Nic nie może przecież wiecznie trwać

Co zesłał los, trzeba będzie stracić.

Nasz pobyt w Shark Bay dobiegł końca. Odczuliśmy go o tyle boleśniej, że jesteśmy coraz bliżej końca naszej podroży i już tylko kilka z kilkudziesięciu miejsc do przeżycia nam zostało.

Pożegnaliśmy plażę, po której jeździliśmy na wielbłądach, fale, wśród których spotkaliśmy delfiny, przenoszące w przeszłość stromatolity, hipnotyzującą krainę z malutkich białych muszli, farmę pereł i łąki z niezobaczonymi, ale obecnymi syrenami.

Wracając do drogi nr 1 wiodącej z Perth na północ wstąpiliśmy do ostatniej atrakcji na półwyspie.

Zagadka dla wnikliwych – pisząc o Shark Bay wspominaliśmy mnóstwo zwierząt – delfiny, diugonie, wielbłądy, bezczelne emu, a nawet muchy. O kim jeszcze nie było mowy, a powinno być?

O rekinach z Zatoki Rekina.

Nazwa Shark Bay nie została wybrana przypadkowo. Żyje tu około 26 gatunków rekinów, w tym jeden z najpopularniejszych – rekin tygrysi. I tak się składa, że w tutajszych wodach żyje jedna z największych populacji tych ryb na świecie.

O samych rekinach pisałam już trochę w poście z Sydney http://www.wloczykije.info/2014/01/oko-w-oko-z-rekinem/, więc tamtych informacji nie będę przepisywać. Opowiem o czymś nowym.

Oczywiście każdy widział Szczęki. Jeśli nie całość (bo na przykład zdrowy rozsądek mu zaprotestował i nie zdzierżył całości filmu), to przynajmniej początek albo najbardziej mrożące krew w żyłach sceny w trailerze.

Przedstawione tam zachowania rekinów do tych prawdziwych mają się mniej więcej tak, jak ideał kobiecości z bajki o Śpiącej Królewnie do prawdziwej kobiety.

Ludzie nie figurują jako danie główne w menu rekinów. Jeśli już zostaną zjedzeni lub raczej nadgryzieni, to zwykle dlatego, że jakoś sprowokowali atak. Rekin głupi nie jest, atakuje z głodu raczej to, co zna i wie, że jest jadalne. Więc nie poluje na ludzi, nie wyczekuje surferów, nie wrzuca jakiegoś nurka na ząb, tylko dlatego, że ten przepływał obok. Jeśli chodzi o surferów to badacze skłaniają się ku teorii, że rekiny często traktują ich jak foki, a foki już jak najbardziej są w jadłospisie. Poza tym takie śmigające, szybko poruszające się duże zwierze przyciąga uwagę rekina, i jest to zrozumiałe. Nikt rozsądny nie biega na obcasach i z najnowszym smartfonem przy uchu w środku nocy po opuszczonych i ciemnych ulicach miasta, prawda? Stąd pierwsza rada, jak uniknąć ataku rekina – nie prowokować go.

Nurkując nie łapać, nie machać w jego stronę rękoma, aby ustawił się profilem do sweet foci na FB. Nie karmić z ręki, nie gonić go, nie dopuścić do tego, by poczuł się zagrożony.

W ten sposób jest szansa na zupełnie bezbolesne spotkanie. Wyjątkiem są dwie sytuacje – spotkany rekin jest żarlaczem białym (który z natury jest dość agresywny i bardzo terytorialny, więc każde wkroczenie na swoje wody traktuje jak prowokację), lub jest po prostu głodny. Cóż, pech zdarza się wszędzie, dlaczego pod wodą miałoby być inaczej?

Żadnego rekina nie spotkaliśmy, a przynajmniej nie na wolności. Wyjeżdżając wstąpiliśmy więc do dość niemrawo reklamowanego Ocean Park. Właściwie ulotka nas nie skusiła, strona internetowa nie zachęciła, ale było późne południe, upał jak diabli, a w Ocean Parku działała restauracja z kawą.

Ocean Park to dość dziwne miejsce. Nijak ma się do oceanariów, do których się przyzwycziliśmy. Nie ma tam imponujących akwariów, a zamiast nich są duże, niebieskie beczki, w których pływają różne stworzenia.

IMG_5817

W jednej beczce – wąż morski. Zupełnie niegroźne stworzenie. Tak, zgadza się – jadowite i trucizna może człowieka zabić. Ale tak się składa, że wyprodukowanie trucizny oznacza dla węża ogromny wysiłek. Więc (ponoć) nie plują nią na lewo i prawo, i może się tak zdarzyć, że wąż lądowy nas ugryzie, ale nie wpuści jadu. Wtedy mamy szczęście. Ale rzadko, bo te lądowe gady jednak są dość bojowe. Natomiast taki morski, obślizgły i wijący się stwór właściwie podczas obrony nie używa jadu, który zachowuje do polowania na pożywienie. Najczęściej pogryzienia przez węża morskiego zdarzają się, gdy rybacy wyciągają ręcznie sieci i chwycą w dłoń takiego zaplątanego gada. Wtedy nie podaje się odtrutki, bo regeneracja organizmu po wstrzyknięciu antidotum jest długa i wykańczająca, tylko sprawdza się w szpitalu, czy tym razem wąż wpuścił jad. Normalnie, przy wężach lądowych nie ma na to czasu i podaje się zastrzyk „na wszelki wypadek“.

IMG_5769

W Australii żyją 32 gatunki z pośród 55 znanych węży morskich, tak tylko dodam. Dowiedzieliśmy się, że gdyby kiedyś tak się zdarzyło, że nurkując spotkamy węża, to najlepiej nie panikować (ostatnie na co człowiek miałby ochotę w dzisiejszych czasach, wiadomo przecież że najpierw należy zrobić zdjęcia na FB), tylko stać (unosić się) spokojnie i pozwolić wężowi minąć nas. Brzmi prosto, prawda? Szczególnie w przypadku spotkania oliwkowego węża morskiego, który ma około 2 metrów długości i czasem dla ciekawości lubi podpłynąć do nurka i polizać go swoim widelcowatym językiem. Nie ma się co bać, wąż w ten sposób tylko spradza czy kombinezon nurkowy jest jadalny. Tak się składa, że o ile te gady dość dobrze przystosowały się do życia w wodzie (np. mają ogon zakończony jak wiosło, w odróżnieniu do węży lądowych), to oczy pozostały lądowe i węże pod wodą widzą tak jak i my bez maski. Dobra wiadomość jest taka, że zwykle język węża nie lubi smaku neroprenu, więc po wylizaniu nurka wąż odpływa.

IMG_5808

W innej beczce mieszkały nieśmiałe mureny. Zwykle mieszkają w szczelinach skalnych lub innych kryjówkach, i nie rzucają się na ludzi. No chyba, że kąpiący się jakoś spowoduje uczucie zagrożenia i wtedy murena może dotkliwie pogryźć. Na szczęście ich zęby (ostre i z bardzo silnym naciskiem) nie są połączone z gruczołami jadowymi. Uff.

IMG_5777

Kolejna beczka i kolejne stworzenie – lionfish. Polska nazwa to skrzydlica lub ognica, ale jest to zupełnie bez znaczenia. Znaczenie ma fakt, że ta niesamowita ryba ma, a jakże, trujące kolce. W momencie zagrożenia (bądź tu człowieku mądry i wiedz co może spowodować u ognicy taką emocję, szczególnie gdy mamy ją za plecami), najpierw się ostrzegawczo stroszy i wtedy naprawdę lepiej odpłynąć. Gdybyśmy jednak wciąż zwlekali, to ognica potrafi błyskawicznie podpłynąć i takim jadowitym kolcem zaatakować. Zwykle kończy się na potwornym bólu i ranie, ale wypadki śmiertelne też się zdażają.

IMG_5794

Oprócz beczek, w Ocean Park są też akwaria. Nie imponują rozmiarem i wyposażeniem, a jednak przyciągnęły naszą uwagę na długo.

Moim ulubionym było to ze szkaradnicą, po angielsku zwaną rybą – kamieniem (stonefish). Obie nazwy jak najbardziej trafne.

IMG_5701

Taka szkaradnica często leży sobie na płyciznach zagrzebana w piasku. Nijak nie ma szans jej zauważyć. Natomiast gdy coś ją dotknie – dziób delfina szukającego jedzenia, lub stopa człowieka, to wbija zęby pełne jadu. A to jedna z najbardziej jadowitych ryb. Jej ugryzienie może zabić człowieka, choć na szczęście większości dorosłym i zdrowym osobom udaje się ograniczyć do potwornego bólu, obumarcia tkanek, częściowego paraliżu. Po ugryzieniu należy zanurzyć ranę w najbardziej gorącej wodzie jaką jest w stanie człowiek wytrzymać (dlatego każdy nurek nosi z sobą czajniczek), i podać antidotum. A potem, gdy już dojdzie się do siebie, można pójść do reasturacji i taką szkaradnicę sobie zjeść.

IMG_5700

A jeśli mowa o jedzeniu, to w Ocean Park mają też zdecydowaną królową, najbardziej jadowitą rybę na świecie – fugu. Na szczęście (naprawdę nie wiem, czemu pisząc ten post tak często używam zwrotu „na szczęście“. To chyba taki odruch obronny – wymuszony optymizm) niegroźna dla nurków i chlapiących się dzieci, bo zabija tylko gdy się ją zje. Sama z siebie niczym nie atakuje, nie pluje, nie strzela.

IMG_5778

I kończąc temat jedzenia zadam pytanie, bez którego ten post nie mógł się obejść: Gdzie jest Nemo?

IMG_5796

Na pewno gdzieś niedaleko ukwiału. Zacznijmy więc od niego – ukwiał to wbrew nazwie nie gatunek podwodnego kwiatu, tylko zwierzę, a konkretniej koralowiec. Ten, który nas interesuje, jest zabójczy dla właściwie wszystkich ryb. Jego czułki (a ma ich setki) zaopatrzone są w parzydełka, które przy dotknięciu wypuszczają setki mikroskopijnych harpunów z porażającym jadem.

Wtedy ukwiał taką porażoną rybę wciąga do swojego otworu gębowego i słuch po niej ginie.

Natomiast błazenek (bo taką rybką jest Nemo) zaproponowal ukwiałowi układ – ukwiał go nie zabija, a zamiast tego chroni. Błazenek chowa się wśrod jego czułków przed polującymi na niego rybami. W zamian błazenek dostarcza ukwiałowi jedzenie, robi w nim kupę, którą ukwiał uwielbia (ponoć ma dużo minerałów) i broni go przed jedynymi rybami, które potrafią ukwiał zjeść – rybami motylowymi.

Nie jest do końca pewne na jakiej zasadzie błazenka nie paraliżują parzydełka, ale najnowsza teoria mówi o specjalnym śluzie, którym pokrywa się skóra ryby. Takim samym śluzem są też pokryte same parzydełka, które w ten sposób chronią się przez samobojstwem (tzn. gdyby nagle jedno parzydełko pod wpływem dotyku drugiego parzydelka wypuścilo sto harpuników, a te drugie parzydełko… itp.). Błazenek, który chce się wkupić w łaski ukwiału musi zrobić coś na kształt tańca zapoznawczego – pływając koło czułek delikatnie dotyka ich rożnymi częściami swojego ciała tak długo, aż jego skora pokryje się śluzem, a ukwiał „uodporni się“ na dotyk.

W jednym ukwiale żyje cała rodzina błazenków, natomiast błazenek nie może mieszkać w kilku ukwiałach, bo neutralny jest tylko dla jednego konkretnego. Każdy inny jest dla niego potencjalnie zabójczy i musiałby od początku wytworzyć sobie specyficzny śluz, odpowiedni tylko dla konkretnego ukwiału.

Natomiast jeśli chodzi o same błazenki, to warto przyjrzeć się im bliżej. Disney zręcznie pominął ten fakt, ale błazenki są niesamowitym społeczeńśtwem. Na jego czele stoi dominująca samica, która składa ikrę. Ikrę zapładnia jej partner (tylko jeden), i to on też dba o jajeczka (usuwa śmieci, machając płetwami nakierowuje na nie utlenioną wodę, itp). Cała reszta rodziny to samce. Bo błazenki rodzą się zawsze samcami, i tylko wybrany z nich dostępuje zaszczytu przemiany w kobietę. Brzmi nieźle, prawda? : ) Gdy samica – szefowa ginie, wtedy jeden z samcow, najczęściej jej partner zmienia płeć, a kolejny samiec w hierarchi zostaje jego, to znaczy jej partnerem. Tęcza, tęcza wszędzie! I dla kombinatorów informacja – odwrocenie zmiany płci nie jest możliwe. Jesteś kobietą, umrzesz kobietą. A z mężczyznami to nigdy nie wie się…

IMG_5800

IMG_5802

Nasz przewodniczka po Ocean Parku wrzuciła do akwarium trochę jedzenia i na własne oczy mogliśmy zobaczyć jak blazenki chwytają je w pyszczek i zanoszą ukwiałowi, żeby najpierw jego nakarmić. Fajna sprawa. Zresztą to właśnie był największy atut wizytu w tym miejscu. Ocean Park jest raczej ośrodkiem badawczym, zajmującym się też ratowaniem zagrożonych morskich zwierząt. Skupia się wyłącznie na faunie rodzimej, więc znajdziemy tu tylko lokalne zwierzęta morskie. Ale opowiadają o nich prawdziwi znawcy i pasjonaci – naukowcy lub studenci na stażu. I ich opowieści stanowią niesamowitą wartość zwiedzania, bo nie są to suche fakty o długości, wadze, cyklu rozrodczym, itp nudnych rzeczach. To ciekawostki, zaskakujące informacje, rzeczy, do ktorych ciężko dotrzeć nawet w książkach. Zafascynowani światem, o którym nam opowiadała nasza przewodniczka pytaliśmy o jakieś lektury przybliżające życie morskich zwierząt właśnie w taki interesujący, nie encyklopedyczny sposób. Niestety nic takiego nie było. To kolejny raz, gdy szukamy ciekawych książek o zwierzętach, a jesteśmy skazani na broszurkowe wydania przewodników skupiających się na liczbach, a nie na historii.

Nie znaczy to, że ich nie kupiliśy do naszej kolekcji : )

Oprócz akwariów jest też jeden mały basenik z rybami, które patrzyły na nas tak, że nie mieliśmy ochoty zawierać z nimi bliższej przyjemności, w przeciwieństwie do dzieci, które zahipnotyzowane uparcie pchały palce do wody. Od pilnowania ich byłam już cała spocona, a jeszcze nie doszliśmy do rekinów…

IMG_5705

IMG_5709

Rekiny natomiast pływały w dość sporym basenie. Staliśmy nad nimi na wiszącym moście, a pod nami pływały szare kształty. Próbowaliśmy słuchać przewodniczki i robić zdjęcia, ale generalnie było to niewykonalne, bo nasze dzieci za cel honoru postawiły sobie spaść z wiszącego podestu, ewentualnie wrzucić rybkom okulary słoneczne, samochodzik, czapkę z daszkiem, buta, dekiel od obiektywu, itp.

IMG_5760

Co prawda pani powiedziała, że ona średnio raz na miesiąc wchodzi do basenu i wyławia wszystkie zgubione rzeczy (głównie przez turystow japońskich), ale nie mieliśmy czasu, żeby tu koczować. Naiwnie spytalam:

  • To gdzie wtedy są przenoszone ryby, gdy tam nurkujesz?
  • Nurkuję razem z nimi. Obserwuję wcześniej w jakim są nastroju, i jak nie są podenerwowane czy jakoś nietypowo pobudzone, to nie ma problemu. Oczywiście wcześniej je też karmimy.

To tyle jeśli chodzi o żarłoczność rekinów. W basenie pływał żarłacz żółty, żarlacz tygrysi i rekin nerwowy (nie znam polskiej nazwy na nervous shark).

IMG_5719

Rekiny pojawiły się na ziemi 100 milionów lat przed pojawieniem się dinozaurów. Ewoluowały przez jakieś 200 – 300 milionów lat dostosowując się do środowiska, i wyszło im to tak dobrze, że przez ostatnie 100 milionów właściwie zmieniły się bardzo nieznacznie.

Możliwe, że słyszeliście kiedyś o tym, że rekin żeby oddychać musi być w ciągłym ruchu. Jest to częściowa prawda, gdyż rekin w odróżnieniu od innych ryb nie ma pokrywy skrzelowej, która ruszając się wtłacza wodę do skrzeli. Dlatego większość rekinów rzeczywiście musi pływać, żeby zapewnić przepływ wody, ale są i takie, które pompują ją otwierając i zamykając paszczę.

Co jeszcze można powiedzieć o rekinach? Na świecie znanych jest około 370 gatunków, z których niebezpieczne dla człowieka są właściwie cztery – żarlacz biały, żarlacz tygrysi, żarlacz byczy i oceaniczny żarlacz białopłetwy. Atakują głównie sprowokowane zagrożeniem lub przez pomyłkę. Rzadko zdarza się, żeby atak był śmiertelny (tzn. żeby rekin tak długo gryzł, aż połknie całego człowieka). Częściej kończy się na poważnych zranieniach, prowadzących do amputacji jakiejś kończyny lub na wykrwawieniu. Zresztą najgroźniejszy – żarłacz biały właściwie żywi się padliną, więc jak zaatakuje, to potem odpływa czekając aż ofiara się wykrwawi, i dopiero potem ją zjada.

IMG_5747

I na koniec informacji żywieniowych dwa zaskakujące fakty: kto jest większym drapieżcą – delfiny czy rekiny? Oczywiście, że delfiny. Dziennie potrzebują zjeść około 15 kg ryb. Natomiast taki żarłacz biały może po zjedzeniu 30 kg mięsa wytrzymać 45 dni. Generalnie rekiny żywią się co kilka dni i zjadają o wiele mniej procentowo do masy swojego ciała niż delfiny. Jest to oczywiście związane z wydatkiem energetycznym – rekiny są zmiennocieplne i nie potrzebują energii na ogrznie się, w przeciwieństwie do delfinów.

I drugi fakt – rekiny jedzą foki, prawda? A wiedzieliście, że foki jedzą rekiny? W każdym razie, teraz już wiecie. Uchatka kalifornijska uwielbia przekąsić młodego żarłacza błękitnego. To tyle w kwestii mylącego wyglądu.

IMG_5738

Kończąc wpis, wspomnę też o rekinie, którego nie widzieliśmy, ale zafascynowała mnie notka na jego temat umieszczona w jednej z ulotek – książeczek.

Chodzi o anioła morskiego. To gatunek rekina bardzo przypominający płaszczkę. Żyje na dnie oceanu, często zagrzebany w piasku. Taki kamuflaż pomaga mu zarówno ukryć się przed wrogami, jak czekać na ofiarę. Anioły morskie są niegroźne dla ludzi, chyba że się na nie nadepnie. Wtedy potrafią ugryźć (niebywale bezczelne zachowanie!). I z tego powodu bywają nazywane diabłami piaskowymi. I teraz wracając do nieszczęsnej Śpiącej Królewny – dopóki w bajce spała, a potem pocałowana otworzyła niewinne oczęta rzucając się księciu na szyję, postrzegana jest jako anioł kobieta. Ciekawe tylko, ile kobiet obudzonych przez obcego faceta włażącego im do łóżka nie zareagowałoby co najmniej wytrzaskaniem go po twarzy. No, chyba że obawiałyby się nazwania ich diablicą. W najlepszym wypadku.

 

 

Rozleniwione medytacje w krainie syren

Bardzo dawno, dawno temu, w odległej krainie, gdzie czas płynie według innych zasad i najważniejszy jest brak zmian, bo gdy nastąpią zmiany (na przykład w Teatrze przy Starowiślnej) to śpiący w podziemiach królowie się pobudzą, a smok przestanie zgrywać dobrotliwego stwora, pewien całkiem – całkiem niczego sobie mężczyzna, postanowił uczynić ze mnie uczciwą kobietę. Wiedział, że byle czym mnie nie skusi, więc wchodząc w konszachty z różnymi dziwnymi postaciami w kapturach uzyskał zgodę na wejście na wysoką wieżę, gdzie dzwon komentujący życie narodu zamieszkuje. Wejście poza godzinami zwiedzania.

Gdy zdziwiona i zziajana tam dotarłam, w obecności lśniącego serca dzwonu usłyszałam propozycję przygody życia, czyli życie we dwoje.

Pewnie bym się trochę wahała. Nie żebym coś miała przeciwko mężczyznom (a szczególnie temu konkretnemu) czy przygodom, ale… jakoś niepojęte było dla mnie deklarowanie się w wieku dwudziestuparu lat odnośnie planów na kolejne ponad pięćdziesiąt. Tylko podpisując kredyt robi się takie rzeczy, i o ludziach, którzy to robią mówi się, że nie są poważni.

Tak więc prawdopodobnie zwlekałabym z odpowiedzią, kluczyła, lawirowała, gdyby nie… pierścionek zaprojektowany przez składającego propozycję. Pierścionek z czarną perłą, moją największą pokusą jeśli chodzi o klejnoty.

Właściwie nie literalnie czarna, ale aksamitnie grafitowa, migająca fioletem, głęboką zielenią, delikatnym różem i ciemnym błękitem. Idealna, kulista, wabiąca. Doskonały dowód na to, że uwierające przeciwności życia nie są powodem do poddania się, ale do walki i stworzenia czegoś pięknego. Tym dla mnie są perły, dlatego mnie inspirują.

Popatrzyłam na pierścionek. Resztką rozsądku upewniłam się co do trzech najważniejszych rzeczy:

  • nie będę musiała w ramach udziału w przygodzie życia prasować mężczyźnie koszul do pracy
  • nie muszę zmieniać nazwiska (nie jestem autem, które oznacza się tablicą rejestracyjną wiążącą je z właścicielem)
  • do końca życia mogę wzdychać platonicznie do dowolnego obiektu męskiego, należącego do szeroko rozumianej grupy aktorów. Wzdychanie obejmuje oglądanie filmów po kilka razy z rzędu, maślany wzrok na filmach i tuż po nich, oraz tapetę na pulpicie komputera (z plakatów już wyrosłam). Nie pamiętam do kogo wtedy wzdychałam (to już dawno były czasy po Costnerze), wiem że potem kilku przystojniaków było, w tym Craig, Daniel Craig. Natomiast od jakiegoś czasu na pulpicie komputera rządzi u mnie Sam Heughan który w stylizacji jako Jamie Fraser jest takim szkockim hm… (ciachem , ciachem – krzyczy mi w głowie jedyne określenie), szkockim przystojniakiem, że nie znam osoby, która by nie wzdychała (a nawet jęczała cichutko) podczas oglądania filmu.

Mężczyzna przystał na warunki bez problemu, a ja stałam się właścicielką pierścionka. Przesadą byłoby rzecz, iż Dzwon Zygmunta zabrzmiał, ale nie skłamię jak powiem, że jego serce świadkujące tej scenie zadrżało.

Moja perła jest z Haiti, ale tam jeszcze nie dotarliśmy realizując swoją przygodę życia. Natomiast w Monkey Mia ulokowana jest jedyna w Australii farma pereł. Nie było szans, żebyśmy tam nie zajrzeli.

Tolek stawia maszt  : )

Tolek stawia maszt : )

IMG_5626

IMG_5634

Dopłynęliśmy katameranem do pływającego na wodzie domku. Tam przemiły pan posługując się australijskim angielskim, którego jeszcze nie opanowałam, w ekspresowym tempie opowiedział o hodowli pereł. Rzucał liczbami i datami, ale skupiona na pilnowaniu dwójki dzieci, które w każdej chwili mogły wpaść do wody, robieniu zdjęć i zastanawianiu się, czy można tutaj płacić kartą, nie dałam rady zanotować większości z nich. Uprzejmie proszę o wybaczenie (stąd też tak długi wstęp – jakoś musiałam zapełnić standardową długość posta).

Blue Lagoon Pearl Farm od trzech pokoleń należy do rodziny Morganów.

Cała przygoda z hodowlą pereł rozpoczyna się od rozmnożenia perłopławów, których mikroskopijne zalążki najpierw unoszą się w jednej ogromnej wannie, a potem gdy wczepią się w grubą i włochatą linę, umieszczane są w oceanie. Tam rosną, aż w końcu mogą zostać użyte do produkcji pereł.

Wnętrze farmy pereł

Wnętrze farmy pereł

Perłopławy rodzące perły

Perłopławy rodzące perły

Lina w którą wczepiają się rosnące perłopławy

Lina w którą wczepiają się rosnące perłopławy

Hodowla pereł natomiast wygląda z grubsza tak, że z muszli małża z Missisipi (słodkowodny małż) pobiera się perłowy, okrągły zarodek, otula się do kawałkiem naskórka właściwego perłopława i tak przygotowany wsadza za pomocą cienkiego narzędzia z powrotem pod naskórek małża. Można sobie wyobrazić jak misterna jest to praca i ile kunsztu musi mieć osoba wkładająca “perłowy zarodek” tak, aby zmaksymalizować szanse na to, że perłopław nie umrze i zacznie produkcję masy perlowej wokół wszczepionego intruza. Na farmie Blue Lagoon wynajmowane są do tego kobiety z Azji (nie pamiętam której narodowości), bo ponoć potrafią mieć prawie 100% skuteczność. Dzień po dniu wytwarzana otoczka (miks aragonitu i konchioliny, jeśli ktoś musi wiedzieć) pokrywa zarodek, twardnieje, aż po trzech a czasem dopiero pięciu latach (w zależności od planowanej wielkości) można wyjąć gotową perłę.

A w międzyczasie ostrygi są umieszczane w specjalnych metalowych rusztowaniach i żyją sobie w oceanie. Zagraża im jakiekolwiek zatrucie wody, zbytnie obrośnięcie glonami i tysiąc innych nieprzewidywalnych czynników. Czysta ruletka, tyle że czasochłonna.

Perłowe zalążki z innych ostryg

Perłowe zalążki z innych ostryg

Otwieranie perłopława

Otwieranie perłopława

Narzędzie, którym umieszcza się zalążek perły

Narzędzie, którym umieszcza się zalążek perły

Perłopław

Perłopław

Przymocowane w takich rusztowaniach perłopławy tworzą perły

Przymocowane w takich rusztowaniach perłopławy tworzą perły

W Blue Lagoon eksperymentuje się też z uzyskiwaniem wyrobów perłopodobnych – czyli romantycznych kształtów, kawałków złota obtoczonych masą perłową, a także typowym australijskim przebojem – opalem otulonym perłą. To dla tych, co nie mogą się zdecydować jaką biżuterię chcą założyć.

IMG_5645

IMG_5646

IMG_5648

IMG_5649

IMG_5644

Shark Bay to nie tylko delfiny, perły, wielbłądy, plaża z muszli i stromatolity. To również największy podwodny trawnik – obszar zajęty przez trawy morskie to około 4 tysięcy km2. Dla porówniania Warszawa (miasto) ma powierzchnię ciut ponad 500 km2 (a gród w którym czas płynie, lub markuje płynięcie – 320 km2). Czyli osiem naszych stolic i mamy miejsce, które jest rajem dla wielu, wielu zwierząt. Rośnie tutaj 27 z prawie 60 gatunków traw morskich i jest to największe na świecie zróżnicowanie. Pomijając jak taka trawa wpływa na kształtowanie się dna morskiego (spłyca je, z zatrzymanego piasku nadbudowuje brzeg i zarasta coraz głębiej w ocean), swoją różnorodnością, obszarem i bujnością stanowi żłobek i wielkie pastwisko dla mnóstwa ryb, krewetek, znanych już delfinów, płaszczek, żółwi oraz syren.

Ciemne obszary to właśnie trawa morska

Ciemne obszary to właśnie trawa morska

Diugonie to roślinożerne ssaki żywiące się wyłącznie trawą morską. Mimo swojej wagi – 400 kg, i rozmiarów – 3,5 m długości, są nieśmiałe, łagodne i … oczywiście zagrożone wyginięciem.

Jest to o tyle smutniejsze, bo diugonie zostały jedynym roślinożernym ssakiem morskim na świecie. Krowy morskie już wytępiliśmy.

A populacja nie odbudowuje się tak prosto biorąc pod uwagę fakt, iż samica rodzi zwykle pierwsze dziecko gdy osiągnie dziesiący rok życia, najczęściej potomstwo jest jedno, i od 4 do 7 lat poświęca na jego wychowanie, a dopiero potem może ponownie zajść w ciążę.

Diugonie żyją zwykle w rodzinach tradycyjnych (mama, tata i młode), są monogamistami, ale spotyka się też większe stada tych zwierząt.

Pływają dość wolno, około 10km.h, choć ścigane potrafią uciekać z prędkością ponad 20 km/h. Co i tak nie daje im wielkich szans przy spotkaniu z dwoma największymi wrogami – żarłaczem tygrysim i człowiekiem.

Nazwa “dougon” pochodzi prawdopodobnie z języka malajskiego i oznacza “panią morza”. Nie mieliśmy jakiejś wielkiej nadziei na spotkanie tych ssaków (ostatecznie 4 tysiące km2 to nie takie nic), ale potraktowaliśmy je jako pretekst do zbankrutowania na kilkugodzinny rejs katamaranem.

IMG_5384

Nasz kapitan, przystojny, spalony słońcem blondyn z paznokciami u stóp pomalowanymi na 10 różnych kolorow, opowiedział co nieco o kamizelkach ratunkowych, bezpieczeństwie i tym podobych bzdetach, a potem zamiast kamizelek rozdał nam (tym którzy nie mieli swoich) okulary słoneczne i krem z filtrem. Bo jak pewnie słusznie stwierdził, podczas takiego rejsu prędzej można zginąć od słońca niż od wody.

IMG_5472

IMG_5400

Trochę na początku obawiałam się jak dzieciaki zareagują na tą wyprawę. Miejsca do biegania nie było wiele, a to które było idealnie nadawało się do ześlizgnięcia się do wody (nie oszukujmy się, barierka nie jest żadnym zabezpieczeniem). Środek natomiast był wyłożony siatką, po której nie dało się wygodnie raczkować, w oczka ciągle wpadały małe dziecięce nożki, a od czasu do czasu fale moczyły wszystkich, którzy tam siedzieli.

Jak zwykle martwiłam się na zapas. Chłopaki byli zachwyceni, a na siatce wyczyniali takie akrobacje, że nie raz mieliśmy zawał, gdy za bardzo zbliżali się do krawędzi. Ani fale, ani kołysanie nie były im straszne.

Z tyłu - dziura, przez którą chłopcy non stop próbowali wypaść

Z tyłu – dziura, przez którą chłopcy non stop próbowali wypaść

A tu barierki zabezpieczające przed wypadnięciem...

A tu barierki zabezpieczające przed wypadnięciem…

IMG_5395

IMG_5387

IMG_5503

Widzieliśmy płaszczki, żółwie, śpiące delfiny. Bezmiar lazurowej wody, w szalonym tempie migoczące fale, błękit nieba, czerwień australijskiej ziemi na horyzoncie. Szum wiatru, niosący ulgę i zwodzący jego powiew na twarzy. Nie musieliśmy medytować, żeby poczuć zupełny relaks.

IMG_5141

IMG_5462

IMG_5442

IMG_5408

IMG_5520

Był początek kwietnia, much w końcu nie było, rekiny odpłynęły na kilka miesięcy, słońce zamiast parzyć przyjemnie grzało, a kropelki ciepłej wody z rozbryzgujących się fal zraszały nam twarze. Do Zachodniej Australii wielkimi krokami zbliżała się zima.

IMG_5622