Kolorowe gargulce i nieprzyzwoite fotki

Choćbym uciekł na kraj świata, ręką sięgnął gwiazd,
To wiecznie siedzi mi na głowie mój przyjaciel czas (…)
Biegnę – padam – wstaję,
bez końca – galop.

(Zakopower)

Czas beztroskiej wędrówki bez liczenia dni i kontrolowania zegarka się kończy. Wracamy do Perth.

Dokonując nadludzkiego wysiłku po nocy spędzonej w towarzystwie szwędającego się Oriona i po zaledwie trzech godzinach snu, wstaję tuż po wschodzie słońca, zostawiam śpiochów w kamperze i idę uchwycić kolory Australii Zachodniej.

IMG_6219

 

IMG_6221

Nie przypominam sobie wielu razy, gdy z własnej woli wstałam wcześniej niż konieczność, ale te rzadkie poranki zwykle były tego warte. Tak jest i teraz. Mimo niewyspania czuję w sobie fajną energię. Cały obóz śpi, a ja odchodzę dosłownie kilkaset metrów, gdzie nie ma już śladu cywilizacji. Jestem tylko ja, światło, mój obiektyw i zdziwione kangury. Są całkowicie dzikie, niedokarmiane przez ludzi, więc obserwując mnie zachowują odpowiedni dystans. Szukając odpowiedniego kadru schodzę z drogi i muszę uważać na rosnącą tu suchą trawę, tak ostrą, że potrafi przeciąć nogawki dżinsów, nisko zawieszone kolczaste gałęzie krzewów, i dodatkowo skanuję teren w poszukiwaniu wężów. Jednocześnie staram się nie płoszyć i nie denerwować stojących słupka torbaczy, a naciskając spust migawki jestem świadoma bycia obserwowaną. To zupełnie nieoczekiwane uczucie, i powoli zaczynam się czuć jak na ekskluzywnym safarii.

Podoba mi się to : )

IMG_6227

IMG_6238

IMG_6233

IMG_6230

Postanowiliśmy wcześniej, że w drodze powrotnej nie będziemy już tak gnać w upale tych tysiąca trzystu kilometrów do Perth bez żadnych atrakcji, więc kilka kolejnych dni to mieszanka połykania kilometrów z udawaniem, że wciąż zwiedzamy na luzie.

Nie potrafimy ukryć, że nasz czas w Australii się kończy. Niby zostały nam jeszcze dwa tygodnie, ale w porównaniu z czterema miesiącami, dramatycznie odczuwamy różnicę w planowaniu. Już nie jesteśmy w trybie “niekończących się wakacji”, wręcz przeciwnie, każdy dzień to planowanie z myślą o końcu wakacji. A to robi różnicę. Jakiś smak smutku zaczyna nam mieszać się z tym co widzimy i przeżywamy, dopadają nas refleksje o tym, co już przeżyliśmy, i po prostu podróżujemy już w trochę innym nastroju. Zatrzymując się na kolejnym kempingu, w kolejnym uroczym (lub nie) nadoceanicznym miasteczku, nie rozgladamy się wygłodniali w poszukiwaniu folderów z lokalnymi atrakcjami. Brutalnie wiemy, że to tylko króciutki przystanek podczas kilkudniowego powrotu i nie mamy już czasu zwiedzać nic ponad to, co zaplanowane.

Carnarvon, Kalbarri, Port Gregory, Geraldton, Cervantes – nazwy z mapy, później przywołujące wspomnienie przyjemnego gorąca, kempingu z niezłą miejscówką z widokiem, postoju na obiad, szybkiej inspekcji głównej ulicy przez szybę samochodu, lub wieczornego spaceru dla wyładowania nagromadzonej w drodze energii.

Jesteśmy już zmęczeni. Nadmiarem wrażeń, przeżyć, nowych odkryć, widoków. Zmęczeni kilometrami, mknącym obok krajobrazem, życiem w drodze.

IMG_6246

Pokonywanie długich dystansów z dwójką małych dzieci nie jest zabawne. Oczekiwany przez nas mit drogi zmienia się w poczucie odrętwienia, zaciśnięcia zębów i milczącego odliczania kilometrów do końca. Ile można rozmawiać z rocznym, znudzonym i zmęczonym dzieckiem? Jak długo ma się siłę na wymyślanie atrakcji dla trzylatka, który zbuntowany brakiem ruchu, nienawidzi kredek, rzuca kolorowymi pinezkami do układania obrazków, i na pewno nie będzie nawlekał koralików na sznurek według wylosowanego obrazka. Postoje też nie są wytchnieniem, raczej krótkim odroczeniem dalszej mordęgi. Zwykle nie ma gdzie bezpiecznie puścić raczkującego malucha, zwykle jest upał, zwykle trzeba zaraz jechać dalej.

Kamper wybitnie podniósł komfort podróży, podczas postoju można rozłożyć stolik do jedzenia, dzieciaki mogą się powylegiwać na kanapie lub pochodzić po jego wnętrzu, ale wciąż – nie jest fajnie. Myślę sobie, że będzie łatwiej, gdy obaj będą już sobie czytać książki, komiksy, rozwiązywać krzyżówki i łamigłówki. Ostatecznie będą potrafiły docenić sam fakt podróży. Z drugiej strony będą wtedy nastolatkami, a to ponoć dopiero szkoła przetrwania dla rodziców.

Pożyjemy, zobaczymy.

Na razie ruszając w kolejny kilkugodzinny odcinek wewnętrznie drętwieję w oczekiwaniu na kryzysy do rozwiązania. Znużenie dopada też dzieciaki.

Tolek powoli wypracowuje własną strategię, potrafi godzinami wpatrywać się w krajobraz za szybą i nic nie mówić. Kaj na szczęście jeszcze trzy godziny w ciągu dnia śpi, więc wykorzystujemy to jak możemy.

Ale i tak jest trudno.

IMG_6642

Wyznaczone przez nas atrakcje też już nie wywołują takiej eksplozji zachwytu, bo patrzymy na nie trochę przytłumionym wzrokiem, jak w nieczyszczonych okularach. Majestatyczny, eksponujący dzieje Ziemi na przestrzeni 450 milionów lat kanion – ot, kanion.

IMG_6264

IMG_6275

IMG_6262

IMG_6261

Bardziej niż zachwyca nas kanion, irytują nas muchy, które znów się pojawiły w tłumnych ilościach. Niby jesteśmy w Kalbarri National Park, ale gdzieś w okolicy, jakieś dwieście kilometrów dalej jest najwyraźniej jakaś farma bydła. Są więc i muchy.

Oglądamy kanion, idziemy na krótki spacer po pętli opowiadającej historię miejsca, ale w duszy zżymamy się już na te kilka pozostałych dni, po których będziemy mogli wyrzucić wszystkie magiczne smarowidła odstraszające te latające patałajstwa. Ani w Perth, ani tym bardziej w Sydney, nie będą nam już potrzebne.

IMG_6282

IMG_6283

 

IMG_6893

Póki co, jeden z ostatnich razów smarujemy skronie, policzki, nadgarstki tajemniczą maścią z ziołami, która jest dobrem narodowym Australii i działa lepiej niż wszystkie offy, muggi i inne spray’e. Przez jakieś dwie – trzy minuty. Potem ratuje już tylko siatka na głowę.

Mijając Geraldton, ulegamy pokusie wstąpienia do Rainbow Jungle. Ulotka, która nas tam skierowała jest oczywiście turystycznym majstersztykiem marketingowym. Zgodnie z nią, Rainbow Jungle jest najwspanialszym australijskim papugarium.

IMG_6293

IMG_6321

 

IMG_6465

 

Opisywana jako jeden z cudów Zachodniej Australii (ok, jest tu rzeczywiście sporo niesamowitych cudów natury, w tym powierzchownie obejrzane przez nas Wąwozy Kalbarri, ale bezczelność wpisania ptaszarnii na tą listę jest godna podziwu), w którym można poczuć autentyczny dotyk magii. W tym miejscu powinniśmy już nabrać bardzo dużych podejrzeń, ale było gorąco, my rozpaczliwie potrzebowaliśmy przerwy w podróży i atrakcji dla dzieci, więc czytaliśmy dalej.

IMG_6480

“Przejdź na dziką stronę.  (…) Poszwędaj się po wykładanych kostką chodnikach prowadzących przez krajobraz tropikalnego ogrodu, mijających wodospady, fontanny, stawy pełne lilii i gargulce”.

Nie mam pojęcia czemu nie uciekliśmy na słowo “gargulce”, tylko zahipnotyzowani poszliśmy szukać autentycznej magii wśród lilii.

