Wielkanoc z sumatrzańskimi orangutanami

Australijczycy nie są jakoś demonstracyjnie religijni, i na hasło Wielkanoc nie reagują masową pielgrzymką z koszyczkami do kościołów. Zresztą w kraju, w którym jednak jest sporo innych kultur i wyznań, kraju zagarniętym od Aborygenów, nikt nie rzuca prowokujących tez o korzeniach religijnych jako jedynych świadczących o moralności i człowieczeństwie. Jednakże wszyscy Australijczycy, wszyscy wyznają jedną wspólną religię – szacunek do jakiejkolwiek okazji do pikniku. Osoby nie oddające czci dniom wolnym są potępione.

Wielki Piątek zastał nas w Perth. Nie mieliśmy żadnych zobowiązań rodzinnych czy towarzyskich, żadnych zmartwień związanych z tym, czy jajka na miękko czy na twardo i czy barszcz biały będzie wystarczająco biały, zmęczeni byliśmy upałem i podróżą, a nie myciem okien i żyrandoli. Jedyne wyzwanie jakie na nas czekało to jak przeżyć ten dzień w mieście, w którym (w przeciwieństwie do Polski) wszystko było zamknięte. Każdy sklep, każda restauracja, nawet mennica i dzwonnica – wszystko nieczynne. Gdzie pójść, co zjeść?

Tam, gdzie wszyscy mieszkańcy Perth nieposiadający żaglówek – do Kings Park. To rzeczywiście całkiem spory kompleks parkowy, bo w połączeniu z przylegającym Ogrodem Botanicznym zajmuje powierzchnię ponad 400 hektarów. Biorąc pod uwagę brak wózka podczas tej części podróży i noszenie dwójki potomków na własnych plecach, przyjemny, acz męczący podczas marszu upał i fakt, że z hotelu musieliśmy przejść jakieś 3 km w większości pod górkę, gdy dotarliśmy do zieleni, skierowaliśmy się wprost na olbrzymi plac zabaw, bez rozglądania się dookoła.

IMG_7027

Gdybyśmy mieli siły i nie mieli na sumieniu złożonej obietnicy całego dnia na huśtawkach, prawdopodobnie skorzystalibyśmy z innych atrakcji parkowych. Spacer po zawieszonej w koronach drzew ścieżce, piknik w jednym z wielu specjalnie wyposażonych w BBQ miejsc, leżakowanie na trawie z widokiem na migoczące w dole wody rzeki Swan, wędrowanie po dzikich obszarach parku dające smak wędrówki w buszu, wizyta w ogrodzie botanicznym, wieczorne kino pod chmurką.

IMG_7130

Ale cóż, słowo się rzekło, piaskownica czeka.

Wbrew obawom – było super.

Trafiliśmy w miejsce, gdzie połączonych było kilka różnych przestrzeni dla dzieci. Każda miała trochę inny klimat – były zjeżdżalnie, olbrzymia piaskownica z torem przeszkód, park huśtawek, strefa do gier, piracki statek, pająki do wspinania się, wiszące mosty, i strefa chill – out’u, czyli miejsce, w którym można było poczytać ogromne książeczki.

IMG_7030

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

IMG_7117

IMG_7128

W zależności od atrakcji w różnych częściach placu przebywały dzieci w różnym wieku, choć oczywiście były miejsca, gdzie towarzystwo się miksowało. To co nas pozytywnie zaskoczyło, to zachowanie dzieciaków, które od małego są tu uczone uważności na drugiego człowieka.

Gdy chodzę na place zabaw w okolicy naszego domu jestem pełna stresu, bo non stop muszę uważać, żeby starsze dzieciaki biegnąc nie zdeptały raczkującego Kaja, interweniować, gdy przepychają młodsze (czyli moje) dzieci na zjeżdżalni, albo tłumaczyć, że muszą poczekać w kolejce, aż ktoś młodszy, więc mniej sprawny od nich wdrapie się na górę i zwolni miejsce.

Plac zabaw kojarzy mi się ze stresem powyżej przeciętnej, oczami wokół głowy i terroryzującymi okolicę dziećmi po podwójnej dawce red bulla.

Nic takiego nie miało miejsca tutaj. Bez żadnych napomnień czy uwag ze strony pilnujących rodziców nikt nie wpadał na Kaja, który – będę szczera – opanował do perfekcji zdolność włażenia pod nogi. Gdy jedno z naszych dzieciaków próbowało przejść tor przeszkód i robiło to bardzo wolno, to za nimi grzecznie w kolejce stały inne dzieci i nikt się nie przepychał, ani nawet słownie nie popędzał.

IMG_7079

IMG_7081

Gdy już przywykłam do tej nowej zmiany, po raz pierwszy na placu zabaw – zrelaksowałam się i pozwoliłam sobie poczuć świąteczną atmosferę pikniku.

IMG_7034

Bo właśnie tutaj Australijczycy spędzali Wielkanoc, od piątku począwszy. Całymi rodzinami, lub grupami przyjaciół i znajomych rozkładali koce, ba, mieli nawet turystyczne krzesełka w zaskakujących ilościach, z przepastnych koszy wyjmowali mnóstwo pudełek z jedzeniem i piciem, na gałęziach drzew dla ozdoby wieszali balony lub kolorowe wstążki, i piknikowali. Spędzali razem dzień rozmawiając lub milcząc, grając w gry planszowe lub ruchowe (naprawdę, właściwie nie widziałam tam nosów wetkniętych w tablety czy komórki), czytając (czasem na głos) książki, malując z dzieciakami kolorowanki.

Przyznam, że po raz pierwszy odkąd jestem dorosła pomyślałam sobie, że święta jednak mogą być całkiem fajnym dniem.

IMG_7042

Jedzonko?

Jedzonko?

IMG_7047

IMG_7051

My nie mieliśmy kosza piknikowego, ale wbrew temu co się działo w mieście (czyli, że nic się tam nie działo), tutaj czynna była spora restauracja. Z obiadami, przekąskami, deserami, lodami, piciem. Zatłoczona, ale w formie fast-food’u całkiem sprawnie obsługująca osoby, które z różnych powodów nie miały ze sobą na trawie zestawu z dwunastu dań.

IMG_7105

IMG_7058

IMG_7061

W drugiej połowie dnia Tolek postanowił poćwiczyć w piaskownicy skoki w dal. Komentowałam razem z Michałem (trenerem) jego wyczyny wciskając raz za razem migawkę, a wtedy podeszła do mnie jedna z kobiet i po polsku spytała czy przyszłam na spotkanie polonijnych mam. Okazało się, że jest ich tu całkiem sporo, znalazły się oczywiście w sieci i raz na tydzień spotykają się razem, żeby pogadać, poznać się poza rzeczywistością wirtualną, spędzić razem czas. W ten sposób dzieciaki mają z sobą kontakt, mają kontakt z językiem, a dorośli podpowiadają sobie różne rzeczy – gdzie i jak i co załatwić. Temat przewodni to jak dostać się do kolejnej szkoły (tam też ze względu na rejonizację i kilka bardzo dobrych szkół państwowych rodziny przeprowadzają się do właściwej dzielnicy, bo prywatne dobre szkoły są, ale nawet jak na Perth dość drogie). Dowiedzieliśmy się, że Perth jest rzeczywiście świetnym miejscem do życia, z właściwym tempem, bogatą infrastrukturą w każdej z dzielnic, mnóstwem propozycji spędzania czasu w weekend. Jedyny problem – jest coraz droższe. Mieszkanie do wynajęcia w rozsądnej okolicy to naprawdę spory wydatek, często nierealny dla nowoprzybyłych osób, ewentualnie dostępne są trochę tańsze (ale wciąż jednak kosztujące) małe kliki, w których ciężko jest zmieścić się z pełną rodziną. Plus mieszkań na rynku nie jest znów tak dużo w stosunku do przybywających chętnych, a to oczywiście winduje ceny.

Perth jest najszybciej rosnącym w liczbę mieszkańców miastem Australii. Pomijając liczby (aktualne do znalezienia w sieci), rozwiązaniem tego paradoksu (czemu ludzie chcą tu mieszkać i tyle za to płacić???) jest po prostu ekonomia całej Australii Zachodniej. To najbogatszy stan kontynentu wg przychodu na głowę mieszkańca. Ten wynik jest łatwy do osiągnięcia biorąc pod uwagę jednak małą ogólnie liczbę mieszkańców i źródła dochodów – poza miastami są to dochodowe kopalnie złota, rud żelaza, rafinerie płynnego gazu oraz farmy eksportujące olbrzymie ilości pszenicy. A w miastach i miasteczkach zarabia się na usługach dla pracowników tych kopalnii i ich rodzin. W ten sposób w miejscu, gdzie na pierwszy rzut oka nic nie ma oprócz spalonej pustynnej ziemi, much i oceanu z rekinami, koszt życia według danych statystycznych jest jednym z najwyższych, ale też zapewniających jeden z najlepszych poziomów.

W ten sposób wiadomo już, czemu tutaj nie potrzebują zarabiać na turystach, więc raczej ci, którzy się z jakiegoś powodu zaplątali, są pozostawieni sami sobie.

Nie ukrywam – gdybyśmy składali wniosek o wizę z pozwoleniem na pobyt stały, Perth byłoby jednym z najważniejszych miejsc wskazanych jako preferowane. Tu naprawdę nieźle spędza się dnie. Jedyna niedogodność jaką mam w tyłu głowy – dlaczego stąd jest wszędzie tak daleko? Choć ponoć to kwestia zmiany sposobu myślenia. Bo ostatecznie do Sydney i zielonych części Australii jest stąd bezpośredni pociąg (jadący cztery dni i drogi tak, że raczej jest wykorzystywany jako atrakcja turystyczna), latają tam też samoloty (pięć godzin lotu – dla Australijczyka to „phi“, dla nas wciąż jednak myślących po europejsku to lot przez całą długość Europy na trasie Warszawa – Lizbona), a do Europy jest nawet bliżej niż z Sydney (o te pięć godzin właśnie).

Za to tylko dwa dni drogi do Ningaloo Reef. A potem Broome, Darwin i w dół do outbacku.

Tak, właściwa perspektywa umiejętnie ignoruje niewygodne szczegóły.

fotograf

Pod wieczór, przyjemnie zmęczeni załadowaliśmy dzieciaki na plecy i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Czekało nas tam pakowanie, bo następnego dnia bardzo wcześnie musieliśmy być na lotnisku.

I teraz zagadka dla tych kilkorga osób, które naprawdę sumiennie przeczytały każdy nasz post – pamiętacie, gdzie i w jakich warunkach rezerwowaliśmy bilety na wyprawę do Australii Zachodniej?

Na kempingu pod Grampianami, siedząc pół nocy w kucki między kuchenką sedesem i łóżkiem (tak, wzięliśmy najmniejszą i najtańszą kabinę), klnąc na uciekającą sieć i zacinający się tablet. Szukając możliwych połączeń, zgrywając z tym wynajem kampera w rozsądnej cenie, stawiając czoła faktowi, że w okresie Wielkanocy wszystko jest porezerwowane na dwa miesiące wstecz, dobiliśmy do trzeciej w nocy i ledwo widzieliśmy na oczy. Kilkakrotnie przeładowywaliśmy stronę z rezerwacją, wklepując dane czwórki pasażerów, dane karty kredytowej i każde inne dane, o które byliśmy poproszeni, byle tylko móc już pójść spać na kilka godzin.

Gdy w sobotę, bardzo wczesną sobotę stawiliśmy się na lotnisku w Perth, pewnym zaskoczeniem okazała się informacja, że nie ma nas na liście pasażerów.

W pierszym odruchu pomyślałam, że wystarczy tylko wypić kawę i przecież wszystko się wyjaśni. Kawa zmienia perspektywę, a zmiana perspektywy ignoruje niewygodne szczegóły, tak?

W drugim odruchu pomyślałam, że zemdleję i żadna kawa mi nie pomoże, bo … uprzejmy pan z obsługi odkrył przyczynę problemu. Mieliśmy zarezerwowane i ważne bilety, tylko na 19 czerwca zamiast na 19 kwietnia. Rok się zgadzał.

Jesteśmy na lotnisku z dwójką głodnych i zaspanych dzieci. Mamy do ogarnięcia duże bagaże w dużej liczbie, i gonitwę spanikowanych myśli w głowie.

Jak dotrzeć do Sydney??? Samolot pełen, nie mogą nam przepisać biletu. Nie polecimy. Może wynająć auto? Idiotyzm. Pomijając koszty, to jest 8 dni drogi (można szybciej, ale nie z dziećmi!), a my 23 kwietnia, za 4 dni mieliśmy samolot do Polski. To może zmienić wylot i zamiast z Sydney polecieć z Perth? Kolejny idiotyzm, przecież w Sydney mamy część bagaży w hotelowej przechowalni.

W każdej dłuższej podróży jest taki moment, gdy traci się grunt pod nogami i zdolność poradzenia sobie z problemem, i nas właśnie ten moment spotkał na lotnisku w Perth.

Najśmieszniejsze było to, że nie mogliśmy kupić biletu na najbliższy lot do Sydney ze zniżką za niewykorzystany lot 19 czerwca, bo nie można zmieniać daty wylotu w dniu wylotu! W końcu po iluś rozmowach telefonicznych z centralą (bo znów z jakiegoś powodu pracownicy biura sprzedaży biletów lotniczych nie mieli kompetencji, żeby nam pomóc, gdyż oni tylko sprzedają całkowicie NOWE bilety), zaoferowano nam lot 15 minut po północy. Niby nie jest to 24 godziny przed datą zmiany, ale wg kalendarza jest to już nowy dzień, więc system jakoś to łyknął. Oczywiście musieliśmy nieźle dopłacić za cztery osoby i tym sposobem zużyliśmy fundusze zaoszczędzone na niepływaniu z rekinami wielorybimi. Zużyliśmy, przekroczyliśmy, karta kredytowa jęknęła przy wpisywaniu PINu, ale postanowiliśmy martwić się tym później. Najważniejsze, że odzyskaliśmy szansę na powrót do domu.

Wróciła mi zdolność oddychania, jakoś zagadałam czymś dzieci, kupiliśmy kawę, a potem zaczęliśmy zastanawiać się co do licha mamy robić w wielkanocną sobotę od godziny ósmej rano do północy w Perth, mieście nie dla turystów???

Nie mieliśmy wyboru, a przez to wybór był dość prosty.

Najpierw Michał zaniósł bagaże do automatycznych schowków. Tam spędził godzinę, bo schowki najpierw pożarły monety, potem mimo fałszywej zachęty odmówiły obsługi karty, a do obsługi trudno się było dodzwonić. W końcu przyjechał miły pan, oddał Michałowi monety, wstukał na klawiaturze jakiś kod i obiecał, że będzie dobrze. Cóż, na razie mieliśmy zamknięte i w miarę zabezpieczone duże bagaże, kwitek potwierdzający ten fakt i wiarę, że jesteśmy w cywilizowanym kraju.

A potem pojechaliśmy do zoo. Gdy wybieraliśmy miejsce na czteromiesięczną podróż i powoli zaczął nam się klarować kierunek australijski, zapaliłam się do niedorzecznego pomysłu, że po drodze wpadniemy na Borneo i odwiedzimy rezerwat orangutanów. Niestety (na szczęście – z perspektywy czteromiesięcznego pobytu w Australii) okazało się to o wiele bardziej skomplikowane niż by to wynikało z mapy. Mimo przysłowiowego rzutu beretem kilka przesiadek samolotowych, trudności w dotarciu do samego ośrodka i nienajlepsze rekomendacje pogodowe skreśliły pomysł z listy.

Cóż, nie udało się na Borneo, to zbiegiem okoliczności szczątkowo udało się w Perth. Tutejsze zoo bardzo blisko współpracuje właśnie z Malezją w celu ochrony i uratowania orangutanów. Zbiera fundusze i współfinansuje projekt powrotu orangutanów do naturalnego środowiska, a także stworzenia chronionych obszarów, w których mogłyby żyć orangutany nie umiejące już żyć w zupełnie dzikim środowisku. Program obejmuje również część tych orangutany, które teraz mieszkają w zoo, w szczególności narodzone tutaj młode.

IMG_7164

Orangutan znaczy w języku Dajaków „Człowiek lasu“. Polegając na suchych faktach naukowych najbardziej spokrewnieni pod względem DNA jesteśmy z szympansami. Jednak prymatolodzy zidentyfikowali 63 cechy unikatowe dla przynajmniej jednego gatunku naczelnych, do których należą człowiek, orangutan, szympans i goryl. Z szympansami mamy wspólne tylko dwie, a z orangutanami – 28 (dane z książki Martyny Wojciechowskiej „Borneo“).

IMG_7134

Tyle fakty. Ale wystarczy uczciwie spojrzeć sercem i inna wiedza nie jest potrzebna.

Orangutanica rodzi jedno dziecko. Z dwójką uczepioną futra byłoby jej się bardzo trudno poruszać wśród gałęzi drzew, choć zaobserwowano i takie dzielne mamy.

Karmi je piersią do trzeciego roku życia (i żadne WHO nie musi jej do tego przekonywać, a żaden autorytet nie wmawia, że to nieestetyczne), a opiekuje się troskliwie do około szóstego – siódmego roku. Dziecko opuszcza matkę w wieku lat dziesięciu, choć jeśli jest samicą, to często pozostaje w stadzie.

Jeśli najwcześniej pierwsze dziecko orangutanica ma w wieku 15 lat, a żyje około 40stu, to wychodzi, że w ciągu całego swojego życia ma maksymalnie czwórkę dzieci. A wszystko to po to, aby zapewnić właściwą opiekę i mieć czas na nauczenie dziecka wszystkiego co niezbędne do przeżycia w dżungli.

Wszystkiego, oprócz tego jak nie spotkać na swojej drodze człowieka. Człowieka, który zabija orangutany, bo te niszczą plantację palm, z których jest olej palmowy. Który zabija matki orangutanów, żeby małe małpki sprzedać na czarnym rynku jako zabawki – zwierzątka domowe. Matka zawsze broni się aż do końca, a świadkiem tego mordu jest wczepione w jej futro maleństwo. Po zabiciu człowiek musi odrywać takie dziecko od ciała matki, a zdaża się że orangutanek jest tak mocno wczepiony, że ucina mu się łapkę. Na targu dostanie się co prawda za takie kalekie dziecko mniej, ale lepiej mniej niż wcale.

Tak, wystarczy popatrzeć sercem, żeby zobaczyć.

W Perth Zoo dla orangutanów stworzono specjalny wybieg. Ponieważ w naturze spędzają one ponad 95 % swojego życia w konarach drzew, umożliwiono im prowadzenie podobnego trybu w niewoli.

IMG_7212

Może stalowe pręty i gniazda nie wyglądają najbardziej ekologicznie i naturalnie, ale ponoć doskonale się sprawdzają, można modyfikować ich ustawienie, a orangutany uczą się na nich jak na prawdziwych drzewach.

IMG_7147

Cały dzień w zoo, a przed ich wybiegiem spędziliśmy oczywiście najwięcej czasu. Choć były momenty, gdy przez obiektyw łapałam spojrzenie orangutaniej mamy i wtedy czułam się dość nieswojo. Jej po głowie skakało dziecko, mi na plecy wdrapywały się moje dwa małpiątka. Obie jesteśmy mamami, i obie dla dzieci oddałybyśmy wszystko, łącznie z życiem. Ale to ona jest ze swoim dzieckiem za ogrodzeniem, a ja ze swoimi dziećmi ją obserwuję.

IMG_7178

IMG_7230

IMG_7199

Wytknięcie głowy ze swojego świata i rozejrzenie się po większym świecie, niekoniecznie od razu na egzotycznych podróżach, niesie ryzyko poznania faktów. Mamy cholerne szczęście mieć właściwe DNA, kolor skóry i być urodzonym we właściwym miejscu we właściwym czasie. Poza tym zbiegiem szczęśliwych okoliczności świet jest w zasadzie dość paskudnym i złym miejscem. W każdym zakątku globu, na najróżniejszych poziomach i w różnych oddcieniach. Nie da się ukryć. Czasem zazdroszę tym, którzy posiadają umiejętność nierozglądania się.

Na pewno za to rozglądają się pieski preriowe, które okazały się być hitem numer jeden dla naszych chłopaków. Z trudem, z olbrzymim trudem wytłumaczyliśmy im, że nijak nie możemy zabrać do domu ani jednego z nich, nawet tego malusieńkiego.

Oj, lizaki znów musiały okazać swą czarodziejską moc.

IMG_7244

Czy się stoi...

Czy się stoi…

czy się siedzi...

czy się siedzi…

czy się leży,

czy się leży,

cycek z mlekiem się należy.

cycek z mlekiem się należy.

Była godzina siedemnasta i zoo zamykało swoje podwoje. Nie mam pojęcia czemu tak wcześnie, słońce wysoko na niebie, pogoda piękna, a my znów nie mieliśmy co z sobą zrobić. Spacer po mieście już nie wchodził w grę, sporo spacerowaliśmy po zoo i nogi swoje wiedziały. Postanowiliśmy wrócić na lotnisko, gdzie koczowaliśmy od osiemnastej do północy. A lotnisko w Perth jest wystrojem ujednolicone z miastem – żadnych wygód i rozrywek dla turystów. Żadnego pokoju zabaw ani nawet namizerniejszego kąciku dla dzieci, żadnych wygodnych foteli do przespania kilku godzin, nic. Zimna podłoga i metalowe krzesła z poręczami, więc nawet pseudolegowiska dla dzieci nie dało się na nich zrobić.

Cud, że odzyskaliśmy bagaże ze skrytki. Bo gdy Michał poszedł je odbierać, maszyna uznała, że trzymamy je tam od ponad roku (tak wyszło z kodu, który wpisał miły pan) i musimy dopłacić zaległą opłatę – ponad dwa tysiące dolarów. Zaczepianie obsługi lotniska lub ochrony nic nie dało, schowki są obsługiwane przez zewnętrzą firmę. Telefon do firmy też nic nie dał, bo była czynna tylko do … siedemnastej. W końcu ktoś przyniósł jakiś inny numer, a tam odebrał pan, który stwierdził, że na lotnisko o tej porze to z miasta mu się nie chce jechać. W pełni go rozumieliśmy, był przyjemny sobotni wielkanocny wieczór, słońce, plaża, drinki i te rzeczy, ale jednak pan też musi zrozumieć nas… W końcu przyjechał. Okazał się absolutnie wyluzowany, nie bardzo go wzruszał nasz problem, i zupełnie nie czuł się odpowiedzialny za działania firmy, którą reprezentował. Nie będę zamieszczała rasistowskich wpisów, ale być może znaczenie miał fakt, iż młodzieniec nie był białym Australijczykiem, bo ci jednak z naszego doświadczenia potrafią ignorować człowieka w kulturalny, anglosaski sposób. W końcu jakimiś pogrożkami i przyjęciem pozy wkurzonego białego udało się Michałowi skłonić pana do rozwiązania problemu i nie wymagania od nas zapłaty ponad dwóch tysięcy dolarów.

Na lotnisku z ulgą przyjęliśmy informację o rozpoczęciu check-in’u, bo po kilku godzinach wymyślania chłopcom zabaw na pasie bagażowym już kończyły nam się pomysły. Do tego w części ogólnej nie było żadnej restauracji.

Po zjadliwej kolacji w chińskim barze, zrobiliśmy chłopakom tymczasowe legowiska na podłodze pod nosem samolotów. Potem godzina opowiadania bajek i w końcu, grubo po 23ciej zasnęli. Tuż przez wejściem na pokład statku. Wnieśliśmy śpiące tobołki na rękach, jakoś nie budząc ich dopełniliśmy formalności zapinania w pasy, a potem przez pięć godzin lotu właściwie nie zmrużyliśmy oka, zastanawiając się, czy jak w końcu maluchy się obudzą, to nasze ręce będą się jeszcze do czegoś nadawały, czy już tylko do amputacji.

IMG_7274

IMG_7276

Jedna myśl nt. „Wielkanoc z sumatrzańskimi orangutanami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *