Podziękowania

Ta podróż nie doszłaby do skutku, gdyby nie pomoc i zaangażowanie szeregu osób. W każdej porządnej książce czy filmie autor zamieszcza podziękowania, zwykle nie czytane przez nikogo oprócz samych zainteresowanych.

Nasz blog też jest porządny, więc żeby zwyczajowi stało się zadość poniżej zamieszczamy nasze gorące ukłony. Będzie krótko, więc nie ma sensu przewijać wpisu.
Dziękujemy klockom lego duplo, które zajmowały się naszymi dziećmi przez cały weekend, gdy my mordowaliśmy się nad mapą i przewodnikami. O dzieciach przypomnieliśmy sobie dopiero pod wieczów, gdy Tolek (lat 3) spytał się gdzie jest nóż do chleba, bo chce przygotować Kajowi (miesięcy 9) kanapki z dżemem na kolację. Na nasze przerażone pytanie co jedli na obiad, syn odpowiedział spokojnie, że chrupki. Chrupkom też dziękujemy.
IMG_5960
Dziękujemy przyjaciołom ze Świnoujścia, którzy przygarneli naszego psa, deklarując chęć spacerów z Nessie po plaży. Jesteście niesamowici! Z drugiej strony, gdy w trakcie otrzymywaliśmy zdjęcia relacjonujące poziom opieki nad naszym kundlem domowym pospolitym, to przemknęło nam przez myśl, czy następnym razem dzieci tam nie podrzucić razem z psem : )
10175919_719277818122643_1967721627_o 10177036_721205634596528_962397125_o
Dziękujemy Mikołajom, którzy zaopatrzyli nasze dzieci w niezbędne wyposażenie antynudowe na tą długą podróż. Naprawdę uratowaliście nas przed szaleństwem!
IMG_6573
Dziękujemy Królewskiej Poczcie Brytyjskiej, za dostarczenie nam podróżnych cubsów w rozsądnej cenie. Zestaw 3 profesjonalnych pojemników do  bagażu kosztował na Amazonie ok. 100 zł. Taki sposób pakowania sprawdza się przy częstym pakowaniu i wypakowywaniu plecaka, ale przy naszej ilości bagażu koszt byłby jakiś kosmiczny. Na szczęście zupełnym przypadkiem na allegro w składnicy sprzętu wojskowego z mundurami, menażkami i skarpetkami znalazłam brytyjskie opakowania na listy – 2,40 zł za sztukę. Pomysł chroniony patentem!
IMG_6233
Dziękujemy panu Premierowi Tuskowi za wprowadzenie rocznego urlopu rodzicielskiego dla wszystkich dzieci urodzonych w 2013 r., dzięki któremu mogliśmy zwolnić się z pracy na tak długą podróż. Choć osobiście uważamy, że nie jest to najmądrzejszy pomysł na walkę z bezrobociem, ani tym bardziej ze słabszą pozycją kobiet na rynku pracy. Za to jeden z lepszych pomysłów na zbudowanie fundamentów relacji ze swoim dzieckiem.
Dziękujemy Lołdusowi za towarzystwo i dodawanie otuchy w ciężkich chwilach.
Nie wiecie, kim jest Lołdus? Lołdus to stworzenie (nie mylić z potworem), które pije przeźroczystą kawę i przegryza ją siuśkami. Ma cztery łapy, jest fioletowe, i dość długie. Gdy czegoś nie chcesz zrobić, może cię zjeść (…bo jak nie, bo jak nie, to cię Lołdus zje).
Przyplątał się do naszej rodziny jakoś w listopadzie, i siłą rzeczy poleciał do Australii, może dlatego, że nie zabierał dużo przestrzeni bagażowej. Znosił wszystkie trudy i niewygody, w zamian doświadczając wspaniałej przygody. Czasem gdzieś się gubił, ale zawsze w końcu się znajdował, wystarczyło wyjąć z kieszeni specjalne, niewidoczne lołdusowe ciasteczka. Podczas któregoś kolejnego lotu udało nam się nakłonić Tolka, żeby narysował nam naszego Lołdusa, i teraz już wiemy jak wygląda. Na 100% nie pomylimy go z innym, gdyby jeszcze jakieś istniały na świecie.
 FullSizeRender
I dziękujemy Kajowi, że nam ten urlop załatwił, mimo że przychodząc na świat za wcześnie i niezgodnie z umową, sprawił wrażenie, iż nowe przepisy nas nie obejmą :)
 IMG_5217
A ostatnie podziękowania są dla Tolka Strażaka, którego spytaliśmy, czy po trudach Skandynawii zgodzi się z nami jechać na cztery miesiące na drugi koniec świata. A nasz chłopczyk tylko spytał: Czy to TAM są największe pożary buszu na świecie? To muszę zabrać swój sprzęt strażacki.
IMG_6579
Bez Was, Chłopaki, ta podróż byłaby zaledwie przemierzaniem kilometrów.
IMG_8268

Restrospektywy Australijskie: Szarzy Nomadzi

IMG_2130

 

 

 

 

 

Kilka kilometrów przed nami, na czerwonej drodze zamajaczył kształt. W falującym powietrzu trudno poznać co to. Wysoki obrys sugeruje pociąg drogowy, 50-metrowe monstrum składające się z ciągnika siodłowego, naczepy i dwóch przyczep, ale wzbijany słup kurzu jest zdecydowanie za mały. Przygotowujemy się w standardowy sposób: podkręcamy nadmuch żeby zwiększyć ciśnienie w kabinie i nie zassać kurzu, zwalniamy do 100 km/h i zjeżdżamy na pobocze. Mijają minuty. Nasz vis a vis okazuje się być półciężarówką ciągnącą gigantyczną, czterotonową, podskakującą na wybojach naczepę campingową. Wewnątrz dwójka opalonych na oliwkowy brąz staruszków. Krótkie pozdrowienie znad kierownicy i każdy wraca na środek drogi.

To szarzy nomadzi. Widok powszechny na australijskich drogach a w Outbacku o tej porze roku właściwie jedyni turyści. Są na tyle liczną grupą społeczną, że miasta konkurują o ich względy (i pieniądze) ubiegając się o znaczek RV Friendly (RV to skrót od Recreational Vehicle a więc, jakkolwiek drewnianie nie brzmi to po polsku, pojazd wypoczynkowy).

Żeby zrozumieć skąd się biorą, trzeba wiedzieć że system socjalny w Australii dopiero od niedawna doszlusowuje do standardów znanych z Europy. Australijczycy mają już prawo do 20 dni płatnego urlopu rocznie, ale nie zawsze tak było. Emerytury wypłacane są w kwotach pozwalających podtrzymać funkcje życiowe, i traktowane jak zasiłek, tj. zmniejszane, nawet do zera, osobom mającym inne dochody lub majątek. System ten jest jedną z głównych przyczyn dla których pokolenie baby boomers ciężko pracujące na swoje utrzymanie i oszczędzające na emeryturę nie miało wcześniej czasu na turystykę. Teraz chcą i wreszcie mogą zobaczyć swój kontynent z bliska.

Upodobania i standard różnią się znacznie. Niektórzy wyjeżdżają na parę tygodni w przerwach między swymi towarzyskimi, rodzinnymi i społecznymi obowiązkami, inni ruszają w drogę na lata. Dla części z nich oznacza to konieczność zamiany domu na mniejszy, inni sprzedają go całkowicie zakładając że nigdy już nie będzie im potrzebny. Co ciekawe, często wyjazdy te połączone są z sezonową pracą. To właśnie szarzy nomadzi i backpakerzy na rocznych wizach z prawem do zatrudnienia uzupełniają braki kadrowe outbacku. Ci pierwsi niosą ze sobą doświadczenie i umiejętności doceniane w gminach z dala od szosy, zwłaszcza w dziedzinach takich jak budowa i utrzymanie nieruchomości, księgowość czy obsługa turystów. W Australii włóczęga nie jest sportem elitarnym. Spotkaliśmy emerytowanych kierowców ciężarówek, budowlańców, pracowników administracyjnych i drobnych przedsiębiorców i tylko jednego prezesa, znacząco w dół odstającego wiekiem od średniej, który przekonał firmę że powinna go zwolnić, zabrał odprawę, spakował namiot i rodzinę do swojego kombi i ruszył w trasę. Na tle średniej jego ekwipunek wyglądał raczej skromnie.

Australia ma wspaniałą infrastrukturę do życia w drodze. Państwo utrzymuje dużą bazę darmowych miejsc postojowych dla kierowców podróżujących na długie dystanse. Wiele gmin, zwłaszcza tych RV Friendly, oferuję punkty zrzutu toalet chemicznych i poboru wody za darmo lub po kosztach. Z drugiej strony, między innymi za sprawą nomadów, ceny postoju na campingach płatnych (a więc wyposażonych w toaletę, prysznic, kuchnię, etc.) zmieniły się drastycznie. Kiedy odwiedzaliśmy ten kraj pierwszy raz w 2007 roku, wynajęcie “domku” zwanego tutaj kabiną kosztowało $40. Dziś na zrzeszonych polach rozbicie namiotu bez prawa do prądu kosztuje $50 a ceny kabin wahają się od $140 do $300. Jest to na tyle dobry interes, że właściciele caravan parków mają własne lobby starające się o zamykanie przestrzeni bezpłatnych które “psują rynek”. Debata jest gorąca i angażuje wielu ludzi.

Solidna, oparta na wydobyciu gospodarka Australii dodatkowo winduje kurs dolara powodując że rosnące koszty życia dają się we znaki obcokrajowcom jeszcze bardziej niż miejscowym. Spotkałem Niemkę, która przeprowadziła się tutaj 20 lat temu już po przejściu na emeryturę. Wybór wydawał się prosty. Miejsce tanie, słoneczne, ze skuteczną policją i dobrą opieką medyczną. Dziś niemiecka emerytura nie wystarcza jej już do pierwszego ale nie zdecydowała się wrócić. Miłość do krainy Oz rzadko jest uczuciem od pierwszego wejrzenia, ale sądząc po ilości ludzi którzy na nią zapadli, może być nieuleczalna.

Kiedy opadł kurz pomyślałem, że cieszę się, że mogę zobaczyć chociaż część tych rzeczy wcześniej, kiedy jeszcze serce pozwala mi wspinać się w górach a mózg wytrzymuje walące jak obuch słońce. Ale czy umiem wyobrazić sobie siebie ciągnącego przyczepę po tych bitych drogach za 40 lat? Z pewnością..