Teoria WWW – Warto Wierzyć Właściwie

Każdy wierzy w co może lub w co chce. Wierzący albo czeka na potwierdzenie słuszności swojego wyboru, albo wybrał, bo wiara już dysponuje dowodami na istnienie obiektu wierzeń. Zgodnie z tą tezą ja wierzę w zbiegi okoliczności.

Od dzieciństwa chciałam zobaczyć delfina na żywo. Ba, chciałam go dotknąć, pogłaskać, nawiązać więź duchową i przyjaźń po wsze czasy. Niewątpliwie był w tym wpływ jakiś filmów puszczanych w ramach telewizji dziecięco-młodzieżowej w paśmie spotkań z Disney’em. I zapewne był to wynik głębokiej niewiedzy o tym, że zwierzęta nieudomowione powinny obejść się bez głaskania ze strony człowieka.

Dorastałam, głaskałam różne zwierzęta po drodze, skończyłam studia (jakże niezwiązane z delfinami, podróżami czy czymkolwiek innym co mnie kręci w życiu i stanowi o udanym dniu), i gdzieś po drodze, w sposób niezamierzony, acz pożądany wyrobiłam sobie pogląd na temat relacji świata zwierząt i ludzi. Na blogu parę razy wspominałam o przemyśleniach dotyczących ogrodów zoologicznych, pokazów z tresowanymi zwierzętami, atrakcji turystycznych wykorzystujących zniewolone i brutalnie za kulisami wyszkolone zwierzęta. Ba, żeby być szczerą przyznam, że mam problem ze spełnieniem swojej zachcianki (bo inaczej tego nie nazwę) w postaci trzymania w domu kanarka lub papugi. Niby są duże klatki, niby są zabawki do tych klatek, ale gdzieś w głębi duszy wiem, że nie ma klatki tak dużej, aby ptak nie spostrzegł niewoli. Nawet wypuszczony na pokój nie może odlecieć. A jakie mam prawo pozbawiać ptaka podstawowej radości jego życia? Więc śnią mi się te kanarki po nocach jak zakazany owoc, ale chyba tam pozostaną. I dobrze, bo z drugiej strony takie małe, a potrafi narobić niezłego bajzlu dookoła klatki.

Jestem jednak świadoma, że życie to nie projekt artystyczny, gdzie można posłużyć się dwoma kolorami i w czarnobiałej przestrzeni oddać niuanse wyborów. Akceptuję więc kanarki u innych osób (żeby nie było, że się wywyższam, co mi kiedyś przy okazji zarzucono), akceptuję u nich złote rybki w szklanych kulach niewiele większych od mojej filiżanki z kawą, akceptuję też ogrody zoologiczne. Ale po spełnieniu kilku warunków.

Planując podróż przez kontynent zapaliliśmy się do pomysłu odwiedzenia ogrodu zoologicznego prowadzonego przez żonę Stevena Irwina (tego od krokodyli, pokonanego przez spokojną i zwykle niegroźną płaszczkę, która do tej pory – jako gatunek a nie sztuka – zabiła ponoć trzy! osoby). Strona internetowa kusiła, oj kusiła. A gdy przeczytałam o możliwości spotkania i pogłaskania tygrysiątek lub geparda lub samego tygrysa bengalskiego – wow! Zignorowałam wysokość opłaty za tą przyjemność (około 1500 zł za dwa zdjęcia! z wybranym zwierzęciem) i autorytatywnie wbiłam pinezkę odpowiedniego koloru w mapę kontynentu. Po dniu (lub dwóch), gdy lekko ochłonęłam z zachwytu, zaczęłam myśleć. Jak oni to robią w tym zoo, że małe tygrysiątka są bez sprzeciwu ze strony mamy zabierane, czochrane przez ludzi, a potem takie śmierdzące człowiekiem są tej mamie oddawane, a ona ich nie zjada. W jaki sposób tygrys bengalski leży spokojnie na zdjęciu i daje się klepać po tyłku zachwyconym turystom? Ok, rozumiem, że można go nakarmić wcześniej i taki objedzony nie rzuca się na ludzi od razu. Rozumiem, że są zasady zmniejszające ryzyko ataku – turyści płacący 1500 zł muszą być odpowiednio ubrani, nie mogą intensywnie pachnieć Chanel 5, mieć na sobie żadnych głośnych dodatków (bransoletek, koralików, itp), nie nosić butów, w których jeżdżą konno, itp. Ale jednak! Tygrys to tygrys, spodziewam się, że żadnego regulaminu dotyczącego oferty zdjęć z ludźmi z wykluczeniem ich jedzenia nie podpisywał. Więc tak sam z siebie spokojnie siedzi? A nawet jeśli siedzi, bo jest dobrze wychowany, to wracam do pytania o tygrysiątka – mama ich tak bez problemu się pozbywa dzień w dzień na pół godziny? Traktuje to jak okazję do wypicia herbatki lub wstawienia naczyń do zmywarki (jak to jest w moim przypadku, gdy ktoś litościwie weźmie moje potomstwo na chwilę pod opiekę)?

Napisałam maila do zoo z prośbą o zapewnienie mnie, że ani matce tygrysiątek, ani tygrysiątkom, ani samemu tygrysowi nie podaje się żadnych leków uspokajających lub innych na czas spotkania z bogatymi turystami. I że znają sposób na przekonanie mamy tygrysicy do idei zarabiania przez jej dzieci na zoo. Mail był grzeczny, nieironiczny (owszem, tak też potrafię pisać), sprawdzony pod względem gramatyki i ortografii. Odpowiedzi nie dostałam. Pinezkę z mapy usunęliśmy.

Już na miejscu, podróżując wzdłuż wybrzeża co rusz natykaliśmy się na ulotki zachęcające do nurkowania z delfinami. Nie powiem, żeby serce mi nie drgało. Gdy w końcu znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu, gdzie ze względu na prądy, słońce, księżyc, głębokość zatoki i inne szalenie ważne parametry organizatorzy a) dawali gwarancję 90% na spotkanie delfinów i b) nonszalancko twierdzili, że aby unosić się w wodzie oceanu w piance nurkowej, za pomoc mając tylko linę przyczepioną do jachtu, NIE trzeba umieć pływać, musiałam ostatecznie zrezygnować z marzenia. Po pierwsze byliśmy spłukani, bo ZUS na czas nie wypłacił nam wynagrodzenia za urlop ojcowski, a po drugie, co wielokrotnie było już tu wspominane mimochodem (ech!) Australia okazała się być dwukrotnie droższa niż zakładaliśmy i nasz budżet topniał dość ekspresowo. Byliśmy więc podwójnie spłukani i na ekstrawagancje (a 800 zł za 20 min w wodzie z delfinami zalicza się do takowych, do tego Michał z dziećmi za samo bycie na pokładzie zapłaciliby dodatkowe 400 zł) musieliśmy położyć szlaban.

Nie udało mi się półtora roku temu obejrzeć pokazu delfinów w Barcelonie (kolejka na trzy godziny stania, a my byliśmy tam z malutkim Tolkiem). Mimo postanowienia i kierowania trasą tak, aby przejeżdżać obok miejsc „delfinowych“, musiałam odpuścić wykupienie wycieczki jachtem w Oz. Próbowałam, próbowałam, próbowałam i nic nie wychodziło z tej mojej pogoni za marzeniem. Co mi pozostało?

Wiara, moja silna wiara w zbiegi okoliczności.

Podróżując wzdłuż zachodniego wybrzeża kontynentu dojechaliśmy do cypla zwanego Monkey Mia. Od momentu zjazdu z autostrady przez 150 km prowadziła tu tylko jedna droga, bardzo monotonna droga. Na końcu jest malutkie miasteczko Denham, ktore o 16 gdy do niego dotarliśmy było całkowicie zamknięte. Tylko emu wałęsały się po ulicach.

IMG_5131

 

IMG_5137

Minęliśmy je i dotarliśmy do kempingu położonego na samym końcu drogi. Sporo tych kempingów już zaliczyliśmy, ale ten był absolutnie beznadziejny. Miejsca postojowe dla małych i średnich kamperów plus namiotów wyznaczone były wyraźnie pod wpływem jakiś regulacji prawnych nakazujących takowe wyznaczyć. Kemping celował w bogatych, bardzo, bardzo bogatych Australijczyków, którzy przyjeżdżali tu na dłuższy weekend z pobliskiego Perth (860 km w jedną stronę) swoimi najprawdę na błysk wypasionymi limuzynami 4×4 ciągnącymi przyczepy z łodziami motorowymi wartymi więcej niż niejedno niezłe mieszkanie w Warszawie. Wspominałam już o tym, że ze względu na kopalnie Australia Zachodnia jest najbogatszym stanem tego kontynentu? Żadnych miast (tzn. twierdzą, że Perth jest miastem, ale zeszliśmy je z dwójką dzieci na piechotę w dwa dni, a trzeciego z nudów pojechaliśmy do pobliskiego Fremantle, więc sami oceńcie), same pustynie, a rankingi wiedzą swoje. Tak więc ci absolutnie topowo sytuowani Australijczycy wynajmowali na kempingu eleganckie bungalowy ustawione wzdłuż plaży, z tarasami wychodzącymi oczywiście wprost na piasek. Drugą mile widzianą grupą byli ekstrawagancko bogaci, którzy podróżowali niesamowitymi kamperami wielkości autokarów wycieczkowych, z trzema pokojami, salonem i jadalnią w środku. Pozostali turyści byli tolerowani. Dla nich przeznaczono miejsca do stanięcia na każdym wolnym kawałku terenu gdzie pod różnymi kątami zbiegały się kempingowe drogi, a pomiędzy nimi powstawał nieużytek w kształcie trójkąta na którym nijak nie dało się zaparkować autokaru. Staliśmy więc pomiędzy taką drogą tuż przy jednym boku samochodu, a drugim bidokamperem z drugiej strony i zastanawialiśmy się jak upilnować dzieci, żeby nie weszły pod koła. Nic dodać nic ująć – czuliśmy się jakbyśmy zaparkowali pod palmą przy Nowym Świecie.

Natomiast to nie auta okazały się największym zagrożeniem dla dzieci. Po kempingu panoszyły się emu w ilościach hurtowych. Emu tak bezczelne, że wkładały głowy do kamperowej kuchni szukając jedzenia, a jak coś zobaczyły w ręku to bez pardonu uznawały za swoje. To nie bylo śmieszne, emu to nie choćby najbardziej nachalna kukabura czy mewa. Potrafią kopnąć tak, że złamią człowiekowi kość, a dziobami nabijają naprawdę potężne siniaki. I żadne tam machanie rękoma i wrzeszczenie: a sio ich nie zniechęca. Raczej zachęca (do walki). Przez trzy dni pobytu tam karmiliśmy dzieci w sposób planowy. Jedno pilnowało, żeby dzieci zjadły, a drugie biegało wokół samochodu wymachując największą patelnią jaką mieliśmy i waląc w nią chochlą. Działało. W zamian w okresie naszej nieobecności emu podchodziły do auta i waliły takie kupy, że nasze polskie krowy mogą się zawstydzić…

Aby dopełnić obrazu atmosfery kempingowej dodam, że towarzystwo śmietanki finansowej było wymieszane ze współczesnymi hippisami – surferami, którzy podróżują bez namiotu, bez bagażu, za to z deską i obowiązkowo markowym kostiumem (lub szortami) na plażę. Pierwszy raz w Australii znalazłam się w miejscu, gdzie aż namacalna była atmosfera „pokazania się“. Wygląd miał znaczenie absolutnie u jednych i drugich, ilość dodatków zakładanych do zwykłego stroju plażowego przekraczała całą moją szufladę z biżuterią pozostawioną w Polsce. Do tego idealna opalenizna, fryzura, makijaż, bicepsy, tricepsy i co tam jeszcze można nosić w danym sezonie. A pośród tego wszystkiego zwykli, jakby z innego obrazka „grey nomadzi“, starsi Australijczycy podróżujący na emeryturze po swoim kraju średniej klasy kamperami. I my.

IMG_5129

IMG_5116

No dobrze, to czemu tam się zatrzymaliśmy aż na trzy noce i żałowaliśmy, że nie możemy na dłużej? Po pierwsze – wielbłądy. Po drugie – mieliśmy w planach rejs katamaranem w poszukiwaniu dougoni. Po trzecie – w zatoce funkcjonowała farma pereł, a tego nie mogłam odpuścić. Po czwarte… Choć właściwie nie, nie będę ściemniać. Monkey Mia to miejsce, gdzie całkiem za darmo można na wyciągnięcie ręki zobaczyć codziennie dzikie delfiny, które pływając w oceanie wpadają do resortu na rybkę lub dwie. Nie żartuję. Tam po raz pierwszy spotkałam delfiny na żywo i tam też dowiedziałam się, dlaczego nie powinno się ich głaskać. Oraz tego, dlaczego delfiny zamknięte w delfinariach popełniają samobójstwo. I czemu pływanie z delfinami, główna płatna atrakcja wielu miejsc, bardziej im szkodzi niż pomaga. Pomyśleć, że tylko na skutek zbiegów okoliczności udało mi się nie popełnić żadnego z tych błędów. I jak tu nie wierzyć?

IMG_5164

IMG_5222