IMG_6591

IMG_6299

 

IMG_6377

IMG_6448

 

IMG_6560

Rainbow Jungle to dość duży, prywatny kompleks, w którym trzymane są papugi. Te natywne dla Australii, oraz egzotyczne. Faktem jest, że była to przyjemna odmiana dla kampera i parkingów wzdłuż autostrady, i zarówno dzieciaki nieźle się bawiły, jak i my z ciekawością próbowaliśmy nawiązywaliśmy kontakt z niektórymi papugami.

IMG_6402

IMG_6408

 

IMG_6462

IMG_6478

Część z nich jest naprawdę inteligentna i niezwykła (i te były zamknięte w wolierach), a część jest po prostu bajecznie kolorowa i krzykliwa. Najmniejsze, bez olbrzymich dziobów były puszczone wolno i latały nam nad głowami.

IMG_6333

IMG_6345

IMG_6349

 

IMG_6539

Jednak to tylko ptaszarnia, nie mityczny Eden, i nie zmieni tego ani ilość gipsowych fontan, ani szum elektrycznie napędzanych mini wodospadów, ani nawet najstraszniejszy gargulec, który objawił nam się w postaci małych kołnierzastych jaszczurek.

IMG_6355

IMG_6385

 

IMG_6574

IMG_6598

IMG_6605

Na szczęście tuż obok był prawdziwy cud natury – wysokie klify nad oceanem, gdzie znów mogłam hipnotyzować się wpatrywaniem w fale. Przy okazji, sprawdzając czy na zdjęciu wyszła mi magia tego miejsca (nie wyszła, oczywiście, że nie wyszła, bo na tym polega magia – jest obecna tylko w rzeczywistości, a nie na pocztówce), zobaczyłam siebie na zdjęciach zrobionych mi przez Michała i uderzyła mnie paląca potrzeba odwiedzenia fryzjera. Gdzie jest mój jeżyk, z którym tu przyjechałam w grudniu???

IMG_6618

IMG_6608

 

IMG_6637

W dalszej drodze zboczyliśmy kilka kilometrów z trasy, żeby rzucić okiem na naturalnie różowe jeziora w okolicy Port Gregory. Ten niezwykły kolor związany jest z obecnością produkującej karoten algi Dunaliella salina, która jest uwięziona w kryształkach soli, gdyż Hutt Lagoon to słone jezioro zasilane wodami oceanu. Pewnie nie zrobi to jakiegoś wielkiego wrażenia, ale dla porządku dodam, że oglądane przez nas jezioro (czy też kompleks sztucznie utworzonych stawików na jego miejsce) to największa światowa hodowa tej algii, a tym samym największa farma karotenu używanego do barwienia żywności oraz jako źródło witaminy A.

IMG_6639

IMG_6643

Tego samego dnia, tuż przez rozbiciem się na kempingu w Cervantes, zajrzeliśmy nad jezioro Thetis.

W Shark Bay oglądaliśmy stromatolity żyjące w bardzo silnie zasolonej wodzie oceanu w Hamelin Pool. Teraz mieliśmy okazję popatrzeć na żyjące skamienieliny w zasolonym jeziorze, które nie ma żadnego połączenia z oceanem. Jezioro Thetis na skutek ruchów geologicznych oraz przemieszczania się piasku formującego wydmy zostało oddzielone od oceanu jakieś 4800 lat temu. Aktualnie jest zasilane wodami podziemnymi i bardzo sporadycznym deszczem, a mimo to wciąż jest słone od soli, którą zgromadziło prawie 5 tysięcy lat temu. W tych warunkach znów niewiele żywych organizmów jest w stanie przeżyć, i jest to szansa dla przetrwania tych najpierwotniejszych i najbardziej podatnych na zniszczenie. Spotkane tutaj stromatolity są szacowane na około 3500 lat, czyli są jednymi z najstarszych organizmów na ziemi.

IMG_6654

IMG_6662

 

IMG_6672

 

IMG_6677

IMG_6675

Miło było je spotkać, choć nie sądzę, żeby dzieciaki właściwie doceniły wagę spotkania, bo ledwo chodzący Kaj dziko awanturował się na drewnianej kładce, żeby go puścić wolno, pozwolić zejść na ziemię i nie przeszkadzać, gdy on nóżkami które dopiero co opanowały pozycję pionową będzie zdeptywał te sterczące śmieszne kopczyki.  Tolek też był za.

