Kawa z książęcą parą.

Ostatnie trzy dni w Australii.

Wychodząc z założenia, że lepszy jest tort z wisienką niż bez niej, jako ukoronowanie naczej czteromiesięcznej włóczęgi, marznięcia w namiocie, tłoczenia się w ekonomicznych kabinach i najmniejszym kamperze, hotel w Sydney był balsamem dla naszych już rozpaczających z powodu pożegnania serc. Może nie tyle sam hotel, bo ten był po prostu „w porządku“, ale miejscówka miała odpowiedni klimat i robiła wrażenie.

Po przylocie z Perth o nieludzko wczesnej porze wyspane dzieciaki obudziły się, a my ledwo stojąc na nogach i widząc na oczy złapaliśmy taksówkę. Taksówkarz łamiąc wszelkie możliwe przepisy o czerwonych światłach, liniach ciągłych i ograniczeniach prędkości (był jak się okazało Chorwatem i gadając przez całą drogę przez komórkę z innymi Chorwatami – taksówkarzami ostrzegał o zauważonych patrolach policji, w zamian dostając podobne informacje) zawiózł nas najpierw do hotelu Ibis na lotnisku. Tam, nastawieni na kłopoty poszliśmy odebrać nasz bagaż zajmujący dwa wielkie schowki, a pozostawiony tam trzy tygodnie temu za skandalicznie śmieszną opłatę wynoszącą kilka dolarów. W regulaminie to była opłata dobowa, ale w hotelu zapewniali nas, że to opłata jednorazowa. Weszliśmy, otworzyliśmy schowki, wyjęliśmy bagaż, w tym wózek dziecięcy, wyszliśmy. I nic. Nikt nie zażądał żadnej dopłaty.

W sumie do dziś nie mogę tego zrozumieć, ale złego słowa na sieć Ibis powiedzieć nie dam.

A potem pojechaliśmy na drugą stronę Sydney, by zameldować się w Glenferrie Lodge. Oczywiście tak wcześnie nasz pokój jeszcze nie był dostępny, ale przynajmniej mogliśmy zrzucić tam sześć wielkich bagaży zastawiając cały korytarz. Uzbrojeni w podręczne plecaki poszliśmy na spacer po okolicy.

Na początku trafiliśmy w miejsce, w którym mogłabym zamieszkać od razu. Ogólnie nie nadaję się do mieszkania w bloku, i na co dzień wolę coś spokojniejszego od miasta. Doceniam zalety metropolii, ale nie potrafię nie czuć uwierających wad.

IMG_7279

Jednak gdy zobaczyłam mieszkania w apartamentowcu ustawionym tuż nad brzegiem po drugiej stronie zatoki, gdy wyobraziłam sobie, że mieszkając na parterze właściwie podchodzący pod taras publiczny trawnik mogłabym traktować jak prawie swój, bez obowiązku koszenia, i bez tłumów, bo całość była wprawdzie ogólnie dostępna, ale leżała w ślepym zaułku – tak, tu mogłabym mieszkać i przymknąć oko na drobne, irytujące problemy miejskie. Ten widok z okna…

IMG_7282

Miejsce nas urzekło. Nie wiem jak utrwalić i nazwać tą atmosferę, pewnie Kydryński opisałby je celniej, ale dla mnie był w nim spokój, wytchnienie, a jednocześnie tętno Sydney. Taki relaksujący, wygodny i na poziomie port po dniu pracy.

Wróciliśmy tam kolejnego wieczoru, żeby zobaczyć jak nocą będzie wyglądała panorama City i z oddalenia przyglądaliśmy się mieszkańcom jednego z mieszkań, którzy wraz ze znajomymi urządzili sobie kolację na tarasie. Po otworzeniu drzwi balkonowych znikła granica i mam wrażenie, że ci ludzie spędzali czas jednocześnie w domu i w towarzystwie ikonicznego mostu leżącego w sercu miasta.

Zazdrościłam, oj zazdrościłam.

IMG_7405

 

IMG_7315

IMG_7317

W ogóle dzielnica, w której przez ten moment mieszkaliśmy była niezwykła. Mieszanka eleganckich apartamentowców, pewnie pioruńsko drogich biorąc pod uwagę lokalizację, dużych, prywatnych posesji z trawnikami schodzącymi wprost nad urwisty brzeg oceanu, i malutkich domków, które stały tu zanim ziemia zyskała swoją monetarną wartość. Te domki nie wyglądały na jakieś specjalnie odnowione przez nowych bogatych właścicieli. Wręcz przeciwnie, miały klimat domowego rozgardiaszu stwarzanego przez starszych właścicieli – mnóstwo różnorakich doniczek z ziołami i kwiatami, jakieś zepsute sprzęty zostawione na „przydasię“, ale porządnie poukładane w kącie ganku, w oknach staromodne zasłonki wyblakłe od słońca.

Miks tak wydawałoby się niepasującej do siebie zabudowy, a co za tym idzie – różnych mieszkańców stworzył zaskakująco domowy, ciepły i spokojny klimat.

IMG_7294

IMG_7364

Spacerowaliśmy uliczkami okolicy Kirribilli i nie odczuliśmy presji nowobogactwa, pokazywania się, czy wyścigu na najbardziej zainwestowany (przeinwestowany) dom w okolicy, jak to się niestety zdarza nagminnie w podwarszawskich (i nie tylko) miejscowościach.

Tu było dyskretnie, a przez to miło, stonowanie i jednolicie, mimo różnych budynków. Może to kolorystyka, może brak bilbordów i reklam, może kwestia otwartej przestrzeni z niskimi płotkami i starannie przyciętymi trawnikami.

W każdym razie działało, i ten fragment Sydney, a także spędzony tu czas stał się dla bardzo cennym i nostalgicznym wspomnieniem.

IMG_7306

 

IMG_7415

Była jesień, wspaniała, cudowna, kolorowa jesień i w przeciwieństwie do innych części Australii było ją tutaj widać w europejski sposób. Rosnące wzdłuż uliczek klony czerwieniły się, w ogródkach kwitły jesienne kwiaty, powietrze miało inny zapach, a wiatr powodował, że wieczorami zakładaliśmy długie rękawy. Tak jak i w Polsce, tak i tutaj poczułam jesienne uspokojenie. Po hałaśliwym lecie, gdzie zieleń atakuje oczy, upał domaga się wody ze stukającymi koskami lodu, wokół same kolory, ostre słoneczne światło, mnóstwo bzyczących i latających stworzeń łącznie generujących nieustanny szum i harmider, przychodząca jesień obiecuje odpoczynek. Kolory są takie, że nawet dwustuprocentowa dusza prozaika zaczyna widzieć cień poezji w tym patchworku, ale jednocześnie jesień pozwala stanąć i popatrzeć, zamiast zmuszać do korzystania z uroków, jak to jest przy lecie.

Nie da się ukryć, i już chyba za często to powtarzam, że byliśmy zmęczeni.

Opieka nad cudownymi, ale jednak absorbującymi dziećmi przez całą dobę siedem dni w tygodniu, przez cztery miesiące. Codziennie nowe rzeczy, nowe wyzwania, nowe miejsca, nowe kilometry. Upał, susza, zimno, muchy, piasek, pył.

Ciągły zachwyt przemieszany z ciągłym fizycznym zmęczeniem i byciem w gotowości.

Dotarcie podczas naszej podróży właśnie o tej porze roku do Sydney było doskonałym zakończeniem. Przybyliśmy tu ze środka błotnistej i mokrej polskiej zimy, wprost w gorące i roześmiane lato. Wariowaliśmy tak, jak podczas wakacyjnego lata należy. Ale teraz potrzebowaliśmy jesieni.

Z tego również powodu mamy zaledwie kilka zdjęć z tych trzech dni. Odłożyłam aparat, bo chciałam w inny sposób zapamiętać czas epilogu. Innymi zmysłami, w innym wymiarze. Pisząc tego posta ponad rok od powrótu, z każdym zdaniem przypominają mi się kolejne rzeczy. Kolejne chwile, kolejne wspomnienia. Najpierw pojedyńcze, potem już cała gonitwa. Część zupełnie nieistotna i nie do wplecenia w narrację bloga o podróżowaniu, a jednak nie potrafię nie spróbować ich tutaj zakotwiczyć. Żeby były, nie znikły. Skoro nie ma zdjęć, to niech chociaż opis zostanie.

 

Zwiedziliśmy okolicę, pogrzaliśmy się na trawniku na dr. Mary Booth Lookout (polecamy!), a potem ruszyliśmy na śniadanie. Trochę nie mieliśmy zdania, w którą stronę będzie najbliżej, a było to o tyle ważne, że uliczki idą tu w górę i w dół i pomyłka kosztuje dodatkową wspinaczkę z pustym żołądkiem i dwójką naręcznych dzieci.

Z jakiegoś nieznanego nam jednak powodu po okolicy plątało się sporo policjantów, którzy lusterkami na wysięgnikach sprawdzali zaparkowane samochody, studzienki kanalizacyjne i inne niedostępne miejsca. Nie wyglądali przy tym na bardzo przejętych wizją podłożonego ładunku wybuchowego, więc zaryzykowaliśmy i spytaliśmy przechodzącą dwójkę o rekomendacje śniadaniowe.

Szalenie uprzejmi zaczęli szukać wśród swoich koleżanek i kolegów kogoś, kto stołowałby się w tej okolicy, gdy w międzyczasie minął nas starszy pan. Spytany przez policjantów o radę, wziął nas pod swoją opiekę i prowadząc interesującą rozmowę ze mnóstwem wspólnych wątków (pan był ze Szkocji, więc nie mogliśmy nie powspominać kilku miejsc, które on znał, a my odwiedzieliśmy podczas podróży poślubnej), zaprowadził do kawiarni, w której już zaczynał się ruch. Polecił nam jeszcze parę innych kulinarnych punktów w okolicy na obiad i kolację i poszedł w swoją stronę.

Śniadanie było boskie. Trafiliśmy do Kirribilli Village Cafe i zakochaliśmy się w tutajszych grubych naleśnikach z różnymi dodatkami. Do tego aromatyczna kawa i powoli dochodziliśmy do siebie po locie z Perth.

IMG_7296

 

IMG_7367

A potem, z kolejnymi kawami na wynos wróciliśmy do hotelu i po drodze dowiedzieliśmy się, że na końcu naszej ulicy jest rezydencja Generatora Generalnego, czyli przedstawiciela królowej angielskiej. I tak się składa, że przez kilka dni mieszkała tam najpopularniejsza książęca para, czyli Kate, William i mały George.

Co więcej – właśnie za chwilę będą wyjeżdżać na lotnisko, żeby wrócić do Anglii. Stąd mały tłumek przed bramami rezydencji i stąd nasi ranni policjanci szukający bomb lusterkiem.

Postaliśmy więc przy ulicy, popijaliśmy kawę, aż w końcu brama się otworzyła i przez sześć sekund mogliśmy oglądać biały samochód, we wnętrzu którego podróżowała para książęca z małym następcą. Mam nadzieję, że na moim pierwszym papparraziowym zdjęciu można rozpoznać charakterystyczny nos księcia Williama.

IMG_7297

IMG_7304

Dwa dni szwędaliśmy się bez celu po znajomych miejscach. To tu, to tam, w desperackiej próbie wchłonięcia w siebie jak najwięcej sydnejskiej atmosfery.

IMG_7397

 

IMG_7402

IMG_7494

IMG_7490

 

Miejscem szczególnym okazał się most. Od strony północnej pomiędzy jego monumentalnymi pylonami rośnie zadbany trawnik, zachęcający do piknikowania. Przechodziliśmy tamtędy kilka razy dziennie i za każdym razem panorama City po drugiej stronie w połączeniu z muzyką non stop pracujących żelaznych przęseł zawieszonych wysoko nad naszymi głowami robiła na nas wrażenie.

IMG_7369

Do tego stopnia to miejsce stało się dla nas ikoną – łącznikiem z australijską przygodą, że po powrocie do domu wymieniliśmy jedyny obraz wiszący w pokoju dziennym. Do tej pory było to zdjęcie Uluru o zachodzie słońca, które zrobiliśmy podczas poprzedniej australijskiej wyprawy. Dobrze się komponowało z ceglaną ścianą, a w ramie ze starych dech zrobiliśmy wnękę na czerwoną ziemię przywiezioną ze środka Oz. Teraz przemalowaliśmy ścianę na biało i na miejscu Uluru zawiesimy zdjęcie z perspektywy Milson Point Wharf.

IMG_7334

Ostatniego dnia pojechaliśmy na kolację do znajomych naszych znajomych, którzy kiedyś przetrzymali nasze rzeczy, gdy byliśmy na północy kontynenty. Bardzo sympatyczni ludzie, będący idealną mieszanką polskiej gościnności i australijskiej przyjazności, więc mimo tego, że właśnie się poznaliśmy, tematów do rozmów nie brakowało. Zapamiętałam z tamtego spotkania dwie najważniejsze rzeczy.

Oczywiście podpytywaliśmy o poziom życia i szanse na przeprowadzkę. I usłyszeliśmy taką radę: jeśli mieszkacie w Europie i stać was na podróżowanie, i stać was na myślenie o przeprowadzce nie z przyczyn ekonomicznych, tylko dla przyjemności – nie sprowadzajcie się.

Australia jest jednym z najbogatszych krajów. W ciągu ostatnich kilku lat bardzo dynamicznie podniosły się zarobki, pojawiły możliwości i zmienił poziom życia. Ale jednocześnie, ze względu na tempo tych zmian, a także na ogólną sytuację na świecie, Australijczycy zaczynają dostrzegać, że ich dobrobyt to była krótka szansa dla konkretnego pokolenia. Pokolenia, które zdążyło tanio kupić nieruchomości, zainwestować, przeprowadzić się. Nieraz w czasie naszej podróży słyszeliśmy od ludzi pięćdziecięcio-, sześćdziesięcio-letnich, że im się w życiu udało, ale ich dzieci już nie będzie stać na taki sam poziom życia. Nie będzie stać na własne mieszkanie, kilka lepszych aut, drogie wakacje. Wraz ze wzbogacieniem oczywiście podniosły się koszty życia i Australia po krótkim okresie bycia ekonomicznym rajem, staje się rajem dla wybranych, a dla pozostałych jest przyjemnym, akceptowalnym, ale drogim miejscem do życia. Europejczycy, którzy chcieli tu spędzić emeryturę za swoje europejskie euro, musieli ograniczyć swoje wymagania lub zdecydować się na powrót. Australijczycy częściej wybierają wakacje w Azji (w turystycznej Indonezji lub w Tajlandii), nie dlatego, że wolą egzotykę, ale dlatego że jest tam taniej niż w ich własnym kraju.

Okres, w którym można było dużo wygrać i przyjemnie żyć skończył się.

Kawiarnię Kirribilli prowadzi Niemka, która przeprowadziła się do Australii dziesięć lat temu wraz z mężem. Nie mieli w Niemczech źle, ale brakowało im australijskiego słońca, luzu i plaż. Udało im się założyć nieźle prosperujący biznes – oprócz kawiarni z obłędnymi naleśnikami ulicę dalej prowadzili naprawdę świetną knajpę z kuchnią włoską. Kupili spory dom z działką na przedmieściach Sydney, tuż koło plaży i z doskonałym dojazdem publicznym do City, więc bez problemu korków.

I rozmawiając z nami właścicielka przyznała, że owszem – jej dom jest teraz wart kilka razy tyle, co w dniu zakupu. Fajnie, że zyskał na wartości, ale co z tego? Przecież go nie sprzeda, więc są to wirtualne, eteryczne pieniądze. Z drugiej strony przyznaje, że jej obecnie na dom w tym miejscu nie byłoby stać. I nie przypuszcza, żeby jej dzieci było.

No dobrze, z przyczyn ekonomicznych nie będziemy się tu sprowadzać, to może jednak dla tego słońca, zachwycających krajobrazów, niekończących się plaż i cudów natury?

Podróżując, na każdym kempingu spotykaliśmy Grey Nomadów. O nich jest osobny, zupełnie niechronologiczny post Michała, bo z różnych przyczyn nie daliśmy rady umieścić go gdzieś wcześniej. Generalnie, są to Australijczycy, którzy na emeryturze postanowili zwiedzić swój kraj. Taka podróż może trwać latami. Ale niezależnie od zorganizowania jej, to jest jedyny sposób zobaczenie kontynentu przez jego mieszkańców. Jak można zwiedzić chociażby to co my widzieliśmy w corocznym dwutygodniowym urlopie? A my też sporo rzeczy ominęliśmy.

Rozmawiając na kolacji z naszymi nowymi znajomymi byliśmy wypytywani o swoją podróż, o widoki, o doświadczenia. Było jasne, że podczas naszych wakacji widzieliśmy więcej Austrlii niż oni mieszkając i pracując tutaj przez trzydzieści lat. Bo jak przychodzi czas urlopu, te kilkanaście wolnych od pracy dni, to najczęściej rok w rok znajomi wracają do Europy. Tęsknią za rodziną i znajomymi, i wychodzą z założenia, że dopóki są w stanie znieść męczącą dobową podróż w samolocie, to będą tak robić. A gdy już przelot będzie zbyt kłopotliwy, wtedy pomyślą o zwiedzeniu Australii.

I ta myśl mnie uderzyła. Można tu mieszkać, można otaczać się mitem obywatela tajemniczego i rajskiego kontynentu (niewiele dalej i w niewiele lepszych miejsc dało się emigrować z Polski), ale jednocześnie można zupełnie nie mieć szans na zakosztowanie jego uroków, poznanie jego magii, zakochanie się w czerwonej ziemi.

Nasze więc niezobowiązująco wypowiadane życzenie, czy jednak się tu nie przeprowadzić prowadzi na manowce. Mieszkanie tu nie jest równoznaczne z ukojeniem pragnienia poznawania i życia rytmem tej krainy. Pracując nie zwiedzimy więcej, dokładniej, ciekawiej.

Rozwiązaniem tęsknoty za Australią nie jest przeprowadzka.

Jeśli nie przeprowadzka, to co? Może ta tęsknota musi pozostać tęsknotą?

Cztery miesiące razem. Dzień w dzień. Przekleństwo i błogosławieństwo w jednym. Z jednej strony to była niezwykła podróż geograficzna. Z drugiej, o wiele cenniejsza podróż po więziach i relacjach między nami. Przecież byliśmy tu w ramach urlopu rodzicielskiego. Coś się wydarzyło, czegoś się dowiedzieliśmy, coś się w nas zmieniło. Niezależnie od zobaczonych krajobrazów i przeżytych przygód, na koniec wynosimy jedną, najcenniejszą wiedzę – czas spędzony razem jest ważniejszy niż cokolwiek innego. Razem, nie obok siebie.

A ponieważ tłem całej przygody były australijskie widoki, zapachy i dźwięki, trudno się dziwić, że nasze serca i dusze są nimi przesiąknięte.

Ostatni dzień, dzień wylotu jest naprawdę ciężki. Spakowani kropka w kropkę tak, jak na plakacie na stacji metra, ostatnie godziny spędziliśmy w Muzeum na wystawie dinozaurów. Chłopaki biegali/dreptali/raczkowali zafascynowani czaszkami i szkieletami, a my w lekkim półtransie, żeby jakoś się nie rozsypać, próbowaliśmy co nieco jeszcze obejrzeć. Na przykład zakonserwowane słynne śmiertelne australijskie węże, które w stanie żywym jakoś nie chciały nam się okazać.

IMG_7418

IMG_7422

IMG_7428

IMG_7424

IMG_7433

IMG_7462

IMG_7464

IMG_7444

IMG_7484

I epilog – powrót mostem na drugą stronę, obiad w Kirribilli Village Restaurant, pożegnanie z sympatyczną właścielką, pośpieszny spacer do hotelu, gorączkowe upychanie bagaży w taksówce (pojęcia nie mam jak się zmieściły), jazda na lotnisko z nadzieją, że nie utkniemy w korku.

Pilnowałam chłopców siedzących nam na kolanach i ze wszystkich sił próbowałam nie patrzeć przez okno. Nie chciałam widzieć mostu, City, ulic, parków. Chciałam już mieć to za sobą. Nie czuć, nie myśleć, nie analizować.

Mnóstwo absorbujących czynności na lotnisku, w ostatniej chwili puszczone przez komórkę info na FB, że wracamy do kraju, ale blog będzie uzupełniany, ostatni łyk kawy, policzenie dzieci i wchodzimy na pokład.

Start. Koniec.

IMG_7309

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *