Pokonaj strach albo … zrelaksuj się. Warto.

Gdyby ktoś mnie spytał, o największą głupotę jaką w życiu popełniłam, nie miałabym wątpliwości co wskazać.

Nie, nie wypuszczenie z klatki Teodora (królika miniaturki), który zjadł mi jeden but ślubny w noc przed ślubem. Również nie przefarbowanie się na żółty blond, gdy wyglądałam jak kurczak, a nie seksowna blondynka. Ani nawet nie studencką imprezę w towarzystwie policjantów z dochodzeniówki po cywilnemu, na której uznałam, że… eeee, nieważne. Egzamin z prawa spółek handlowych dnia następnego zdałam.

W każdym z tych przypadków byłam młoda i usprawiedliwiona.

Gdy pierwszy raz lecieliśmy do Australii, wiedzieliśmy, że dotrzemy nad Rafę Koralową. To w prosty sposób implikowało chęć nurkowania. Znaleźliśmy więc odpowiedni kurs w stolicy, zaliczyliśmy wykłady na basenie i przyszedł czas na egzamin. Nie zdałam, bo egzamin odbywał się w lodowatych wodach jeziora mazurskiego i początkowo nawet szło mi nieźle, gdy doszło do zadania, w którym miałam swobodnie opaść na dno i wytrzymać tam 10 sekund. Opadłam, otoczyły mnie czarne, długie, wijące się i obślizgłe wodorosty, i w tej samej chwili podjęłam decyzję o bezpowrotnym wyjeździe do domu. Michał zaliczył, widać trafił na łachę piachu.

Niezrażeni wykupiliśmy rejs na rafę (ostatecznie tam było ciepło i wodorostów się nie spodziewałam), instruktor zgodził się wziąć mnie na nurkowanie mimo braku papierów, i wydawało się, że marzenie (wyzwanie?) się spełni.

2007-10-20_07-01-04_2045 of 3049

 

Że ja nie zanurkuję???

Że ja nie zanurkuję???

2007-10-20_02-37-31_1976 of 3049

2007-10-20_05-40-28_2004 of 3049

2007-10-20_05-40-22_2003 of 3049

Skoczyłam z pokładu jachtu, poleciałam w dół w otchłań na środku oceanu i rozpaczliwie próbując jakoś opanować swoją pozycję, nie wpaść na rafę (chrzanić zniszczenie jej, tam po prostu żyje milion zabójczych stworzeń czekających tylko na moje nogi) i nie dać się porwać prądom wody, które rzucały mną na lewo i prawo, uświadomiłam sobie tło największej głupoty w życiu. Otóż ja nie umiem pływać. Nie kokietuję jakiegoś mięśniaka w pomarańczowej czapeczce czy co tam ratownicy noszą, ja naprawdę zwyczajnie nie umiem pływać. Ba, dodatkowo boję się wody, która przeraża mnie jako najpotężniejszy żywioł. A otchłań wody doprowadza na skraj zawału serca (gdy lecę samolotem, mam tylko nadzieję, że rozbijemy się w górach, a nie nad oceanem, w którym trzeba będzie potem utonąć).

Ja chcę żyć!

Ja chcę żyć!

2007-10-20_06-01-27_2017 of 3049

Monochromatyczne ryby...

Monochromatyczne ryby…

...i szalenie kolorowa rafa.

…i szalenie kolorowa rafa.

Naiwnie myślałam, że pianka i płetwy jakoś załatwią sprawę i zrekompensują ten brak podstawowej umiejętności. Na basenia taka strategia w miarę się udawała.

Niestety, ocean to nie basen.

Spanikowana, przerażona, z na wpół zaparowaną maską, starałam się nadążyć za grupą, która zachwycona pływała sobie podziwiając rafę pod nami. Ja nic nie podziwiałam, bo pod wodą nie było już światła i ta znana z fimów bajecznie kolorowa rafa była jakąś ciemnoniebieską, niewyraźną masą. Całkiem możliwe, że zaparowana maska nie ułatwiała wpadnięcia w zachwyt (tak, umiałam oczyścić maskę, ale NA BASENIE). Mój zachwyt wywoływał widok płetwy nurka przede mną, bo świadczył o tym, że wciąż mam szanse na przeżycie. Starałam się ignorować myśli o porwaniu mnie przez podwodne fale i utonięciu w otchłani sto mil od brzegu czegokolwiek.

Gdy wypłynęliśmy na powierzchnię – byłam jedyną osobą, która nie trajkotała o żółwiu morskim, konikach, ukwiałach czy rozgwiazdach, tylko w na wpół ściągniętej piance poszłam do barku jachtowego i piłam setkę za setką. Aż w końcu ręce przestały mi się trząść na tyle, że nic nie rozlewałam.

Z głupoty i buty byłam o milimetr od popełnienia samobójstwa.

Refleksja po. Że było blisko, aby drugiej rocznicy ślubu nie doczekać...

Refleksja po.

Że mało brakowało, a drugiej rocznicy śluby byśmy nie doczekali...

Że mało brakowało, a drugiej rocznicy śluby byśmy nie doczekali…

... i trzeba będzie znów zapalić świeczkę i szukać żony.

… i trzeba będzie znów zapalić świeczkę i szukać żony.

A to zdjęcie pamiątkowe po wyczyszczeniu jachtowego barku.

A to zdjęcie pamiątkowe po wyczyszczeniu jachtowego barku.

Tym razem jadąc do Australii już takiego błędu przy planowaniu atrakcji nie popełniliśmy. Wschodnie wybrzeże Australii, wprawdzie z lekkim żalem, ale jednak dość szybko skreśliliśmy z naszego planu. No ale być w Australii i nie widzieć rafy??? Co to to nie.

Na zachodnim brzegu jest rafa o wiele atrakcyjniejsza, przynajmniej dla takich niepływających istot jak ja – Ningaloo Reef. I tam właśnie trafiliśmy.

Ponad 1300 km od Perth, nasz najdalszy punkt tego etapu podróży. Jadąc tam przekroczyliśmy zwrotnik Koziorożca i mimo ponad czterdziestostopniowego upału nie obyło się bez zdjęcia. Szybkie wyjęcie ledwo żywych dzieci z klimatyzowanego auta, trzask migawki i w ostatniej sekundzie przed wyparowaniem ponowne zatrzaśnięcie się w naszym chłodnym azylu.

IMG_6253

Na wstępie zawitaliśmy do miateczka Exmouth, ostatniego przed obszarem parku narodowego Cape Range.

Było przyjemnie ciepło (ostatecznie to jesień, więc już po upałach, relaksacyjne 35 stopni z lekkim wiaterkiem), leniwa, ale nie zastygła atmosfera miasteczka i bardzo przyjemne centrum handlowe z parterowymi sklepikami wzdłuż ocienionego deptaka ,w połączeniu razem wyczarowały bardzo … wakacyjny nastrój.

Może jakiś widok, zapach lub dźwięk przypomniał mi wyjazdy nad morze gdy byłam mała.

Może to kolory, tak charakterystycznie wyblakłe od morskiego powietrza i słońca.

A może widok naszych dzieci, które skakały wśród sklepowych koszy pełnych zabawek na plażę, dmuchanych piłek, kół pływackich, rękawków, okularków nurkowych, i innych rzeczy godnych pożądania właśnie tu i teraz. Ja też kiedyś tak skakałam i śmiejąc się prosiłam o setną foremkę do piasku.

Nie mogłam się oprzeć temu dziwnemu uczuciu przemieszania dwóch czasów, dwóch ról. Trochę dla dzieciaków, ale trochę też dla małej dziewczynki w środku mnie, bez oporów i przeliczania dolarów australijskich na złotówki zapełniliśmy koszyk plażowym ekwipunkiem.

Uzupełniliśmy też porządnie zapasy jedzenia i wody w zbiornikach auta, bo jechaliśmy w rejon, w którym przez kolejne trzy dni mieliśmy się obyć bez jakiejkolwiek bieżącej wody, w tym wody pitnej i bez sklepów.

Przed wjazdem do parku w informacji turystycznej jeszcze raz upewniliśmy się, że nie damy rady skorzystać z jednej z największych w tym miejscu atrakcji – nurkowaniu z największą rybą na świecie – rekinem wielorybim.

Jak nazwa wskazuje, jest to rekin rozmiarów wieloryba, bo potrafi osiągnąć ok 13 metrów długości, ważyć 11 ton i mieć paszczę szeroką na metr czterdzieści. Żywi się planktonem i dzięki temu, jak wszystkie wielorybowate, stanowi ogromne zaprzeczenie każdej teorii dietetycznej – ciągle pływa, je prawie nic i pije dużo wody, a wygląda jak wygląda. Podobnie jak syreny morskie, jedzące wyłącznie trawę morską lub sałatę (w niewoli). Podrzucam do rozmyślań, gdy będzieci biegać lub w restauracji zamiast porządnego kawałka toru bezowego z kremem z mascarpone i likierem pomarańczowym zamówicie sałatkę z sałat bez sosu.

Co roku stado od 200 do 400 olbrzymów przybywa w te rejony w okolicach marca – czerwca. Najprawdopodobniej jest to spowodowane rozmnażaniem się w tym okresie rafy koralowej i wielu innych drobnych gatunków żyjątek. W ten sposób powstaje odżywcza planktonowa zupa z bogatą wkładką drobnorybną. Nie do końca wiadomo, gdzie rekiny spędzają pozostałą częśc roku, bo program oznaczania tras ich migracji dopiero raczkuje. Jak wiele zwierząt żyjących w głębinach oceanu i nie nadających się do trzymania w niewoli, tak i one są mało poznane. Nie wiadomo o nich prawie nic (oprócz tego, że ich mięso nadaje się na zupę). Wiemy, że samice rodzą młode, a to dlatego, że kiedyś upolowano właśnie na zupę rekinią mamę, która miała w sobie żywe płody około 300 rekinków. Natomiast malutkich rekinów wielorybich tuż po urodzeniu nikt nigdy nie widział, dostrzegane są dopiero starsze osobniki. Podejrzewa się, że zdolność do rozrodu ryby te osiągają w wieku około 30 lat (a żyją do 100). Jednocześnie z powodu tak długiego okresu potrzebnego do osiągnięcia dojrzałości płciowej gatunek ten jest narażony na wyginięcie, bo nawet nieznaczne zmiany w jego populacji na skutek polowań mogą znacznie zachwiać ilością młodych. Dodatkowo wprowadzenie ochrony gatunku utrudnia fakt, iż tak naprawdę zupełnie nie wiemy ile rekinów żyje w wodach na całym świecie.

Szans na popatrzenie rekinowi oko w oko nie mieliśmy nie z powodów leżących po stronie ryby. Był właśnie idealny okres, w którym osobniki migrując za planktonem pływały sobie dostojnie w wodach obok nas. Wycieczki nurkowe wsiadały na szybkie łodzie, a helikoptery latające nad oceanem wypatrywały ciemnych kształtów i podawały współrzędne spotkania. Wszystko grało, oprócz ceny – za rejs dla jednej nurkującej osoby trzeba było zapłacić prawie 1200 zł. Fotka z rekinem była gratis.

Tym razem byłam rozsądna, ostatecznie dwójka malutkich dzieci do czegoś zobowiązuje, i nawet nie znając ceny stwierdziłam, że nie będę ciąć byka i udawać, że umiem nurkować. Była to więc atrakcja dla Michała, który wahał się, wahał, lecz w końcu stwierdził, że woli za tą cenę opłacić inną atrakcję. I rzeczywiście, w niedługim czasie okazja do wydania zaoszczędzonej kwoty nam się nadażyła, więc z perspektywy czasu uważam, że było warto.

IMG_6165

Plaże i wody w rejonie Ningaloo Reef są niezwykłe z mnóstwa powodów. Wieloryb rekini to jeden. Żółwie to dwa. Rozmnażają się tutaj zarówno karetty, krytycznie zagrożone wyginięciem żółwie szylkretowe, oraz trochę liczniejsze, z szansą na przeżycie żółwie zielone. Te ostatnie nie są zielone same z siebie, ale taki kolor ma ich tłuszcz, a wiadomo o tym stąd, że gotuje się na nich zupę. Zieloną zupę.

Sezon na składanie jaj w piasku ma miejsce pomiędzy październikiem a lutym, więc spóźniliśmy się o jakieś dwa miesiące. W przeciwnym razie moglibyśmy załapać się do grupy wolontariuszy chroniących gniazda i obserwujących nocną wędrówkę tysięcy żółwików do oceanu. Choć nie wiem, czy chciałabym patrzeć na takie maluchy brnące przez piasek i z całych sił próbujące dostać się cało do wody, bo wygląda to słodko i rozczulająco, ale tragedia kryje się (jak zwykle) w statystyce – szacuje się, że do wody dotrze tylko 5% miotu z gniazda (samica składa około 150 jaj). Pozostałe staną się kolacją dla lisów, ptaków, krabów czy jaszczurek. A w wodzie czekają rekiny, inne duże ryby lub nurkujące ptaki. Naukowcy mówią o szansie dla jednej samicy z miotu na dożycie do wieku rozrodczego.

W obliczu takich liczb jakoś inaczej wygląda taki niewinny obrazek malutkich żółwików drepczących do wody, prawda?

Ok, z rekinem nie pływaliśmy, na żółwie się spóźniliśmy. Spóźniliśmy się też na przepiękny spektakl innego cudu natury – rozmnażania się rafy koralowej. Tutaj już ta świadomość trochę bolała, bo przybyliśmy o cztery tygodnie za późno żeby zobaczyć miliardy malutkich jajeczek uwolnionych przez koralowce i dryfujących nocą w wodzie, oświetlanych przez światło księżyca.

Co można więc robić na zupełnym odludziu, bez wody i prądu, gdy nie stać na nurkowanie z rekinami, albo chociażby rejs jachtem po oceanie, a wszystko inne już się w tym roku wydarzyło?

Można zniknąć. Zatrzymać się. Zadziwić się. Zobaczyć tak naprawdę. Być.

I można nurkować.

IMG_6159

Do Cape Range National Park wjeżdża się jedyną wyznaczoną w nim drogą, która przez 60 km jest asfaltem, a potem zmienia się w przeprawę 4×4. Większość miejsc do kempingowania jest na szczęście wyznaczona wzdłuż tych sześćdziesięciu kilometrów, i rozbijać się można tylko tam. W ten sposób ilość turystów w tym niezwykłym miejscu jest ograniczona i dzięki temu naprawdę można być w największej atrakcji okolicy z uczcuciem bycia tam samemu. Przy wjeździe strażnik parku spisuje numery rejestracyjne i informuje, na którym kempingu jest wolne miejsce. Po wybraniu, dostaje się tam przydział i dość trudno jest go zmienić w trakcie pobytu w parku. Z drugiej strony nie ma się co spinać, bo każda miejscówka ma swoje plusy i minusy, a położone są na tyle blisko siebie (co kilka kilometrów), że do dobrej plaży zawsze można dojechać. I na żadnej z nich nie ma łazienki, same biotoalety bez wody. Prądu, żeby podładować pompę w kamperze też nie ma.

My trafiliśmy do Mesa Camp, na którym gospodarzami – wolontariuszami była para starszych państwa, która co roku podejmowała się tego zajęcia na kilka miesięcy. W zamian za darmowe miejsce gospodarze pilnują porządku na kempingu (głównie przestrzegania przepisów dotyczących ciszy i śmieci), pomagają i doradzają turystom, a w wolnej chwili po prostu się wakacjują. Mają zwykle najbardziej rozbudowaną przyczepę na kempingu, z ogródkiem, kanapą na zewnątrz, telewizją, panelami słonecznymi, itp. Taki rodzaj biwakowania na ogródku działkowym, ale ogródek w raju. Jak będę emerytem, to rozważę taką opcję, bo niewiele fajniejszych sposobów spędzania czasu widziałam.

Prawdopodobnie dobrze by wpłynęło na wiarygodność posta, gdybym wyjaśniła zjawiska geologiczne, które ukształtowały dno oceanu w tej okolicy. Powinnam napisać o tym, jak to 20 milionów lat temu aktualny teren parku był dnem morza, a potem na skutek pęknięcia płyty fragment się wybrzuszył ponad poziom wody, a pozostałe dno pofałdowało.

Prawdopodobnie źle by to jednak wpłynęło na ogólną atrakcyjność wpisu, więc tym razem zignoruję historię ruchów tektonicznych i powiem tylko tyle, że w ten sposób ukształtowała się płytka niecka, która całkiem niedaleko od brzegu gwałtownie zmienia głębokość na przerażającą otchłań. A wzdłuż krawędzi tego uskoku uformowała się największa australijska rafa przybrzeżna (ok. 300 km długości), której największą zaletą jest bliskość od lądu. Dzięki temu byłam w stanie ją zobaczyć.

Pływać dalej nie umiem. Mówiąc uczciwie w ogóle nie powinnam wchodzić do wody nawet na snorkeling, bo gdy fala zalewa mi rurkę (a w oceanie w przeciwieństwie do basenu lub wanny są fale nieustannie), to ja momentalnie się topię i w panice zapominam, że wystarczy wystawić głowę i wziąć oddech nosem. Rady typu „nie oddychaj pełnym oddechem, żeby mieć zapas powietrza w płucach na wypadek zachłyśnięcia“ są o kant rurki potłuc, bo jak pływam to jestem przerażona i jedyne co mnie trzyma przy życiu to koncentracja na równym i głębokim oddechu.

Jednak nie samym rozsądkiem człowiek żyje. Ningaloo Reef jest w niektórych miejscach zaledwie 100 metrów od brzegu! I tuż pod powierzchnią wody, więc światło dociera, jest kolorowo, i nie trzeba nurkować.

Dodatkowo, ponieważ dno morskie jest uformowane jak jest, to wszystkie fale rozbijają się o zewnętrzną krawędź uskoku i rafy, i na „płyciznę“ docierają już niegroźne zmarszczki (świetnie to widać na zdjęciach z lotu ptaka, gdzie jest bardzo wyraźna linia pomiędzy błękitną płytką wodą, a głębokim granatem otchłani oceanu).

To była szansa nie do odrzucenia. Nie musiałam płynąć jachtem, żeby na środku oceanu skoczyć w otchłań bezmiaru wody z myślą, że nie mam szans dopłynąć do jakiegokolwiek lądu. Nie musiałam nurkować. Nie musiałam pisać testamentu. Musiałam tylko nie utopić się zakładając płetwy przy brzegu.

Przez trzy dni jeździliśmy z plaży na plażę korzystając z rozpiski pływów otrzymanej w informacji turystycznej. Było to szalenie ważne, bo w niektórych miejscach rafa była tak blisko powierzchni, że pływać nad nią bezpiecznie dało się tylko podczas przypływu. Poddając się rytmowi natury zwiedziliśmy kilka miejsc i w każdym było coś niesamowitego. W Sandy Bay pojedyńcze twory koralowca były tak blisko brzegu i na płyciźnie, że udało nam się pokazać je Tolkowi trzymanemu na rękach!

IMG_6071

 

IMG_6058

IMG_6102

IMG_6051

W Oyster Stacks machnęłam ręką na pływanie, bo wyrzucone na brzeg fragmenty koralowca, skamielin i muszli skutecznie prowokowały do robienia zdjęć i oglądania ich różnorodnych kształtów.

IMG_5972

IMG_5978

W Lakeside czuliśmy się jak w reklamie batonika Bounty, bo byliśmy tylko my, biały piasek i błękit wody.

IMG_6025

Ale ulubioną plażą była ta w Turquoise Bay. Mimo największej popularności prawie pusta. Rafa koralowa 100 metrów od brzegu. Ogromna płycizna, na której chłopcy bezpiecznie szaleli w swoich dmuchanych kołach i rękawkach. Biały piasek na dnie, więc mniejsze ryzyko, że coś zagrzebanego czycha pod spodem, żeby ze złośliwości wbić śmiertelnie jadowity kolec.

Malutkie korolowe rybki pływające wokół nóg stanowiły dodatkową atrakcję dla dzieciaków.

A sama plaża usiana, po prostu usiana połamanymi koralowcami, które okazały się najlepszymi zabawkami pod gorącym słońcem. Można nimi było rzucać, rysować, układać, stukać jednym o drugi, zakopywać, porównywać.

Fragmenty tysięcy koralowców wyrzuconych na brzeg.

Fragmenty tysięcy koralowców wyrzuconych na brzeg.

IMG_6029

Normalnie nie przepadam za plażą jako miejscem do siedzienia jak na patelni. A już zupełnie nie cieszę się na myśl o smarowaniu kremem dwójki zapiaszczonych dzieci, które jednocześnie płaczą, bo nagrzany piasek parzy je w nogi.

IMG_6016

IMG_6012

IMG_6018

IMG_6014

IMG_6005

IMG_6002

IMG_5993

IMG_5994

Tym razem było inaczej.

IMG_6115

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *