Podwodny lot w żółwim tempie

Ningaloo Reef to perfekcyjna w każdym calu pocztówka wakacyjna.

Z dala od tłumów, o tej porze roku bez much i bez komarów, bez obezwładniającego upału, ale jednocześnie z ciepłą wodą oceanu, nagrzaną w płytkiej niecce przez zimowe, rozleniwiające  słońce.

Z prawie lub całkiem pustymi plażami, niesamowitą przyrodą i czasem płynącym w zupełnie innym tempie.

Wszystkie dni były tu podobne, a każdy pojedyńczy różnił się od pozostałych.

Rankami leniwe śniadanie w kamperze. Potem wyjazd na jedną z plaż, rozłożenie piaskowego ekwipunku, relaks.

Jedno z nas pływało, drugie pilnowało dzieci na plaży. Dzieci wyjątkowo radziły sobie nieźle same szukając wyrzuconych na brzeg koralowców lub brodząc w płytkiej wodzie bez fal,  więc była okazja do zamknięcia oczu, zanurzenia dłoni w przyjemnie nagrzanym piasku i odpłynięcia myśli.

Do ostatniej chwili wątpiłam w to, że będę pływać z rurką i zobaczę jakąkolwiek rafę. Od ostatniej próby snorkelingu moje umiejętności nie zrobiły żadnego postępu, a wręcz przeciwnie – z biegiem lat wzrósł mi próg lęku i zmniejszył się poziom dopuszczalnego szaleństwa.

Ale po pierwszym nurkowaniu na Turquoise Bay Michał wyszedł z wody z uśmiechem na twarzy jak u pięcioletniego chłopca, który dowiedział się, że na urodziny dostał na własność lodziarnię z lodówkami pełnymi lodów smerfowo-balonowych.

Wciąż pełna rezerwy poszarpałam się chwilę z płetwami (mamy takie pełne, z butami, cholernie niewygodne do zakładania), wyregulowałam maskę i powolutku popłynęłam w stronę mitycznej rafy. Spoglądałam w dół, który był na dotknięcie ręki, więc nie panikowałam. Gdy dno obniżyło się na jakieś dwa metry poczułam niepokój, ale woda ciągle była przeźroczysta, pode mną pojawiły się niesamowite ryby, w tym  całkiem spore papugoryby, a gdy uniosłam głowę to w odległości kilkudziesięciu metrów zobaczyłam na brzegu chłopaków, którzy mi pomachali. Pomyślałam, że mimo mizernych umiejętności ten dystans do płycizny jestem w stanie wrocić wpław, więc popłynę jeszcze kawałek. Pooglądałam rybki, już czując lekką radość z faktu, że pływam sobie ze zwierzętami widzialnymi dotychczas tylko w oceanariach, a potem umówiłam się sama z sobą, że płynę tak daleko, aż nie policzę do dziesięciu. Wtedy, nawet jeśli nie zobaczę rafy, to wracam na brzeg. Jeszcze raz zerknęłam na chłopaków, lekko zirytowałam się tym, że Michał leży i się opala, bo miał mnie z oczu nie tracić, i machnęłam płetwami licząc w myślach “raz”. Nie doliczyłam do sześciu, gdy zapomniałam o rzeczywistości.

Pode mną, absolutnie na wyciągnięcie ręki, nie w przenośni, pojawiła się rafa koralowa. Pełna barw, kształtów, labiryntów i mieszkańców.

Nie odważyłam się zanurkować nawet na chwilę, ale nie musiałam tego robić. Dotykać niczego nie zamierzałam, a widoczność ze względu na bliskość do powierzchni wody była doskonała.

Gdy już opanowałam euforię, wewnętrzny wrzask radości i totalne niedowierzanie, że jednak pływam nad rafą, zaczęłam dostrzegać szczegóły. Ikoniczne rozgwiazdy, gąbki, polipy, koralowce wyglądające jak wielki mózg, podwodna kapusta i morskie drzewa. Mnóstwo ciekawskich ryb, morskich ogórków spokojnie pożerających piasek, groźnie wyglądających jeżowców – byłam w ich świecie. Niesamowite, nie do opisania.

Gdy w końcu wyszłam na ląd, żeby zmienić Michała, też wyglądałam jak ten pięciolatek z nieskończoną ilością lodów na własność.

Podczas kolejnych wypadów nad rafę widziałam też przy dnie średniej wielkości, czarne kształty nie do pomylenia z czymkolwiek innym –  płaszczki.

Myślałam, że to już szczyt dzikich wrażeń, gdy Michał przypłynął i z daleka już wołał, żebym wkładała płetwy i płynęła tam, gdzie sam był przed chwilą. W wodzie mijając się dał mi maskę i poszedł do dzieci. Popłynęłam, rozglądałam się dookoła nie wiedząc czego mam szukać (rekina?), gdy nagle je zobaczyłam – dwa olbrzymie żółwie skubały sobie podwodną trawę. Krzyknęłam, przez co oczywiście wypadła mi rurka z ust i gdy przestałam się topić i znów mogłam na nie popatrzeć, żółwie zdegustowane zamieszaniem postanowiły odpłynąć. Naiwnie postanowiłam popłynąć z nimi, ostatecznie mam o wiele większe płetwy niż one – pomyślałam sobie. Nie wiem co pomyślały sobie żółwie, ale ledwo zauważalnie machnęły swoimi płetewkami i tyle ich widziałam.

Kolejny dzień zbliżał się ku końcowi. Pakowaliśmy z dzieciakami koce i zabawki, gdy z ostatniego nurkowania wyszedł Michał. Nie, nie uśmiechał się. Nie, nie wyglądał jak chłopiec z lodziarnią na własność. Miał minę chłopca, który właśnie odkrył niepodważalny dowód na istnienie pełnowypłacalnego św. Mikołaja. Radość była zablokowana przez totalny zachwyt.

Podczas nurkowania na dalszej części rafy, na którą ja już nie odważyłam się wypływać, spotkał słynną mantę. Olbrzymią, majestatyczną, z rozpiętością skrzydeł dochodzącą do pięciu metrów. Ta była trochę mniejsza, ale i tak wzbudziła należny sobie podziw.

Chwilę unosiła się w wodzie pod nim, po czym koniuszkami skrzydeł zafalowała, i odleciała w otchłań oceanu.

Żegnając się z Ningaloo, spacerowaliśmy po plaży w blasku zachodzącego słońca. Wiem jak banalnie brzmi to zdanie, ale prawda jest taka, że to się właśnie tutaj robi – spaceruje plażą w blasku zachodzącego słońca.

IMG_6148

IMG_6149

IMG_6156

Michał zajął się chłopakami, a ja znów za pomocą obiektywu łapałam kolejne wspomnienia do bazy danych. Są ponoć badania pokazujące, iż osoby fotografujące przeżywają z danego miejsca mniej, ponieważ skupiają się na tym co widać w kadrze, zamiast chłonąć czas wszystkimi zmysłami.

Pewnie jest w tym spora doza prawdy. Też kiedyś złapałam się na tym, że po weekendzie w jednym z europejskich miast niewiele potrawię o nim powiedzieć, bo wciąż patrzyłam przez wizjer, a przez to nie zobaczyłam miasta.

Ale jest też druga strona medalu. Ja pamiętam poprzez zdjęcia. W ten sposób szczególne momenty zapisuję w pamięci trwałej, a jak o nich zapomnę, to zawsze mogę otworzyć odpowiedni album i wrócić.

Ponieważ wyjątkowe chwile to są emocje, bardzo łatwo tracę do nich dostęp. Zapominam, bo mój umysł zalany emocjami przechodzi w jakiś inny tryb pracy i jako ochronę przed przegrzaniem właśnie zapomina. Pewnie dlatego prawie zawsze po powrocie z wymarzonego kolejnego wyjazdu, gdy budzę się rano mam wrażenie, że tylko mi się śniło. Że wyjazd, tak pieczołowicie planowany i oczekiwany jest wciąż przede mną. Nie potrafię wymienić trasy, nazw miejscowości, w których byliśmy, przypomnieć sobie konkretnych zdarzeń. Dopiero po dłuższym czasie, gdy emocje słabną, powoli przychodzą wspomnienia. Ale jest ich o wiele mniej niż powinno. Wtedy ratują mnie zdjęcia.

Ten mechanizm dotyczy nie tylko wyjazdów czy podróży, ale każdego ważnego dla mnie wydarzenia. Pewnie dlatego tak bardzo zależało mi na dobrym fotografie w dniu ślubu, żeby następnego dnia nie pytać skąd obrączka na palcu ; )

Tak więc słońce zachodziło, a ja chłonąc zmysłami bursztynowe światło, ciepło powietrza, zapach oceanu, szorstkość piasku i szum fal, wciskałam migawkę za migawką i zapamiętywałam czystą radość moich synków bawiących się z bardzo ważnym dla mnie mężczyzną, który na palcu ma taką samą obrączkę jak ja.

IMG_6179

IMG_6212

Tego wieczoru, ostatniego dla nas w Ningaloo Marine Park, długo w nocy siedzieliśmy na progu kampera.

Dzieciaki spały, w innych kamperach też już pogasły światła.

Siedzieliśmy z kubkiem gorącej, mocnej herbaty. Przed nami czerń spokojnej, lekko pomarszczonej wody. Zapach charakterystyczny dla plaży – stygnącego piasku, muszli, morskiego życia wystawionego na zetknięcie z powietrzem. Nie słychać już było żadnych cykad, świerszczy czy nocnych ptaków.  Jedynym dźwiękiem był potężny, groźny grzmot wściekłych oceanicznych fal, które zaciekle i bez ustanku kilkaset metrów przed nami rozbijały się o zewnętrzną granicę rafy. Słyszeliśmy je, słyszeliśmy ich ryk i huk, ale nie widzieliśmy, bo do nas docierały już tylko zmarszczki na tafli wody.

Widzieliśmy za to gwiazdy. Miliony, tryliony, nie zakłócone światłami miasta, nie zasłonięte chmurami. Nad nami świecił Krzyż Południa, a ja leniwie zastanawiałam się dlaczego krzyż, a nie latawiec. Przecież to ewidentnie latawiec.

IMG_5962

Kolejne minuty w milczeniu, kolejne kwadranse słuchania nieustannej awantury oceanu z rafą, kolejna gorąca herbata. A nad nami wędrował po niebie Orion, by po kilku godzinach powoli schować się za horyzontem, udając się na drugą stronę, w tym do Polski, gdzie właśnie zapadała noc.

IMG_5964

Jedna myśl nt. „Podwodny lot w żółwim tempie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *