Cynamonowe dzwony

Perth nie jest miastem dla turystów. Nie żeby na granicy stały jakieś tablice z napisem „Turystom wstęp wzbroniony“, ale jestem pewna, że gdzieś w krzakach są poukrywane takie z napisem „Turysto – wjeżdżasz na własną odpowiedzialność, bez prawa do reklamacji“.

IMG_7022

Jest tu parę hoteli, z których turyści mogą korzystać, a z racji bycia miastem o kulturze anglosaskiej jest też informacja turystyczna z folderami. Sęk w tym, że foldery stojąc na kilkunastu półkach i sprawiając wrażenie mnóstwa atrakcji obejmują obszar całej Australii Zachodniej, a gdy się spyta konkretnie co można robić w Perth, miła pani z obsługi wskaże kilka ulotek, na których większość propozycji należy do tak zwanej aglomeracji, więc leży do 100 km od miasta.

Dużo zdjęć, głównie tego samego budynku z różnych perspektyw, sporo krzyczącej czcionki, błyszczący na pewno nie ekologiczny papier, ale za to tworzący słuszną grubość stron, a to wszystko by ukryć prosty fakt – w Perth właściwie nie ma co robić gdy jest się turystą.

IMG_6908

Jednocześnie przeglądając folder nieodmiennie jestem pod wrażeniem zdolności języka angielskiego i jego emocjonalnych przymiotników do stworzenia marketingowego opakowania. Obłędne (plaże, trawniki), wspaniałe (widoki, parki), zapierające dech w piersiach (budynki, rejsy), niesamowite (sklepy, ulice), urzekające (uliczki, kawiarnie), przyciągające (wystawy, wydarzenia), relaksujący (styl życia, wieczór nad rzeką).

IMG_7015

Dopiero po rozebraniu tych opisów na czynniki pierwsze, można na listę miejscowych atrakcji (czyli w samiusieńkim Perth, nie godzinę od Perth, co oznacza dwie od centrum, w którym mieszkamy) wpisać:

  • wciąż czynną mennicę, gdzie można obejrzeć złote i nie tylko monety, oraz wytopić sobie pamiątkę z pseudozłota. Zrezygnowaliśmy, w Polsce też można, i też nie ze złota.
  • Wieżę dzwonniczą. Poszliśmy, bo z ulotki nie do końca rozumieliśmy o co w tym chodzi. Wybudowana w futurystycznym kształcie, nowoczesna i będąca symbolem Perth na każdej ulotce, mieści w sobie 12 dzwonów podarowanych Australii Zachodniej przez katerdę St. Martin z Londynu. Dzwony są odlane pomiędzy 1725 a 1770 r., i współcześnie dołączono do nich pięć nowych dzwonów. W efekcie siedemnaście dzwonów kilka razy dziennie rozbrzmiewa mini – koncertami, podczas których można zobaczyć jak dzwony pracują. Obsługiwane przez wolontariuszy ze stowarzyszenia, są nazywane „Dźwiękiem Perth“.IMG_6918

IMG_6917

Sama wieża ma kilka pięter, więc spacerując po mieście dotarliśmy do niej będąc pewnymi, że w środku musi być coś więcej niż enigmatyczne „prawdziwe serce miasta“. Na miejscu okazało się, że w wieży jest toaleta, sala bankietowa będąca jednocześnie tarasem widokowym na panoramę miasta i … dzwony. Cena biletu na koncert, podczas którego przez minutę można oglądać jak huśtają się dzwony jakoś nie przekonała nas co do wartości przedstawienia, wręcz przeciwnie – odstraszyła swoją abstrakcyjnością.

Mam pewnien sentyment do dzwonów jako takich, przy jednym z nich kilka(naście) lat temu otrzymałam pierścionek, w zamian za obietnicę wspólnych obiadów i podróży do końca życia, jednak wydanie ponad stu złotych od osoby za oglądanie jak dzwon się buja, to jednak bujda marketingowa. Odpuściliśmy.

IMG_6911

Nie skusiliśmy się też na kupno upominku, który miał prawdziwie zaznaczyć naszą niekończącą się miłość – cytuję z ulotki reklamującej kłódki z grawerunkiem, które masowo wiszą na mosteczku prowadzącym do Bell Tower.

Jesteśmy z Europy, takie rzeczy to u nas chleb powszedni, a nie wyjątkowa, niezwykła, poruszająca serce atrakcja turystyczna : )

IMG_6913

  • Deptak ze sklepami największych i najmodniejszych marek. Tam można odkryć bogactwo mody, biżuterii i dodatków takich marek jak Vuitton, Tiffany, Bally, Chanel, i innych. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie, bez dodatkowego tłumaczenia.
  • Rejs po rzece Swan. Co ciekawego można zobaczyć podczas rejsu? Perth. Aha.
  • Olbrzymi kompleks parkowy z ogrodem botanicznym – Kings Park. Tutaj zawędrowaliśmy i rzeczywiście jest to świetne miejsce, ale o tym za chwilę.

 

Tak mniej więcej przedstawia się lista atrakcji dla turystów. W różnych odległościach tzw. australijskiego rzutu beretem (często bagatelizowanych w odniesieniu do PRAWDZIWYCH odległości) można było odwiedzić oceanarium, inne parki botaniczno – zoologiczne, popływać cały dzień kajakiem pomiędzy wysepkami z koloniami pingwinów i fok, itp.

Jednak nie da się ukryć rzeczy oczywistej – turysta się śpieszy. Turysta ma mało czasu i potrzebuje w mieście pigułki turystycznej – zabytków, trasy spacerowej, może jakiejś galerii lub ciekawego muzeum, natłoku sklepów z miejscowymi pamiątkami z Chin, a pod wieczór dobrej i taniej knajpy. Turystę zapraszamy do Londynu, są bezpośrednie połączenia z Perth.

IMG_6938

IMG_6932

Perth jest świetnym miejscem do życia, nie do zwiedzania. Rozłożyste, co może stanowić problem przy dojazdach, ale z drugiej strony pozwala uniknąć wrażenia stłoczenia, przepełnienia i zapakowania do ostatniej piwnicy i poddasza. Z dużą ilością parków, skwerów, rekreacyjnego nadbrzeża nad rzeką, z dostępem do plaż nad oceanem (ok, trochę w oddaleniu i poprzez miasteczka satelity, ale wciąż w obrębie aglomeracji Perth). Ze sklepami zaspokajającymi wszelkie fanaberie, z międzynarodowymi restauracjami, z życiem nocnym, dzielnicą biznesową i zadbanymi przedmieściami.

IMG_6939

Gdy się tutaj mieszka i czas nie jest problemem można w każdy weekend zaplanować coś ciekawego. Wokół kilka parków natury. Wędrówki piesze, wycieczki rowerowe, spływy kajakiem, żeglowanie, plażowanie, leniuchowanie.
IMG_6922

My byliśmy zawieszeni. Jakoś musieliśmy tutaj spędzić trzy dni, typowych atrakcji, w tym dla zmęczonych i małych dzieci było mało, a dla leniwych rozrywek w stylu „nie róbmy nic i popatrzmy jak płynie“ jednak mieliśmy sprzeciw. No bo być w tak intrygującym, odizolowanym mieście i nic nie zobaczyć, nic nie przeżyć???

IMG_6894

IMG_6896

IMG_6903

IMG_6924

IMG_6927

IMG_6936

Pierwszego dnia połaziliśmy więc po centrum oglądając budynki, topowe atrakcje, w tym przybicie piątki najsłynniejszemu komikowi miejskiemu – Percy’emu Button i … koło południa nie mieliśmy pomysłów co dalej. Co prawda Tolek optował za spędzeniem całego dnia na ławce przed wejściem do Angielskiego Zaułka, gdzie na wieży co godzinę dwóch rycerzy niestrudzenie napadało na siebie z lancami, ale po dwóch takich seansach zaprotestowaliśmy.

IMG_6898

IMG_6901

 

IMG_6902

Wsiedliśmy więc w pociąg i po pół godzinie dojechaliśmy do Fremantle, wymienianego na ulotkach jednym tchem z Perth, gdzie oba miasta żyją na zasadzie symbiozy (jedno zapewnia rozpoznawalność nazwy, a drugie sposoby spędzenia czasu dla zabłąkanych turystów).

IMG_6940

To całkiem sympatyczne nadoceaniczne miasteczko, w którym wiele miejscowych atrakcji podbija atrakcyjność Perth. Można tutaj zwiedzić (jeśli się bardzo chce) jedyny w Australii Zachodniej budynek wpisany na listę światowego dziedziectwa – budynek pierwszego więzienia. Mimo dodatkowej oferty przepłynięcia kajakami podziemnymi tunelami, jakoś nie chcieliśmy.

Można zajrzeć do ponoć fascynującego muzeum marynarki i żeglugi, i na to mieliśmy ochotę, ale akurat czasu nam nie starczyło.

IMG_6941

Można spacerować uliczkami i pooglądać uroczą fragmentami zabudowę, tworzącą klimat małego, spokojnego miasteczka. Pospacerowaliśmy.

IMG_6981

IMG_6982

IMG_6985

Można dać się skusić jednej z mnóstwa doskonałych restauracji serwujących głównie dania z owocami morza, i pewnie byśmy się skusili, gdyby nie wcześniejszy przystanek w jednej z kawiarni. To miała być szybka kawa na podniesienie ciśnienia i może jakieś ciastko dla dzieci na zatkanie im ust.

Pech chciał, że trafiliśmy do należącej do rozwijającej się australijskiej sieci czekoladziarni Sun Churro. Churros to pochodzące z Hiszpanii smażone słodkie ciasteczka w kształcie podłużnych chrupków, obtoczone w posypce z cynamonu lub cukru pudru, które macza się w roztopionej czekoladzie. Brzmi prosto, ale pułapka w Sun Churro leży w menu. Czekolada do maczania w kilku smakach, do tego różne kolorowe posypki (jak wielki czekoladowy bajzel zrobi dwójka dzieci mająca do dyspozycji coś na kształt podłużnych ptysiowych patyczków, miseczkę z płynną mleczną czekoladą i miseczkę z kolorowymi minikuleczkami?), czekoladowe napoje do picia, kawa z czekoladą, czekoladowe desery, czekoladowe ciasta (w tym kuszący tort o nazwie „Czekoladowa śmierć“), czekoladowe puddingi, serniki, czekoladowe shakes, czekoladowe lody w kilkunastu wariacjach, czekoladowe trufle i makaroniki.

IMG_6976

IMG_6978

Wyszliśmy stamtąd z ewidentnym zacukrzeniem organizmu na następne dwa miesiące, i brakiem realnej możliwości zjedzenia czegokolwiek innego przez resztę dnia.

Dla zainteresowanych oraz ku przestrodze dodam tylko, że sieć ma swój punkt w Sydney.

Wobec powyższych przeciwności losu udało nam się porządnie zwiedzić tylko jedną atrakcję Framantle, ale nawet dla niej samej warto tu przyjechać.

IMG_6947

Goździki i gałka muszkatałowa rosną tylko na kilku wulkanicznych wysepkach należących aktualnie do Indonezji. W Europie początkowo handlowali nimi głównie muzułmańscy kupcy podróżujący lądem. Jednak ze względu na ciągłe konflikty i wojny pomiędzy Muzułmanami a chrześcijańską Europą, dostawy pożądanych towarów były problematyczne. W miarę odkrywania kolejnych dróg morskich, europejczycy przejmowali handel „pachnącym złotem“ i wtedy zaczęli rywalizować pomiędzy sobą.

Przewożone kilkunaście ton przypraw było warte tyle co spore domostwo ze służbą, więc było się o co bić. Przyprawy nadawały smak i zapach mdłym potrawom, ale były też pożądanymi lekarstwami. Nie bez przyczyny w 15 wieku mówiono: Nie umrze człowiek, którego stać na cynamon.

To były czasy piratów, kompanii morskich, śmiałych ludzi, zachłannych ludzi, romantycznych marzeń o nowych lądach i brutalnej, twardej rzeczywistości, którą niewielu przeżywało.

Świeżouznany holenderski naród był od pewnego momentu niekwestionowanym królem morskich szlaków. Było wiele przyczyn tego sukcesu, ale nie do przecenienia jest fakt, iż Holendrom w zarządzaniu ich krajem i politykom bliżej było do myślenia jak kupiec niż jak arystokrata. I to właśnie dało im olbrzymie fory w wyścigu o nowe rynki i miejsca handlu.

Większość statków było prywatnych i zarządzanych przez spółki lub inne formy współdecydowania. W Amsterdamie powstawały instytucje ubezpieczenia i kredytowania, spisywano kodeksy handlowe. Zaczęto budować statki w zupełnie nowatorski i rewolucyjny sposób, co znacząco zwiększyło efektywność i wykorzystanie przestrzeni pływających łodzi.

A do tego wszystkiego powołano VOD – Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską i wyposażoną ją w prawa, które w Europie dotychczas przysługiwały wyłącznie koronowanym władcom. Kompania miała za zadanie zjednoczyć działania pomniejszych holenderskich spółek wszelkiem maści i prywatnych statków, tak aby dać spójny i skuteczny opór dotychczas panoszącym się na morzach Portugalczykom, Hiszpanom i Anglikom. Aby to osiągnąć VOD miała prawo wypowiadać wojny i zawierać sojusze z obcymi księstwami, negocjować warunki współpracy i samodzielnie podejmować decyzje, bez wcześniejszej konsultacji z królem.

Była najpotężniejsza, przejęła monopol na handel przyprawami, następnie handlowała wszystkim czym się opłacalo – srebrem, miedzią, ceramiką.

Ale nie o historii VOD ma być ten wpis, a on drobnym zdarzeniu, które miało miejsce z jej inicjatywy. W 1606 r. kapitan małego, ale szybkiego i niejednokrotnie już przetestowanego statku należącego do VOD, otrzymał rozkaz, żeby po zawinięciu do brzegów Jawy płynąć dalej, w poszukiwaniu najdalszych wschodnich i południowych ziem. W ten sposób mały okręt ochrzczony Duyfken (Biały Gołąb), dowodzony przez kapitana Janszoona dotarł do północnego wybrzeża olbrzymiego, nieznanego kontynentu – Australii. To pierwsza odnotowana relacja o dotarciu Europejczyków do nowego lądu. Ponieważ jednak Holendrzy nie byli zainteresowani ziemią, tylko przyprawami, nie anektowali nowej wyspy dla siebie (pewnie jakimś zbiegiem okoliczności nie dowiedzieli się na czas o istnieniu olejku eukaliptusowego).

IMG_6950

Na nadbrzeżu Fremantle stoi przycumowana replika Duyfken. Wykonana w latach 90-tych ubiegłego wieku metodą „archeologii doświadczalnej“, czyli przy maksymanym zachowaniu realiów czasów i technik pracy z okresu, gdy tworzony był pierwowzór. Deski sprowadzono z Litwy, wszystkie fragmenty tworzone były ręcznie i przy użyciu starodawnych narzędzi. Generalnie – pracowała przy tym grupa niezłych fascynatów, którzy całkiem dobrze się bawili rozwiązując różne problemy i przeskakując przeszkody techniczne.

W efekcie klon Duyfen powstał i odbył swoją podróż do Europy i z powrotem. A teraz można go zwiedzać, co było naszym celem.

IMG_6944

Nie jestem fascynatką okrętów, żeglowania, bitew morskich, manewrów i technicznych rozwiązań. Ale spędziliśmy na pokładzie tego maleństwa bite dwie godziny i nikt się nie nudził. Najpierw dołączyliśmy do grupy dzieciaków, którym przewodniczka opowiadała o życiu na statku. O tym jak się gotowało mając trzy produkty na krzyż przez kilka miesięcy (i dlaczego wypadały od tego zęby), o tym że zamiast wody pito wino lub piwo, ale w zupełnie innym stężeniu niż my, więc statek jakoś płynął prosto, o tym jak spano na zmianę, bo dla wsyzstkich nie było miejsca (dzieciaki z pasją próbowały ułożyć się w wąskich drewnianych wnękach, bo hamakow jeszcze wtedy nie stosowano), jak działał ster (oczywiście wszyscy musieli pokręcić, wyciągnąć i poprzestawiać drewniane przekładnie, a potem jeszcze biec na zewnątrz, żeby zobaczyć, że to rzeczywiście działa), jak robiono kupę i na co trzeba było uważać w trakcie (temat zawsze i pod każdą szerokością geograficzną wywołujący ożywienie wśród młodzieży). Emocje wzbudził też wątek surowych kar zapewniających posłuszeństwo na pokładzie. Wbrew filmowym relacjom broń posiadał tylko kapitan, reszta uzbrojenia była zamknięta w skrzyni na czas rejsu, więc wszelkie bójki odbywały się bez szabel, mieczy i pistoletów. Za przemycenie noża i użycie go w walce zwykle traciło się rękę. A Holendrzy byli wyjątkowo mało skłonni do debaty i rozstrzygania, kto zaczął – w przypadku bójki najczęściej obie osoby lądowały za burtą, w myśl zasady, że wina zawsze leży po dwóch stronach, a awanturników na pokładzie nie potrzeba.

Do tego ponad połowa załogi nie przeżywała rejsu z powodu chorób i kontuzji, a raczej braku lekarstw i warunków do zaleczenia choćby prostych zranień, które często kończyły się amputacją, gangreną i śmiercią.

Jednak ówcześni mężczyźni marzyli o pracy na holenderskim statku. W przeciwieństwie do angielskich okrętów, tu zaciągano się dobrowolnie, i jeśli miało się szczęście i wróciło się do domu, to wynagrodzenie było naprawdę godne, przynajmniej w porównaniu z brakiem wynagrodzenia u Anglików.

IMG_6956

IMG_6955

Zdecydowaliśmy się jeszcze na prywatną wycieczkę po statku, gdzie pani ponownie tłumaczyła nam mnóstwo rzeczy, opowiadała o niezauważanych na pierwszy rzut oka ciekawostkach (takich jak np.balast zabierany w drogę na Wyspy Korzenne, i tam porzucany po załadowaniu przypraw. W przypadku repliki Duyfken są to 16wieczne cegły sprowadzone specjalnie z Europy, którymi wyłożona była podłoga w ładowni, i po których pasją raczkował Kaj z Tolkiem, sprawdzając która się rusza, a która nie).

Popłynęły też historie o życiu na statku, o codziennych zmaganiach, o nadziei na zarobek życia, a pogrzebanych szansach przez zwykły pech.

IMG_6964

A na końcu by taki moment, gdy zostaliśmy pod pokładem sami. Przekupując dzieci kolejnymi lizakami (kręcących nosem ekoekspertów zachęcam do podzielenia się działającymi innymi sposobami na szybkie wyegzekwowanie czegoś od nakręcającego się rodzeństwa) zarządziliśmy ciszę absolutną. Siedzieliśmy więc przez chwilę na lekko kiwających się cegłach z europejskiego opactwa, wdychaliśmy odurzający, silny zapach drewna pomieszany z przyprawami rozsypanymi tu i ówdzie dla efektu. Słuchaliśmy plusku fal, które obijały się o burty statku nad naszymi głowami. Drewniane elementy rytmicznie skrzypiały, w górze przez maleńkie wyjście dolatywał krzyk mew, a my nawet nie potrzebowaliśmy zamknąć oczu, żeby wyobrazić sobie namiastkę życia jakie musiało się toczyć czterysta lat temu w takim miejscu.

IMG_6961

IMG_6960

Na koniec dnia, gdy wykończeni intensywną wycieczką wróciliśmy do Perth marząc już tylko o dojściu do hotelu i łóżku (Kaj nie marzył, po prostu zasnął w nosidełku), natrafiliśmy na odbywający się na deptaku festiwal kuchni z czterech stron świata.

Wzdłuż dwóch stron szerokiego pasażu stały namioty, a w każdym pichciło się coś uwodzącego zmysły. W pierwszym odruchu pomyśleliśmy – jesteśmy ledwo żywi i wciąż zacukrzeni od czekolady. W drugim – już nurkowaliśmy wśród tłumu uśmiechniętych, sympatycznych Australijczyków i podejmowaliśmy strategiczne decyzje, co kupić na kolację.

IMG_6993

W końcu chyba kierując się zapachem oceanu i szumem morskich fal, a także jakąś nieuchwytną więzią ze Starym Kontynentem, która dopadla mnie na tych europejskich cegłach z Białego Gołębia wybraliśmy paellę. Gdy zajadaliśmy się nią rok temu w Barcelonie, Tolek stał się fanem tak przyrządzonego ryżu. Teraz dołączył do niego obudzony i częściowo zregenerowany Kaj, tak więc na spółkę daliśmy radę naszym porcjom, mimo czekolady krążącej nam wciąż w żyłach.

IMG_6987

A potem długo w nocy skakaliśmy do granych na żywo rytmów z różnych zakątków ziemi. To był udany dzień.

IMG_6991

IMG_6990

IMG_6996

W końcu w drodze do hotelu jeszcze raz popatrzyliśmy na upartych rycerzy (kto wygra TYM razem?), a kilka metrów od nas Percy Button niewzruszenie stał na głowie.

IMG_7003

IMG_6997

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *