rud żelaza, rafinerie płynnego gazu oraz farmy eksportujące olbrzymie ilości pszenicy. A w miastach i miasteczkach zarabia się na usługach dla pracowników tych kopalnii i ich rodzin. W ten sposób w miejscu, gdzie na pierwszy rzut oka nic nie ma oprócz spalonej pustynnej ziemi, much i oceanu z rekinami, koszt życia według danych statystycznych jest jednym z najwyższych, ale też zapewniających jeden z najlepszych poziomów.

W ten sposób wiadomo już, czemu tutaj nie potrzebują zarabiać na turystach, więc raczej ci, którzy się z jakiegoś powodu zaplątali, są pozostawieni sami sobie.

Nie ukrywam – gdybyśmy składali wniosek o wizę z pozwoleniem na pobyt stały, Perth byłoby jednym z najważniejszych miejsc wskazanych jako preferowane. Tu naprawdę nieźle spędza się dnie. Jedyna niedogodność jaką mam w tyłu głowy – dlaczego stąd jest wszędzie tak daleko? Choć ponoć to kwestia zmiany sposobu myślenia. Bo ostatecznie do Sydney i zielonych części Australii jest stąd bezpośredni pociąg (jadący cztery dni i drogi tak, że raczej jest wykorzystywany jako atrakcja turystyczna), latają tam też samoloty (pięć godzin lotu – dla Australijczyka to „phi“, dla nas wciąż jednak myślących po europejsku to lot przez całą długość Europy na trasie Warszawa – Lizbona), a do Europy jest nawet bliżej niż z Sydney (o te pięć godzin właśnie).

Za to tylko dwa dni drogi do Ningaloo Reef. A potem Broome, Darwin i w dół do outbacku.

Tak, właściwa perspektywa umiejętnie ignoruje niewygodne szczegóły.

fotograf

Pod wieczór, przyjemnie zmęczeni załadowaliśmy dzieciaki na plecy i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Czekało nas tam pakowanie, bo następnego dnia bardzo wcześnie musieliśmy być na lotnisku.

I teraz zagadka dla tych kilkorga osób, które naprawdę sumiennie przeczytały każdy nasz post – pamiętacie, gdzie i w jakich warunkach rezerwowaliśmy bilety na wyprawę do Australii Zachodniej?

Na kempingu pod Grampianami, siedząc pół nocy w kucki między kuchenką sedesem i łóżkiem (tak, wzięliśmy najmniejszą i najtańszą kabinę), klnąc na uciekającą sieć i zacinający się tablet. Szukając możliwych połączeń, zgrywając z tym wynajem kampera w rozsądnej cenie, stawiając czoła faktowi, że w okresie Wielkanocy wszystko jest porezerwowane na dwa miesiące wstecz, dobiliśmy do trzeciej w nocy i ledwo widzieliśmy na oczy. Kilkakrotnie przeładowywaliśmy stronę z rezerwacją, wklepując dane czwórki pasażerów, dane karty kredytowej i każde inne dane, o które byliśmy poproszeni, byle tylko móc już pójść spać na kilka godzin.

Gdy w sobotę, bardzo wczesną sobotę stawiliśmy się na lotnisku w Perth, pewnym zaskoczeniem okazała się informacja, że nie ma nas na liście pasażerów.

W pierszym odruchu pomyślałam, że wystarczy tylko wypić kawę i przecież wszystko się wyjaśni. Kawa zmienia perspektywę, a zmiana perspektywy ignoruje niewygodne szczegóły, tak?

W drugim odruchu pomyślałam, że zemdleję i żadna kawa mi nie pomoże, bo … uprzejmy pan z obsługi odkrył przyczynę problemu. Mieliśmy zarezerwowane i ważne bilety, tylko na 19 czerwca zamiast na 19 kwietnia. Rok się zgadzał.

Jesteśmy na lotnisku z dwójką głodnych i zaspanych dzieci. Mamy do ogarnięcia duże bagaże w dużej liczbie, i gonitwę spanikowanych myśli w głowie.

Jak dotrzeć do Sydney??? Samolot pełen, nie mogą nam przepisać biletu. Nie polecimy. Może wynająć auto? Idiotyzm. Pomijając koszty, to jest 8 dni drogi (można szybciej, ale nie z dziećmi!), a my 23 kwietnia, za 4 dni mieliśmy samolot do Polski. To może zmienić wylot i zamiast z Sydney polecieć z Perth? Kolejny idiotyzm, przecież w Sydney mamy część bagaży w hotelowej przechowalni.

W każdej dłuższej podróży jest taki moment, gdy traci się grunt pod nogami i zdolność poradzenia sobie z problemem, i nas właśnie ten moment spotkał na lotnisku w Perth.

Najśmieszniejsze było to, że nie mogliśmy kupić biletu na najbliższy lot do Sydney ze zniżką za niewykorzystany lot 19 czerwca, bo nie można zmieniać daty wylotu w dniu wylotu! W końcu po iluś rozmowach telefonicznych z centralą (bo znów z jakiegoś powodu pracownicy biura sprzedaży biletów lotniczych nie mieli kompetencji, żeby nam pomóc, gdyż oni tylko sprzedają całkowicie NOWE bilety), zaoferowano nam lot 15 minut po północy. Niby nie jest to 24 godziny przed datą zmiany, ale wg kalendarza jest to już nowy dzień, więc system jakoś to łyknął. Oczywiście musieliśmy nieźle dopłacić za cztery osoby i tym sposobem zużyliśmy fundusze zaoszczędzone na niepływaniu z rekinami wielorybimi. Zużyliśmy, przekroczyliśmy, karta kredytowa jęknęła przy wpisywaniu PINu, ale postanowiliśmy martwić się tym później. Najważniejsze, że odzyskaliśmy szansę na powrót do domu.

Wróciła mi zdolność oddychania, jakoś zagadałam czymś dzieci, kupiliśmy kawę, a potem zaczęliśmy zastanawiać się co do licha mamy robić w wielkanocną sobotę od godziny ósmej rano do północy w Perth, mieście nie dla turystów???

Nie mieliśmy wyboru, a przez to wybór był dość prosty.

Najpierw Michał zaniósł bagaże do automatycznych schowków. Tam spędził godzinę, bo schowki najpierw pożarły monety, potem mimo fałszywej zachęty odmówiły obsługi karty, a do obsługi trudno się było dodzwonić. W końcu przyjechał miły pan, oddał Michałowi monety, wstukał na klawiaturze jakiś kod i obiecał, że będzie dobrze. Cóż, na razie mieliśmy zamknięte i w miarę zabezpieczone duże bagaże, kwitek potwierdzający ten fakt i wiarę, że jesteśmy w cywilizowanym kraju.

A potem pojechaliśmy do zoo. Gdy wybieraliśmy miejsce na czteromiesięczną podróż i powoli zaczął nam się klarować kierunek australijski, zapaliłam się do niedorzecznego pomysłu, że po drodze wpadniemy na Borneo i odwiedzimy rezerwat orangutanów. Niestety (na szczęście – z perspektywy czteromiesięcznego pobytu w Australii) okazało się to o wiele bardziej skomplikowane niż by to wynikało z mapy. Mimo przysłowiowego rzutu beretem kilka przesiadek samolotowych, trudności w dotarciu do samego ośrodka i nienajlepsze rekomendacje pogodowe skreśliły pomysł z listy.

Cóż, nie udało się na Borneo, to zbiegiem okoliczności szczątkowo udało się w Perth. Tutejsze zoo bardzo blisko współpracuje właśnie z Malezją w celu ochrony i uratowania orangutanów. Zbiera fundusze i współfinansuje projekt powrotu orangutanów do naturalnego środowiska, a także stworzenia chronionych obszarów, w których mogłyby żyć orangutany nie umiejące już żyć w zupełnie dzikim środowisku. Program obejmuje również część tych orangutany, które teraz mieszkają w zoo, w szczególności narodzone tutaj młode.

IMG_7164

Orangutan znaczy w języku Dajaków „Człowiek lasu“. Polegając na suchych faktach naukowych najbardziej spokrewnieni pod względem DNA jesteśmy z szympansami. Jednak prymatolodzy zidentyfikowali 63 cechy unikatowe dla przynajmniej jednego gatunku naczelnych, do których należą człowiek, orangutan, szympans i goryl. Z szympansami mamy wspólne tylko dwie, a z orangutanami – 28 (dane z książki Martyny Wojciechowskiej „Borneo“).

IMG_7134

Tyle fakty. Ale wystarczy uczciwie spojrzeć sercem i inna wiedza nie jest potrzebna.

Orangutanica rodzi jedno dziecko. Z dwójką uczepioną futra byłoby jej się bardzo trudno poruszać wśród gałęzi drzew, choć zaobserwowano i takie dzielne mamy.

Karmi je piersią do trzeciego roku życia (i żadne WHO nie musi jej do tego przekonywać, a żaden autorytet nie wmawia, że to nieestetyczne), a opiekuje się troskliwie do około szóstego – siódmego roku. Dziecko opuszcza matkę w wieku lat dziesięciu, choć jeśli jest samicą, to często pozostaje w stadzie.

Jeśli najwcześniej pierwsze dziecko orangutanica ma w wieku 15 lat, a żyje około 40stu, to wychodzi, że w ciągu całego swojego życia ma maksymalnie czwórkę dzieci. A wszystko to po to, aby zapewnić właściwą opiekę i mieć czas na nauczenie dziecka wszystkiego co niezbędne do przeżycia w dżungli.

Wszystkiego, oprócz tego jak nie spotkać na swojej drodze człowieka. Człowieka, który zabija orangutany, bo te niszczą plantację palm, z których jest olej palmowy. Który zabija matki orangutanów, żeby małe małpki sprzedać na czarnym rynku jako zabawki – zwierzątka domowe. Matka zawsze broni się aż do końca, a świadkiem tego mordu jest wczepione w jej futro maleństwo. Po zabiciu człowiek musi odrywać takie dziecko od ciała matki, a zdaża się że orangutanek jest tak mocno wczepiony, że ucina mu się łapkę. Na targu dostanie się co prawda za takie kalekie dziecko mniej, ale lepiej mniej niż wcale.

Tak, wystarczy popatrzeć sercem, żeby zobaczyć.

W Perth Zoo dla orangutanów stworzono specjalny wybieg. Ponieważ w naturze spędzają one ponad 95 % swojego życia w konarach drzew, umożliwiono im prowadzenie podobnego trybu w niewoli.

IMG_7212

Może stalowe pręty i gniazda nie wyglądają najbardziej ekologicznie i naturalnie, ale ponoć doskonale się sprawdzają, można modyfikować ich ustawienie, a orangutany uczą się na nich jak na prawdziwych drzewach.

IMG_7147

Cały dzień w zoo, a przed ich wybiegiem spędziliśmy oczywiście najwięcej czasu. Choć były momenty, gdy przez obiektyw łapałam spojrzenie orangutaniej mamy i wtedy czułam się dość nieswojo. Jej po głowie skakało dziecko, mi na plecy wdrapywały się moje dwa małpiątka. Obie jesteśmy mamami, i obie dla dzieci oddałybyśmy wszystko, łącznie z życiem. Ale to ona jest ze swoim dzieckiem za ogrodzeniem, a ja ze swoimi dziećmi ją obserwuję.

IMG_7178

IMG_7230

IMG_7199

Wytknięcie głowy ze swojego świata i rozejrzenie się po większym świecie, niekoniecznie od razu na egzotycznych podróżach, niesie ryzyko poznania faktów. Mamy cholerne szczęście mieć właściwe DNA, kolor skóry i być urodzonym we właściwym miejscu we właściwym czasie. Poza tym zbiegiem szczęśliwych okoliczności świet jest w zasadzie dość paskudnym i złym miejscem. W każdym zakątku globu, na najróżniejszych poziomach i w różnych oddcieniach. Nie da się ukryć. Czasem zazdroszę tym, którzy posiadają umiejętność nierozglądania się.

Na pewno za to rozglądają się pieski preriowe, które okazały się być hitem numer jeden dla naszych chłopaków. Z trudem, z olbrzymim trudem wytłumaczyliśmy im, że nijak nie możemy zabrać do domu ani jednego z nich, nawet tego malusieńkiego.

Oj, lizaki znów musiały okazać swą czarodziejską moc.

IMG_7244

Czy się stoi...

Czy się stoi…

czy się siedzi...

czy się siedzi…

czy się leży,

czy się leży,

cycek z mlekiem się należy.

cycek z mlekiem się należy.

Była godzina siedemnasta i zoo zamykało swoje podwoje. Nie mam pojęcia czemu tak wcześnie, słońce wysoko na niebie, pogoda piękna, a my znów nie mieliśmy co z sobą zrobić. Spacer po mieście już nie wchodził w grę, sporo spacerowaliśmy po zoo i nogi swoje wiedziały. Postanowiliśmy wrócić na lotnisko, gdzie koczowaliśmy od osiemnastej do północy. A lotnisko w Perth jest wystrojem ujednolicone z miastem – żadnych wygód i rozrywek dla turystów. Żadnego pokoju zabaw ani nawet namizerniejszego kąciku dla dzieci, żadnych wygodnych foteli do przespania kilku godzin, nic. Zimna podłoga i metalowe krzesła z poręczami, więc nawet pseudolegowiska dla dzieci nie dało się na nich zrobić.

Cud, że odzyskaliśmy bagaże ze skrytki. Bo gdy Michał poszedł je odbierać, maszyna uznała, że trzymamy je tam od ponad roku (tak wyszło z kodu, który wpisał miły pan) i musimy dopłacić zaległą opłatę – ponad dwa tysiące dolarów. Zaczepianie obsługi lotniska lub ochrony nic nie dało, schowki są obsługiwane przez zewnętrzą firmę. Telefon do firmy też nic nie dał, bo była czynna tylko do … siedemnastej. W końcu ktoś przyniósł jakiś inny numer, a tam odebrał pan, który stwierdził, że na lotnisko o tej porze to z miasta mu się nie chce jechać. W pełni go rozumieliśmy, był przyjemny sobotni wielkanocny wieczór, słońce, plaża, drinki i te rzeczy, ale jednak pan też musi zrozumieć nas… W końcu przyjechał. Okazał się absolutnie wyluzowany, nie bardzo go wzruszał nasz problem, i zupełnie nie czuł się odpowiedzialny za działania firmy, którą reprezentował. Nie będę zamieszczała rasistowskich wpisów, ale być może znaczenie miał fakt, iż młodzieniec nie był białym Australijczykiem, bo ci jednak z naszego doświadczenia potrafią ignorować człowieka w kulturalny, anglosaski sposób. W końcu jakimiś pogrożkami i przyjęciem pozy wkurzonego białego udało się Michałowi skłonić pana do rozwiązania problemu i nie wymagania od nas zapłaty ponad dwóch tysięcy dolarów.

Na lotnisku z ulgą przyjęliśmy informację o rozpoczęciu check-in’u, bo po kilku godzinach wymyślania chłopcom zabaw na pasie bagażowym już kończyły nam się pomysły. Do tego w części ogólnej nie było żadnej restauracji.

Po zjadliwej kolacji w chińskim barze, zrobiliśmy chłopakom tymczasowe legowiska na podłodze pod nosem samolotów. Potem godzina opowiadania bajek i w końcu, grubo po 23ciej zasnęli. Tuż przez wejściem na pokład statku. Wnieśliśmy śpiące tobołki na rękach, jakoś nie budząc ich dopełniliśmy formalności zapinania w pasy, a potem przez pięć godzin lotu właściwie nie zmrużyliśmy oka, zastanawiając się, czy jak w końcu maluchy się obudzą, to nasze ręce będą się jeszcze do czegoś nadawały, czy już tylko do amputacji.

IMG_7274

IMG_7276

Cynamonowe dzwony

Perth nie jest miastem dla turystów. Nie żeby na granicy stały jakieś tablice z napisem „Turystom wstęp wzbroniony“, ale jestem pewna, że gdzieś w krzakach są poukrywane takie z napisem „Turysto – wjeżdżasz na własną odpowiedzialność, bez prawa do reklamacji“.

IMG_7022

Jest tu parę hoteli, z których turyści mogą korzystać, a z racji bycia miastem o kulturze anglosaskiej jest też informacja turystyczna z folderami. Sęk w tym, że foldery stojąc na kilkunastu półkach i sprawiając wrażenie mnóstwa atrakcji obejmują obszar całej Australii Zachodniej, a gdy się spyta konkretnie co można robić w Perth, miła pani z obsługi wskaże kilka ulotek, na których większość propozycji należy do tak zwanej aglomeracji, więc leży do 100 km od miasta.

Dużo zdjęć, głównie tego samego budynku z różnych perspektyw, sporo krzyczącej czcionki, błyszczący na pewno nie ekologiczny papier, ale za to tworzący słuszną grubość stron, a to wszystko by ukryć prosty fakt – w Perth właściwie nie ma co robić gdy jest się turystą.

IMG_6908

Jednocześnie przeglądając folder nieodmiennie jestem pod wrażeniem zdolności języka angielskiego i jego emocjonalnych przymiotników do stworzenia marketingowego opakowania. Obłędne (plaże, trawniki), wspaniałe (widoki, parki), zapierające dech w piersiach (budynki, rejsy), niesamowite (sklepy, ulice), urzekające (uliczki, kawiarnie), przyciągające (wystawy, wydarzenia), relaksujący (styl życia, wieczór nad rzeką).

IMG_7015

Dopiero po rozebraniu tych opisów na czynniki pierwsze, można na listę miejscowych atrakcji (czyli w samiusieńkim Perth, nie godzinę od Perth, co oznacza dwie od centrum, w którym mieszkamy) wpisać:

  • wciąż czynną mennicę, gdzie można obejrzeć złote i nie tylko monety, oraz wytopić sobie pamiątkę z pseudozłota. Zrezygnowaliśmy, w Polsce też można, i też nie ze złota.
  • Wieżę dzwonniczą. Poszliśmy, bo z ulotki nie do końca rozumieliśmy o co w tym chodzi. Wybudowana w futurystycznym kształcie, nowoczesna i będąca symbolem Perth na każdej ulotce, mieści w sobie 12 dzwonów podarowanych Australii Zachodniej przez katerdę St. Martin z Londynu. Dzwony są odlane pomiędzy 1725 a 1770 r., i współcześnie dołączono do nich pięć nowych dzwonów. W efekcie siedemnaście dzwonów kilka razy dziennie rozbrzmiewa mini – koncertami, podczas których można zobaczyć jak dzwony pracują. Obsługiwane przez wolontariuszy ze stowarzyszenia, są nazywane „Dźwiękiem Perth“.IMG_6918

IMG_6917

Sama wieża ma kilka pięter, więc spacerując po mieście dotarliśmy do niej będąc pewnymi, że w środku musi być coś więcej niż enigmatyczne „prawdziwe serce miasta“. Na miejscu okazało się, że w wieży jest toaleta, sala bankietowa będąca jednocześnie tarasem widokowym na panoramę miasta i … dzwony. Cena biletu na koncert, podczas którego przez minutę można oglądać jak huśtają się dzwony jakoś nie przekonała nas co do wartości przedstawienia, wręcz przeciwnie – odstraszyła swoją abstrakcyjnością.

Mam pewnien sentyment do dzwonów jako takich, przy jednym z nich kilka(naście) lat temu otrzymałam pierścionek, w zamian za obietnicę wspólnych obiadów i podróży do końca życia, jednak wydanie ponad stu złotych od osoby za oglądanie jak dzwon się buja, to jednak bujda marketingowa. Odpuściliśmy.

IMG_6911

Nie skusiliśmy się też na kupno upominku, który miał prawdziwie zaznaczyć naszą niekończącą się miłość – cytuję z ulotki reklamującej kłódki z grawerunkiem, które masowo wiszą na mosteczku prowadzącym do Bell Tower.

Jesteśmy z Europy, takie rzeczy to u nas chleb powszedni, a nie wyjątkowa, niezwykła, poruszająca serce atrakcja turystyczna : )

IMG_6913

  • Deptak ze sklepami największych i najmodniejszych marek. Tam można odkryć bogactwo mody, biżuterii i dodatków takich marek jak Vuitton, Tiffany, Bally, Chanel, i innych. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie, bez dodatkowego tłumaczenia.
  • Rejs po rzece Swan. Co ciekawego można zobaczyć podczas rejsu? Perth. Aha.
  • Olbrzymi kompleks parkowy z ogrodem botanicznym – Kings Park. Tutaj zawędrowaliśmy i rzeczywiście jest to świetne miejsce, ale o tym za chwilę.

 

Tak mniej więcej przedstawia się lista atrakcji dla turystów. W różnych odległościach tzw. australijskiego rzutu beretem (często bagatelizowanych w odniesieniu do PRAWDZIWYCH odległości) można było odwiedzić oceanarium, inne parki botaniczno – zoologiczne, popływać cały dzień kajakiem pomiędzy wysepkami z koloniami pingwinów i fok, itp.

Jednak nie da się ukryć rzeczy oczywistej – turysta się śpieszy. Turysta ma mało czasu i potrzebuje w mieście pigułki turystycznej – zabytków, trasy spacerowej, może jakiejś galerii lub ciekawego muzeum, natłoku sklepów z miejscowymi pamiątkami z Chin, a pod wieczór dobrej i taniej knajpy. Turystę zapraszamy do Londynu, są bezpośrednie połączenia z Perth.

IMG_6938

IMG_6932

Perth jest świetnym miejscem do życia, nie do zwiedzania. Rozłożyste, co może stanowić problem przy dojazdach, ale z drugiej strony pozwala uniknąć wrażenia stłoczenia, przepełnienia i zapakowania do ostatniej piwnicy i poddasza. Z dużą ilością parków, skwerów, rekreacyjnego nadbrzeża nad rzeką, z dostępem do plaż nad oceanem (ok, trochę w oddaleniu i poprzez miasteczka satelity, ale wciąż w obrębie aglomeracji Perth). Ze sklepami zaspokajającymi wszelkie fanaberie, z międzynarodowymi restauracjami, z życiem nocnym, dzielnicą biznesową i zadbanymi przedmieściami.

IMG_6939

Gdy się tutaj mieszka i czas nie jest problemem można w każdy weekend zaplanować coś ciekawego. Wokół kilka parków natury. Wędrówki piesze, wycieczki rowerowe, spływy kajakiem, żeglowanie, plażowanie, leniuchowanie.
IMG_6922

My byliśmy zawieszeni. Jakoś musieliśmy tutaj spędzić trzy dni, typowych atrakcji, w tym dla zmęczonych i małych dzieci było mało, a dla leniwych rozrywek w stylu „nie róbmy nic i popatrzmy jak płynie“ jednak mieliśmy sprzeciw. No bo być w tak intrygującym, odizolowanym mieście i nic nie zobaczyć, nic nie przeżyć???

IMG_6894

IMG_6896

IMG_6903

IMG_6924

IMG_6927

IMG_6936

Pierwszego dnia połaziliśmy więc po centrum oglądając budynki, topowe atrakcje, w tym przybicie piątki najsłynniejszemu komikowi miejskiemu – Percy’emu Button i … koło południa nie mieliśmy pomysłów co dalej. Co prawda Tolek optował za spędzeniem całego dnia na ławce przed wejściem do Angielskiego Zaułka, gdzie na wieży co godzinę dwóch rycerzy niestrudzenie napadało na siebie z lancami, ale po dwóch takich seansach zaprotestowaliśmy.

IMG_6898

IMG_6901

 

IMG_6902

Wsiedliśmy więc w pociąg i po pół godzinie dojechaliśmy do Fremantle, wymienianego na ulotkach jednym tchem z Perth, gdzie oba miasta żyją na zasadzie symbiozy (jedno zapewnia rozpoznawalność nazwy, a drugie sposoby spędzenia czasu dla zabłąkanych turystów).

IMG_6940

To całkiem sympatyczne nadoceaniczne miasteczko, w którym wiele miejscowych atrakcji podbija atrakcyjność Perth. Można tutaj zwiedzić (jeśli się bardzo chce) jedyny w Australii Zachodniej budynek wpisany na listę światowego dziedziectwa – budynek pierwszego więzienia. Mimo dodatkowej oferty przepłynięcia kajakami podziemnymi tunelami, jakoś nie chcieliśmy.

Można zajrzeć do ponoć fascynującego muzeum marynarki i żeglugi, i na to mieliśmy ochotę, ale akurat czasu nam nie starczyło.

IMG_6941

Można spacerować uliczkami i pooglądać uroczą fragmentami zabudowę, tworzącą klimat małego, spokojnego miasteczka. Pospacerowaliśmy.

IMG_6981

IMG_6982

IMG_6985

Można dać się skusić jednej z mnóstwa doskonałych restauracji serwujących głównie dania z owocami morza, i pewnie byśmy się skusili, gdyby nie wcześniejszy przystanek w jednej z kawiarni. To miała być szybka kawa na podniesienie ciśnienia i może jakieś ciastko dla dzieci na zatkanie im ust.

Pech chciał, że trafiliśmy do należącej do rozwijającej się australijskiej sieci czekoladziarni Sun Churro. Churros to pochodzące z Hiszpanii smażone słodkie ciasteczka w kształcie podłużnych chrupków, obtoczone w posypce z cynamonu lub cukru pudru, które macza się w roztopionej czekoladzie. Brzmi prosto, ale pułapka w Sun Churro leży w menu. Czekolada do maczania w kilku smakach, do tego różne kolorowe posypki (jak wielki czekoladowy bajzel zrobi dwójka dzieci mająca do dyspozycji coś na kształt podłużnych ptysiowych patyczków, miseczkę z płynną mleczną czekoladą i miseczkę z kolorowymi minikuleczkami?), czekoladowe napoje do picia, kawa z czekoladą, czekoladowe desery, czekoladowe ciasta (w tym kuszący tort o nazwie „Czekoladowa śmierć“), czekoladowe puddingi, serniki, czekoladowe shakes, czekoladowe lody w kilkunastu wariacjach, czekoladowe trufle i makaroniki.

IMG_6976

IMG_6978

Wyszliśmy stamtąd z ewidentnym zacukrzeniem organizmu na następne dwa miesiące, i brakiem realnej możliwości zjedzenia czegokolwiek innego przez resztę dnia.

Dla zainteresowanych oraz ku przestrodze dodam tylko, że sieć ma swój punkt w Sydney.

Wobec powyższych przeciwności losu udało nam się porządnie zwiedzić tylko jedną atrakcję Framantle, ale nawet dla niej samej warto tu przyjechać.

IMG_6947

Goździki i gałka muszkatałowa rosną tylko na kilku wulkanicznych wysepkach należących aktualnie do Indonezji. W Europie początkowo handlowali nimi głównie muzułmańscy kupcy podróżujący lądem. Jednak ze względu na ciągłe konflikty i wojny pomiędzy Muzułmanami a chrześcijańską Europą, dostawy pożądanych towarów były problematyczne. W miarę odkrywania kolejnych dróg morskich, europejczycy przejmowali handel „pachnącym złotem“ i wtedy zaczęli rywalizować pomiędzy sobą.

Przewożone kilkunaście ton przypraw było warte tyle co spore domostwo ze służbą, więc było się o co bić. Przyprawy nadawały smak i zapach mdłym potrawom, ale były też pożądanymi lekarstwami. Nie bez przyczyny w 15 wieku mówiono: Nie umrze człowiek, którego stać na cynamon.

To były czasy piratów, kompanii morskich, śmiałych ludzi, zachłannych ludzi, romantycznych marzeń o nowych lądach i brutalnej, twardej rzeczywistości, którą niewielu przeżywało.

Świeżouznany holenderski naród był od pewnego momentu niekwestionowanym królem morskich szlaków. Było wiele przyczyn tego sukcesu, ale nie do przecenienia jest fakt, iż Holendrom w zarządzaniu ich krajem i politykom bliżej było do myślenia jak kupiec niż jak arystokrata. I to właśnie dało im olbrzymie fory w wyścigu o nowe rynki i miejsca handlu.

Większość statków było prywatnych i zarządzanych przez spółki lub inne formy współdecydowania. W Amsterdamie powstawały instytucje ubezpieczenia i kredytowania, spisywano kodeksy handlowe. Zaczęto budować statki w zupełnie nowatorski i rewolucyjny sposób, co znacząco zwiększyło efektywność i wykorzystanie przestrzeni pływających łodzi.

A do tego wszystkiego powołano VOD – Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską i wyposażoną ją w prawa, które w Europie dotychczas przysługiwały wyłącznie koronowanym władcom. Kompania miała za zadanie zjednoczyć działania pomniejszych holenderskich spółek wszelkiem maści i prywatnych statków, tak aby dać spójny i skuteczny opór dotychczas panoszącym się na morzach Portugalczykom, Hiszpanom i Anglikom. Aby to osiągnąć VOD miała prawo wypowiadać wojny i zawierać sojusze z obcymi księstwami, negocjować warunki współpracy i samodzielnie podejmować decyzje, bez wcześniejszej konsultacji z królem.

Była najpotężniejsza, przejęła monopol na handel przyprawami, następnie handlowała wszystkim czym się opłacalo – srebrem, miedzią, ceramiką.

Ale nie o historii VOD ma być ten wpis, a on drobnym zdarzeniu, które miało miejsce z jej inicjatywy. W 1606 r. kapitan małego, ale szybkiego i niejednokrotnie już przetestowanego statku należącego do VOD, otrzymał rozkaz, żeby po zawinięciu do brzegów Jawy płynąć dalej, w poszukiwaniu najdalszych wschodnich i południowych ziem. W ten sposób mały okręt ochrzczony Duyfken (Biały Gołąb), dowodzony przez kapitana Janszoona dotarł do północnego wybrzeża olbrzymiego, nieznanego kontynentu – Australii. To pierwsza odnotowana relacja o dotarciu Europejczyków do nowego lądu. Ponieważ jednak Holendrzy nie byli zainteresowani ziemią, tylko przyprawami, nie anektowali nowej wyspy dla siebie (pewnie jakimś zbiegiem okoliczności nie dowiedzieli się na czas o istnieniu olejku eukaliptusowego).

IMG_6950

Na nadbrzeżu Fremantle stoi przycumowana replika Duyfken. Wykonana w latach 90-tych ubiegłego wieku metodą „archeologii doświadczalnej“, czyli przy maksymanym zachowaniu realiów czasów i technik pracy z okresu, gdy tworzony był pierwowzór. Deski sprowadzono z Litwy, wszystkie fragmenty tworzone były ręcznie i przy użyciu starodawnych narzędzi. Generalnie – pracowała przy tym grupa niezłych fascynatów, którzy całkiem dobrze się bawili rozwiązując różne problemy i przeskakując przeszkody techniczne.

W efekcie klon Duyfen powstał i odbył swoją podróż do Europy i z powrotem. A teraz można go zwiedzać, co było naszym celem.

IMG_6944

Nie jestem fascynatką okrętów, żeglowania, bitew morskich, manewrów i technicznych rozwiązań. Ale spędziliśmy na pokładzie tego maleństwa bite dwie godziny i nikt się nie nudził. Najpierw dołączyliśmy do grupy dzieciaków, którym przewodniczka opowiadała o życiu na statku. O tym jak się gotowało mając trzy produkty na krzyż przez kilka miesięcy (i dlaczego wypadały od tego zęby), o tym że zamiast wody pito wino lub piwo, ale w zupełnie innym stężeniu niż my, więc statek jakoś płynął prosto, o tym jak spano na zmianę, bo dla wsyzstkich nie było miejsca (dzieciaki z pasją próbowały ułożyć się w wąskich drewnianych wnękach, bo hamakow jeszcze wtedy nie stosowano), jak działał ster (oczywiście wszyscy musieli pokręcić, wyciągnąć i poprzestawiać drewniane przekładnie, a potem jeszcze biec na zewnątrz, żeby zobaczyć, że to rzeczywiście działa), jak robiono kupę i na co trzeba było uważać w trakcie (temat zawsze i pod każdą szerokością geograficzną wywołujący ożywienie wśród młodzieży). Emocje wzbudził też wątek surowych kar zapewniających posłuszeństwo na pokładzie. Wbrew filmowym relacjom broń posiadał tylko kapitan, reszta uzbrojenia była zamknięta w skrzyni na czas rejsu, więc wszelkie bójki odbywały się bez szabel, mieczy i pistoletów. Za przemycenie noża i użycie go w walce zwykle traciło się rękę. A Holendrzy byli wyjątkowo mało skłonni do debaty i rozstrzygania, kto zaczął – w przypadku bójki najczęściej obie osoby lądowały za burtą, w myśl zasady, że wina zawsze leży po dwóch stronach, a awanturników na pokładzie nie potrzeba.

Do tego ponad połowa załogi nie przeżywała rejsu z powodu chorób i kontuzji, a raczej braku lekarstw i warunków do zaleczenia choćby prostych zranień, które często kończyły się amputacją, gangreną i śmiercią.

Jednak ówcześni mężczyźni marzyli o pracy na holenderskim statku. W przeciwieństwie do angielskich okrętów, tu zaciągano się dobrowolnie, i jeśli miało się szczęście i wróciło się do domu, to wynagrodzenie było naprawdę godne, przynajmniej w porównaniu z brakiem wynagrodzenia u Anglików.

IMG_6956

IMG_6955

Zdecydowaliśmy się jeszcze na prywatną wycieczkę po statku, gdzie pani ponownie tłumaczyła nam mnóstwo rzeczy, opowiadała o niezauważanych na pierwszy rzut oka ciekawostkach (takich jak np.balast zabierany w drogę na Wyspy Korzenne, i tam porzucany po załadowaniu przypraw. W przypadku repliki Duyfken są to 16wieczne cegły sprowadzone specjalnie z Europy, którymi wyłożona była podłoga w ładowni, i po których pasją raczkował Kaj z Tolkiem, sprawdzając która się rusza, a która nie).

Popłynęły też historie o życiu na statku, o codziennych zmaganiach, o nadziei na zarobek życia, a pogrzebanych szansach przez zwykły pech.

IMG_6964

A na końcu by taki moment, gdy zostaliśmy pod pokładem sami. Przekupując dzieci kolejnymi lizakami (kręcących nosem ekoekspertów zachęcam do podzielenia się działającymi innymi sposobami na szybkie wyegzekwowanie czegoś od nakręcającego się rodzeństwa) zarządziliśmy ciszę absolutną. Siedzieliśmy więc przez chwilę na lekko kiwających się cegłach z europejskiego opactwa, wdychaliśmy odurzający, silny zapach drewna pomieszany z przyprawami rozsypanymi tu i ówdzie dla efektu. Słuchaliśmy plusku fal, które obijały się o burty statku nad naszymi głowami. Drewniane elementy rytmicznie skrzypiały, w górze przez maleńkie wyjście dolatywał krzyk mew, a my nawet nie potrzebowaliśmy zamknąć oczu, żeby wyobrazić sobie namiastkę życia jakie musiało się toczyć czterysta lat temu w takim miejscu.

IMG_6961

IMG_6960

Na koniec dnia, gdy wykończeni intensywną wycieczką wróciliśmy do Perth marząc już tylko o dojściu do hotelu i łóżku (Kaj nie marzył, po prostu zasnął w nosidełku), natrafiliśmy na odbywający się na deptaku festiwal kuchni z czterech stron świata.

Wzdłuż dwóch stron szerokiego pasażu stały namioty, a w każdym pichciło się coś uwodzącego zmysły. W pierwszym odruchu pomyśleliśmy – jesteśmy ledwo żywi i wciąż zacukrzeni od czekolady. W drugim – już nurkowaliśmy wśród tłumu uśmiechniętych, sympatycznych Australijczyków i podejmowaliśmy strategiczne decyzje, co kupić na kolację.

IMG_6993

W końcu chyba kierując się zapachem oceanu i szumem morskich fal, a także jakąś nieuchwytną więzią ze Starym Kontynentem, która dopadla mnie na tych europejskich cegłach z Białego Gołębia wybraliśmy paellę. Gdy zajadaliśmy się nią rok temu w Barcelonie, Tolek stał się fanem tak przyrządzonego ryżu. Teraz dołączył do niego obudzony i częściowo zregenerowany Kaj, tak więc na spółkę daliśmy radę naszym porcjom, mimo czekolady krążącej nam wciąż w żyłach.

IMG_6987

A potem długo w nocy skakaliśmy do granych na żywo rytmów z różnych zakątków ziemi. To był udany dzień.

IMG_6991

IMG_6990

IMG_6996

W końcu w drodze do hotelu jeszcze raz popatrzyliśmy na upartych rycerzy (kto wygra TYM razem?), a kilka metrów od nas Percy Button niewzruszenie stał na głowie.

IMG_7003

IMG_6997

Kolorowe gargulce i nieprzyzwoite fotki

Choćbym uciekł na kraj świata, ręką sięgnął gwiazd,
To wiecznie siedzi mi na głowie mój przyjaciel czas (…)
Biegnę – padam – wstaję,
bez końca – galop.

(Zakopower)

Czas beztroskiej wędrówki bez liczenia dni i kontrolowania zegarka się kończy. Wracamy do Perth.

Dokonując nadludzkiego wysiłku po nocy spędzonej w towarzystwie szwędającego się Oriona i po zaledwie trzech godzinach snu, wstaję tuż po wschodzie słońca, zostawiam śpiochów w kamperze i idę uchwycić kolory Australii Zachodniej.

IMG_6219

 

IMG_6221

Nie przypominam sobie wielu razy, gdy z własnej woli wstałam wcześniej niż konieczność, ale te rzadkie poranki zwykle były tego warte. Tak jest i teraz. Mimo niewyspania czuję w sobie fajną energię. Cały obóz śpi, a ja odchodzę dosłownie kilkaset metrów, gdzie nie ma już śladu cywilizacji. Jestem tylko ja, światło, mój obiektyw i zdziwione kangury. Są całkowicie dzikie, niedokarmiane przez ludzi, więc obserwując mnie zachowują odpowiedni dystans. Szukając odpowiedniego kadru schodzę z drogi i muszę uważać na rosnącą tu suchą trawę, tak ostrą, że potrafi przeciąć nogawki dżinsów, nisko zawieszone kolczaste gałęzie krzewów, i dodatkowo skanuję teren w poszukiwaniu wężów. Jednocześnie staram się nie płoszyć i nie denerwować stojących słupka torbaczy, a naciskając spust migawki jestem świadoma bycia obserwowaną. To zupełnie nieoczekiwane uczucie, i powoli zaczynam się czuć jak na ekskluzywnym safarii.

Podoba mi się to : )

IMG_6227

IMG_6238

IMG_6233

IMG_6230

Postanowiliśmy wcześniej, że w drodze powrotnej nie będziemy już tak gnać w upale tych tysiąca trzystu kilometrów do Perth bez żadnych atrakcji, więc kilka kolejnych dni to mieszanka połykania kilometrów z udawaniem, że wciąż zwiedzamy na luzie.

Nie potrafimy ukryć, że nasz czas w Australii się kończy. Niby zostały nam jeszcze dwa tygodnie, ale w porównaniu z czterema miesiącami, dramatycznie odczuwamy różnicę w planowaniu. Już nie jesteśmy w trybie “niekończących się wakacji”, wręcz przeciwnie, każdy dzień to planowanie z myślą o końcu wakacji. A to robi różnicę. Jakiś smak smutku zaczyna nam mieszać się z tym co widzimy i przeżywamy, dopadają nas refleksje o tym, co już przeżyliśmy, i po prostu podróżujemy już w trochę innym nastroju. Zatrzymując się na kolejnym kempingu, w kolejnym uroczym (lub nie) nadoceanicznym miasteczku, nie rozgladamy się wygłodniali w poszukiwaniu folderów z lokalnymi atrakcjami. Brutalnie wiemy, że to tylko króciutki przystanek podczas kilkudniowego powrotu i nie mamy już czasu zwiedzać nic ponad to, co zaplanowane.

Carnarvon, Kalbarri, Port Gregory, Geraldton, Cervantes – nazwy z mapy, później przywołujące wspomnienie przyjemnego gorąca, kempingu z niezłą miejscówką z widokiem, postoju na obiad, szybkiej inspekcji głównej ulicy przez szybę samochodu, lub wieczornego spaceru dla wyładowania nagromadzonej w drodze energii.

Jesteśmy już zmęczeni. Nadmiarem wrażeń, przeżyć, nowych odkryć, widoków. Zmęczeni kilometrami, mknącym obok krajobrazem, życiem w drodze.

IMG_6246

Pokonywanie długich dystansów z dwójką małych dzieci nie jest zabawne. Oczekiwany przez nas mit drogi zmienia się w poczucie odrętwienia, zaciśnięcia zębów i milczącego odliczania kilometrów do końca. Ile można rozmawiać z rocznym, znudzonym i zmęczonym dzieckiem? Jak długo ma się siłę na wymyślanie atrakcji dla trzylatka, który zbuntowany brakiem ruchu, nienawidzi kredek, rzuca kolorowymi pinezkami do układania obrazków, i na pewno nie będzie nawlekał koralików na sznurek według wylosowanego obrazka. Postoje też nie są wytchnieniem, raczej krótkim odroczeniem dalszej mordęgi. Zwykle nie ma gdzie bezpiecznie puścić raczkującego malucha, zwykle jest upał, zwykle trzeba zaraz jechać dalej.

Kamper wybitnie podniósł komfort podróży, podczas postoju można rozłożyć stolik do jedzenia, dzieciaki mogą się powylegiwać na kanapie lub pochodzić po jego wnętrzu, ale wciąż – nie jest fajnie. Myślę sobie, że będzie łatwiej, gdy obaj będą już sobie czytać książki, komiksy, rozwiązywać krzyżówki i łamigłówki. Ostatecznie będą potrafiły docenić sam fakt podróży. Z drugiej strony będą wtedy nastolatkami, a to ponoć dopiero szkoła przetrwania dla rodziców.

Pożyjemy, zobaczymy.

Na razie ruszając w kolejny kilkugodzinny odcinek wewnętrznie drętwieję w oczekiwaniu na kryzysy do rozwiązania. Znużenie dopada też dzieciaki.

Tolek powoli wypracowuje własną strategię, potrafi godzinami wpatrywać się w krajobraz za szybą i nic nie mówić. Kaj na szczęście jeszcze trzy godziny w ciągu dnia śpi, więc wykorzystujemy to jak możemy.

Ale i tak jest trudno.

IMG_6642

Wyznaczone przez nas atrakcje też już nie wywołują takiej eksplozji zachwytu, bo patrzymy na nie trochę przytłumionym wzrokiem, jak w nieczyszczonych okularach. Majestatyczny, eksponujący dzieje Ziemi na przestrzeni 450 milionów lat kanion – ot, kanion.

IMG_6264

IMG_6275

IMG_6262

IMG_6261

Bardziej niż zachwyca nas kanion, irytują nas muchy, które znów się pojawiły w tłumnych ilościach. Niby jesteśmy w Kalbarri National Park, ale gdzieś w okolicy, jakieś dwieście kilometrów dalej jest najwyraźniej jakaś farma bydła. Są więc i muchy.

Oglądamy kanion, idziemy na krótki spacer po pętli opowiadającej historię miejsca, ale w duszy zżymamy się już na te kilka pozostałych dni, po których będziemy mogli wyrzucić wszystkie magiczne smarowidła odstraszające te latające patałajstwa. Ani w Perth, ani tym bardziej w Sydney, nie będą nam już potrzebne.

IMG_6282

IMG_6283

 

IMG_6893

Póki co, jeden z ostatnich razów smarujemy skronie, policzki, nadgarstki tajemniczą maścią z ziołami, która jest dobrem narodowym Australii i działa lepiej niż wszystkie offy, muggi i inne spray’e. Przez jakieś dwie – trzy minuty. Potem ratuje już tylko siatka na głowę.

Mijając Geraldton, ulegamy pokusie wstąpienia do Rainbow Jungle. Ulotka, która nas tam skierowała jest oczywiście turystycznym majstersztykiem marketingowym. Zgodnie z nią, Rainbow Jungle jest najwspanialszym australijskim papugarium.

IMG_6293

IMG_6321

 

IMG_6465

 

Opisywana jako jeden z cudów Zachodniej Australii (ok, jest tu rzeczywiście sporo niesamowitych cudów natury, w tym powierzchownie obejrzane przez nas Wąwozy Kalbarri, ale bezczelność wpisania ptaszarnii na tą listę jest godna podziwu), w którym można poczuć autentyczny dotyk magii. W tym miejscu powinniśmy już nabrać bardzo dużych podejrzeń, ale było gorąco, my rozpaczliwie potrzebowaliśmy przerwy w podróży i atrakcji dla dzieci, więc czytaliśmy dalej.

IMG_6480

“Przejdź na dziką stronę.  (…) Poszwędaj się po wykładanych kostką chodnikach prowadzących przez krajobraz tropikalnego ogrodu, mijających wodospady, fontanny, stawy pełne lilii i gargulce”.

Nie mam pojęcia czemu nie uciekliśmy na słowo “gargulce”, tylko zahipnotyzowani poszliśmy szukać autentycznej magii wśród lilii.

IMG_6591

IMG_6299

 

IMG_6377

IMG_6448

 

IMG_6560

Rainbow Jungle to dość duży, prywatny kompleks, w którym trzymane są papugi. Te natywne dla Australii, oraz egzotyczne. Faktem jest, że była to przyjemna odmiana dla kampera i parkingów wzdłuż autostrady, i zarówno dzieciaki nieźle się bawiły, jak i my z ciekawością próbowaliśmy nawiązywaliśmy kontakt z niektórymi papugami.

IMG_6402

IMG_6408

 

IMG_6462

IMG_6478

Część z nich jest naprawdę inteligentna i niezwykła (i te były zamknięte w wolierach), a część jest po prostu bajecznie kolorowa i krzykliwa. Najmniejsze, bez olbrzymich dziobów były puszczone wolno i latały nam nad głowami.

IMG_6333

IMG_6345

IMG_6349

 

IMG_6539

Jednak to tylko ptaszarnia, nie mityczny Eden, i nie zmieni tego ani ilość gipsowych fontan, ani szum elektrycznie napędzanych mini wodospadów, ani nawet najstraszniejszy gargulec, który objawił nam się w postaci małych kołnierzastych jaszczurek.

IMG_6355

IMG_6385

 

IMG_6574

IMG_6598

IMG_6605

Na szczęście tuż obok był prawdziwy cud natury – wysokie klify nad oceanem, gdzie znów mogłam hipnotyzować się wpatrywaniem w fale. Przy okazji, sprawdzając czy na zdjęciu wyszła mi magia tego miejsca (nie wyszła, oczywiście, że nie wyszła, bo na tym polega magia – jest obecna tylko w rzeczywistości, a nie na pocztówce), zobaczyłam siebie na zdjęciach zrobionych mi przez Michała i uderzyła mnie paląca potrzeba odwiedzenia fryzjera. Gdzie jest mój jeżyk, z którym tu przyjechałam w grudniu???

IMG_6618

IMG_6608

 

IMG_6637

W dalszej drodze zboczyliśmy kilka kilometrów z trasy, żeby rzucić okiem na naturalnie różowe jeziora w okolicy Port Gregory. Ten niezwykły kolor związany jest z obecnością produkującej karoten algi Dunaliella salina, która jest uwięziona w kryształkach soli, gdyż Hutt Lagoon to słone jezioro zasilane wodami oceanu. Pewnie nie zrobi to jakiegoś wielkiego wrażenia, ale dla porządku dodam, że oglądane przez nas jezioro (czy też kompleks sztucznie utworzonych stawików na jego miejsce) to największa światowa hodowa tej algii, a tym samym największa farma karotenu używanego do barwienia żywności oraz jako źródło witaminy A.

IMG_6639

IMG_6643

Tego samego dnia, tuż przez rozbiciem się na kempingu w Cervantes, zajrzeliśmy nad jezioro Thetis.

W Shark Bay oglądaliśmy stromatolity żyjące w bardzo silnie zasolonej wodzie oceanu w Hamelin Pool. Teraz mieliśmy okazję popatrzeć na żyjące skamienieliny w zasolonym jeziorze, które nie ma żadnego połączenia z oceanem. Jezioro Thetis na skutek ruchów geologicznych oraz przemieszczania się piasku formującego wydmy zostało oddzielone od oceanu jakieś 4800 lat temu. Aktualnie jest zasilane wodami podziemnymi i bardzo sporadycznym deszczem, a mimo to wciąż jest słone od soli, którą zgromadziło prawie 5 tysięcy lat temu. W tych warunkach znów niewiele żywych organizmów jest w stanie przeżyć, i jest to szansa dla przetrwania tych najpierwotniejszych i najbardziej podatnych na zniszczenie. Spotkane tutaj stromatolity są szacowane na około 3500 lat, czyli są jednymi z najstarszych organizmów na ziemi.

IMG_6654

IMG_6662

 

IMG_6672

 

IMG_6677

IMG_6675

Miło było je spotkać, choć nie sądzę, żeby dzieciaki właściwie doceniły wagę spotkania, bo ledwo chodzący Kaj dziko awanturował się na drewnianej kładce, żeby go puścić wolno, pozwolić zejść na ziemię i nie przeszkadzać, gdy on nóżkami które dopiero co opanowały pozycję pionową będzie zdeptywał te sterczące śmieszne kopczyki.  Tolek też był za.

IMG_6669

Na szczęście na pocieszenie zezłoszczonych dzieci (żadnych, żadnych rozrywek nie ma na tej głupiej wycieczce!) następnego dnia mieliśmy asa w krótkim rękawku – Pinnacle Desert. Też kopczyki, i można próbować je zdeptać.

IMG_6684

Do parku wjechaliśmy późnym popołudniem, odpuściliśmy więc wizytę w centrum informacyjnym i od razu wjechaliśmy na szlak.

Pinnacle Desert to sterczące słupy z wapienia. Pojedyńcze, w grupach, wysokie na 4-5 metrów, lub malutkie jak kopce kreta.

Jest kilka teorii ich powstania, żadna nie wydaje się być jakoś szczególnie sensowna.  Pierwsza mówi o wypłukiwaniu się prahistorycznego dna morskiego, w którym z jakiegoś nieznanego powodu w wielu miejscach do wapiennej skały przeniknęła jakaś nieznaleziona do tej pory substancja, która utwardziła pojedyncze fragmenty i one nie uległy wypłukaniu. Druga sugeruje, iż są to zwapnione pnie drzew rosnących tu przed wiekami wieków. Trzecia, najbardziej odjazdowa twierdzi iż rosły tu kiedyś drzewa, a korzenie tych drzew ciągnąc wodę spod ziemi wysysały do góry pokłady wapiennych skał. I to co widzimy to właśnie te twory pozostawione przez korzenie.

IMG_6696

Niezależnie od faktu, jak powstały cuda Pinnacle Desert, każdy na jego widok weźmie głeboki oddech.

Niesamowite miejsce. Jak krajobraz z obcej planety, oglądany do tej pory na filmach s-f. Lub święte miejsce tajemniczej kultury, o której nic nie wiadomo. Taka naturalnie stworzona terakotowa armia.

IMG_6692

IMG_6697

IMG_6776

 

IMG_6837

IMG_6838

Błąkaliśmy się pomiędzy tysiącami kształtów, iglic, stożków, wieżyczek, kamiennych kul, łuków i gdy myśleliśmy, że już wystarczy, że już mamy dość zdjęć dokumentujących niezwykłość tego miejsca, zakręt dalej odkrywaliśmy kolejne zaskakujące formacje.

IMG_6761

IMG_6778

 

IMG_6797

IMG_6811

IMG_6820

IMG_6786

IMG_6824

IMG_6828

Sesja zdjęciowa wykonywana pełną parą, bo słońce zaczęło się chować, pomysły na tysiąc ujęć i stylizacji, gdy nagle wpadam na pomysł nowego zdjęcia całej naszej rodziny do zamieszczenia na blogu. Mimo czteromiesięcznej podróży takich zdjęć mamy do tej pory … dwa. Dlatego na blogu ciągle wisi to stare ze Świnoujścia, gdy była nas tylko trójka. Jak na razie nie mamy żadnego innego, którym można by je zastąpić aktualizując stan osobowy.

IMG_6694

Niestety, zwykle tak jest, że gdy rodzicom na czymś zależy, dzieciom nie zależy na tym zupełnie. Słońce znika, szansa na zdjęcie ucieka, a Tolek wdraża bunt. Nie będzie stał obok nas, nie da ręki, nie będzie stał prosto. Kaj zapatrzony w brata również nic nie będzie. Zdesperowana robię zdjęcie łapiąc milisekundę dobrego ustawienia (na cieniu nie widać, że dziecko wrzeszczy, że nie będzie), ale drgnęła mi ręka i wyszło rozmazane. Żaden filtr ostrości nic nie wskóra. Próbuję ponownie i dostaję komunikat, że nie ma więcej miejsca na karcie. Sprint do auta, wymiana karty, w tym czasie dzieci złamały szereg i już nie ma szans ponownie ich ustawić. Sięgam po ostateczny argument – jak staną porządnie w narzuconej kolejności, nie będą się wyginać, słaniać, wyrywać i skręcać, to w aucie dostaną lizaka. Łapówka działa, zdjęcie zrobione, słońce może zachodzić.

IMG_6855

Już wyjeżdżamy z parku, gdy po prawej stronie zauważam kształt, który nie pozostawia mnie obojętnej. Kicha światło, ale macham ręką, ustawiam maksymalne ISO z nadzieją, że jakoś wyczyszczę szum, bo muszę, po prostu muszę mieć to zdjęcie : )

I mam, nawet kilka, w tym większość bardzo, bardzo nieprzyzwoitych, wyłącznie do prywatnego archiwum.

IMG_6884

Podwodny lot w żółwim tempie

Ningaloo Reef to perfekcyjna w każdym calu pocztówka wakacyjna.

Z dala od tłumów, o tej porze roku bez much i bez komarów, bez obezwładniającego upału, ale jednocześnie z ciepłą wodą oceanu, nagrzaną w płytkiej niecce przez zimowe, rozleniwiające  słońce.

Z prawie lub całkiem pustymi plażami, niesamowitą przyrodą i czasem płynącym w zupełnie innym tempie.

Wszystkie dni były tu podobne, a każdy pojedyńczy różnił się od pozostałych.

Rankami leniwe śniadanie w kamperze. Potem wyjazd na jedną z plaż, rozłożenie piaskowego ekwipunku, relaks.

Jedno z nas pływało, drugie pilnowało dzieci na plaży. Dzieci wyjątkowo radziły sobie nieźle same szukając wyrzuconych na brzeg koralowców lub brodząc w płytkiej wodzie bez fal,  więc była okazja do zamknięcia oczu, zanurzenia dłoni w przyjemnie nagrzanym piasku i odpłynięcia myśli.

Do ostatniej chwili wątpiłam w to, że będę pływać z rurką i zobaczę jakąkolwiek rafę. Od ostatniej próby snorkelingu moje umiejętności nie zrobiły żadnego postępu, a wręcz przeciwnie – z biegiem lat wzrósł mi próg lęku i zmniejszył się poziom dopuszczalnego szaleństwa.

Ale po pierwszym nurkowaniu na Turquoise Bay Michał wyszedł z wody z uśmiechem na twarzy jak u pięcioletniego chłopca, który dowiedział się, że na urodziny dostał na własność lodziarnię z lodówkami pełnymi lodów smerfowo-balonowych.

Wciąż pełna rezerwy poszarpałam się chwilę z płetwami (mamy takie pełne, z butami, cholernie niewygodne do zakładania), wyregulowałam maskę i powolutku popłynęłam w stronę mitycznej rafy. Spoglądałam w dół, który był na dotknięcie ręki, więc nie panikowałam. Gdy dno obniżyło się na jakieś dwa metry poczułam niepokój, ale woda ciągle była przeźroczysta, pode mną pojawiły się niesamowite ryby, w tym  całkiem spore papugoryby, a gdy uniosłam głowę to w odległości kilkudziesięciu metrów zobaczyłam na brzegu chłopaków, którzy mi pomachali. Pomyślałam, że mimo mizernych umiejętności ten dystans do płycizny jestem w stanie wrocić wpław, więc popłynę jeszcze kawałek. Pooglądałam rybki, już czując lekką radość z faktu, że pływam sobie ze zwierzętami widzialnymi dotychczas tylko w oceanariach, a potem umówiłam się sama z sobą, że płynę tak daleko, aż nie policzę do dziesięciu. Wtedy, nawet jeśli nie zobaczę rafy, to wracam na brzeg. Jeszcze raz zerknęłam na chłopaków, lekko zirytowałam się tym, że Michał leży i się opala, bo miał mnie z oczu nie tracić, i machnęłam płetwami licząc w myślach “raz”. Nie doliczyłam do sześciu, gdy zapomniałam o rzeczywistości.

Pode mną, absolutnie na wyciągnięcie ręki, nie w przenośni, pojawiła się rafa koralowa. Pełna barw, kształtów, labiryntów i mieszkańców.

Nie odważyłam się zanurkować nawet na chwilę, ale nie musiałam tego robić. Dotykać niczego nie zamierzałam, a widoczność ze względu na bliskość do powierzchni wody była doskonała.

Gdy już opanowałam euforię, wewnętrzny wrzask radości i totalne niedowierzanie, że jednak pływam nad rafą, zaczęłam dostrzegać szczegóły. Ikoniczne rozgwiazdy, gąbki, polipy, koralowce wyglądające jak wielki mózg, podwodna kapusta i morskie drzewa. Mnóstwo ciekawskich ryb, morskich ogórków spokojnie pożerających piasek, groźnie wyglądających jeżowców – byłam w ich świecie. Niesamowite, nie do opisania.

Gdy w końcu wyszłam na ląd, żeby zmienić Michała, też wyglądałam jak ten pięciolatek z nieskończoną ilością lodów na własność.

Podczas kolejnych wypadów nad rafę widziałam też przy dnie średniej wielkości, czarne kształty nie do pomylenia z czymkolwiek innym –  płaszczki.

Myślałam, że to już szczyt dzikich wrażeń, gdy Michał przypłynął i z daleka już wołał, żebym wkładała płetwy i płynęła tam, gdzie sam był przed chwilą. W wodzie mijając się dał mi maskę i poszedł do dzieci. Popłynęłam, rozglądałam się dookoła nie wiedząc czego mam szukać (rekina?), gdy nagle je zobaczyłam – dwa olbrzymie żółwie skubały sobie podwodną trawę. Krzyknęłam, przez co oczywiście wypadła mi rurka z ust i gdy przestałam się topić i znów mogłam na nie popatrzeć, żółwie zdegustowane zamieszaniem postanowiły odpłynąć. Naiwnie postanowiłam popłynąć z nimi, ostatecznie mam o wiele większe płetwy niż one – pomyślałam sobie. Nie wiem co pomyślały sobie żółwie, ale ledwo zauważalnie machnęły swoimi płetewkami i tyle ich widziałam.

Kolejny dzień zbliżał się ku końcowi. Pakowaliśmy z dzieciakami koce i zabawki, gdy z ostatniego nurkowania wyszedł Michał. Nie, nie uśmiechał się. Nie, nie wyglądał jak chłopiec z lodziarnią na własność. Miał minę chłopca, który właśnie odkrył niepodważalny dowód na istnienie pełnowypłacalnego św. Mikołaja. Radość była zablokowana przez totalny zachwyt.

Podczas nurkowania na dalszej części rafy, na którą ja już nie odważyłam się wypływać, spotkał słynną mantę. Olbrzymią, majestatyczną, z rozpiętością skrzydeł dochodzącą do pięciu metrów. Ta była trochę mniejsza, ale i tak wzbudziła należny sobie podziw.

Chwilę unosiła się w wodzie pod nim, po czym koniuszkami skrzydeł zafalowała, i odleciała w otchłań oceanu.

Żegnając się z Ningaloo, spacerowaliśmy po plaży w blasku zachodzącego słońca. Wiem jak banalnie brzmi to zdanie, ale prawda jest taka, że to się właśnie tutaj robi – spaceruje plażą w blasku zachodzącego słońca.

IMG_6148

IMG_6149

IMG_6156

Michał zajął się chłopakami, a ja znów za pomocą obiektywu łapałam kolejne wspomnienia do bazy danych. Są ponoć badania pokazujące, iż osoby fotografujące przeżywają z danego miejsca mniej, ponieważ skupiają się na tym co widać w kadrze, zamiast chłonąć czas wszystkimi zmysłami.

Pewnie jest w tym spora doza prawdy. Też kiedyś złapałam się na tym, że po weekendzie w jednym z europejskich miast niewiele potrawię o nim powiedzieć, bo wciąż patrzyłam przez wizjer, a przez to nie zobaczyłam miasta.

Ale jest też druga strona medalu. Ja pamiętam poprzez zdjęcia. W ten sposób szczególne momenty zapisuję w pamięci trwałej, a jak o nich zapomnę, to zawsze mogę otworzyć odpowiedni album i wrócić.

Ponieważ wyjątkowe chwile to są emocje, bardzo łatwo tracę do nich dostęp. Zapominam, bo mój umysł zalany emocjami przechodzi w jakiś inny tryb pracy i jako ochronę przed przegrzaniem właśnie zapomina. Pewnie dlatego prawie zawsze po powrocie z wymarzonego kolejnego wyjazdu, gdy budzę się rano mam wrażenie, że tylko mi się śniło. Że wyjazd, tak pieczołowicie planowany i oczekiwany jest wciąż przede mną. Nie potrafię wymienić trasy, nazw miejscowości, w których byliśmy, przypomnieć sobie konkretnych zdarzeń. Dopiero po dłuższym czasie, gdy emocje słabną, powoli przychodzą wspomnienia. Ale jest ich o wiele mniej niż powinno. Wtedy ratują mnie zdjęcia.

Ten mechanizm dotyczy nie tylko wyjazdów czy podróży, ale każdego ważnego dla mnie wydarzenia. Pewnie dlatego tak bardzo zależało mi na dobrym fotografie w dniu ślubu, żeby następnego dnia nie pytać skąd obrączka na palcu ; )

Tak więc słońce zachodziło, a ja chłonąc zmysłami bursztynowe światło, ciepło powietrza, zapach oceanu, szorstkość piasku i szum fal, wciskałam migawkę za migawką i zapamiętywałam czystą radość moich synków bawiących się z bardzo ważnym dla mnie mężczyzną, który na palcu ma taką samą obrączkę jak ja.

IMG_6179

IMG_6212

Tego wieczoru, ostatniego dla nas w Ningaloo Marine Park, długo w nocy siedzieliśmy na progu kampera.

Dzieciaki spały, w innych kamperach też już pogasły światła.

Siedzieliśmy z kubkiem gorącej, mocnej herbaty. Przed nami czerń spokojnej, lekko pomarszczonej wody. Zapach charakterystyczny dla plaży – stygnącego piasku, muszli, morskiego życia wystawionego na zetknięcie z powietrzem. Nie słychać już było żadnych cykad, świerszczy czy nocnych ptaków.  Jedynym dźwiękiem był potężny, groźny grzmot wściekłych oceanicznych fal, które zaciekle i bez ustanku kilkaset metrów przed nami rozbijały się o zewnętrzną granicę rafy. Słyszeliśmy je, słyszeliśmy ich ryk i huk, ale nie widzieliśmy, bo do nas docierały już tylko zmarszczki na tafli wody.

Widzieliśmy za to gwiazdy. Miliony, tryliony, nie zakłócone światłami miasta, nie zasłonięte chmurami. Nad nami świecił Krzyż Południa, a ja leniwie zastanawiałam się dlaczego krzyż, a nie latawiec. Przecież to ewidentnie latawiec.

IMG_5962

Kolejne minuty w milczeniu, kolejne kwadranse słuchania nieustannej awantury oceanu z rafą, kolejna gorąca herbata. A nad nami wędrował po niebie Orion, by po kilku godzinach powoli schować się za horyzontem, udając się na drugą stronę, w tym do Polski, gdzie właśnie zapadała noc.

IMG_5964

Pokonaj strach albo … zrelaksuj się. Warto.

Gdyby ktoś mnie spytał, o największą głupotę jaką w życiu popełniłam, nie miałabym wątpliwości co wskazać.

Nie, nie wypuszczenie z klatki Teodora (królika miniaturki), który zjadł mi jeden but ślubny w noc przed ślubem. Również nie przefarbowanie się na żółty blond, gdy wyglądałam jak kurczak, a nie seksowna blondynka. Ani nawet nie studencką imprezę w towarzystwie policjantów z dochodzeniówki po cywilnemu, na której uznałam, że… eeee, nieważne. Egzamin z prawa spółek handlowych dnia następnego zdałam.

W każdym z tych przypadków byłam młoda i usprawiedliwiona.

Gdy pierwszy raz lecieliśmy do Australii, wiedzieliśmy, że dotrzemy nad Rafę Koralową. To w prosty sposób implikowało chęć nurkowania. Znaleźliśmy więc odpowiedni kurs w stolicy, zaliczyliśmy wykłady na basenie i przyszedł czas na egzamin. Nie zdałam, bo egzamin odbywał się w lodowatych wodach jeziora mazurskiego i początkowo nawet szło mi nieźle, gdy doszło do zadania, w którym miałam swobodnie opaść na dno i wytrzymać tam 10 sekund. Opadłam, otoczyły mnie czarne, długie, wijące się i obślizgłe wodorosty, i w tej samej chwili podjęłam decyzję o bezpowrotnym wyjeździe do domu. Michał zaliczył, widać trafił na łachę piachu.

Niezrażeni wykupiliśmy rejs na rafę (ostatecznie tam było ciepło i wodorostów się nie spodziewałam), instruktor zgodził się wziąć mnie na nurkowanie mimo braku papierów, i wydawało się, że marzenie (wyzwanie?) się spełni.

2007-10-20_07-01-04_2045 of 3049

 

Że ja nie zanurkuję???

Że ja nie zanurkuję???

2007-10-20_02-37-31_1976 of 3049

2007-10-20_05-40-28_2004 of 3049

2007-10-20_05-40-22_2003 of 3049

Skoczyłam z pokładu jachtu, poleciałam w dół w otchłań na środku oceanu i rozpaczliwie próbując jakoś opanować swoją pozycję, nie wpaść na rafę (chrzanić zniszczenie jej, tam po prostu żyje milion zabójczych stworzeń czekających tylko na moje nogi) i nie dać się porwać prądom wody, które rzucały mną na lewo i prawo, uświadomiłam sobie tło największej głupoty w życiu. Otóż ja nie umiem pływać. Nie kokietuję jakiegoś mięśniaka w pomarańczowej czapeczce czy co tam ratownicy noszą, ja naprawdę zwyczajnie nie umiem pływać. Ba, dodatkowo boję się wody, która przeraża mnie jako najpotężniejszy żywioł. A otchłań wody doprowadza na skraj zawału serca (gdy lecę samolotem, mam tylko nadzieję, że rozbijemy się w górach, a nie nad oceanem, w którym trzeba będzie potem utonąć).

Ja chcę żyć!

Ja chcę żyć!

2007-10-20_06-01-27_2017 of 3049

Monochromatyczne ryby...

Monochromatyczne ryby…

...i szalenie kolorowa rafa.

…i szalenie kolorowa rafa.

Naiwnie myślałam, że pianka i płetwy jakoś załatwią sprawę i zrekompensują ten brak podstawowej umiejętności. Na basenia taka strategia w miarę się udawała.

Niestety, ocean to nie basen.

Spanikowana, przerażona, z na wpół zaparowaną maską, starałam się nadążyć za grupą, która zachwycona pływała sobie podziwiając rafę pod nami. Ja nic nie podziwiałam, bo pod wodą nie było już światła i ta znana z fimów bajecznie kolorowa rafa była jakąś ciemnoniebieską, niewyraźną masą. Całkiem możliwe, że zaparowana maska nie ułatwiała wpadnięcia w zachwyt (tak, umiałam oczyścić maskę, ale NA BASENIE). Mój zachwyt wywoływał widok płetwy nurka przede mną, bo świadczył o tym, że wciąż mam szanse na przeżycie. Starałam się ignorować myśli o porwaniu mnie przez podwodne fale i utonięciu w otchłani sto mil od brzegu czegokolwiek.

Gdy wypłynęliśmy na powierzchnię – byłam jedyną osobą, która nie trajkotała o żółwiu morskim, konikach, ukwiałach czy rozgwiazdach, tylko w na wpół ściągniętej piance poszłam do barku jachtowego i piłam setkę za setką. Aż w końcu ręce przestały mi się trząść na tyle, że nic nie rozlewałam.

Z głupoty i buty byłam o milimetr od popełnienia samobójstwa.

Refleksja po. Że było blisko, aby drugiej rocznicy ślubu nie doczekać...

Refleksja po.

Że mało brakowało, a drugiej rocznicy śluby byśmy nie doczekali...

Że mało brakowało, a drugiej rocznicy śluby byśmy nie doczekali…

... i trzeba będzie znów zapalić świeczkę i szukać żony.

… i trzeba będzie znów zapalić świeczkę i szukać żony.

A to zdjęcie pamiątkowe po wyczyszczeniu jachtowego barku.

A to zdjęcie pamiątkowe po wyczyszczeniu jachtowego barku.

Tym razem jadąc do Australii już takiego błędu przy planowaniu atrakcji nie popełniliśmy. Wschodnie wybrzeże Australii, wprawdzie z lekkim żalem, ale jednak dość szybko skreśliliśmy z naszego planu. No ale być w Australii i nie widzieć rafy??? Co to to nie.

Na zachodnim brzegu jest rafa o wiele atrakcyjniejsza, przynajmniej dla takich niepływających istot jak ja – Ningaloo Reef. I tam właśnie trafiliśmy.

Ponad 1300 km od Perth, nasz najdalszy punkt tego etapu podróży. Jadąc tam przekroczyliśmy zwrotnik Koziorożca i mimo ponad czterdziestostopniowego upału nie obyło się bez zdjęcia. Szybkie wyjęcie ledwo żywych dzieci z klimatyzowanego auta, trzask migawki i w ostatniej sekundzie przed wyparowaniem ponowne zatrzaśnięcie się w naszym chłodnym azylu.

IMG_6253

Na wstępie zawitaliśmy do miateczka Exmouth, ostatniego przed obszarem parku narodowego Cape Range.

Było przyjemnie ciepło (ostatecznie to jesień, więc już po upałach, relaksacyjne 35 stopni z lekkim wiaterkiem), leniwa, ale nie zastygła atmosfera miasteczka i bardzo przyjemne centrum handlowe z parterowymi sklepikami wzdłuż ocienionego deptaka ,w połączeniu razem wyczarowały bardzo … wakacyjny nastrój.

Może jakiś widok, zapach lub dźwięk przypomniał mi wyjazdy nad morze gdy byłam mała.

Może to kolory, tak charakterystycznie wyblakłe od morskiego powietrza i słońca.

A może widok naszych dzieci, które skakały wśród sklepowych koszy pełnych zabawek na plażę, dmuchanych piłek, kół pływackich, rękawków, okularków nurkowych, i innych rzeczy godnych pożądania właśnie tu i teraz. Ja też kiedyś tak skakałam i śmiejąc się prosiłam o setną foremkę do piasku.

Nie mogłam się oprzeć temu dziwnemu uczuciu przemieszania dwóch czasów, dwóch ról. Trochę dla dzieciaków, ale trochę też dla małej dziewczynki w środku mnie, bez oporów i przeliczania dolarów australijskich na złotówki zapełniliśmy koszyk plażowym ekwipunkiem.

Uzupełniliśmy też porządnie zapasy jedzenia i wody w zbiornikach auta, bo jechaliśmy w rejon, w którym przez kolejne trzy dni mieliśmy się obyć bez jakiejkolwiek bieżącej wody, w tym wody pitnej i bez sklepów.

Przed wjazdem do parku w informacji turystycznej jeszcze raz upewniliśmy się, że nie damy rady skorzystać z jednej z największych w tym miejscu atrakcji – nurkowaniu z największą rybą na świecie – rekinem wielorybim.

Jak nazwa wskazuje, jest to rekin rozmiarów wieloryba, bo potrafi osiągnąć ok 13 metrów długości, ważyć 11 ton i mieć paszczę szeroką na metr czterdzieści. Żywi się planktonem i dzięki temu, jak wszystkie wielorybowate, stanowi ogromne zaprzeczenie każdej teorii dietetycznej – ciągle pływa, je prawie nic i pije dużo wody, a wygląda jak wygląda. Podobnie jak syreny morskie, jedzące wyłącznie trawę morską lub sałatę (w niewoli). Podrzucam do rozmyślań, gdy będzieci biegać lub w restauracji zamiast porządnego kawałka toru bezowego z kremem z mascarpone i likierem pomarańczowym zamówicie sałatkę z sałat bez sosu.

Co roku stado od 200 do 400 olbrzymów przybywa w te rejony w okolicach marca – czerwca. Najprawdopodobniej jest to spowodowane rozmnażaniem się w tym okresie rafy koralowej i wielu innych drobnych gatunków żyjątek. W ten sposób powstaje odżywcza planktonowa zupa z bogatą wkładką drobnorybną. Nie do końca wiadomo, gdzie rekiny spędzają pozostałą częśc roku, bo program oznaczania tras ich migracji dopiero raczkuje. Jak wiele zwierząt żyjących w głębinach oceanu i nie nadających się do trzymania w niewoli, tak i one są mało poznane. Nie wiadomo o nich prawie nic (oprócz tego, że ich mięso nadaje się na zupę). Wiemy, że samice rodzą młode, a to dlatego, że kiedyś upolowano właśnie na zupę rekinią mamę, która miała w sobie żywe płody około 300 rekinków. Natomiast malutkich rekinów wielorybich tuż po urodzeniu nikt nigdy nie widział, dostrzegane są dopiero starsze osobniki. Podejrzewa się, że zdolność do rozrodu ryby te osiągają w wieku około 30 lat (a żyją do 100). Jednocześnie z powodu tak długiego okresu potrzebnego do osiągnięcia dojrzałości płciowej gatunek ten jest narażony na wyginięcie, bo nawet nieznaczne zmiany w jego populacji na skutek polowań mogą znacznie zachwiać ilością młodych. Dodatkowo wprowadzenie ochrony gatunku utrudnia fakt, iż tak naprawdę zupełnie nie wiemy ile rekinów żyje w wodach na całym świecie.

Szans na popatrzenie rekinowi oko w oko nie mieliśmy nie z powodów leżących po stronie ryby. Był właśnie idealny okres, w którym osobniki migrując za planktonem pływały sobie dostojnie w wodach obok nas. Wycieczki nurkowe wsiadały na szybkie łodzie, a helikoptery latające nad oceanem wypatrywały ciemnych kształtów i podawały współrzędne spotkania. Wszystko grało, oprócz ceny – za rejs dla jednej nurkującej osoby trzeba było zapłacić prawie 1200 zł. Fotka z rekinem była gratis.

Tym razem byłam rozsądna, ostatecznie dwójka malutkich dzieci do czegoś zobowiązuje, i nawet nie znając ceny stwierdziłam, że nie będę ciąć byka i udawać, że umiem nurkować. Była to więc atrakcja dla Michała, który wahał się, wahał, lecz w końcu stwierdził, że woli za tą cenę opłacić inną atrakcję. I rzeczywiście, w niedługim czasie okazja do wydania zaoszczędzonej kwoty nam się nadażyła, więc z perspektywy czasu uważam, że było warto.

IMG_6165

Plaże i wody w rejonie Ningaloo Reef są niezwykłe z mnóstwa powodów. Wieloryb rekini to jeden. Żółwie to dwa. Rozmnażają się tutaj zarówno karetty, krytycznie zagrożone wyginięciem żółwie szylkretowe, oraz trochę liczniejsze, z szansą na przeżycie żółwie zielone. Te ostatnie nie są zielone same z siebie, ale taki kolor ma ich tłuszcz, a wiadomo o tym stąd, że gotuje się na nich zupę. Zieloną zupę.

Sezon na składanie jaj w piasku ma miejsce pomiędzy październikiem a lutym, więc spóźniliśmy się o jakieś dwa miesiące. W przeciwnym razie moglibyśmy załapać się do grupy wolontariuszy chroniących gniazda i obserwujących nocną wędrówkę tysięcy żółwików do oceanu. Choć nie wiem, czy chciałabym patrzeć na takie maluchy brnące przez piasek i z całych sił próbujące dostać się cało do wody, bo wygląda to słodko i rozczulająco, ale tragedia kryje się (jak zwykle) w statystyce – szacuje się, że do wody dotrze tylko 5% miotu z gniazda (samica składa około 150 jaj). Pozostałe staną się kolacją dla lisów, ptaków, krabów czy jaszczurek. A w wodzie czekają rekiny, inne duże ryby lub nurkujące ptaki. Naukowcy mówią o szansie dla jednej samicy z miotu na dożycie do wieku rozrodczego.

W obliczu takich liczb jakoś inaczej wygląda taki niewinny obrazek malutkich żółwików drepczących do wody, prawda?

Ok, z rekinem nie pływaliśmy, na żółwie się spóźniliśmy. Spóźniliśmy się też na przepiękny spektakl innego cudu natury – rozmnażania się rafy koralowej. Tutaj już ta świadomość trochę bolała, bo przybyliśmy o cztery tygodnie za późno żeby zobaczyć miliardy malutkich jajeczek uwolnionych przez koralowce i dryfujących nocą w wodzie, oświetlanych przez światło księżyca.

Co można więc robić na zupełnym odludziu, bez wody i prądu, gdy nie stać na nurkowanie z rekinami, albo chociażby rejs jachtem po oceanie, a wszystko inne już się w tym roku wydarzyło?

Można zniknąć. Zatrzymać się. Zadziwić się. Zobaczyć tak naprawdę. Być.

I można nurkować.

IMG_6159

Do Cape Range National Park wjeżdża się jedyną wyznaczoną w nim drogą, która przez 60 km jest asfaltem, a potem zmienia się w przeprawę 4×4. Większość miejsc do kempingowania jest na szczęście wyznaczona wzdłuż tych sześćdziesięciu kilometrów, i rozbijać się można tylko tam. W ten sposób ilość turystów w tym niezwykłym miejscu jest ograniczona i dzięki temu naprawdę można być w największej atrakcji okolicy z uczcuciem bycia tam samemu. Przy wjeździe strażnik parku spisuje numery rejestracyjne i informuje, na którym kempingu jest wolne miejsce. Po wybraniu, dostaje się tam przydział i dość trudno jest go zmienić w trakcie pobytu w parku. Z drugiej strony nie ma się co spinać, bo każda miejscówka ma swoje plusy i minusy, a położone są na tyle blisko siebie (co kilka kilometrów), że do dobrej plaży zawsze można dojechać. I na żadnej z nich nie ma łazienki, same biotoalety bez wody. Prądu, żeby podładować pompę w kamperze też nie ma.

My trafiliśmy do Mesa Camp, na którym gospodarzami – wolontariuszami była para starszych państwa, która co roku podejmowała się tego zajęcia na kilka miesięcy. W zamian za darmowe miejsce gospodarze pilnują porządku na kempingu (głównie przestrzegania przepisów dotyczących ciszy i śmieci), pomagają i doradzają turystom, a w wolnej chwili po prostu się wakacjują. Mają zwykle najbardziej rozbudowaną przyczepę na kempingu, z ogródkiem, kanapą na zewnątrz, telewizją, panelami słonecznymi, itp. Taki rodzaj biwakowania na ogródku działkowym, ale ogródek w raju. Jak będę emerytem, to rozważę taką opcję, bo niewiele fajniejszych sposobów spędzania czasu widziałam.

Prawdopodobnie dobrze by wpłynęło na wiarygodność posta, gdybym wyjaśniła zjawiska geologiczne, które ukształtowały dno oceanu w tej okolicy. Powinnam napisać o tym, jak to 20 milionów lat temu aktualny teren parku był dnem morza, a potem na skutek pęknięcia płyty fragment się wybrzuszył ponad poziom wody, a pozostałe dno pofałdowało.

Prawdopodobnie źle by to jednak wpłynęło na ogólną atrakcyjność wpisu, więc tym razem zignoruję historię ruchów tektonicznych i powiem tylko tyle, że w ten sposób ukształtowała się płytka niecka, która całkiem niedaleko od brzegu gwałtownie zmienia głębokość na przerażającą otchłań. A wzdłuż krawędzi tego uskoku uformowała się największa australijska rafa przybrzeżna (ok. 300 km długości), której największą zaletą jest bliskość od lądu. Dzięki temu byłam w stanie ją zobaczyć.

Pływać dalej nie umiem. Mówiąc uczciwie w ogóle nie powinnam wchodzić do wody nawet na snorkeling, bo gdy fala zalewa mi rurkę (a w oceanie w przeciwieństwie do basenu lub wanny są fale nieustannie), to ja momentalnie się topię i w panice zapominam, że wystarczy wystawić głowę i wziąć oddech nosem. Rady typu „nie oddychaj pełnym oddechem, żeby mieć zapas powietrza w płucach na wypadek zachłyśnięcia“ są o kant rurki potłuc, bo jak pływam to jestem przerażona i jedyne co mnie trzyma przy życiu to koncentracja na równym i głębokim oddechu.

Jednak nie samym rozsądkiem człowiek żyje. Ningaloo Reef jest w niektórych miejscach zaledwie 100 metrów od brzegu! I tuż pod powierzchnią wody, więc światło dociera, jest kolorowo, i nie trzeba nurkować.

Dodatkowo, ponieważ dno morskie jest uformowane jak jest, to wszystkie fale rozbijają się o zewnętrzną krawędź uskoku i rafy, i na „płyciznę“ docierają już niegroźne zmarszczki (świetnie to widać na zdjęciach z lotu ptaka, gdzie jest bardzo wyraźna linia pomiędzy błękitną płytką wodą, a głębokim granatem otchłani oceanu).

To była szansa nie do odrzucenia. Nie musiałam płynąć jachtem, żeby na środku oceanu skoczyć w otchłań bezmiaru wody z myślą, że nie mam szans dopłynąć do jakiegokolwiek lądu. Nie musiałam nurkować. Nie musiałam pisać testamentu. Musiałam tylko nie utopić się zakładając płetwy przy brzegu.

Przez trzy dni jeździliśmy z plaży na plażę korzystając z rozpiski pływów otrzymanej w informacji turystycznej. Było to szalenie ważne, bo w niektórych miejscach rafa była tak blisko powierzchni, że pływać nad nią bezpiecznie dało się tylko podczas przypływu. Poddając się rytmowi natury zwiedziliśmy kilka miejsc i w każdym było coś niesamowitego. W Sandy Bay pojedyńcze twory koralowca były tak blisko brzegu i na płyciźnie, że udało nam się pokazać je Tolkowi trzymanemu na rękach!

IMG_6071

 

IMG_6058

IMG_6102

IMG_6051

W Oyster Stacks machnęłam ręką na pływanie, bo wyrzucone na brzeg fragmenty koralowca, skamielin i muszli skutecznie prowokowały do robienia zdjęć i oglądania ich różnorodnych kształtów.

IMG_5972

IMG_5978

W Lakeside czuliśmy się jak w reklamie batonika Bounty, bo byliśmy tylko my, biały piasek i błękit wody.

IMG_6025

Ale ulubioną plażą była ta w Turquoise Bay. Mimo największej popularności prawie pusta. Rafa koralowa 100 metrów od brzegu. Ogromna płycizna, na której chłopcy bezpiecznie szaleli w swoich dmuchanych kołach i rękawkach. Biały piasek na dnie, więc mniejsze ryzyko, że coś zagrzebanego czycha pod spodem, żeby ze złośliwości wbić śmiertelnie jadowity kolec.

Malutkie korolowe rybki pływające wokół nóg stanowiły dodatkową atrakcję dla dzieciaków.

A sama plaża usiana, po prostu usiana połamanymi koralowcami, które okazały się najlepszymi zabawkami pod gorącym słońcem. Można nimi było rzucać, rysować, układać, stukać jednym o drugi, zakopywać, porównywać.

Fragmenty tysięcy koralowców wyrzuconych na brzeg.

Fragmenty tysięcy koralowców wyrzuconych na brzeg.

IMG_6029

Normalnie nie przepadam za plażą jako miejscem do siedzienia jak na patelni. A już zupełnie nie cieszę się na myśl o smarowaniu kremem dwójki zapiaszczonych dzieci, które jednocześnie płaczą, bo nagrzany piasek parzy je w nogi.

IMG_6016

IMG_6012

IMG_6018

IMG_6014

IMG_6005

IMG_6002

IMG_5993

IMG_5994

Tym razem było inaczej.

IMG_6115

 

 

Nic nie może przecież wiecznie trwać

Co zesłał los, trzeba będzie stracić.

Nasz pobyt w Shark Bay dobiegł końca. Odczuliśmy go o tyle boleśniej, że jesteśmy coraz bliżej końca naszej podroży i już tylko kilka z kilkudziesięciu miejsc do przeżycia nam zostało.

Pożegnaliśmy plażę, po której jeździliśmy na wielbłądach, fale, wśród których spotkaliśmy delfiny, przenoszące w przeszłość stromatolity, hipnotyzującą krainę z malutkich białych muszli, farmę pereł i łąki z niezobaczonymi, ale obecnymi syrenami.

Wracając do drogi nr 1 wiodącej z Perth na północ wstąpiliśmy do ostatniej atrakcji na półwyspie.

Zagadka dla wnikliwych – pisząc o Shark Bay wspominaliśmy mnóstwo zwierząt – delfiny, diugonie, wielbłądy, bezczelne emu, a nawet muchy. O kim jeszcze nie było mowy, a powinno być?

O rekinach z Zatoki Rekina.

Nazwa Shark Bay nie została wybrana przypadkowo. Żyje tu około 26 gatunków rekinów, w tym jeden z najpopularniejszych – rekin tygrysi. I tak się składa, że w tutajszych wodach żyje jedna z największych populacji tych ryb na świecie.

O samych rekinach pisałam już trochę w poście z Sydney http://www.wloczykije.info/2014/01/oko-w-oko-z-rekinem/, więc tamtych informacji nie będę przepisywać. Opowiem o czymś nowym.

Oczywiście każdy widział Szczęki. Jeśli nie całość (bo na przykład zdrowy rozsądek mu zaprotestował i nie zdzierżył całości filmu), to przynajmniej początek albo najbardziej mrożące krew w żyłach sceny w trailerze.

Przedstawione tam zachowania rekinów do tych prawdziwych mają się mniej więcej tak, jak ideał kobiecości z bajki o Śpiącej Królewnie do prawdziwej kobiety.

Ludzie nie figurują jako danie główne w menu rekinów. Jeśli już zostaną zjedzeni lub raczej nadgryzieni, to zwykle dlatego, że jakoś sprowokowali atak. Rekin głupi nie jest, atakuje z głodu raczej to, co zna i wie, że jest jadalne. Więc nie poluje na ludzi, nie wyczekuje surferów, nie wrzuca jakiegoś nurka na ząb, tylko dlatego, że ten przepływał obok. Jeśli chodzi o surferów to badacze skłaniają się ku teorii, że rekiny często traktują ich jak foki, a foki już jak najbardziej są w jadłospisie. Poza tym takie śmigające, szybko poruszające się duże zwierze przyciąga uwagę rekina, i jest to zrozumiałe. Nikt rozsądny nie biega na obcasach i z najnowszym smartfonem przy uchu w środku nocy po opuszczonych i ciemnych ulicach miasta, prawda? Stąd pierwsza rada, jak uniknąć ataku rekina – nie prowokować go.

Nurkując nie łapać, nie machać w jego stronę rękoma, aby ustawił się profilem do sweet foci na FB. Nie karmić z ręki, nie gonić go, nie dopuścić do tego, by poczuł się zagrożony.

W ten sposób jest szansa na zupełnie bezbolesne spotkanie. Wyjątkiem są dwie sytuacje – spotkany rekin jest żarlaczem białym (który z natury jest dość agresywny i bardzo terytorialny, więc każde wkroczenie na swoje wody traktuje jak prowokację), lub jest po prostu głodny. Cóż, pech zdarza się wszędzie, dlaczego pod wodą miałoby być inaczej?

Żadnego rekina nie spotkaliśmy, a przynajmniej nie na wolności. Wyjeżdżając wstąpiliśmy więc do dość niemrawo reklamowanego Ocean Park. Właściwie ulotka nas nie skusiła, strona internetowa nie zachęciła, ale było późne południe, upał jak diabli, a w Ocean Parku działała restauracja z kawą.

Ocean Park to dość dziwne miejsce. Nijak ma się do oceanariów, do których się przyzwycziliśmy. Nie ma tam imponujących akwariów, a zamiast nich są duże, niebieskie beczki, w których pływają różne stworzenia.

IMG_5817

W jednej beczce – wąż morski. Zupełnie niegroźne stworzenie. Tak, zgadza się – jadowite i trucizna może człowieka zabić. Ale tak się składa, że wyprodukowanie trucizny oznacza dla węża ogromny wysiłek. Więc (ponoć) nie plują nią na lewo i prawo, i może się tak zdarzyć, że wąż lądowy nas ugryzie, ale nie wpuści jadu. Wtedy mamy szczęście. Ale rzadko, bo te lądowe gady jednak są dość bojowe. Natomiast taki morski, obślizgły i wijący się stwór właściwie podczas obrony nie używa jadu, który zachowuje do polowania na pożywienie. Najczęściej pogryzienia przez węża morskiego zdarzają się, gdy rybacy wyciągają ręcznie sieci i chwycą w dłoń takiego zaplątanego gada. Wtedy nie podaje się odtrutki, bo regeneracja organizmu po wstrzyknięciu antidotum jest długa i wykańczająca, tylko sprawdza się w szpitalu, czy tym razem wąż wpuścił jad. Normalnie, przy wężach lądowych nie ma na to czasu i podaje się zastrzyk „na wszelki wypadek“.

IMG_5769

W Australii żyją 32 gatunki z pośród 55 znanych węży morskich, tak tylko dodam. Dowiedzieliśmy się, że gdyby kiedyś tak się zdarzyło, że nurkując spotkamy węża, to najlepiej nie panikować (ostatnie na co człowiek miałby ochotę w dzisiejszych czasach, wiadomo przecież że najpierw należy zrobić zdjęcia na FB), tylko stać (unosić się) spokojnie i pozwolić wężowi minąć nas. Brzmi prosto, prawda? Szczególnie w przypadku spotkania oliwkowego węża morskiego, który ma około 2 metrów długości i czasem dla ciekawości lubi podpłynąć do nurka i polizać go swoim widelcowatym językiem. Nie ma się co bać, wąż w ten sposób tylko spradza czy kombinezon nurkowy jest jadalny. Tak się składa, że o ile te gady dość dobrze przystosowały się do życia w wodzie (np. mają ogon zakończony jak wiosło, w odróżnieniu do węży lądowych), to oczy pozostały lądowe i węże pod wodą widzą tak jak i my bez maski. Dobra wiadomość jest taka, że zwykle język węża nie lubi smaku neroprenu, więc po wylizaniu nurka wąż odpływa.

IMG_5808

W innej beczce mieszkały nieśmiałe mureny. Zwykle mieszkają w szczelinach skalnych lub innych kryjówkach, i nie rzucają się na ludzi. No chyba, że kąpiący się jakoś spowoduje uczucie zagrożenia i wtedy murena może dotkliwie pogryźć. Na szczęście ich zęby (ostre i z bardzo silnym naciskiem) nie są połączone z gruczołami jadowymi. Uff.

IMG_5777

Kolejna beczka i kolejne stworzenie – lionfish. Polska nazwa to skrzydlica lub ognica, ale jest to zupełnie bez znaczenia. Znaczenie ma fakt, że ta niesamowita ryba ma, a jakże, trujące kolce. W momencie zagrożenia (bądź tu człowieku mądry i wiedz co może spowodować u ognicy taką emocję, szczególnie gdy mamy ją za plecami), najpierw się ostrzegawczo stroszy i wtedy naprawdę lepiej odpłynąć. Gdybyśmy jednak wciąż zwlekali, to ognica potrafi błyskawicznie podpłynąć i takim jadowitym kolcem zaatakować. Zwykle kończy się na potwornym bólu i ranie, ale wypadki śmiertelne też się zdażają.

IMG_5794

Oprócz beczek, w Ocean Park są też akwaria. Nie imponują rozmiarem i wyposażeniem, a jednak przyciągnęły naszą uwagę na długo.

Moim ulubionym było to ze szkaradnicą, po angielsku zwaną rybą – kamieniem (stonefish). Obie nazwy jak najbardziej trafne.

IMG_5701

Taka szkaradnica często leży sobie na płyciznach zagrzebana w piasku. Nijak nie ma szans jej zauważyć. Natomiast gdy coś ją dotknie – dziób delfina szukającego jedzenia, lub stopa człowieka, to wbija zęby pełne jadu. A to jedna z najbardziej jadowitych ryb. Jej ugryzienie może zabić człowieka, choć na szczęście większości dorosłym i zdrowym osobom udaje się ograniczyć do potwornego bólu, obumarcia tkanek, częściowego paraliżu. Po ugryzieniu należy zanurzyć ranę w najbardziej gorącej wodzie jaką jest w stanie człowiek wytrzymać (dlatego każdy nurek nosi z sobą czajniczek), i podać antidotum. A potem, gdy już dojdzie się do siebie, można pójść do reasturacji i taką szkaradnicę sobie zjeść.

IMG_5700

A jeśli mowa o jedzeniu, to w Ocean Park mają też zdecydowaną królową, najbardziej jadowitą rybę na świecie – fugu. Na szczęście (naprawdę nie wiem, czemu pisząc ten post tak często używam zwrotu „na szczęście“. To chyba taki odruch obronny – wymuszony optymizm) niegroźna dla nurków i chlapiących się dzieci, bo zabija tylko gdy się ją zje. Sama z siebie niczym nie atakuje, nie pluje, nie strzela.

IMG_5778

I kończąc temat jedzenia zadam pytanie, bez którego ten post nie mógł się obejść: Gdzie jest Nemo?

IMG_5796

Na pewno gdzieś niedaleko ukwiału. Zacznijmy więc od niego – ukwiał to wbrew nazwie nie gatunek podwodnego kwiatu, tylko zwierzę, a konkretniej koralowiec. Ten, który nas interesuje, jest zabójczy dla właściwie wszystkich ryb. Jego czułki (a ma ich setki) zaopatrzone są w parzydełka, które przy dotknięciu wypuszczają setki mikroskopijnych harpunów z porażającym jadem.

Wtedy ukwiał taką porażoną rybę wciąga do swojego otworu gębowego i słuch po niej ginie.

Natomiast błazenek (bo taką rybką jest Nemo) zaproponowal ukwiałowi układ – ukwiał go nie zabija, a zamiast tego chroni. Błazenek chowa się wśrod jego czułków przed polującymi na niego rybami. W zamian błazenek dostarcza ukwiałowi jedzenie, robi w nim kupę, którą ukwiał uwielbia (ponoć ma dużo minerałów) i broni go przed jedynymi rybami, które potrafią ukwiał zjeść – rybami motylowymi.

Nie jest do końca pewne na jakiej zasadzie błazenka nie paraliżują parzydełka, ale najnowsza teoria mówi o specjalnym śluzie, którym pokrywa się skóra ryby. Takim samym śluzem są też pokryte same parzydełka, które w ten sposób chronią się przez samobojstwem (tzn. gdyby nagle jedno parzydełko pod wpływem dotyku drugiego parzydelka wypuścilo sto harpuników, a te drugie parzydełko… itp.). Błazenek, który chce się wkupić w łaski ukwiału musi zrobić coś na kształt tańca zapoznawczego – pływając koło czułek delikatnie dotyka ich rożnymi częściami swojego ciała tak długo, aż jego skora pokryje się śluzem, a ukwiał „uodporni się“ na dotyk.

W jednym ukwiale żyje cała rodzina błazenków, natomiast błazenek nie może mieszkać w kilku ukwiałach, bo neutralny jest tylko dla jednego konkretnego. Każdy inny jest dla niego potencjalnie zabójczy i musiałby od początku wytworzyć sobie specyficzny śluz, odpowiedni tylko dla konkretnego ukwiału.

Natomiast jeśli chodzi o same błazenki, to warto przyjrzeć się im bliżej. Disney zręcznie pominął ten fakt, ale błazenki są niesamowitym społeczeńśtwem. Na jego czele stoi dominująca samica, która składa ikrę. Ikrę zapładnia jej partner (tylko jeden), i to on też dba o jajeczka (usuwa śmieci, machając płetwami nakierowuje na nie utlenioną wodę, itp). Cała reszta rodziny to samce. Bo błazenki rodzą się zawsze samcami, i tylko wybrany z nich dostępuje zaszczytu przemiany w kobietę. Brzmi nieźle, prawda? : ) Gdy samica – szefowa ginie, wtedy jeden z samcow, najczęściej jej partner zmienia płeć, a kolejny samiec w hierarchi zostaje jego, to znaczy jej partnerem. Tęcza, tęcza wszędzie! I dla kombinatorów informacja – odwrocenie zmiany płci nie jest możliwe. Jesteś kobietą, umrzesz kobietą. A z mężczyznami to nigdy nie wie się…

IMG_5800

IMG_5802

Nasz przewodniczka po Ocean Parku wrzuciła do akwarium trochę jedzenia i na własne oczy mogliśmy zobaczyć jak blazenki chwytają je w pyszczek i zanoszą ukwiałowi, żeby najpierw jego nakarmić. Fajna sprawa. Zresztą to właśnie był największy atut wizytu w tym miejscu. Ocean Park jest raczej ośrodkiem badawczym, zajmującym się też ratowaniem zagrożonych morskich zwierząt. Skupia się wyłącznie na faunie rodzimej, więc znajdziemy tu tylko lokalne zwierzęta morskie. Ale opowiadają o nich prawdziwi znawcy i pasjonaci – naukowcy lub studenci na stażu. I ich opowieści stanowią niesamowitą wartość zwiedzania, bo nie są to suche fakty o długości, wadze, cyklu rozrodczym, itp nudnych rzeczach. To ciekawostki, zaskakujące informacje, rzeczy, do ktorych ciężko dotrzeć nawet w książkach. Zafascynowani światem, o którym nam opowiadała nasza przewodniczka pytaliśmy o jakieś lektury przybliżające życie morskich zwierząt właśnie w taki interesujący, nie encyklopedyczny sposób. Niestety nic takiego nie było. To kolejny raz, gdy szukamy ciekawych książek o zwierzętach, a jesteśmy skazani na broszurkowe wydania przewodników skupiających się na liczbach, a nie na historii.

Nie znaczy to, że ich nie kupiliśy do naszej kolekcji : )

Oprócz akwariów jest też jeden mały basenik z rybami, które patrzyły na nas tak, że nie mieliśmy ochoty zawierać z nimi bliższej przyjemności, w przeciwieństwie do dzieci, które zahipnotyzowane uparcie pchały palce do wody. Od pilnowania ich byłam już cała spocona, a jeszcze nie doszliśmy do rekinów…

IMG_5705

IMG_5709

Rekiny natomiast pływały w dość sporym basenie. Staliśmy nad nimi na wiszącym moście, a pod nami pływały szare kształty. Próbowaliśmy słuchać przewodniczki i robić zdjęcia, ale generalnie było to niewykonalne, bo nasze dzieci za cel honoru postawiły sobie spaść z wiszącego podestu, ewentualnie wrzucić rybkom okulary słoneczne, samochodzik, czapkę z daszkiem, buta, dekiel od obiektywu, itp.

IMG_5760

Co prawda pani powiedziała, że ona średnio raz na miesiąc wchodzi do basenu i wyławia wszystkie zgubione rzeczy (głównie przez turystow japońskich), ale nie mieliśmy czasu, żeby tu koczować. Naiwnie spytalam:

  • To gdzie wtedy są przenoszone ryby, gdy tam nurkujesz?
  • Nurkuję razem z nimi. Obserwuję wcześniej w jakim są nastroju, i jak nie są podenerwowane czy jakoś nietypowo pobudzone, to nie ma problemu. Oczywiście wcześniej je też karmimy.

To tyle jeśli chodzi o żarłoczność rekinów. W basenie pływał żarłacz żółty, żarlacz tygrysi i rekin nerwowy (nie znam polskiej nazwy na nervous shark).

IMG_5719

Rekiny pojawiły się na ziemi 100 milionów lat przed pojawieniem się dinozaurów. Ewoluowały przez jakieś 200 – 300 milionów lat dostosowując się do środowiska, i wyszło im to tak dobrze, że przez ostatnie 100 milionów właściwie zmieniły się bardzo nieznacznie.

Możliwe, że słyszeliście kiedyś o tym, że rekin żeby oddychać musi być w ciągłym ruchu. Jest to częściowa prawda, gdyż rekin w odróżnieniu od innych ryb nie ma pokrywy skrzelowej, która ruszając się wtłacza wodę do skrzeli. Dlatego większość rekinów rzeczywiście musi pływać, żeby zapewnić przepływ wody, ale są i takie, które pompują ją otwierając i zamykając paszczę.

Co jeszcze można powiedzieć o rekinach? Na świecie znanych jest około 370 gatunków, z których niebezpieczne dla człowieka są właściwie cztery – żarlacz biały, żarlacz tygrysi, żarlacz byczy i oceaniczny żarlacz białopłetwy. Atakują głównie sprowokowane zagrożeniem lub przez pomyłkę. Rzadko zdarza się, żeby atak był śmiertelny (tzn. żeby rekin tak długo gryzł, aż połknie całego człowieka). Częściej kończy się na poważnych zranieniach, prowadzących do amputacji jakiejś kończyny lub na wykrwawieniu. Zresztą najgroźniejszy – żarłacz biały właściwie żywi się padliną, więc jak zaatakuje, to potem odpływa czekając aż ofiara się wykrwawi, i dopiero potem ją zjada.

IMG_5747

I na koniec informacji żywieniowych dwa zaskakujące fakty: kto jest większym drapieżcą – delfiny czy rekiny? Oczywiście, że delfiny. Dziennie potrzebują zjeść około 15 kg ryb. Natomiast taki żarłacz biały może po zjedzeniu 30 kg mięsa wytrzymać 45 dni. Generalnie rekiny żywią się co kilka dni i zjadają o wiele mniej procentowo do masy swojego ciała niż delfiny. Jest to oczywiście związane z wydatkiem energetycznym – rekiny są zmiennocieplne i nie potrzebują energii na ogrznie się, w przeciwieństwie do delfinów.

I drugi fakt – rekiny jedzą foki, prawda? A wiedzieliście, że foki jedzą rekiny? W każdym razie, teraz już wiecie. Uchatka kalifornijska uwielbia przekąsić młodego żarłacza błękitnego. To tyle w kwestii mylącego wyglądu.

IMG_5738

Kończąc wpis, wspomnę też o rekinie, którego nie widzieliśmy, ale zafascynowała mnie notka na jego temat umieszczona w jednej z ulotek – książeczek.

Chodzi o anioła morskiego. To gatunek rekina bardzo przypominający płaszczkę. Żyje na dnie oceanu, często zagrzebany w piasku. Taki kamuflaż pomaga mu zarówno ukryć się przed wrogami, jak czekać na ofiarę. Anioły morskie są niegroźne dla ludzi, chyba że się na nie nadepnie. Wtedy potrafią ugryźć (niebywale bezczelne zachowanie!). I z tego powodu bywają nazywane diabłami piaskowymi. I teraz wracając do nieszczęsnej Śpiącej Królewny – dopóki w bajce spała, a potem pocałowana otworzyła niewinne oczęta rzucając się księciu na szyję, postrzegana jest jako anioł kobieta. Ciekawe tylko, ile kobiet obudzonych przez obcego faceta włażącego im do łóżka nie zareagowałoby co najmniej wytrzaskaniem go po twarzy. No, chyba że obawiałyby się nazwania ich diablicą. W najlepszym wypadku.

 

 

Rozleniwione medytacje w krainie syren

Bardzo dawno, dawno temu, w odległej krainie, gdzie czas płynie według innych zasad i najważniejszy jest brak zmian, bo gdy nastąpią zmiany (na przykład w Teatrze przy Starowiślnej) to śpiący w podziemiach królowie się pobudzą, a smok przestanie zgrywać dobrotliwego stwora, pewien całkiem – całkiem niczego sobie mężczyzna, postanowił uczynić ze mnie uczciwą kobietę. Wiedział, że byle czym mnie nie skusi, więc wchodząc w konszachty z różnymi dziwnymi postaciami w kapturach uzyskał zgodę na wejście na wysoką wieżę, gdzie dzwon komentujący życie narodu zamieszkuje. Wejście poza godzinami zwiedzania.

Gdy zdziwiona i zziajana tam dotarłam, w obecności lśniącego serca dzwonu usłyszałam propozycję przygody życia, czyli życie we dwoje.

Pewnie bym się trochę wahała. Nie żebym coś miała przeciwko mężczyznom (a szczególnie temu konkretnemu) czy przygodom, ale… jakoś niepojęte było dla mnie deklarowanie się w wieku dwudziestuparu lat odnośnie planów na kolejne ponad pięćdziesiąt. Tylko podpisując kredyt robi się takie rzeczy, i o ludziach, którzy to robią mówi się, że nie są poważni.

Tak więc prawdopodobnie zwlekałabym z odpowiedzią, kluczyła, lawirowała, gdyby nie… pierścionek zaprojektowany przez składającego propozycję. Pierścionek z czarną perłą, moją największą pokusą jeśli chodzi o klejnoty.

Właściwie nie literalnie czarna, ale aksamitnie grafitowa, migająca fioletem, głęboką zielenią, delikatnym różem i ciemnym błękitem. Idealna, kulista, wabiąca. Doskonały dowód na to, że uwierające przeciwności życia nie są powodem do poddania się, ale do walki i stworzenia czegoś pięknego. Tym dla mnie są perły, dlatego mnie inspirują.

Popatrzyłam na pierścionek. Resztką rozsądku upewniłam się co do trzech najważniejszych rzeczy:

  • nie będę musiała w ramach udziału w przygodzie życia prasować mężczyźnie koszul do pracy
  • nie muszę zmieniać nazwiska (nie jestem autem, które oznacza się tablicą rejestracyjną wiążącą je z właścicielem)
  • do końca życia mogę wzdychać platonicznie do dowolnego obiektu męskiego, należącego do szeroko rozumianej grupy aktorów. Wzdychanie obejmuje oglądanie filmów po kilka razy z rzędu, maślany wzrok na filmach i tuż po nich, oraz tapetę na pulpicie komputera (z plakatów już wyrosłam). Nie pamiętam do kogo wtedy wzdychałam (to już dawno były czasy po Costnerze), wiem że potem kilku przystojniaków było, w tym Craig, Daniel Craig. Natomiast od jakiegoś czasu na pulpicie komputera rządzi u mnie Sam Heughan który w stylizacji jako Jamie Fraser jest takim szkockim hm… (ciachem , ciachem – krzyczy mi w głowie jedyne określenie), szkockim przystojniakiem, że nie znam osoby, która by nie wzdychała (a nawet jęczała cichutko) podczas oglądania filmu.

Mężczyzna przystał na warunki bez problemu, a ja stałam się właścicielką pierścionka. Przesadą byłoby rzecz, iż Dzwon Zygmunta zabrzmiał, ale nie skłamię jak powiem, że jego serce świadkujące tej scenie zadrżało.

Moja perła jest z Haiti, ale tam jeszcze nie dotarliśmy realizując swoją przygodę życia. Natomiast w Monkey Mia ulokowana jest jedyna w Australii farma pereł. Nie było szans, żebyśmy tam nie zajrzeli.

Tolek stawia maszt  : )

Tolek stawia maszt : )

IMG_5626

IMG_5634

Dopłynęliśmy katameranem do pływającego na wodzie domku. Tam przemiły pan posługując się australijskim angielskim, którego jeszcze nie opanowałam, w ekspresowym tempie opowiedział o hodowli pereł. Rzucał liczbami i datami, ale skupiona na pilnowaniu dwójki dzieci, które w każdej chwili mogły wpaść do wody, robieniu zdjęć i zastanawianiu się, czy można tutaj płacić kartą, nie dałam rady zanotować większości z nich. Uprzejmie proszę o wybaczenie (stąd też tak długi wstęp – jakoś musiałam zapełnić standardową długość posta).

Blue Lagoon Pearl Farm od trzech pokoleń należy do rodziny Morganów.

Cała przygoda z hodowlą pereł rozpoczyna się od rozmnożenia perłopławów, których mikroskopijne zalążki najpierw unoszą się w jednej ogromnej wannie, a potem gdy wczepią się w grubą i włochatą linę, umieszczane są w oceanie. Tam rosną, aż w końcu mogą zostać użyte do produkcji pereł.

Wnętrze farmy pereł

Wnętrze farmy pereł

Perłopławy rodzące perły

Perłopławy rodzące perły

Lina w którą wczepiają się rosnące perłopławy

Lina w którą wczepiają się rosnące perłopławy

Hodowla pereł natomiast wygląda z grubsza tak, że z muszli małża z Missisipi (słodkowodny małż) pobiera się perłowy, okrągły zarodek, otula się do kawałkiem naskórka właściwego perłopława i tak przygotowany wsadza za pomocą cienkiego narzędzia z powrotem pod naskórek małża. Można sobie wyobrazić jak misterna jest to praca i ile kunsztu musi mieć osoba wkładająca “perłowy zarodek” tak, aby zmaksymalizować szanse na to, że perłopław nie umrze i zacznie produkcję masy perlowej wokół wszczepionego intruza. Na farmie Blue Lagoon wynajmowane są do tego kobiety z Azji (nie pamiętam której narodowości), bo ponoć potrafią mieć prawie 100% skuteczność. Dzień po dniu wytwarzana otoczka (miks aragonitu i konchioliny, jeśli ktoś musi wiedzieć) pokrywa zarodek, twardnieje, aż po trzech a czasem dopiero pięciu latach (w zależności od planowanej wielkości) można wyjąć gotową perłę.

A w międzyczasie ostrygi są umieszczane w specjalnych metalowych rusztowaniach i żyją sobie w oceanie. Zagraża im jakiekolwiek zatrucie wody, zbytnie obrośnięcie glonami i tysiąc innych nieprzewidywalnych czynników. Czysta ruletka, tyle że czasochłonna.

Perłowe zalążki z innych ostryg

Perłowe zalążki z innych ostryg

Otwieranie perłopława

Otwieranie perłopława

Narzędzie, którym umieszcza się zalążek perły

Narzędzie, którym umieszcza się zalążek perły

Perłopław

Perłopław

Przymocowane w takich rusztowaniach perłopławy tworzą perły

Przymocowane w takich rusztowaniach perłopławy tworzą perły

W Blue Lagoon eksperymentuje się też z uzyskiwaniem wyrobów perłopodobnych – czyli romantycznych kształtów, kawałków złota obtoczonych masą perłową, a także typowym australijskim przebojem – opalem otulonym perłą. To dla tych, co nie mogą się zdecydować jaką biżuterię chcą założyć.

IMG_5645

IMG_5646

IMG_5648

IMG_5649

IMG_5644

Shark Bay to nie tylko delfiny, perły, wielbłądy, plaża z muszli i stromatolity. To również największy podwodny trawnik – obszar zajęty przez trawy morskie to około 4 tysięcy km2. Dla porówniania Warszawa (miasto) ma powierzchnię ciut ponad 500 km2 (a gród w którym czas płynie, lub markuje płynięcie – 320 km2). Czyli osiem naszych stolic i mamy miejsce, które jest rajem dla wielu, wielu zwierząt. Rośnie tutaj 27 z prawie 60 gatunków traw morskich i jest to największe na świecie zróżnicowanie. Pomijając jak taka trawa wpływa na kształtowanie się dna morskiego (spłyca je, z zatrzymanego piasku nadbudowuje brzeg i zarasta coraz głębiej w ocean), swoją różnorodnością, obszarem i bujnością stanowi żłobek i wielkie pastwisko dla mnóstwa ryb, krewetek, znanych już delfinów, płaszczek, żółwi oraz syren.

Ciemne obszary to właśnie trawa morska

Ciemne obszary to właśnie trawa morska

Diugonie to roślinożerne ssaki żywiące się wyłącznie trawą morską. Mimo swojej wagi – 400 kg, i rozmiarów – 3,5 m długości, są nieśmiałe, łagodne i … oczywiście zagrożone wyginięciem.

Jest to o tyle smutniejsze, bo diugonie zostały jedynym roślinożernym ssakiem morskim na świecie. Krowy morskie już wytępiliśmy.

A populacja nie odbudowuje się tak prosto biorąc pod uwagę fakt, iż samica rodzi zwykle pierwsze dziecko gdy osiągnie dziesiący rok życia, najczęściej potomstwo jest jedno, i od 4 do 7 lat poświęca na jego wychowanie, a dopiero potem może ponownie zajść w ciążę.

Diugonie żyją zwykle w rodzinach tradycyjnych (mama, tata i młode), są monogamistami, ale spotyka się też większe stada tych zwierząt.

Pływają dość wolno, około 10km.h, choć ścigane potrafią uciekać z prędkością ponad 20 km/h. Co i tak nie daje im wielkich szans przy spotkaniu z dwoma największymi wrogami – żarłaczem tygrysim i człowiekiem.

Nazwa “dougon” pochodzi prawdopodobnie z języka malajskiego i oznacza “panią morza”. Nie mieliśmy jakiejś wielkiej nadziei na spotkanie tych ssaków (ostatecznie 4 tysiące km2 to nie takie nic), ale potraktowaliśmy je jako pretekst do zbankrutowania na kilkugodzinny rejs katamaranem.

IMG_5384

Nasz kapitan, przystojny, spalony słońcem blondyn z paznokciami u stóp pomalowanymi na 10 różnych kolorow, opowiedział co nieco o kamizelkach ratunkowych, bezpieczeństwie i tym podobych bzdetach, a potem zamiast kamizelek rozdał nam (tym którzy nie mieli swoich) okulary słoneczne i krem z filtrem. Bo jak pewnie słusznie stwierdził, podczas takiego rejsu prędzej można zginąć od słońca niż od wody.

IMG_5472

IMG_5400

Trochę na początku obawiałam się jak dzieciaki zareagują na tą wyprawę. Miejsca do biegania nie było wiele, a to które było idealnie nadawało się do ześlizgnięcia się do wody (nie oszukujmy się, barierka nie jest żadnym zabezpieczeniem). Środek natomiast był wyłożony siatką, po której nie dało się wygodnie raczkować, w oczka ciągle wpadały małe dziecięce nożki, a od czasu do czasu fale moczyły wszystkich, którzy tam siedzieli.

Jak zwykle martwiłam się na zapas. Chłopaki byli zachwyceni, a na siatce wyczyniali takie akrobacje, że nie raz mieliśmy zawał, gdy za bardzo zbliżali się do krawędzi. Ani fale, ani kołysanie nie były im straszne.

Z tyłu - dziura, przez którą chłopcy non stop próbowali wypaść

Z tyłu – dziura, przez którą chłopcy non stop próbowali wypaść

A tu barierki zabezpieczające przed wypadnięciem...

A tu barierki zabezpieczające przed wypadnięciem…

IMG_5395

IMG_5387

IMG_5503

Widzieliśmy płaszczki, żółwie, śpiące delfiny. Bezmiar lazurowej wody, w szalonym tempie migoczące fale, błękit nieba, czerwień australijskiej ziemi na horyzoncie. Szum wiatru, niosący ulgę i zwodzący jego powiew na twarzy. Nie musieliśmy medytować, żeby poczuć zupełny relaks.

IMG_5141

IMG_5462

IMG_5442

IMG_5408

IMG_5520

Był początek kwietnia, much w końcu nie było, rekiny odpłynęły na kilka miesięcy, słońce zamiast parzyć przyjemnie grzało, a kropelki ciepłej wody z rozbryzgujących się fal zraszały nam twarze. Do Zachodniej Australii wielkimi krokami zbliżała się zima.

IMG_5622

Uśmiech, który nie zawsze oznacza szczęście i łzy, które nie zawsze są smutkiem

Uczciwe ostrzeżenie: post zawiera treści kontrowersyjne z punktu widzenia ewolucji biblijnej oraz słowa na es (seks), pe w dwojakiej odsłonie (penis i penetracja) oraz wu (wagina). Plus jest wyjątkowo, nawet jak na mnie, długi. Ale na szczęście nie nudny, bo … zawiera słowa na es, pe x 2 i wu.

1. Baśń o łamaniu reguł

Dawno, dawno temu (wg badaczy jakieś 35 milionów lat temu) żyli sobie Ona i On. Ich przodkowie jeszcze dawniej temu (wg badaczy…, eee nieważne) wyszli z wody na ląd, porzucili ogony i płetwy i próbowali być szczęśliwi. Ona i On mieszkali na plaży, u brzegu ciepłych wód oceanu. Codziennie zasypiali kołysani szumem fal, a za dnia większość czasu spędzali w wodzie. Niby mogli wędrować po pobliskim lesie, przedzierać się przez nieprzebytą gęstwinę krzewów, lian, mchów i paproci ryzykując podrapania, kolce w stopach, ukąszenia tysiąca krwiopijnych pasożytów. Mogli, ale całymi sobą czuli, że woda jest im przyjaźniejsza. Serca i dusze tych Dwojga nie pojmowały czemu ich gatunek porzucił tak idealne środowisko i uparł się mieszkać na twardym i niebezpiecznym lądzie. Serca i dusze tęskniły, a każda komórka ich ciała pamiętała pierwotną radość z życia w wodzie. Idąc za głosem z całych siebie, Ona i On z dnia na dzień coraz więcej czasu spędzali w wodzie. Tam znajdowali pokarm dla ciała i ukojenie dla zmysłów, tam wspólna zabawa była zawsze radosna i bezpieczna, tam czuli się wolni. Pływając byli równi ptakom szybującym w przestworzach. Pewnego dnia tak długo przebywali w oceanie, że nadeszła noc. Nie mieli siły wychodzić na ląd do swojego legowiska, więc zapadli w półsen, śniąc i jednocześnie kontrolując unoszenie się wśród fal. A nad ranem, gdy odkryli, że właściwie najtrudniejsza rzecz, która do tej pory wiązała ich z ziemią, okazała się być wykonalna z wodzie, byli najszczęśliwszymi istotami we wszechświecie. Zaczęli się kochać (zapomniałam uprzedzić o słowie na ka) i wtedy doświadczyli ostatniego, najpiękniejszego doświadczenia związanego z wodą. Miłość przestała się sprowadzać do szybkiej i monotonnej pentracji wymuszonej grawitacją i ciężarem ciał. W wodzie kochanie się zmieniło się w taniec pełen dotyku, głaskania, figli, zaczepek, uników i przytuleń. Zatracając się w długich pieszczotach, nie zauważyli, jak niepostrzeżenie ich ciała zmieniły się. Przednie kończyny przekształciły się w płetwy, tylnie w ogon, całe ciało wydłużyło się i stało perfekcyjnie opływowe, nos  przesunął się na czupek głowy i przybrał postać otworu, znikły wystające uszy i niepotrzebne owłosienie. Ona i On stali się Delfinami.

2. Pokusa dotyku mokrego torsu hinduskiego boga

Do Monkey Mia co roku przybywa ponad 100 tysięcy turystów. W porównaniu z Nowym Jorkiem pewnie nie jest to imponujący wynik, ale proponuję sprawdzić gdzie leżą obie te miejscowości i jakie są możliwości dotarcia do nich. W Monkey Mia jest beznadziejny kemping, niesamowity park narodowy, w którym próbuje się przywrócić stan natury z 1616 roku (czyli sprzed dotarcia białego człowieka i jego obcych tutejszej faunie zwierząt) oraz szalony i szalenie sympatyczny zaklinacz wielbłądów. Ale to nie są powody wędrówki ludów w ten rejon. My też trafiliśmy tu dla kogoś innego.  Dla Nicky, Puck, Suprise, Piccolo i Shock – pięciu dorosłych delfinic (samic delfina. Pozwoliłam sobie na swobodne słowotwórstwo bo to oburzające, żeby delfin występował bez podziału na płeć jak to jest choćby w przypadku koni, psów, kur, świń czy ludzi).

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie i szybko. Sprawnie nakarmiliśmy dzieci, ubraliśmy siebie i je, zabraliśmy aparat i bez żadnych nieprzewidzianych przeszkód ruszyliśmy kempingowymi ścieżkami wprost na plażę. Poniekąd wyglądało to trochę jak przybycie na wiec, bo z całego obozu schodzili się prawie wszyscy, którzy tu się zatrzymali. A z parkingu docierały kolejne osoby nocujące w Denham. W końcu na nadbrzeżu zebrało się prawie 150 osób.  Znaki na piasku zakazywały podchodzenia do brzegu wody dopóki nie pojawią się strażnicy parku, więc stojąc na chodniku wpatrywaliśmy się w szare wody zatoki zlewające się z błękitnoszarym niebem. Żadnych fal, cisza i spokój. I nagle, nie przerywając ciszy, z wody zaczęły co chwila pojawiać się szare trójkąty. Tu, tu, tam, trochę bardziej w prawo, trochę w lewo. Szepty w tłumie, strzelanie migawek (lub mp3 wgranych do cyfrówek bez migawek), wyciągnięte ręce wskazujące na wodę. A ja na policzkach poczułam łzy. Zaskoczyły mnie, bo zupełnie nie przypuszczałam, że tak zareaguję gdy w końcu zobaczę prawdziwego dzikiego delfina pluskającego się kilka metrów ode mnie.

IMG_5241

W końcu przyszli strażnicy parku z wiaderkami. Weszli do wody i pozwolili nam zrobić to samo. Staliśmy wzdłuż brzegu próbując zorientować się, które miejsce będzie najlepsze, skąd najwyraźniej zobaczymy delfiny. Jednocześnie oczywiście nikt się nie przepychał, tylko jakoś tak mimochodem minimalnymi ruchami ponad sto osób wierciło się próbując jednocześnie stanąć dokładnie naprzeciw trójki strażników.

IMG_5167

Nagle miejsce przestało być ważne, bo delfiny przypłynęły.  Pływały wzdłuż nas często w odległości mniejszej niż metr. Podpływały przypatrując się nam (lub naszym nogom), klinięciami wymieniając między sobą uwagi (pewnie dotyczące czyichś butów), i kusząc, tak bardzo kusząc, żeby zostać pogłaskanymi. Przecież wystarczyło tylko się pochylić i włożyć rękę do wody…

IMG_5221

IMG_5224

Dla ludzi dotyk jest niezwykle ważny. Jest to jeden z naszych zmysłów, opisuje nam  świat i często przekazuje informacje dodatkowe, takie jak uczucia osoby, która nas dotyka lub którą dotykamy. Dotyk matki, ukochanej osoby, dziecka, czochranie psa lub głaskanie kota – dotykając w ten sposób przekazujemy swoją miłość, przyjaźń, zachwyt. Prawdopodobnie dlatego w tak wielu ludziach drzemie marzenie o dotknięciu dzikich, podziwianych zwierząt  – słonia, lwa, szympansa, niedźwiedzia (nie mówcie, że nigdy, przenigdy nie mieliście ochoty poczochrać grizzli za uchem). Lecz o ile nikt o zdrowych zmysłach jednak nie wyciąga instynktownie dłoni w stronę nieuśpionego (lub otumanionego) tygrysa, to zupełnie inaczej dzieje się w przypadku delfinów. Przecież wyglądają tak niewinnie, płynąc tuż obok wręcz zachęcają nas do interakcji, mądrze i spokojnie na nas patrzą (nie to co rekin, któremu z oczu jednak źle patrzy) jakby sięgały do dna naszej duszy, no i najważniejszy argument – uśmiechają się do nas. Otóż, i to kolejna mądra rzecz jaką napiszę na tym blogu – nie, delfiny się nie uśmiechają. Po prostu tak mają ukształtowany swój dziób, a coś co my interpretujemy jako uśmiech jest chyba największy oszustwem natury.  To tylko dziób, ale kryjący w sobie bardzo ostre zęby. Delfiny są (przepraszam, jeśli zranię tym zdaniem fanów “Flippera”) drapieżcami. Takimi samymi jak lew, tygrys, hiena, wilk czy nasz domowy kotek. Problem w tym, że nie wyglądają groźnie, a przynajmniej wystarczająco groźnie. A gdy dodać do tego informacje o ich niespotykanej inteligencji, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Czy ktoś (wyłączając z badania rodzica w momencie totalnej wściekłości) wsadziłby swoje dziecko do basenu z rekinami? Nie. A do basenu z delfinami? A czemu by nie?

A delfiny… cóż, może niekoniecznie człowieka zjedzą (ostatecznie jednak nie są rekinem), ale pogryźć już mogą, i to boleśnie. Tak, delfiny potrafią  agresywne w stosunku do ludzi.

Dlatego w Monkey Mia kategorycznie nie wolno delfinów dotykać. Jest to zresztą zabronione prawem, a nie tylko “widzimisiem”  strażników parkowych.

Odkąd wprowadzono takie ograniczenie znacząco zmalała liczba pogryzień ludzi przez delfiny. Delfiny, tak jak i my, doceniają wagę dotyku. Same uwielbiają się o siebie ocierać, badać dziobem czy płetwami, miziać, gilgotać, przytulać. Lecz nie znamy ich kodu dotykowego, nie rozumiemy mowy ciała i coś co dla nas jest pogłaskaniem, dla nich może okazać się drażnieniem lub zaatakowaniem. I wtedy odpowiadają atakiem.

Ok, nie powiem, że było łatwo. Naprawdę, pohamowanie się przed choćby muśnięciem delfina przepływającego przede mną pół metra, było niezłym wyzwaniem. Na szczęście (może po przygodzie z krokodylem w Darwin?) mój rozum zwyciężył z sercem.

Staliśmy więc w płytkiej wodzie, delfiny pływały to w jedną to w drugą, a strażnicy opowiadali nam o nich różne ciekawostki i fakty. A jest tego sporo. I o ile fajnie jest się dowiedzieć od kompetentnych osób nowych rzeczy, to przyznaję, że nie do końca tym razem słuchałam.

IMG_5297

Wszystkie moje zmysły (a więc i słuch) skoncentrowały się na delfinach. I nawet najprzystojniejszy, opalony i inteligentny gość w szortach nie był w stanie uzyskać na tyle mojej uwagi, żebym skupiła się na tłumaczeniu z angielskiego na swój. W przedbiegach przegrywał z kliknięciami, które czasem było słychać spod wody. Uczciwie mówiąc – pewnie nawet bym wtedy nie zauważyła, gdyby z wody wynurzył się sam Shah Rukh Khan w tej seksownej koszuli z teledysku do “Kabhi Khushi Kabhi Gham (https://www.youtube.com/watch?v=TDmLSuXt-ZE&spfreload=10 – dla niecierpliwych i niewiernych – 5:07 sek teledysku)”. Dlatego pisząc ten post musiałam przekopać się przez kilka prac badawczo – naukowych, parę książek przywiezionych z wyprawy i kilka filmów. Oto efekt.

3. Poręczny penis ułatwiający życie, cztery sposoby na obiad (lecz żaden nie zakłada użycia penisa) i bulwersujące założenie, że wszyscy jesteśmy zwierzętami.

Delfiny są ssakami, które ewoluowały na opak. Nie wiemy dlaczego tak się stało, hipotezy są dwie, a przynajmniej ja na dwie trafiłam. Po pierwsze mogły być ssakami lądowymi, które w wodzie znajdywały więcej jedzenia łatwiejszego do złapania i stopniowo przechodziły zmiany dostosowujące je do życia w wodzie. Druga sugeruje, iż na lądzie ssaki te spotykały się z jakimś zagrożeniem ze strony innych istot, i uciekając przed nim chroniły się w wodzie.

Niezależnie od przyczyny, efekt końcowy jest zdumiewający.  Idealnie opływowe ciało, bez żadnych zbędnych wystających części (penis, ale również sutki samic są schowane w ciele i wysuwane w ramach potrzeby. I tu ciekawostka numer jeden – delfiny potrafią mieć erekcję na życzenie i takim penisem podnoszą sobie różne rzeczy. Przynajmniej tak twierdzi Alan Rauch), z całym szeregiem udogodnień (system grzewczy, układ oddechowy dostosowany do nurkowania) i rozwiązań pozwalających im żyć w wodzie, a jednocześnie pozostać ssakiem oddychającym powietrzem.

Pierwsze co mnie zadziwiło (i nie była to erekcja na życzenie) to sposób w jaki delfiny śpią. Ponieważ delfiny oddychają świadomie, kontrolując tą czynność mózgiem (w przeciwieństwie do nas), nie mogą zasnąć, bo wtedy przestałyby oddychać. Odkryto to podczas badań, gdy Marynarka Wojenna USA uśpiła delfina przed operacją, a ten po prostu się udusił. Kolejny również. Nie wiem po ilu nieudanych operacjach (i zmianach anestezjologa) odkryli w czym rzecz, ale historia dość ponura… Delfiny śpią połową mózgu, drugą połową kontrolując niezbędne procesy, a po jakimś czasie połówki się zamieniają. Swoją drogą ja tak śpię od ponad czterech lat i myślę, że każda mama wie o czym mówię. Da się.

Dodam jeszcze, że delfiny oddychają otworem zlokalizowanym na czubku głowy, który się zamyka podczas nurkowania. Ich dziób (czyli tak jakby usta) nie jest połączony z płucami i nie bierze udziału w nabieraniu powietrza. Dlatego często płynąc jachtem można zobaczyć same czubki głów delfinów pojawiające się co jakiś czas nad wodą, bez wystawiania dzioba.

IMG_5264

Gdy delfiny się obudzą, to robią właściwie to, co i my. Oprócz chodzenia do pracy oczywiście. Zdobywają pożywienie, czyli ryby, krewetki a nawet ktoś gdzieś zanotował pożarcie przez delfiny malutkiego rekina (gdy przeczytałam to zdanie, to zrobiło mi się żal tego rekinka). Zwykle to rekiny są zagrożeniem dla delfinów, chociaż sprawa nie jest taka prosta. Właściwie każdy delfin ma na swoim ciele szereg blizn po zębach rekina. Często są to potworne kawałki wyrwanego mięsa, czasem draśnięcia. jednocześnie ssaki te mają olbrzymią zdolność regeneracji i nawet potężne pogryzienie potrafi dość szybko się u nich zagoić. Spotkania z rekinami skutkują też pogryzieniem płetwy grzbietowej, i dlatego każdy delfin ma ją inną (a naukowcy mogą w ten sposób prowadzić swoje badania rozpoznając osobnika po kształcie wystającej z wody płetwy). Jednakże rzadko zdarza się, żeby rekin zabił dorosłego delfina. Delfiny potrafią się bronić dziobami, są zwinne i szybki, więc często dają radę uciec, no i najważniejsze – często przebywają w grupach, więc w przyjaciołach siła. Kilka delfinów potrafi nieźle dać w kość samotnemu żarłaczowi, a jedną z taktyk jest rozpędzanie się i walenie wroga “z byka”. Ponad 150 kg pędzące z prędkością 40 km/h tryknięcie budzi respekt nawet u rekina tygrysiego.

Przypuszcza się również, że zdumiewająca zdolność delfinów do symultanicznych ruchów (na pokazach to są jednoczesne, idealnie zsynchronizowane skoki dwoch lub więcej sztuk) jako jedno z zadań ma na celu zmylenie atakującego drapieżnika, który skołowany gubi się w kierunku, w którym ma podążyć. Swoją drogą – historie wywolujące wzruszenie o tym jak to grupa delfinów uratowała surfera przed rekinem świadczą najprawdopodobniej o instynkcie grupowym w sytuacji zagrożenia i ich niechęci do rekinów, a nie (co sugerują autorzy artykułów w prasie) o jakiejś szczególnej sympatii delfinów do surferow, czy człowieka jako takiego.

Dlaczego więc rekiny są tak groźne? Ano dlatego, że w większości atakują małe delfinki i najczęściej robią to skutecznie. Matki bronią swoich dzieci jak mogą, ale i tak straty są znaczne. Choć oczywiście są też spotkania, gdy rekin zostaje pokonany, a matka i jej delfiniątko zostają z kolejnymi bliznami.

 

IMG_5254

Ale zanim dojdziemy do tego, jak delfinica zostaje matką (i tam będą te wszystkie pyszne słowa na es, pe i wu), wracam do jedzenia.  Delfiny (mówię o butlonosych delfinach) dziennie potrzebują dość sporo, bo około 15 kg ryb. Ale ponieważ są inteligentne  (o tym za chwilę) to wypracowały szereg strategii pozwalających im na szybkie zrobienie zakupów.  Z najciekawszych mogę powiedzieć o grupowym spędzaniu ławicy ryb w jeden wirująco-kotłujący się olbrzymi balon, i podczas gdy reszta delfinów pilnuje, by ławica się nie rozpierzchła, kolejny delfin, gdy przyjdzie na niego kolej, nurkuje do środka takiego wiru i szybko wrzuca coś na ząb. Skuteczne i banalnie proste.

Na jednym z filmów widziałam też delfiny goniące upatrzoną rybę w taki sposób, że w kluczowym momenie podpływały pod nią i obracały się brzuchem do góry (do powierzchni wody). A potem taką uwięzioną rybę “nabierały” brzuchem wprost do dzioba. Naprawdę warto to zobaczyć, choćby na youtubie. W filmie, który kupiliśmy w Monkey Mia jest też niesamowity fragment pokazujący jak dorosła delfinica łapie rybę, ale nie połyka, tylko powtarza z nią taki manewr kilkakrotnie. A wszystko po to, żeby zademonstrować swojemu pływającemu obok dziecku jak zdobyć obiad. Potem pomaga mu ćwiczyć. No wypisz wymaluj tak samo uczę moje dzieci obsługi widelca.

Ale jest w Shark Bay jeszcze bardziej niesamowita grupa delfinic. Jako jedyne na świecie (a przynajmniej nigdzie indziej nie udało się tego zaobserwować) łapią ryby … surfując. Absolutnie szczęka na ziemi leży po zobaczeniu czegoś takiego, serio. Te samice korzystają z fal, które wpływają na płaski i płytki brzeg, zapędzają tam ryby, a potem dosłownie surfując brzuchem po mokrym piasku bez problemu łapią taką szamoczącą się, wyrzuconą na ląd rybę. Takiej techniki od matek uczą się wyłącznie ich córki i jak na razie nie wiadomo, czemu panowie nie znajdują w tym radości. Jest adrenalina, można się popisać i poszpanować zręcznością, jest prędkość i ryzyko wypadku (utknięcie na piasku), czyli wszystko to co mężczyźni uwielbiają.

I na koniec dochodząc do ostatniego niezwykłego sposobu zdobywania pożywienia trafiamy na mój ulubiony temat, czyli dyskusję nad tym, co odróżnia zwierzęta od ludzi. Prywatnie wyznaję pogląd, że właściwie nic, jesteśmy kolejnym gatunkiem zwierząt, a gdy słyszę argumenty o  naszych możliwościach obserwacji, analizy, nauki, rozwoju i tworzenia to staje mi przed oczami fragment o myszach z jednej  z moich ulubionych książek – Autostopem przez Galaktykę.  Od chwili, gdy go poznałam ilekroć wpadam w ton bezdyskusyjnej argumentacji z przekonaniem, że wszystkie fakty popierają moją wygłaszaną tezę, więc jest ona jedyną słuszną, w głowie dźwięczy mi: pamiętaj o myszach.

Rozumiem więc, że nie wszyscy muszą się zgodzić z moim poglądem i część wciąż wskazuje na kolejne przymioty, które mamy my, a zwierzęta nie mają. I nie chodzi tu o pogadankę, którą zaserwował mi ksiądz na lekcji o posiadaniu (a contrario o nieposiadaniu) duszy, bo o ile mi wiadomo nikt duszy ani ludzkiej ani zwierzęcej na oczy nie widział, więc ciężko o niej dyskutować. Mówię o twardych, niepodważalnych (do czasu), naukowych dowodach. Jednym z nich była teza, iż tylko ludzie potrafią wytwarzać i używać narzędzia. Teza obalona nie tylko przez szympansy, orangutany i goryle, ale też przez zwykłe kruki lub nawet, o zgrozo!, przez ośmiornicę. Również przez delfiny, o czym za chwilę.

Kolejna, bardziej skomplikowana, stanowiła, iż tylko ludzie mają kulturę, zachowania kulturowe. I jak to zwykle bywa w środowisku naukowym innym niż nauki ścisłe, wciąż toczy się dyskusja (lub kłótnia) o to, czym jest kultura. Jednakże mówiąc dość szeroko w każdym z twierdzeń pojawiają się dwa kryteria: zachowanie musi wynikać z nauki poprzez obserwację i interakcje z innymi, a po drugie takie zachowanie musi wyodrębnić grupę osobników uczestniczących w danej kulturze i świadomie się po tym identyfikujących jako społeczność i tych spoza. Przekładając na normalny język – część młodzieży (nie znam się na dzisiejszej młodzieży, więc odwołam się do zamierzchłych czasów i własnych doświadczeń) słucha metalu. Mało, że słucha – ubiera się odpowiednio, chodzi na koncerty, skanduje te same hasła, myśli we właściwy sposób, itp. Kulturowe zachowanie społeczne, nic dodać nic ująć. Ta młodzież potrafi się rozpoznać w tłumie, i częściej razem spędza czas z sobą, bo ma o czym rozmawiać : ) Ale jednocześnie spotyka się z członkami innych kultur w szkole, w okolicy, na ulicy, zajęciach dodatkowych czy boisku. Wchodzi więc w interakcje z innymi osobnikami swojego gatunku, mówiąc oficjalnie. Jak sprawdzić, czy takie zachowanie ma miejsce w świecie zwierząt, skoro zwierzęta nie dadzą nam znać, że uważają się za członków specyficznego “podzbioru”?  W Monkey Mia udało się to zaobserwować. Shark Bay jest miejscem, gdzie  prowadzone są badania nad zachowaniem dzikich delfinów z górką dwadzieścia lat, co pozwoliło na zebranie niezłej ilości danych. I w ten sposób odkryto zadziwiającą rzecz. Otóż są tam delfiny, które wypracowały specyficzny sposób szukania pożywienia wśród ogromnych połaci podwodnych łąk zlokalizowanych w tamtej okolicy. Aby uniknąć zranienia przez ostre kamienie czy szkaradnicę (takie morskie monstrum wyglądające tak jak nazwa wskazuje) dzioba, którym przeszukują gęstwinę traw morskich w poszukiwaniu małż, ślimaków czy ryb, zakładają na dziób gąbkę morską w kształcie koszyka. Tak otulony pysk  mogą w miarę bezpiecznie wszędzie wtykać. Ten sposób polowania oprócz używania narzędzia jest o tyle niezwykły, że nie zakłada grupowej aktywności, co stoi pozornie w sprzeczności z temperamentem delfinów, które lubią mieć towarzystwo. Tak więc te polujące z gąbką na dziobie są grupą delfinów lubiących spędzać część czasu samotnie.  Co więcej  taki sposób zdobywania pożywienia jest bardziej czasochłonny, można więc śmiało powiedzieć, że mamy grupę delfinów pracoholików. I monitorując aktywność społeczną poszczególnych delfinów naukowcy odkryli, iż “gąbkujące” delfiny spędzają potem ze sobą dwa razy więcej czasu niż z innymi “niegąbkującymi” delfinami. Tadam – mamy osobniki nieludzkie świadome inności swojej kultury.

I jeszcze małe uzupełnienie (uprzedzałam, że post jest długi, a i tak hamuję się przed zamieszczeniem wyjaśnienia, dlaczego “gąbkowanie” jest zachowaniem przekazywanym z matki na córki, mimo, że synowie wiedzą o nim, bo ileś czasu na początku też spędzają z matką. Ale wyjaśnienie to zahacza o biologię i strukturę DNA w mitochondriach, więc z ulgą tego artykułu nie tłumaczę). Dlaczego część delfinów wybiera szukanie ryb w wydawałoby się nieefektywny sposób w utrudnionych warunkach. I dlaczego nie używa w tym celu słynnej echolokacji, tylko naraża dziób na zranienie. Na pierwsze pytanie nie ma jeszcze super pewnej odpowiedzi, ale trwają badania nad porównaniem wartości odżywczej diety delfinów “gąbkujących” od “niegąbkujących”, i wychodzi na to, że te “gąbkujące” po prostu znalazły sposób na włączenie do swojej diety składników dotychczas niedostępnych, a występujących w małych, zagrzebanych w piasku i trawie rybach. Tak, to trwająca ewolucja, świadcząca o możliwości zmiany diety na inną, pierwotnie nie przewidzianą przez naturę (my jako ludzie też tak zrobiliśmy, choćby z mlekiem krowim). A rybki są nie do zobaczenia za pomocą systemu echolokacji, bo … nie mają pęcherza powietrznego, który zwykle ryby mają. W przez to w obrazie wyglądają dla delfina jak woda, bo nie ma nic, co by je odróżniało, czyli mówiąc wprost – są niewidoczne dla sonara. Stąd konieczność poszukiwań ręcznych (dziobowych).

4. O nie, moja wątroba jest naga!

W ten sposób w mini pracy doktorskiej na temat delfinów dotarłam do kolejnego rozdziału. Ziewającym pragnę zwrócić uwagę, iż pominęłam potężny rozdział o systematyce rodzaju i podziale na rodziny, gatunki i spokrewnione inne ssaki.

Delfiny mają doskonały wzrok, mało tego (i tu znów dowód na podobieństwo matek ludzkich do delfinów) ich oczy potrafią patrzeć w dwóch różnych kierunkach na raz (choć tylko w płaszczyźnie i do dołu, dlatego łapiąc rybki metodą “na brzuch” obracają się, żeby zobaczyć rybę, bo nie widzą jej pływającej nad swoją głową).

Ale nawet przy tej modyfikacji,  tradycyjny wzrok  w ich świecie nie sprawdza  się najlepiej. Tam, gdzie pływają, światła jest mało, lub woda jest zamulona, lub po prostu wzrok nie sięga tak daleko przez wodę, żeby zapewnić potrzebne bezpieczeństwo.  Świat delfinów to świat dźwięków i powiązanej z nimi echolokacji. W przedniej części ich czaszki jest zlokalizowane bardzo skomplikowane coś (organ znaczy się), za co google glasses oddałoby fortunę. Nie wchodząc w szczegóły (naprawdę skupiam się na skracaniu tekstu), za pomocą serii kliknięć delfin wysyła sygnał, który odbity od badanego obiektu wraca do delfina i na tej podstawie jego mózg jest w stanie stworzyć sobie obraz uwzględniając odległość, rozmiar, gęstość i grubość. Mało imponujące? To co powiedzieć na to: naukowcy próbując zrozumieć w jaki sposób delfiny tworzą obraz przedmiotu za pomocą echolokacji robili szereg eksperymentów. W jednym z nich wkładali do basenu przedmiot ukryty w metalowej ramie osłoniętej materiałem, tak aby delfin nie byl w stanie go zobaczyć za pomocą wzroku. Następnie pokazywali mu na powierzchni prezentowali mu dwa różne przedmioty, a delfiny ZAWSZE wskazywały ten właściwy, który wcześniej był ukryty. Mało tego – delfiny potrafią rozróżnić materiały różniące się między sobą  grubością 1 mm. Co z tego wynika? Ano to, że nurkując z delfinami można sobie darować zakładanie kostiumu. One i tak widzą nas nago. Te wszystkie piersi, waginy  i penisy – nic co ludzkie nie jest im obce.  Mało tego – widzą nago nasze narządy wewnętrze i szkielet. Och…

A pozostawiając żarty z boku i dochodząc do smutnej refleksji – to jest prawdopodobnie jeden z głównych powodów, dla których delfiny w niewoli popełniają samobójstwo. Ich echolokacyjne widzenie sięga na odległość ponad 30 kilometrów. Czy tak trudno zrozumieć jaką torturą jest dla nich zamknięcie w choćby największym basenie? Gdy dzień w dzień widzą tylko naciskające na nich ściany? Gdy nie mogą zobaczyć nic więcej, a są stworzone by widzieć więcej? Pewnego dnia podejmują decyzję i  po prostu za pomocą mózgu przestają oddychać. I toną.

Wiem już teraz, że nigdy nie odwiedzę żadnego delfinarium z pokazem sztuczek wiecznie uśmiechniętych, przeraźliwie nieszczęśliwych istot.

IMG_5291

5. Ulubione zabawy istot inteligentnych płci obojga, w tym słynna zabawa w doktora. Będzie się działo…

Delfiny są inteligentne. Jeśli porównamy wielkość ich mózgu do masy ciała, to jest ona jedną z największych u ssaków. Lecz nie w wielkości siła, a w ilości bruzd, czyli strukturze mózgu. Gęsi mają mózg prawie płaski, delfiny – bardzo podobny do naszego. Mają więc potencjał. I mają dużo wolnego czasu, bo potrafią w sposób szybki i efektywny złapać jedzenie, co nie zabiera im większości dnia. I najważniejszy czynnik – nie mają dostępu do internetu i serwisu Pudelka. Trzy warunki niezbędne do stania się istotą inteligentną.

Dzięki tak sprzyjającym okolicznościom delfiny miały czas na wytworzenie a potem utrzymywanie skomplikowanych i wielowymiarowych więzi społecznych. To temat na naprawdę długą pracę naukową, więc wspomnę tylko kilka pojedynczych faktów. Delfiny mają swój język. My go absolutnie nie rozumiemy i nie umiemy naśladować, ale wciąż próbujemy (zresztą zakres tonalny dźwięków wydawanych przez delfiny jest poza naszym zasięgiem). Wiemy już, że każdy z delfinów ma swoje imię – unikalny zestaw gwizdów i tonów, który go charakteryzuje. Rozmawiając z innymi delfinami najpierw mówi swoje imię, żeby było wiadomo z kim jest prowadzona rozmowa (gdy na przykład delfiny się nie widzą). Drugi delfin odpowiadając też zaczyna od swojego imienia. Ba, podobno mogą się nawzajem poszukiwać wywołując imię kolegi. Jakoś niepokojąco przypomina mi to konwersacje na FB…

Mnóstwo czasu spędzają w rożnych grupach wzajemnie się dotykając (ich skóra jest niesamowicie wrażliwa), ocierając i wręcz przytulając. Mają swoje zabawy. Jedną z nich jest zakładanie sobie na dziób lub boczną płetwę jakiegoś przedmiotu (wodorostu, gąbki, muszli) i ucieczka z nim, podczas gdy pozostałe próbują ten przedmiot przejąć. Nasz podwórkowe połączenie berka i piłki nożnej. Na Bahamach Wayne Scott Smith nurek zaprzyjaźnił się z dzikimi delfinami nurkując przez kilkanaście lat w ich towarzystwie. Obserwując tą zabawę postanowił się dołączyć i zaproponował delfinom kolorową chustkę, zwykłą bandamkę. Delfiny nie zawiodły i z radością śmigały w wodzie z bandamką na dziobie. Czasem świadome olbrzymiego dysonansu pomiędzy ich gracją w wodzie, a “niezgrabnością” i powolnością Scottiego, specjalnie zwalniały podpływając blisko niego i pozwalając mu zabrać im chustkę. A gdy nurek odpływał doganiały go, przejmowały materiał i uciekały w najlepsze. Większość chustek została przez nie gdzieś zaniesiona i zachomikowana, a niektóre na koniec zabawy zwracały człowiekowi.

Inną społeczną aktywnością, która zajmuje delfiny jest seks. Tak, w końcu do niego dotarłam. Jako jedne z niewielu zwierząt traktują seks jako dobrą rozrywkę, a nie wyłącznie czynność prokreacyjną. Jednocześnie, ponieważ nie wyznają żadnej religii i nie mają nad sobą osobników zakazująco-kontrolujących w imię nie-wiadomo-czego (tzn. w imię posiadania władzy moim skromnym zdaniem), seks jest dla nich absolutnie naturalnym zachowaniem i delfinia młodzież ma pełne przyzwolenie na eksplorowanie tej dziedziny. Petting (kiedyś było to niesamowicie wyzwolone słowo w prasie młodzieżowej typu Bravo Girl, nie wiem czy ciągle obowiązuje), dotykanie swoich obszarów intymnych, stymulowanie, badanie, sprawdzanie działania – to wszystko sprawia, że seks dla delfinów nie ogranicza się do szybkiej penetracji. To cały taniec, uwodzenie, dawanie przyjemności, lekkie gryzienie, muskanie, głaskanie, dopasowywanie się, a penetracja jest tylko krótkim epizodem. Czyż nie brzmi pięknie? Tantra podwodna i tyle.

I coś co może niektórych zmartwić (tych co wierzą w naturalny czarno-biały porządek świata wykluczający kolory tęczy) – delfiny, jak wiele innych zwierząt, stymulują się również w grupach jednopłciowych. O ile w przypadku samic można mieć wątpliwości lub uznać to za zwykłe społeczne przytulanie się (takie coś jak niewinne, tolerowane nawet w krajach arabskich trzymanie się za rękę na ulicy dwóch dobrych przyjaciółek), to w przypadku samców wirujących wokół siebie i ocierających się brzuchami z widoczną erekcją nie ma co już lecieć w kulki i mówić, że to taka gra siłowa na wzór footballu amerykańskiego.

No i mało rozpowszechniana informacja – w społecznościach delfinów zdarzają się gwałty. Gdy męski gang dojdzie do wniosku, że czas zaszaleć, to potrafi odciągnąć wybraną samicę od stada, otoczyć ją, a potem pomijając lub skracając pieszczoty, po prostu kopulować po kolei.

A jak rozpoznać czy mamy spotkanie z delfinem czy z delfinicą? Otóż, zakładając, że osobnik właśnie niczego nie podnosi z dna za pomocą penisa we wzwodzie na życzenie, jedyną szansą jest zobaczenie ilości otworów na brzuchu, przy czym należy uważać i się nie pomylić, bo wyjątkowo samce mają dwa otwory, a samice jeden (plus dwie małe jamki po bokach, kryjące sutki). Ponieważ delfiny naprawdę mają idealnie uformowane ciało do pływania, penis i jądra są schowane wewnątrz ciała. Ssaki lądowe mają je ulokowane na zewnątrz ciała głównie ze względu na uniknięcie ryzyka przegrzania jąder skutkującego bezpłodnością. Delfiny natomiast wypracowały specjalny system chłodzący – sieć żył łączy ich jądra z płetwą grzbietową i ogonową, tak aby przez cienką powierzchnię płetw odprowadzać ciepło z jąder.

Niestety nie bardzo mam pomysł jak to przełożyć na ludzkie możliwości fanów obcisłych dżinsów i miłośników podgrzewanych foteli samochodowych – może powinni chodzić bez skarpetek i czapek?

IMG_5300

6. Ogonem naprzód, a potem do góry i reszta już z górki.

Tam gdzie seks, tam i rozmnażanie. Dość ciekawym rozwiązaniem, dzięki któremu delfiny mogą uprawiać seks dla czystej przyjemności bez konsekwencji wychowywania zbyt dużej liczby  potomstwa i płacenia znacznych kwot za skuteczną antykoncepcję jest spontaniczna owulacja.  Samica sama określa kiedy jest gotowa na kolejną ciążę i zwykle jest to związane z usamodzielnieniem się posiadanego już potomstwa. U delfinów butlonosych ciąża trwa dwanaście miesięcy. Mały delfinek siedzi w macicy ciasno zwinięty, a żeby zaoszczędzić miejsce jego płetwa grzbietowa i ogonowa są złożone, tak aby być jak najmniejszym. Delfinek rodzi się ogonem najpierw, a to dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi jak najdłużej jest podłączony w ten sposób do systemu oddychania przez pępowinę. Gdy z jakiegoś powodu poród się przedłuża i maluch “utyka” w połowie, nie grozi mu utonięcie, tak jakby to było w przypadku wysunięcia głowy najpierw. Po porodzie obie płetwy (ogonowa i grzbietowa) rozprostowują się jak parasolka, a widoczne na nich zmarszczki i zagniecenia znikają w ciągu kilku tygodni. Od samego początku delfinek potrafi pływać, ale robi to dość nieporadnie, więc matka najczęściej dziobem podprowadza go do powierzchni wody, żeby zaczerpnął pierwszego oddechu. A potem taki maluch przez kilka godzin wygląda trochę jak korek skaczący w wodzie i musi minąć trochę czasu, aż opanuje umiejętności nurkowania i wypływania. Matka ma go cały czas w zasięgu wzroku, pomagając dziobem lub płetwami w pierwszych “krokach” w wodzie. To szalenie ważne, żeby nie zgubić nigdzie maleństwa, bo… delfinek przez około tydzień nie potrafi jeszcze ani wołać swojego imienia, ani rozpoznać imienia wołającej go matki. Więc zniknięcie z oczu może mieć katastrofalne skutki.

Zaobserwowano, że na około tygodnia przed porodem matka rozmawia ze swoim dzieckiem ucząc go swojego imienia, ale potem musi minąć kolejny tydzień poza brzuchem, żeby nauka odniosła skutek. Dlatego zwykle przez pierwszy tydzień po porodzie matka nic nie je (brzmi znajomo : d).

Gdy przydarzy się nieszczęście i urodzi się martwe delfiniątko, delfinice potrafią całymi tygodniami pchać je w wodzie swoim dziobem, aż na końcu niosą tylko resztki już w niczym nie przypominające ich dziecka.

Ssanie mleka w wodzie nie jest takie łatwe, ale i na to jest sposób. Generalnie chodzi o to, żeby do dzioba malucha dostało się samo mleko bez wody morskiej. Przypuszcza się, że z tego powodu na krawędziach języka delfinek ma takie jakby frędzelki. Gdy zwija język w tubkę frędzelki domykają go od góry i w ten sposób powstaje tunel – rurka, która jest wsuwana do otworu mieszczącego sutki (jak pamiętacie sutki nie wystają). Matka bierze czynny udział w karmieniu i sama wystrzeliwuje mleko wprost do językowej rurki swojej pociechy. I tak co dwadzieścia minut dwadzieścia cztery godziny na dobę. Skąd ja to znam?

Dodam na zakończenie tematu laktacji, iż mleko delfina jest około pięć razy bogatsze niż ludzkie. Pełną samodzielność związaną z umiejętnością samowykarmienia się delfinek osiąga po około dwóch latach. Wtedy zwykle rodzi się kolejne dziecko i cykl zaczyna się od nowa.

Delfiny uczą się życia w społeczności od matek, ale nie tylko. Po jakimś czasie od porodu w miejsce gdzie przebywa matka z młodym przypływa cała gromada innych samic ze swoim potomstwem w różnym wieku. Po pierwsze żeby go poznać i przyjąć do społeczności, a po drugie, żeby mały mógł zacząć bawić się i socjalizować z innymi młodymi delfinami, które w dorosłym życiu będą stanowiły jego delfinią rodzinę.

Podwórkowe spotkania pod wodą, ot co.

 7. Jeden dzień

Właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis o delfinach. Jest tego sporo, a i tak robiłam brutalną selekcję tego, czego się dowiedziałam w trakcie zbierania materiałów. Nie pisałam o przemyśle tuńczykowym i innych zagrożeniach dla delfinów ze strony człowieka. Pominęłam większość numerków, które wg mnie niewiele wnoszą do zachwycenia się tymi niezwykłymi zwierzętami (długość, ciężar, ilość zębów, itp). Nie wnikałam w szczegółową fizjologię i działanie poszczególnych systemów organizmu delfinów (jakim cudem bez choroby kesonowej nurkują, Jak w ogóle nurkują bez balastu, jak się ogrzewają i chłodzą, jak trawią i oddychają). Odpuściłam całkowicie wymienianie różnych gatunków delfinów wyglądem zupełnie do siebie niepodobnych (orka kontra rzeczny delfin żyjący w Amazonii). Nie porównywałam głębokości nurkowania (zależy od gatunku i miejsca występowania), długości wstrzymywania oddechu i wysokości skoków ponad wodę (a niektóre potrafią skoczyć na kilkukrotność długości swojego ciała). To nie miał być post biologiczno naukowy. Chciałam opowiedzieć o zwierzętach, które mnie absolutnie zafascynowały i urzekły, opowiedzieć w taki sposób, żeby choć niektórych tym zachwytem zarazić. A jeśli nawet nie zarazić, to po prostu opowiedzieć o tym, jak niezwykłe istoty żyją razem z nami na tym świecie.

W Monkey Mia miałam niesamowitą możliwość zobaczenia ich dzikich i szczęśliwych. Naprawdę ciężko przecenić takie doświadczenie.

IMG_5259

Łzy płynęły mi więc po policzkach, strażnik parkowy opowiadał kolejne historie, a cała publiczność czekała na moment kulminacyjny. Bo w to miejsce  nie przychodzi się o 7 rano,  żeby wyłącznie popatrzeć na delfiny. Tutaj każdy ma nadzieję, że zostanie wyłapany przez jednego ze strażników z tłumu i będzie mógł  nakarmić delfina. Czad, nie sądzicie?

W latach siedemdziesiątych zanotowano, iż rybacy powracający z połowu karmili w zatoce rybami podpływające bardzo blisko delfiny. Od lat osiemdziesiątych zaczęto tutaj prowadzić długoterminowe badania i obserwacje. Jeden z pierwszych wniosków był dość smutny – dokarmianie delfinów przez ludzi stanowiące wspaniałe przeżycie dla nas bylo jednocześnie skazywaniem delfinów na katastrofę. O ile kilku rybaków nie miało takiego wielkiego znaczenia to setki turystów dziennie, które zaczęły tu przybywać, już tak. Karmione delfiny tracą umiejętności zdobywania pożywienia samodzielnie, a to skutkuje prędzej czy później śmiercią. Matki nie uczą tego swoich dzieci. Często bywało też tak, że matki w oczekiwaniu na kolejne dostarczane ryby przypływały na płytkie wody i zapominały wrócić do swoich młodych, które bez karmienia mlekiem umierały z głodu.

Jeden z delfinów tak bardzo uzależnił się od ludzi, że zupełnie przestał integrować się z innymi delfinami, i potem samotnie nie był w stanie przeżyć w oceanie.

Żeby jakoś unaocznić skalę szkód dokarmiania delfinów przez hordy turystów podam, iż w latach 1983 – 1994 tylko cztery młode delfiniątka przeżyły. Reszta albo zginęła z głodu czekając na matki, albo nie została przez nie nauczona jak dawać sobie radę na wolności i też zginęła.  Natomiast odkąd wprowadzono zakaz karmienia delfinów z wyjątkiem pokazów prowadzonych przez strażników parku, w latach 1995 – 2010 młodych, które osiągnęły wiek dorosły było już siedemnaście!

Delfiny zdecydowanie mają się więc lepiej, aczkolwiek strażnik opowiadam nam jak pewnego dnia podszedł do rybaków karmiących delfiny i poprosił ich o zaprzestanie tego, wyjaśniając powody. Obok pływała jedna z delfinic biorąca udział w kontrolowanym karmieniu. I tak się jakoś złożyło, że następnego dnia podczas pokazu ta delfinica pierwszy i jak na razie jedyny raz wpłynęła na płyciznę tak, że podcięła strażnkiowi nogi i przewróciła go do wody. Po czym odpłynęła. Przypadek?

Aktualnie obowiązuje prawo zabrania samodzielnego karmienia delfinów w całej Australii, a nawet celowego zbliżania się do nich  na odległość mniejszą niż 30 metrów (delfinom natomiast wolno się zbliżyć do człowieka czy łodzi – to spore pole do popisu prawników). Wyjątkiem jest show w Monkey Mia.

Tutaj codziennie, jeśli przypłyną delfiny (a szanse na to są 99%) strażnicy karmią pięć delfinic podczas jednego lub dwóch pokazów. Tylko pięć konkretnych, czyli Nicky, Puck, Suprise, Piccolo i Shock. Są dorosłe, doskonale polują w oceanie, potrafią wychowywać młode, a przede wszystkim – podczas karmienia dostają jedną, góra dwie ryby. Całą resztę do potrzebnych 15 kg muszą sobie same zdobyć.

Nowe delfiny, które są włączane do programu, muszą spełniać sporo warunków. Przede wszystkim muszą być samicami, a jak już wiadomo dość długo nie jest takie proste stwierdzić, czy chętny na rybkę to pan czy pani. Samice są wybierane, ponieważ z reguły są mniej agresywne niż samce, a chodzi o zminimalizowanie ryzyka ataku delfina na człowieka podczas karmienia. Muszą umieć polować i najlepiej, żeby odchowały choć jedno pokolenie. Przyzwyczajanie ich do brania ryby z ręki jest bardzo długie i spokojne, przerywane gdy tylko są jakiekolwiek niepokojące sygnały. Generalnie – to dość odpowiedzialny, ale przynoszący efekt proces.

Choć zdarzają się i takie osobniczki, które nie do końca pojmują ideę bycia karmionym przez ludzi, i na pokaz prawie zawsze przynoszą swoją zdobycz prezentując ją widowni jakby chcialy się podzielić lub pochwalić. Można i tak : )

IMG_5262

Strażnik przestał mówić i poprosił nas, żebyśmy z powrotem wyszli na brzeg. Wtedy delfiny wpłynęły na płytszą wodę. Osoby z wiaderkami pomagające w przeprowadzeniu przedstawienia zaczęły wybierać pięć osób (choć zwykle to były grupy przyjaciół lub rodzina, tak więc tam akurat bycie singlem zdecydowanie dyskryminowało). Wstrzymaliśmy oddech, wypchnęliśmy dzieci na wabia do przodu i … nie zostaliśmy wybrani. Ktoś inny dostał rybę do ręki i podał ją czekającym delfinom (z kategorycznym zakazem dotykania). Przedstawienie było skończone, pracownicy parku wyszli z wody, tłum zaczął się rozchodzić. Wtedy Tolek rozpłakał się.

Podeszła do nas jedna ze strażniczek i zaproponowała mu, żeby pomógł jej odnieść wiadro do biura. Trochę pomogło, ale chłopak chlipał całą drogę przez plażę. Pod biurem usłyszałam: jeśli będziecie na drugim spotkaniu ok dziesiątej i delfiny przypłyną, to was wezmę do karmienia.

Oczywiście domyślacie się, że byliśmy. Ponownie staliśmy w wodzie obserwując z takim samym wzruszeniem pływające i przypatrujące się nam delfiny. Słuchaliśmy kliknięć, powstrzymywaliśmy się przed wsadzeniem ręki do wody. A potem zupełnie przypadkowo przez inną strażniczkę zostaliśmy poproszeni o podejście do wiaderka, Tolek dostał do ręki rybę, pochyliliśmy się nad wodą, a centymetry od nas czekała delfinica z otwartym dziobem patrząc na nas swoimi niesamowicie mądrymi oczyma. Przestałam oddychać.

Gdybym miała wskazać jeden, jedyny dzień dla którego było warto jechać do Australii, to byłby to właśnie ten.

IMG_5304

IMG_5306

IMG_5311

IMG_5314