Tata, jak się jeździ na łombandzie?

Dość dawno temu, właściwie całe lata świetlne, czyli jak Tolo miał około dwóch lat jedną z jego ulubionych zabaw z tatą była jazda na różnych zwierzętach. Tolek pakował się Michałowi na ramiona, z braku lejc, kantara czy innego uchwytu bezpardonowo łapał za włosy i rzucał komendę: Tejas jecim na łoniu.

Po okrążeniu pokoju ciężkimi krokami wykonywanymi przez słonia… Swoją drogą, znacie ten kawał o słonikach?

Mały chłopiec prosi tatusia: Tato, tato, zrób jeszcze raz wyścig słoników.

Tata: Ależ synku, słoniki są już zmęczone, biegały dziś kilkanaście okrążeń. Chłopiec: Ale tato, ja chcę zobaczyć jeszcze raz jak słoniki biegają!

Tata: Synku…

Chłopiec: Proszę, proszę. Ostatni raz jak słoniki biegają, obiecuję!

Tata: No dobrze, ale naprawdę ostatni raz. Pluton! Maski gazowe włóż i dwa okrążenia biegiem!

Tak więc, gdy pokój już został zwiedzony na grzbiecie słonia, Tolo zmieniał środek transportu i zarządzał: A tejas jecim na łombandzie.

Oczywiście bez trudu zgadliście, kim jest łomband?

20140406-IMG_5324

 

Gdy w domu czytaliśmy o roli wielbłądów w odkrywaniu Australii, trafiliśmy też na komercyjne oferty przejażdżek na tych zwierzętach po bezkresnym australijskim krajobrazie. Nie nastawialiśmy się jakoś szczególnie, ale mieliśmy z tyłu głowy, żeby nie przegapić takiej atrakcji, gdy będzie gdzieś obok. Ech, przez chwilę poczuć się jak pionierzy eksplorujący nieznane białe plamy na mapie dzikiego kontynentu…

Pierwsza okazja nadarzyła nam się w Quorn, gdzie miała być farma wielbłądów z wycieczkami po outbacku. Niestety, albo na szczęście, ale o tym za chwilę, farma rok temu została zamknięta. Jadąc naszą trasą przez Australię jeszcze dwa czy trzy razy trafiały nam się ulotki o przejażdżkach na dromaderach, ale zawsze była to bliska okolica w australijskim pojęciu, czyli musielibyśmy nadłożyć minimum 250 km drogi. Odpadało.

Planując pobyt na zachodnim wybrzeżu z braku czasu zrezygnowaliśmy z dotarcia do Broome, co wywołało lekki smutek, bo jak wpiszecie nazwę miejscowości w google images, to oczywiście wyskoczy wam bezkresna plaża o zachodzie słońca z jeźdźcami na wielbłądach w milczeniu podziwiającymi ten widok. Pocztówka, wiem, ale czasem człowiek podczas tej wyczerpującej podróży australijskiej chciałby się poczuć jak na wakacjach i zrobić coś standardowego, kiczowatego i rozleniwiającego. Oglądanie zachodu słońca na wielbłądzie, z ewentualnym plastikowym kieliszkiem szampana przygotowanego przez operatora wycieczki byłoby do przełknięcia. Tak myślę. Jednak nie tym razem.

Zupełnie niespodziewanie nasze wielbłądy czekały na nas w Monkey Mia.

To było najlepsze, co mogło nam się zdarzyć.

Podróżując po świecie trafiają się okazje przeżycia różnych doświadczeń, które niestety tylko dla turystów są niezapomnianą atrakcją. To spotkania z natywnymi (choć i to niekoniecznie) zwierzętami. Robiące sztuczki małpki w Indiach, przejażdżka na słoniu w Tajlandii, głaskanie lwa w afrykańskim zoo czy choćby pokaz akrobacji delfinów w barcelońskim delfinarium.

Zachwyceni turyści płacą grosze za możliwość potrzymania małpki, posiedzenia na grzbiecie słonia lub wykąpania tego “sympatycznego” olbrzyma, oklaskania zachwycających skoków superinteligentnych ssaków, które przeszły ewolucję na opak.

I nie zastanawiają się, bo po co psuć sobie wakacje, ile cierpienia zwierzęcia kryje się za ich rozrywką. Pewnie nawet gdzieś z tyłu głowy pojawia im się myśl, że normalnie małpki nie chodzą na dwóch nogach, słoń nie urodził się po to, żeby bez agresji nosić na sobie zachwyconych ludzi, a lew niekoniecznie przepada za czochraniem mu grzywy i całowaniem nosa. Jednak ta myśl jest zbyt nieprzyjemna, żeby się na niej skupiać, a już na pewno nie w czasie wakacji. Bo gdyby dopuścić ją do głosu i wklepać proste hasła w internet wiedza skutecznie mogłaby zepsuć błogostan wywołany urlopem w egzotycznym miejscu. Przykład? Wszystkim jadącym do Tajlandii polecam chociażby http://wimieniutychconiemowia.wordpress.com/dlaczego-zagrozone/tysiace-problemow-gigantow-azji/ a dla tych, co kierują się do Indonezji zdjęcia Artura Gutowskiego o małpim teatrze i bestialskiej tresurze, która sprawia, że te zwierzęta nagle chodzą wyprostowane, choć natura nigdy nie miała tego w planach. Naprawdę, bez większego problemu i czasochłonnych badań można dowiedzieć się, że w celu podporządkowania dajmy na to słonia zabiera się go we wczesnym niemowlęctwie od matki (którą czasem na oczach malca się zabija, bo słonica nigdy nie odda swojego dziecka), potem przerażonego, skutego i unieruchomionego głodzi, bije kijami i ostrymi hakami, aż w końcu złamane dziecko zaczyna się tresować za pomocą bólu i tortur. Następnie, już w obecności turystów, wystarczy go “lekko” puknąć w czoło “zwykłym” kijkiem lub pokazać hak, który normalnie wbijało mu się w skórę, a ogromne zwierzę będzie tańczyć tak jak chce jego opiekun i oprawca w jednej osobie.

Czyżbymy słyszała głosy, że w takim razie już nigdy więcej przejażdżek na słoniach? Hm. A do cyrku z małpkami jeżdżącymi na rowerkach dzieci (swoje lub znajomych) zabieracie? A kilka kilometrów drogi do Morskiego Oka idziecie czy jedziecie przeładowanym wozem ciągniętym przez wyczerpanego konia? A do zoo, gdzie szympansy odsiadują wyrok w pustych, metalowych klatkach dwa na dwa metry chodzicie? Ostatecznie pozostaje topowa w ostatnich latach rozrywka wakacyjna nadmorskich miejscowości – przewoźne, ciasne, urągające potrzebom zwierząt oceanarium z rekinami upchanymi do pojemników niewiele większych niż one same.

I tak dalej. Nie trzeba jechać do Azji, żeby zapłacić za czyjeś cierpienie, prawda?

Z wielbłądami może i nie jest tak drastycznie, ale prawda jest taka, że wielbłąd sam z siebie też nie ma zbytniej ochoty wozić ludzi na grzbiecie, w dodatku po trasie wyznaczonej przez przewodnika. I tu rzecz ma się podobnie jak z końmi, które można na dwa sposoby nakłonić do zaakceptowania siodła – łamiąc ich wolę i groźbą bólu narzucając swoją decyzję, albo porozumieć się z nimi za pomocą szeptania. Tak, tak – ktoś coś słyszał o zaklinaniu koni (w ostateczności pewnie sporo osób widziało film o najsłynniejszym zaklinaczu, czyli Robercie Redfordzie, ach!), ale o zaklinaniu wielbłądów jakoś nie ma wielu książek : ) Nie ma, bo samych zaklinaczy jest jak na lekarstwo nawet w skali światowej. Zwykle taki wielbłąd jest traktowany batem, a do kontroli podczas przejażdżki używa się dość często drewnianych kołków wbijanych w nozdrza zwierzęcia, do których jest przymocowana uprząż. Czasem kołki (nose peg) zastępowane są metalowym kółkiem lub zwykłym patykiem przeciągniętym na przestrzał nosa.

20140406-IMG_5323

My mieliśmy to szczęście, że na zupełnym odludziu trafiliśmy na jednego z nielicznych zaklinaczy wielbłądów.

Hank jest Holendrem, zakałą jak sam o sobie mówi z pewnego szanownego i bardzo bogatego rodu. Wychowywany przez dziadka, który był weterynarzem holenderskiego króla, od czwartego roku życia biegał pomiędzy końmi (lub raczej pod ich brzuchami). To właśnie od dziadka nauczył się, że wymagać czegokolwiek od zwierzęcia można tylko z poszanowaniem jego woli i godności. Gdy miał osiem lat, lub coś koło tego, król nabył do swojej stajni kilka wielbłądów (czy też otrzymał je w darze dyplomatycznym, nieważne). I w ten sposób Hank jako dziecko zaczął zaklinać wielbłądy tak jak powszechnie robi się to w stosunku do koni lub psów. Mijały lata, a Hank po wielu różnych przygodach w iście wagabundzkim stylu w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi – absolutne odludzie gdzieś na zachodnim wybrzeżu Australii. Mieszka tam ze swoimi wielbłądami, czasem przyjmuje na staż kogoś, kto nagle odkrywa w sercu, że od zawsze chciał zaklinać wielbłądy (tak, też nam ten pomysł zakiełkował, ale jeszcze nie mamy pojęcia gdzie na rok oddać dzieci. Są jakieś żłobki i przedszkola z internatem?), a w wolnych chwilach, gdy jest zapotrzebowanie wozi turystów po plaży i opowiada o swoich czworonożnych przyjaciołach.

20140406-IMG_5356

20140406-IMG_5353

Jest totalnym odjechanym dziwakiem, serio. Podczas półgodzinnej przejażdżki wyjaśnił, że siodło dla każdego wielbłąda robi sam pod konkretnego osobnika, bo każdy dromader ma trochę inny garb, a on chce im zapewnić maksimum komfortu. Że normalnie wielbłądy zjedzą każdy uschnięty patyk, a po długim okresie suszy potrafią wypić 100 l wody w 10 minut, co zabiłoby każde inne zwierzę. Natomiast jego wielbłądy są karmione specjalnie dla nich kupowanym sianem i pelletami. Że podczas marszu przez pustynię średnio czterystukilogramowy wielbłąd potrzebuje mniej niż pół litra wody na godzinę, podczas gdy człowiek w takich warunkach musi wypić minimum litr, żeby się nie odwodnić. Ba, wielbłąd przeżyje nawet jeśli straci 25% wody z organizmu, a człowiek umiera już przy utracie 10 %. Aby jednak tej wody nie tracić tak szybko, wielbłądy zostały fabrycznie wyposażone w szereg opcji wodooszczędnych. Po pierwsze – nie pocą się. Potrafią regulować temperaturę swojego ciała o siedem, osiem stopni, żeby zmniejszyć różnicę z temperaturą powietrza. Dodatkowo od gorąca izoluje je grube futro i warstwa tłuszczu. Poza tym wielbłądy żyjące w stadach często przytulają się do siebie podczas gorąca, tak by zmniejszyć powierzchnię styku z rozgrzanym powietrzem i w ten sposób się chłodzić (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Wielbłądy oczywiście noszą zapas wody w swoich garbach, ale jako opcję awaryjną mają wbudowaną zdolność wytwarzania wody podczas ulteniania garbowego tłuszczu. Jakby tego było mało, to potrafią wychwytywać nozdrzami większość wydychanej pary wodnej, a ich układ wydalniczy odzyskuje wodę tak skutecznie, że mocz jest gęsty jak… ee, nie, tego nie napiszę, bo Hank naprawdę jest dziwakiem i jego określenie nie nadaje się do powtarzania. W każdym razie – wielbłądy dają radę. Do tego dodajmy dwupalczaste, niesamowicie miękkie stopy, które podczas chodzenia rozkładają się jak naleśnik i w ten sposób nie zapadają się w rozgrzany piasek i mamy zwierzę idealne.

Wielbłądy, o czym można nie wiedzieć, bo swoim lekceważącym wyrazem wiecznie znudzonego pyska nie dają przesłanek ku takiemu twierdzeniu, są niesamowicie inteligentne. Według Hanka o wiele inteligentniejsze niż konie czy psy. Z doskonałą pamięcią, własnym zdaniem i charakterem stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla osoby chcącej namówić je do pracy.

Usłyszeliśmy tysiąc anegdotek o wiozących nas “pustynnych statkach”, z których w pamięci zostały mi dwie najlepiej oddające charakter tych zwierząt. Kiedyś Hank musiał odwołać wszystkie wycieczki z turystami, bo zmarła jedna stara wielbłądzica z jego stada. Pozostałe wielbłądy przez prawie tydzień! płakały autentycznymi łzami i w żałobie za nic nie nadawały się do jakiejkolwiek przejażdżki. A gdy Hank kiedyś nieopatrznie zrobił sobie zbyt długie wakacje, czyli wyjechał na cztery tygodnie, to pozostawione pod dobrą opieką znajomego z sąsiedniej farmy wielbłądy wybiły mu takie pomysły z głowy. Po tygodniu jego nieobecności stały się apatyczne, przestały jeść, pić, w ogóle przestały cokolwiek oprócz leżenia na wybiegu. Biorąc pod uwagę, że z wielbłądziej farmy kilka dni zajmuje wydostanie się gdzieś, gdzie jest komercyjne lotnisko, powrót trwa tyle samo, to przy dwutygodniowym akceptowalnym przez wielbłądy wyjeździe niewiele czasu zostaje na same wakacje, prawda? Hank przestał więc wyjeżdżać.

 

Bardzo chcieliśmy skorzystać z okazji wycieczki plażą na grzbiecie wielbłąda. Co prawda to nie Broome i wycieczka była rano, a nie o zachodzie słońca, ale mimo tych minusów jakoś idea ciągle nam się podobała. Jedynym problemem był Tolek, który od czasów jeżdżenia na łombandzie przeszedł w wiek, gdzie zwykła zjeżdżalnia na placu zabaw wywołuje lęk wysokości. Wiedzieliśmy, że nie ma takiej siły, która wsadziłaby go na poczciwego kucyka, więc z tym wielbłądem mieliśmy sporego zgryza. Obawialiśmy się, że zwykła metoda, czyli przekupstwo lizakiem może nie wystarczyć. Tolek obejrzał zdjęcia na ulotce, poważnie popatrzył na Michała, który udając nonszalancję powiedział, że prawdziwe łombandy są ot jeszcze większe niż ramiona tatusia, pomyślał, my wstrzymaliśmy oddech, a syn rzucił bez większych emocji: Ok, mogę pojechać, tylko na swoim siodle, nie z Kajem.

Zarezerwowaliśmy wycieczkę w biurze kempingu i kupiliśmy bilety.

 

Następnego dnia czekaliśmy na plaży pokazując Tolkowi platformę do wchodzenia na wielbłądy i wypatrując najmniejszych oznak paniki u upartego i nieprzewidywalnego trzyipółlatka. Nic. Wielbłądy przybyły, a Tolek nic. W końcu Michał wsadził go do siodła, a Tolek nic. Ruszyliśmy. Ja na drugim wielbłądzie z Kajem, który kołysany w nosidle usnął niemal natychmiast próbowałam zrobić jakiekolwiek zdjęcia, gnana myślą, że lada moment pierworodny przypomni sobie, że nie toleruje takich wysokości i z wrzaskiem zażąda przerwania wycieczki. A Tolo nic. Doszliśmy do punktu, gdzie Hank wprowadził wielbłądy do oceanu i wydał im komendę: Chlapnijcie. Wielbłądy posłusznie, znając zasady zabawy łupnęły nogami w wodę, po pierwsze porządnie ochlapując nas, a po drugie nieźle kołysząc siodłem. Tolo dalej nic!

20140406-IMG_5321

20140406-IMG_5328

20140406-IMG_5336

Normalna mina Tolka na wielbłądzie

Normalna mina Tolka na wielbłądzie

Mina pozowana do zdjęcia na blog

Mina pozowana do zdjęcia na blog

I wtedy to się stało. W samym środku lata, na zachodnim wybrzeżu, które jest jedną wielką pustynią schodzącą do oceanu w oka mgnieniu rozpętała się burza. Burza tak gwałtowna, że w ciągu słownie pięciu minut jej trwania byłam przemoczona cała, łącznie z majtkami, miałam przemoczonego całkowicie Kaja, który jakby nie było siedział opatulony grubym materiałem nosidła (tak, obudził się), a lustrzanka rozpaczliwie osłaniana ciałem musiała na chwilę zmienić się w wodnoodporną idiotkamerę. A przynajmniej o to się modliłam. Tolek nie uznający żadnego niekontrolowanego chlapania, nawet w wannie z Kajem, Tolek uciekający do domu przy pierwszej kropli deszczu, ten sam Tolek przesiedział tą nawałnicę bez jednego słowa, tylko mocno zacisnął powieki i pochylił główkę. Do dziś nie mogę w to uwierzyć. Gdy podjechaliśmy do platformy pod koniec wycieczki stwierdził tylko: Nie za bardzo lubię jeździć na łombandzie jak pada deszcz.

20140406-IMG_5358

20140406-IMG_5365

Wku…rzony Kaj, rozanielona mama i uhahany wielbłąd - bezcenne.

Wku…rzony Kaj, rozanielona mama i uhahany wielbłąd – bezcenne.

 

Ok, przejażdżka na łombandzie zaliczona. Zostaje tylko zagadka co mamy zrobić z pytaniem, które przy okazji tej samej zabawy zadał nam półtora roku temu syn pierworodny zsiadając z ramion Michała: Tato, a jak się jeci na miale?

Podpowiedź: do trzeciego roku życia na widok któregokolwiek z naszych kotów Tolek wołał: o, miał przyszedł. Czy ktoś więc może przez przypadek (???) wie, jak się jeździ na miale?

 20140406-IMG_5352