IMG_6669

Na szczęście na pocieszenie zezłoszczonych dzieci (żadnych, żadnych rozrywek nie ma na tej głupiej wycieczce!) następnego dnia mieliśmy asa w krótkim rękawku – Pinnacle Desert. Też kopczyki, i można próbować je zdeptać.

IMG_6684

Do parku wjechaliśmy późnym popołudniem, odpuściliśmy więc wizytę w centrum informacyjnym i od razu wjechaliśmy na szlak.

Pinnacle Desert to sterczące słupy z wapienia. Pojedyńcze, w grupach, wysokie na 4-5 metrów, lub malutkie jak kopce kreta.

Jest kilka teorii ich powstania, żadna nie wydaje się być jakoś szczególnie sensowna.  Pierwsza mówi o wypłukiwaniu się prahistorycznego dna morskiego, w którym z jakiegoś nieznanego powodu w wielu miejscach do wapiennej skały przeniknęła jakaś nieznaleziona do tej pory substancja, która utwardziła pojedyncze fragmenty i one nie uległy wypłukaniu. Druga sugeruje, iż są to zwapnione pnie drzew rosnących tu przed wiekami wieków. Trzecia, najbardziej odjazdowa twierdzi iż rosły tu kiedyś drzewa, a korzenie tych drzew ciągnąc wodę spod ziemi wysysały do góry pokłady wapiennych skał. I to co widzimy to właśnie te twory pozostawione przez korzenie.

IMG_6696

Niezależnie od faktu, jak powstały cuda Pinnacle Desert, każdy na jego widok weźmie głeboki oddech.

Niesamowite miejsce. Jak krajobraz z obcej planety, oglądany do tej pory na filmach s-f. Lub święte miejsce tajemniczej kultury, o której nic nie wiadomo. Taka naturalnie stworzona terakotowa armia.

IMG_6692

IMG_6697

IMG_6776

 

IMG_6837

IMG_6838

Błąkaliśmy się pomiędzy tysiącami kształtów, iglic, stożków, wieżyczek, kamiennych kul, łuków i gdy myśleliśmy, że już wystarczy, że już mamy dość zdjęć dokumentujących niezwykłość tego miejsca, zakręt dalej odkrywaliśmy kolejne zaskakujące formacje.

IMG_6761

IMG_6778

 

IMG_6797

IMG_6811

IMG_6820

IMG_6786

IMG_6824

IMG_6828

Sesja zdjęciowa wykonywana pełną parą, bo słońce zaczęło się chować, pomysły na tysiąc ujęć i stylizacji, gdy nagle wpadam na pomysł nowego zdjęcia całej naszej rodziny do zamieszczenia na blogu. Mimo czteromiesięcznej podróży takich zdjęć mamy do tej pory … dwa. Dlatego na blogu ciągle wisi to stare ze Świnoujścia, gdy była nas tylko trójka. Jak na razie nie mamy żadnego innego, którym można by je zastąpić aktualizując stan osobowy.

IMG_6694

Niestety, zwykle tak jest, że gdy rodzicom na czymś zależy, dzieciom nie zależy na tym zupełnie. Słońce znika, szansa na zdjęcie ucieka, a Tolek wdraża bunt. Nie będzie stał obok nas, nie da ręki, nie będzie stał prosto. Kaj zapatrzony w brata również nic nie będzie. Zdesperowana robię zdjęcie łapiąc milisekundę dobrego ustawienia (na cieniu nie widać, że dziecko wrzeszczy, że nie będzie), ale drgnęła mi ręka i wyszło rozmazane. Żaden filtr ostrości nic nie wskóra. Próbuję ponownie i dostaję komunikat, że nie ma więcej miejsca na karcie. Sprint do auta, wymiana karty, w tym czasie dzieci złamały szereg i już nie ma szans ponownie ich ustawić. Sięgam po ostateczny argument – jak staną porządnie w narzuconej kolejności, nie będą się wyginać, słaniać, wyrywać i skręcać, to w aucie dostaną lizaka. Łapówka działa, zdjęcie zrobione, słońce może zachodzić.

IMG_6855

Już wyjeżdżamy z parku, gdy po prawej stronie zauważam kształt, który nie pozostawia mnie obojętnej. Kicha światło, ale macham ręką, ustawiam maksymalne ISO z nadzieją, że jakoś wyczyszczę szum, bo muszę, po prostu muszę mieć to zdjęcie : )

I mam, nawet kilka, w tym większość bardzo, bardzo nieprzyzwoitych, wyłącznie do prywatnego archiwum.

IMG_6884

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *