Zawód fotograf. W roli głównej (zamiast Redforda) mama.

 

Są takie blogi niesamowite, powalające na kolana, budzące niemy podziw i wywołujące mimowolne okrzyki zachwytu (pokrywane kaszlem, gdy okrzyk wyrwał się w czasie godzin pracy). Blogi, których czytający nie musi być z tych 2% społeczeństwa posiadającego rzadką umiejętność czytania ze zrozumieniem. Są to blogi podróżnicze, gdzie podróżującym jest zawodowy fotograf. On przy swoich wpisach nie musi umieszczać wielu słów, czasem wręcz złośliwie nic nie pisze będąc cynicznym wyznawcą teorii, iż dobre zdjęcie samo mówi o czym jest. Taki fotograf robi tysiące zdjęć rano lub pod wieczór, gdy nastaje „złota godzina” światła, najbardziej pożądana przez fotografów pora dnia. Czekając na nią robi kilkaset próbnych ujęć, głównie po to by wybrać kadr i właściwe miejsce. Wiadomo, że te niedoskonałe, przeczące zasadom fotografii przez duże ef zdjęcia zostaną wykasowane, bo przecież zrobione za wcześnie nic w sobie nie mają. A na pewno nie mają tego światła.

Potem w wybranym miejscu rozstawia solidny, ciężki statyw, a czasem też kilka innych szpanerskich gadżetów, takich jak kolorowe filtry na obiektyw, kłujących w oczy stojących obok amatorów z idiotkamerami lub nie daj Bóg z ipadami nastawionymi na robienie zdjęć. A potem powoli, w skupieniu, jakby na mszy lub podczas równie doniosłej chwili, naciska spust migawki swojego Canona 5d, zmieniając co jakiś czas parametry ustawień. W ten sposób powstaje dzieło.

Niestety, nasi Drodzy Czytelnicy, Wy powinniście znaleźć się jednak w tych 2% społeczeństwa, bo zdjęcia do czytanego przez was bloga robi mama. Może nie komórką, tabletem czy idiotkamerą (choć tą czasem owszem tak), ale jednak – mama, nie profesjonalny fotograf. Mama w podróży swoją „złotą godzinę” ma jak dzieci zasną, a wtedy jedynym źródłem światła jest latarka-czołówka i można przy niej co najwyżej w skupieniu, pośpiesznie wklepywać tekst, który za zadanie ma uchwycić to wszystko, czego zdjęcia nie dały rady. Stąd większość postów to słowotoki na kilka stron A4, tak długie, że nie da się ich czytać ukradkiem w pracy na komórce. Przepraszamy raz jeszcze. Przepraszamy tym bardziej, że jak na razie nie widzimy szans na poprawę, a wręcz przeciwnie.

Na drodze do Monkey Mia leży plaża, która od wielu, wielu lat była moim marzeniem. Tak jak Park Kakadu zobaczony iks lat temu w niedzielny poranek w puszczanym na Jedynce filmie przyrodniczym, tak i Shell Beach utkwiła mi w pamięci i cierpliwie czekała na swoją kolej odhaczenia z listy „marzenia do zrealizowania”. Teraz to nastąpiło. Jak tak dalej pójdzie z tym spełnianiem fantazji z lat nastoletnich podczas tej podróży, to jak nic w Sydney w hotelu powinno na mnie czekać zaproszenie na kolację z Costnerem. Oczywiście kilkanaście lat młodszym, tak z czasów „The Bodyguard”.

Muszelkowa plaża w Wulgadzie jest zwyczajnie niezwykła. W tutajszych hipersłonych wodach oceanu żyje sobie stworzonko zwane Fragum erugatum, taki pospolity małż z rodziny sercówkowatych. Niezwykłe natomiast jest to, że w Shark Bay na metr kwadratowy przypada nawet cztery tysiące sztuk tego małża, oczywiście mówimy o osobnikach żywych.

20140405-IMG_5094

20140405-IMG_5064

Zatoczka L’haridon Bight podobnie jak Hamelin Pool ma ponadnormalne zasolenie wynikające ze specyfiki ukształtowania jej dna oceanicznego i położenia. Suchy, ekstremalnie gorący klimat z minimalną ilością opadów deszczu i tylko jedną sporadycznie (czyli raz na kilkanaście lat) wpadającą do zatoki rzeką dają w efekcie śmiesznie małą ilość słodkiej wody mieszającej się z wodą oceanu. Na dodatek woda morska dostająca się przy przypływach do zatoki nie ma jak się z niej wycofać, bo blokuje ją ciężka do pokonania przy odpływie bariera z traw morskich. Pozostawiona, szybko paruje zostawiając w niecce zatoki sól. I tak w koło do znanego efektu.

W tak słonej wodzie niewiele stworzeń jest w stanie przeżyć i to nie tyle ze względu na jej smak, ale na zjawisko osmozy. Większość żyjątek po prostu wyschłaby na wiór, bo woda z ich komórek przeniknęłaby przez błonę komórkową do wody zatoki, w nieskutecznej próbie przywrócenia równowagi pomiędzy płynami znajdującymi się po obu stronach (kto nie rozumie, niech zerknie do podręcznika biologii). Nasz malutki małż natomiast za pomocą procesów chemicznych jest w stanie to zjawisko powstrzymać. Taki mały, a daje radę, budujące prawda? Gdyby ktoś dociekliwy (lub ten, kto przeczytał podręcznik biologii dla zaawansowanych) chciał się teraz dowiedzieć czym taki małż się żywi w wodzie, w której właściwie nie ma planktonu, to bardzo proszę – służę wyjaśnieniem. Odpowiedzią jest symbioza jaką Fragum erugatum zawarł z zooksantellem, jednokomórkowym fotosyntetyzującym glonem (to najbardziej przemądrzałe zdanie jakie napisałam do tej pory). W uproszczeniu wygląda to tak, że glon żyje sobie na miękkim ciele małża, chroniony przez jego muszlę. Gdy jest dzień, to muszla się otwiera, małż zaczyna się opalać, a glon z dostarczonego mu światła i dwutlenku węgla produkuje odżywcze składniki dla małża. Sedno symbiozy polega na tym, żeby małż był zanurzony na odpowiedniej głębokości, tak żeby ani nie spalić się od mocnych promieni słońca, a jednocześnie otrzymać odpowiednią ich ilość.

Jak to wygląda bez uproszczenia – polecam wspomniany podręcznik dla zaawansowanych.

20140405-IMG_5069

Kończąc temat – milony, miliony, miliony martwych Fragum erugatum’ów, a raczej ich skorupek przez pływy są codziennie wyrzucane na brzeg od kilkuset tysięcy lat. Zbijają się w twarde podłoże (podobne do skały wapiennej), z którego kiedyś wycinano tutaj bloki i stawiano z nich ściany do budowy domostw. Dziś plaża objęta jest ochroną, domów z muszli już się nie buduje, a muszli przybywa. Ponoć można tutaj kopać na głębokość ponad dziewięciu metrów i ciągle nie dokopie się do podłoża innego niż zmiażdżone skorupki Fraguma.

I właśnie tą plażę chciałam zobaczyć.

20140405-IMG_5067

Pierwszy raz przyjechaliśmy na nią w środku dnia. Pusta, praktycznie bez ludzi. Zaskoczyły nas dzieci, a szczególnie Tolek, który zupełnie zignorował fakt chodzenia po ostrych muszelkach i nic sobie z nich nie robił. Jak pomyślę o awanturach, które pół roku temu urządzał nam na piaszczystej plaży w Portugalii, to nie mogę uwierzyć, że to jest to samo dziecko ; )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

20140405-IMG_5076

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

 

Chwilę posiedzieliśmy, poprzesypywaliśmy muszelki między palcami, pokopaliśmy dołki (nie dziewięciometrowe, ale i tak spore), pogapiliśmy się w chmury i pojechaliśmy dalej. W takim świetle zdecydowanie nie dało się robić żadnych zdjęć. Tyle to nawet ja, mama-amator-fotograf wiem.

20140407-IMG_5906

Zgodnie z umową wróciliśmy tutaj dwa dni później, tak żeby zdążyć na światło przed zachodem słońca. Bez wnikania w szczegóły, oczywiście przyjechaliśmy spóźnieni, ale nie na tyle, żeby panikować. Jeszcze nie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Michał poszedł na spacer brzegiem morza, żeby przez chwilę złapać oddech (kto jest rodzicem wie, że takie choćby krótkie samotne chwile są więcej warte niż niejedna kilkunocna impreza studencka), a ja zajęłam się potomstwem. Potem miała być zmiana. I nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Po pierwsze słońce przyśpieszyło i zaczęło świecić niskim, złotym światłem wcześniej niż mi się wydawało, że powinno. Widzę, że moja chwila, jedna jedyna szansa na dobre zdjęcia z miejsca marzeń zaczyna uciekać, a Michał jest na końcu plaży poza zasięgiem mojego wrzasku i rozpaczliwego machania rękoma.

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Próbuję ratować sytuację prosząc dzieci, żeby pokopały dołki w muszelkach, a mamusia pobiegnie na brzeg zrobić kilka zdjęć. W tym momencie Kaj zaczyna płakać, bo w pieluszce pojawiła mu się ogromna kupa, a tego Kaj nie lubi, i jednocześnie Tolek oznajmia, że on też musi swoje zrobić. Teraz, nie za chwilę. Gdzie??? Do krzaków i toalety plażowej jest dobre trzysta metrów, nie ma szans, żebym je ekspresowo przebyła niosąc po sypkich muszlach i muszlowych wydmach wrzeszczącego Kaja i potrzebującego Tolka (bo przecież w tej sytuacji sam nie pójdzie, bo musi zaciskać nogi). Nie mam przy sobie ani nocnika podróżnego, ani żadnej reklamówki, a przecież nie wykopię mu dołka w muszelkach. Nie wykopię? Cholera. Kopię dołek, przewijam Kaja, łapię koc porywany przez podmuchy wściekłego wiatru, macham bezskutecznie do Michała, który wolno, kontemplując chwilę i otoczenie spaceruje brzegiem morza, i przeklinam słońce schodzące coraz niżej w tempie ekspresowym, zupełnie niezgodnym z nauką o ruchu planet. Wściekła, rozczarowana, gotowa zamordować nic niewinnego własnego męża, zastanawiam się, czy to może jednak jakiś zły sen.

20140407-IMG_5846

20140407-IMG_5900

20140407-IMG_5866

W końcu Michał zaczyna wracać, gdy jest już wystarczająco blisko, porzucam dzieci na jego rzecz, ignoruję wrzask rozpaczy potomstwa na widok oddalających się pleców mamy i z aparatem biegnę w stronę oceanu. Pamiętacie oczywiście co robi profesjonalny fotograf przygotowując się do zdjęcia? Wybiera kadr, pstryka kilkadziesiąt próbnych ujęć, ustawia statyw, itp. Ja za to pokonałam swój rekord w sprincie po sypkim podłożu, dopadłam do brzegu i ignorując kadr, ustawienia i łzy złości, próbowałam zrobić choć jedno zdjęcie, które będzie w sobie miało wspomnienie tamtego miejsca. Bo przecież właściwe zdjęcie nie potrzebuje słów, żeby coś opowiedzieć, prawda? Szlag.

20140407-IMG_5874

20140407-IMG_5870

20140407-IMG_5856

20140407-IMG_5908

 

Bardzo standardowym ujęciem z Australii jest żółty ostrzegawczy znak drogowy z jednym z typowych, występujących tylko tutaj zwierząt: kangurem (bardzo standardowe), koalą (sympatycznie standardowe), emu (szpanersko standardowe, bo te znaki są tylko w outbacku) lub diabłem tasmańskim (ambitnie standardowe, bo wymaga podróży na antypody antypodów, czyli do Tasmanii). Podczas naszej podróży widzieliśmy je wszystkie. I za każdym razem, gdy najrzadsze z nich (diabeł i emu) pojawiały się w miejscu, gdzie można było bezpiecznie się zatrzymać, nasze dzieci smacznie spały w fotelikach. Każdy rodzic wie, że dziecko w foteliku śpi, dopóki samochód jedzie. I jakimś nieznanym wciąż nauce cudem dzieci rozróżniają pracę silnika, gdy auto stoi w korku od tej, gdy auto stanęło na poboczu, bo rodzic wyskoczył zrobić zdjęcie.

Kiedyś próbowaliśmy je przechytrzyć (w tym momencie wszystkie dzieci wybuchają gromkim śmiechem) i wysiadłam, gdy Michał powoli jechał poboczem. Oczywiście się obudziły.

Jedyne więc zdjęcie z typowym dla australijskich dróg znakiem drogowym mamy sprzed sześciu lat, gdy podróżowaliśmy jako beztroskie nieznające życia DINKi.

2007-10-22_07-21-56_2253 of 3049

Na pocieszenie w Australii Zachodniej trafił nam się naprawdę wyjątkowy rarytas.

20140407-IMG_5682

Ta dziwna krzyżówka myszy z królikiem to wielkouch króliczy, gatunek torbacza z rodziny Thylacomyidae (łacińska nazwa oznaczająca mysz z torbą), jeśli to kogoś interesuje. Dla Australijczyków – po prostu Bilby. Zagrożony wyginięciem zwierzak występuje już właściwie tylko w Australii Zachodniej na północy. Żyje w wykopanych przez siebie korytarzach, w których chroni się przed upałem, a na żer wychodzi w nocy i wtedy poluje na larwy, świerszcze, jaszczurki, pająki, nie gardząc też owocami i nasionami. Torbę na swoje młode ma otwieraną do tyłu, co jak się zastanowić jest dość logiczne u kopaczy (inaczej jego dzieci od wczesnego niemowlęctwa musiałyby uczyć się zamiatania podłogi domu). Natomiast uszy Bilby’ego nie służą do machania gdy zobaczy przelatującego Dumbo, tylko do odprowadzania ciepła i lepszego słyszenia w nocy.

 

Ze względu na dramatyczny spadek populacji i zniknięcie z natury pozostałych pięciu podgatunków Bilby’ego prowadzone są najróżniejsze akcje mające na celu zwiększenie liczby tych stworzeń, choć jak na razie sytuacja jest niewesoła. Wesoły jest natomiast jeden z pomysłów, żeby rozpropagować ideę ochrony Bilby’ego i zebrać na nią fundusze. Mianowicie Australijczycy zaczynają zastępować symbolicznego króliczka wielkanocnego sylwetką wielkanocnego Bilby’ego. Jest więc Bilby czekoladowy, w koszyczku, w jajeczku i na wielkanocnych kartkach z życzeniami.

 

Podejmuję kolejną próbę zrobienia zdjęć o zachodzie słońca. Jesteśmy na kempingu w Monkey Mia, do plaży mam pół minuty od zaparkowanego kampera, niebo jest boskie – z porozrzucanymi pierzastymi chmurami, które za sekundę zaczną barwić się na fiolety, róże, błękity, czerwienie i pomarańcze, plaża ikoniczna z palmami i muszlami, nic tylko w końcu rozstawić statyw i pstrykać. Ha, ha, ha. Michał utknął w kempingowym biurze rezerwując wycieczki na dzień następny (obsługiwany oczywiście przez zagraniczne studentki, które jak wszędzie tak i tu nic sobie nie robią z wymogu uprzejmości wpisanego w australijski klimat). Ja znów mam dwójkę potomstwa na głowie, a przynajmniej pod nogami. Dzielnie postanawiam wziąć ich na plażę, dać łopatki i wiaderka i jakoś spławić na pół godziny. Mam już na jednym ramieniu zapakowaną torbę z kocem, ręcznikami, zabawkami, okularkami słonecznymi, kremem z filtrem, bluzami z dłuższym rękawkiem, podróżnym nocnikiem (!), wilgotnymi chusteczkami, zwykłymi chusteczkami, kapeluszami na słońce i butami do brodzenia w wodzie (do wyjaśnienia w innym poście). Na drugim ramieniu mam aparat z obiektywem zmiennoogniskowym z filtrem polaryzacyjnym, w kieszeni stałkę bez filtra, w drugiej kieszeni filtry szare, wężyk spustowy, pod ramieniem (jednym z dwóch) statyw, również pod ramieniem (tym drugim) Kaja, a za rączkę trzymam Tolka. I w tym momencie rozlega się (bo czemu by nie): Am.

Am – pora kolacji.

Tolek załapuje od brata i zaczyna pełnym zdaniem w języku polskim domagać się wieczornego posiłku, więc nie mam szans wywinąć się szybkim napojeniem młodszej latorośli mlekiem z cycka. Nie mam też żadnych ciastek, lizaków, bananów, super słodkiego, gęstego i niezdrowego soczku w typie Kubusia, czekolady, plasterka wędliny czy kromki chleba. Nie mam, bo nie zrobiliśmy zakupów, jedyny sklep na kempingu (i jedyny w promieniu 50 km) zamknięty do dnia następnego do 8 rano, a w naszej szafce jest tylko makaron. Dzieci uwielbiają makaron, niestety nie suchy. Gotuję więc spaghetti w kamperowej kuchni, oglądając przez tylnie drzwi spektakl barw na niebie, a synowie kopią sobie łopatkami plażowymi dołki dookoła samochodu. Staram się nie myśleć, nic nie myśleć, po prostu mieszam makaron.

Am. Cała miska am.

Am. Cała miska am.

Jeszcze am.

Jeszcze am.

I jeszcze jedno am.

I jeszcze jedno am.

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Zachód słońca – podejście trzecie (bo kto jeśli nie matka ma nieskończone pokłady cierpliwości i uporu?). Jest takie miejsce w Cape Range National Park, gdzie można snorkelować tuż nad niesamowitymi skupiskami rafy koralowej, ale tylko o określonej porze, innej każdego dnia. Chodzi o to, że rafa jest tak blisko powierzchni, że pływając nad nią w innym czasie niż szczyt przypływu można by płetwami uszkodzić koralowce. Gdy tam pojechaliśmy przypływ był późnym popołudniem. Michał miał straszną ochotę na taką przygodę, ja generalnie wolę rafę oglądać na filmie, więc zaoferowałam się, że w tym czasie popilnuję dzieci na brzegu. Oczywiście okazało się, że brzeg dostarczał co centymetr niesamowitych tematów do pocztówkowych zdjęć, właśnie zaczęła się złota godzina, a dzieci nijak nie dało się bezpiecznie spuścić z oka, bo miejsce było bardzo kamieniste, z chwiejącymi się głazami (doskonałymi do wspinania się zwłaszcza przez Kaja, który jeszcze nie opanował chodzenia), a brzeg to nie piaszczysta, łagodnie schodząca do wody plaża, tylko skalne, ostre urwisko.

20140410-IMG_6084

Natomiast pomiędzy głazami leżały porozrzucane fragmenty koralowców, fantazyjne muszle wciśnięte w piaszczyste zlepieńce, kamienie niezwykłe w kształcie i fakturze.

20140410-IMG_6070

20140410-IMG_6058

20140410-IMG_6056

20140410-IMG_6078

20140410-IMG_6052

Świerzbiło mnie, oj jak świerzbiło, żeby jednak nie zmarnować okazji i coś strzelić. Znalazłam dzieciom w miarę bezpieczny głaz, dałam trochę kawałków koralowca do zabawy, obiecując lizaka kazałam Tolkowi kablować na Kaja, gdyby ten za bardzo zbliżył się do urwiska nad oceanem i przepadłam. Jedno oko w wizjerze, drugie na dzieciach (rozłażących się w dwie strony), trzecie wyszukiwało kolejne kadry, czwartym sprawdzałam, czy mi mąż nie utonął.

20140410-IMG_6063

20140410-IMG_6057

O!

O!

Gdzie jesteś krabiku?

Gdzie jesteś krabiku?

20140410-IMG_6089

20140410-IMG_6096

No może nie jestem dumna z tego jak przez te pół godziny opiekowałam się dziećmi, ale ze zdjęć trochę tak ; )

Na szczęście nikomu nic się nie stało, Michał stwierdził, że słońce jest już za nisko i pod wodą nic nie widać, więc przez ostatnie minuty światła zajął się chłopcami, a ja w końcu mogłam poszaleć.

20140410-IMG_6102

20140410-IMG_6094

20140410-IMG_6075

20140410-IMG_6051

20140410-IMG_6108

O ile zachody słońca jakoś nie są mi pisane, o tyle wschody – jak najbardziej. Tyle tylko, że wtedy jestem zbyt wkurzona kolejną za wczesną pobudką przez wyspanego oseska i akurat nie uroki przyrody mi wtedy zaprzątają myśli. Zresztą nawet gdybym chciała, to i tak nic bym nie zrobiła z aparatem, bo nie zostawię w aucie samotnego, obudzonego Kaja (Michał z Tolkiem śpią w najlepsze na górnym łóżku), a z Kajem robienie zdjęć za bardzo przypomina przemoc domową, bo ten niestrudzenie z wrzaskiem i pięściami próbuje zawładnąć moim aparatem, obiektywem, lub choćby possać wężyk spustowy.

Udało mi się raz – gdy wyjeżdżaliśmy z kempingu niedaleko Shell Beach, żeby dojechać gdzieś w okolice Exmouth. To była długa droga, ponad 700 kilometrów, więc planowaliśmy wyruszyć tuż po tym, jak kangury przestaną wyskakiwać z ciemności na drogę. Dzieci jeszcze jakimś cudem spały, a my przygotowaliśmy w szarówce auto do drogi. Od czasu do czasu, kręcąc się po obozowisku naciskałam spust migawki. Fajnie było.

20140408-IMG_5911

20140408-IMG_5920

Do Exmouth jednak tego dnia nie dojechaliśmy. Zatrzymaliśmy się na noc zupełnie pośrodku niczego, na parkingu do nocowania tuż obok jedynej biegnącej w tamtą stronę drogi. Przygotowaliśmy kolację, a potem dzielnie próbowaliśmy nakarmić dzieci odganiając wszechobecne muchy, które po długiej przerwie znów się pojawiły (po prostu w okolicy, czyli jakieś 100 lub 200 km stąd było stado krów). Dzieciaki oczywiście były nimi zirytowane (muchami, nie krowami), więc marudziły na całego i do nakarmienia dwójki potrzebna była dwójka dorosłych. Problem w tym, że altanka ze stołem stała jakieś trzysta metrów od miejsca, gdzie znajdował się świetny kadr – samotne drzewo na tle pustyni.

20140408-IMG_5923

Drzewo z białą korą i srebrnozielonymi listkami (eukaliptus znaczy się), oświetlone zachodzącym słońcem od właściwej strony, a za nim pasy lawendy i fuksji, czyli malowane pastelami niebo. Brzmi nieźle, prawda? Tak też sobie myślałam uskuteczniając sprinty pomiędzy karmieniem Tolka kolejnymi łyżkami kaszki, a robieniem zdjęć, każdego z innym nasyceniem barw. I tak kilkanaście razy.

20140408-IMG_5939

20140408-IMG_5943

W końcu Tolo zjadł i uciekł przed muchami do kampera, a ja pomyślałam, że teraz pójdę i na spokojnie zrobię ostatnie ujęcia. Odchodziłam od altanki piknikowej, gdy zawołał mnie Kaj. Coś nie pozwoliło mi tego okrzyku zignorować, odwróciłam się więc w jego stronę. A mój malutki synek puścił się ławki i zrobił dwa pierwsze w swoim życiu, mocno chybotliwe kroki do mnie. Lustrzanka (niby nie Canon 5d, ale jednak coś warta plus nienajgorszy obiektyw) wypadła mi ręki na kamienie (wspominałam o tym, że profesjonaliści zawsze, absolutnie zawsze mają body zawiązane paskiem dookoła nadgarstka? Ale oni nie karmią co 30 sekund trzylatka kaszką w trakcie robienia zdjęć). Złapałam roześmianego i strasznie dumnego z siebie Kaja ratując jego kolanka przed siniakami i pal licho sześć lustrzankę. Był 8 kwietnia 2014 roku i nasz syn właśnie zaczął chodzić. Żadne ujęcie nie ma szans się wywołać takich emocji.

20140408-IMG_5930

O czym marzy sinica i dokąd idą bakterie po śmierci

Obrażał każdego bez względu na stanowisko, zawód, zapatrywania polityczne. Demaskował hipokryzję i głupotę, kopał po fasadzie moralności całe społeczeństwo. Nie było dla niego świętości, tematu tabu ani osób nietykalnych. Największy skandalista i komik – Larry Flynt, wydawca Hustlera.

Teraz pora na mnie.

Aha, już widzę jak część czytających zaczyna uśmiechać się na myśl o zdjęciach w poście ; ) A przecież tu o słowo pisane idzie. Obraziłam już swoim tłumaczeniem zoologów (w tekście o jadowitych zwierzętach Australii i ich nitkach), śmiertelnie podpadłam geologom (w tym Edziowi i Karolkowi), pora na biologów.

Biologom podniesiemy ciśnienie tłumacząc tablice o stromatolitach.

20140405-IMG_4978

Hamelin Pool było naszym pierwszym celem w Australii Zachodniej. Kiedyś, gdy Tolek zafascynowany eksperymentami w przedszkolnym ogródku chciał dowiedzieć się czegoś więcej o wulkanach, obejrzeliśmy stosowny odcinek BBC Earth. Tam właśnie zobaczyliśmy setki dziwnych grzybkowych stożków (wiem, że brzmi to nielogicznie, ale to mój post i mi wolno) wystających ponad wodę w Shark Bay, jednym z nielicznych miejsc na ziemi, gdzie można znaleźć wciąż żyjące morskie stromatolity.

20140405-IMG_4974

Stromatolity to formacje skalne utworzone z martwych sinic, które opadając tworzą warstwy osadowe w różnym kształcie – stożków lub placków. Oczywiście wśród nich, w minikorytarzach i jamkach dalej żyją sobie w swoim chroniącym przed słońcem i promieniowaniem UV śluzie inne bakterie, a raczej ich kolonie. Bo wchodząc głębiej w kwestię tego śluzu (aha, zaczyna się skandalizowanie) cała historia ma początek w macie mikrobiologicznej, w której tysiące gatunków bakterii formuje różne społeczności żyjące w klasycznej symbiozie. W tych najbardziej zróżnicowanych matach, takich jak te z Shark Bay metr kwadratowy może być zamieszkany nawet przez 3 miliardy pojedynczych bakterii. A sama mata rośnie w dość prosty sposób. Najpierw luźne cząstki maty (takie miniskupiska) unoszą się swobodnie w wodzie. Potem światłolubne bakterie zaczynają tworzyć więzy pomiędzy tymi cząstkami, łącząc je w jeden większy, stabilniejszy organizm. Wtedy kolejne bakterie zaczynają wypełniać luki w tych łączeniach, produkując różne różności wzajemnie sobie potrzebne (tleny, dwutlenki i takie tam). Jak już zostało powiedziane martwe sinice opadają i tworzą stożkowate skamieliny, które nazywamy stromatolitami. Nie udało mi się dowiedzieć co dzieje się z pozostałymi bakteriami gdy umierają. Skoro nie opadają stając się częścią składową stromatolitów (rozumowanie a contrario) to pewnie idą do nieba (ostrzegałam, że będzie skandalizująco).

20140405-IMG_4971

20140405-IMG_4952

Maty mikrobiologiczne są najwcześniejszymi ekosystemami na świecie. Są na Ziemi od trzech i pół miliardów lat, a to ponad 75% geologicznej historii naszej planety. Mało tego – sinice żyjące w Hamelin Pool są bezpośrednimi potomkami najstarszej formy organizmów fotosyntetyzujących, czyli zmieniających związki nieorganiczne w organiczne.

Przez prawie dwa miliardy lat sinice były jedyną formą życia na ziemi. Szczerze mówiąc było bardzo prawdopodobne, że taki stan trwałby do dziś, bo żyło im się bardzo dobrze – odpowiednia temperatura, światło, brak innych form życia niszczących kolonie sinic i ich kryjówki wypełnione śluzem w stromatolitach.

20140405-IMG_4963

20140405-IMG_4955

 

 

Skoro nie ma potrzeby, to po co się zmieniać? Na szczęście około 700 milionów lat temu na Ziemi pojawila się jedna z najcięższych epok lodowcowych. Nie znamy przyczyn jej zaistnienia, wiemy tylko, że w dość krótkim czasie cała planeta, łącznie z równikiem została pokryta grubą warstwą lodu. Przyczynił się do tego efekt sprzężenia zwrotnego – lód odbija promienie słoneczne, więc coraz trudniej jest ogrzać powierzchnię, a w efekcie kolejne tereny zaczynają pokrywać się lodem, który wzmaga efekt odbijania ciepła, itd. W najcieplejszych miejscach Ziemi temperatura nie była wyższa niż -20 stopni Celcjusza (cytuję naukowców, nie że się mądrzę). Zapanowała epoka “Ziemi Śnieżki”. Co nas uratowało? Wulkany właśnie. Wybuchając wciąż spod czapy lodu grubego niejednokrotnie na kilometr wgłąb, wyrzucały do atmosfery dwutlenek węgla. Po mniej więcej stu milionach lat (przyznajcie, że w kontekście tych wydarzeń stanie w korku kilkugodzinnym, żeby na długi weekend wyjechać z Warszawy to pestka) ilość dwutlenku była wystarczająca by zatrzymać ciepło potrzebne do roztopienia lodu. W przeciągu kilku tysięcy lat (niesamowite przyśpieszenie!) temperatura w niektórych miejscach na ziemi zmieniła się z -50° na + 50°C. Potem powoli się ustabilizowała. Okres Ziemi Śnieżki przetrwały nieliczne sinice, czyli organizmy jednokomórkowe. Jednak tak gwałtowne zmiany spowodowały, że zamiast znów pokryć Ziemię stromatolitowymi stożkami, bakterie zapragnęły być czymś/kimś więcej. Nie wiemy jak (a przynajmniej ja nie wiem) ale właśnie w tym okresie pojawiły się najpierw bardziej dorodne, podłużne organizmy jednokomórkowe, a potem … zwierzątka Edzia i Karolka, czyli nasza znajoma wielokomórkowa fauna ediakarańska. To był największy w historii naszej planety skok ewolucyjny. Stromatolity zostały strącone z piedestału. Pojawienie się różnorodnego życia uniemożliwiło sinicom spokojne i powolne budowanie swoich stożków, bo te były u podstaw niszczone przez stwory żyjące w wodzie (choćby poprzez deptanie czy poruszanie gwałtowne wodą).

20140405-IMG_4961

Dlatego tak rzadko można obecne zobaczyć żyjące stromatolity. W Hamelin Pool jest to możliwe, ponieważ jego wody są dwukrotnie bardziej słone niż normalne wody oceaniczne, a to eliminuje z tak ekstremalnego środowiska większość zwierząt, w tym roślinożerne ślimaki, które uniemożliwiają wzrost stromatolitów.

 

Żywy dowód na zaprzeczenie tezy z tablic informacyjnych o braku życia w zasolonej wodzie

Żywy dowód na zaprzeczenie tezy z tablic informacyjnych o braku życia w zasolonej wodzie

Gdy planowaliśmy trasę po Australii wiedzieliśmy, że nie możemy tu nie przyjechać.

Teraz, w promieniach nieubłaganego słońca (a to teoretycznie australijska jesień) spacerowaliśmy po pomoście i oglądaliśmy te same stożki, które pół roku zafascynowały nas podczas seansu filmowego w naszym salonie. Dziwne, wspaniałe uczucie.

20140405-IMG_4966

20140405-IMG_4994

20140405-IMG_5052

20140405-IMG_5042

Tylnia kanapa auta – wykorzystanie kiedyś i dziś ;)

Przygotowując się do podróży mieliśmy zarysowany plan tego co chcemy zobaczyć. Tak już mamy, że wolimy wiedzieć co widzimy, rozumieć o czym do nas mówią, i nie popełniać zawstydzających głupot dotyczących polityki, religii i największych problemów społecznych miejsca, do którego jedziemy. Czytamy, oglądamy, analizujemy. Plan jest nam potrzebny choćby po to by porezerwować największe wydatki – wypożyczenia samochodu, przeloty samolotem, dłuższy pobyt w jednym miejscu. Jednocześnie jesteśmy otwarci na to, co droga zaproponuje. W ten sposób zupełnie niespodziewanie pojechaliśmy na pustynię i zrobiliśmy pętlę Adelajda – Coober Pedy – Lightning Ridge – Sydney. Pierwotnie po Tasmani mieliśmy skierować się na wschodnie, najbardziej cywilizowane wybrzeże kontynentu. Tym razem jednak nic z niego nie zobaczyliśmy i była to świadoma decyzja, gdy w jednej z informacji turystycznych wpadła nam w ręce broszurka o regionie Flinders Rangers, a potem o całej Australii Południowej.

Jeszcze w Polsce zastanawialiśmy się czy damy radę ogarnąć dwa inne duże punkty podróży – przelot do Alice Springs, a stamtąd pod Uluru i Kata Tjutę, oraz podróż wzdłuż mitycznego zachodniego wybrzeża.

W połowie podróży, na kempingu przed Grampianami, siedzieliśmy w wynajętej kabinie i szarpiąc włosy na głowie próbowaliśmy zmusić kalendarz, żeby jednak jakoś się rozciągnął. Nijak nie daliśmy rady, niepełne cztery miesiące pobytu w Oz miały tyle dni, ile miały. Trzeba było wybrać – Czerwony Środek czy dzikość australijskiego Dzikiego Zachodu. Pod Uluru już kiedyś byliśmy, więc z żalem (a jakże by inaczej skoro każdy wybór oznacza jakąś stratę) postanowiliśmy ruszyć w stronę zachodzącego słońca.

Aby jednak od strony obrazu relacja z Australii była pełna, obiecuję, że wrzucimy w jednym z końcowych postów trochę zdjęć z tamtej podróży, tak żeby byla i ikoniczna Czerwona Skała i nowoczesne, turystyczne wschodnie wybrzeże i jeden z cudów świata – piaszczysta Fraser Island.

Siedząc pół nocy w kucki na podłodze pomiędzy kuchenką, sedesem i łóżkiem, na którym spały nasze pociechy (pisałam już kiedyś o imponujących rozmiarach najtańszych kabin kempingowych?), wychwalając pod niebiosa uciekającą sieć i zacinające się strony, próbowaliśmy zorganizować przelot na zachodnie wybrzeże. I tu drobny przypis – warunki w jakich organizowaliśmy ostatni etap naszej podróży okazały się być kluczowe do pewnego wydarzenia, do którego niedługo się przyznamy.

Znalezienie sensownego lotu okazało się jednym z cięższych wyzwań. Na mapie są zaznaczone lotniska zarówno w Exmouth jak i w Denham, czyli tam gdzie docelowo chcieliśmy dotrzeć. Jednak do Exmouth latały tylko jedne linie komercyjne i bilety kosztowały naprawdę majątek (prawie tyle co lot Warszawa – Sydney), a do Denham trzeba było zorganizować prywatny czarter z Perth. My jednak nie z tej kategorii turystów.

Pozostał nam zwykły lot do Perth, o tyle kłopotliwy, że z miasta do pierwszej atrakcji turystycznej czyli Monkey Mia było bagatela 900 km nudną trasą, którą potem trzeba było pokonać z powrotem. Do tego z Monkey Mia do Ningaloo Reef kolejne ponad 850 km, też do pokonania w obie strony. Krótko mówiąc lecąc do Perth do 1700 km trasy musieliśmy dodać kolejne, zupełnie niepotrzebne 1800 km. Był to problem biorąc pod uwagę, że zostało nam mało czasu na pobyt tam i wyglądało na to, że większość spędzimy w drodze. Nie brzmiało zachęcająco, ale byliśmy zdeterminowani.

Kolejną niespodzianką okazał się brak możliwości wypożyczenia auta na tyle dni, ile byśmy chcieli. Skonsternowani zadzwoniliśmy do Britza uprzejmie pytając dlaczego nie ma dostępnych samochodów przy rezerwacji z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem. A pan równie uprzejmie poinformował nas, że jest mu niezmiernie przykro, ale nic nie może poradzić, bo w wybranych przez nas datach wypada Wielkanoc, takie popularne święto kiedy Australijczycy ruszają na długi weekendy, i samochody są porezerwowane już od pół roku. Ups.

W końcu udało nam się zlokalizować ostatni wolny kamper w wypożyczalni z sieci Apollo i zgrzytając zębami klepnęliśmy rezerwację. To była wariacka decyzja, bo zmieniła i tak nasz napięty program na jeszcze bardziej napięty, gdzie więcej czasu zajmie nam podróż pomiędzy punktami niż cieszenie się atrakcjami.

Potem kupiliśmy bilety samolotowe kilkakrotnie przeładowując zacinającą się stronę i w końcu około trzeciej w nocy poszliśmy spać.

A teraz na początku kwietnia dotarliśmy tu. W Apollo dostaliśmy nasz nowy dom i jakoś próbowaliśmy się w nim zorganizować. Od razu przekonaliśmy się, że jednak standard wykończenia/wyposażenia auta jest o poziom niższy niż w Britzu. Tam do samochodu dostaliśmy sensowny komplet garnków i kuchennych utensyliów, sztućce, nietłukące plastikowe talerze i kubki plus mnóstwo sprzętu kempingowego, w tym dziecięce krzesełko. Tutaj garnek był jeden w rozmiarze odpowiednim do zagotowania dwóch jajek, kubki i talerze szklane i zdekompletowane, brak sitka, misek, i tym podobnych potrzebnych rzeczy. Ale za to był czajnik elektryczny i … toster (dzięki ci, o kulturo anglosaska!).

Rozpakowując się dziękowaliśmy Ibisowi za przechowanie naszych bagaży, bo kamper z założenia nie ma bagażnika, co jest dość dziwnym uczuciem dla osób przyzwyczajonych do osobówek. A ponieważ wzięliśmy jedną z najtańszych wersji, więc zabudowa ze schowkami też była dość uboga i w efekcie większość rzeczy musieliśmy trzymać w torbach podróżnych, które podczas jazdy leżały luzem na podłodze pomiędzy tylnimi fotelami. Na postoju, żeby móc korzystać z wnętrza, trzeba je było eksmitować na zewnątrz, a na noc upychać pod rozłożonym łóżkiem. Brzmi niby skomplikowanie, ale z perspektywy czasu nie mamy wątpliwości – podróżowanie kamperem jest o niebo łatwiejsze niż z namiotem. Możliwość przygotowania posiłków czy choćby herbaty na miejscu, bez biegania do kempingowej kuchni, zjedzenia obiadu w miarę cywilizowany sposób, szybsze składanie się i rozkładanie dobytku, a przede wszystkim co dla mnie miało znaczenie – kawałek bezpiecznego podłoża po którym mogłam puścić raczkującego Kaja.

IMG_4899

W ramach przyzwyczajania się do auta pojechaliśmy na parking supermarketu po zapasy spożywcze i wino, co w sumie czasem na jedno wychodzi. A potem ruszyliśmy w drogę. Nie ujechaliśmy niestety daleko, bo Kajowi nie spodobała się zbyt duża odległość dzieląca go od rodziców – fotele dzieci były ulokowane w połowie długości auta, potem była kanapa przekształcana w łóżko, a potem dopiero przednie siedzenia. Jednocześnie auto było tak potwornie hałaśliwe, że nasz kochany Mrówek przy nim jest ideałem sali koncertowej. Nijak nie dało się z dziećmi rozmawiać, zabawiać czy puszczać muzykę. Kaj darł się wniebogłosy bite 45 min, po których się poddaliśmy i zrobiliśmy przemeblowanie – ja usiadłam koło niego z tyłu, a Tolek ze swoim fotelikiem powędrował na przód. Tolo był wniebowzięty, Kaj przestał drzeć się wniebogłosy, a ja błagałam niebiosy, żeby przez dwa tygodnie oszczędziły mi choroby lokomocyjnej.

Pierwszego dnia dojechaliśmy jakieś 200 km za Perth. Tam przy trasie znaleźliśmy miejsce postojowe, o czym warto wspomnieć, bo jest to swego rodzaju ewenement występujący prawie wyłącznie w Australii Zachodniej. Ponieważ dróg jest tu jak na lekarstwo, a jedno miasteczko od drugiego dzieli nierzadko 700 km, to wzdłuż głównych tras są wyznaczone (i oznaczone w każdym atlasie) publiczne miejsca na nocleg. Darmowe, czasem z toaletą, czasem bez, ale moża na nich bezpiecznie stanąć i przeczekać noc. Na naszym byliśmy zupełnie sami. Zaparkowaliśmy auto, szybko i sprawnie zrobiliśmy kolację korzystając z wody z wbudowanego w auto zbiornika i rozłożyliśmy łóżka.

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

Lub nic nie robię : )

Lub nic nie robię : )

Gdy zapadł zmrok przez krzaki oddzielające nas od trasy widzieliśmy wyłącznie co jakiś czas pędzące choinki – olbrzymie, świecące roadtrain’y, którym żaden kangur nie był straszny.

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

IMG_4904

IMG_4907

IMG_4911

Gdy byłam dzieckiem co roku latem jeździliśmy z bratem na wakacje z dziadkami. Czasami, żeby oszczędzić nam długiej drogi dziadek decydował się podróżować nocą. Uwielbiałam to. Babcia pieczołowicie na tylnim siedzeniu układała nam narzuty i poduszki, żeby stworzyć bezpieczny kokonik do spania, albowiem były to czasy przedfotelikowe. A potem wykąpani i ubrani w piżamki zagrzebywaliśmy się w ciepłych, pachnących domem dziadków kocach i kołysani szumem silnika i ruchem auta, zasypialiśmy patrząc do ostatniej chwili przez okno na ciemność i pędzące po niebie gwiazdy. Gdy teraz jako dorosła myślę o uczuciu bezpieczeństwa zawsze czuję w duszy tamte chwile. Były magiczne – mieszanka pewności bycia kochanym i zaopiekowanym plus nasz mały ciepły świat wewnątrz auta, które wiozło nas na wspaniałą przygodę.

Wspominając tamte wyprawy nad jeziora wśród sosnowych lasów i myśląc o obecnej podróży na innym kontynencie, poczułam że mieszkanie w aucie, które jednocześnie zapewnia schronienie i pozwala codziennie być w drodze do innego miejsca, jest dla mnie najfajniejszą przygodą jaką można sobie wymarzyć. Ciężko opisać to uczucie wolności i jednocześnie wystarczającego poczucia bezpieczeństwa. To tak jakby być w domu i jednocześnie mieć frajdę wychodzenia z niego.

Gdzieś przy autostradzie w Australii Zachodniej tuliliśmy nasze dzieci do snu patrząc przez okno na gwiazdy, a ja pomyślałam, że historia zamknęła koło. Teraz moja kolej stworzyć dzieciom wspomnienia miłości i opieki, których nie zapomną.

IMG_4932

IMG_4940

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Ups… Zostałem przyłapany?

Ups… Zostałem przyłapany?

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Fifotopamy pod krawatem, czyli samo sedno Sydney

Kemping Big4 pod Sydney jest absolutną rewelacją. Położony tuż nad oceanem, w dzielnicy okazałych domów, w miejscu skąd można ruszyć na piesze wędrówki lub na puste plaże, dobrze skomunikowany z miastem – i co najważniejsze – bez much!

Nie bardzo jednak daliśmy radę skorzystać z jego zalet, bo plan pobytu tam był bardzo napięty. Pierwszego dnia mieliśmy najtrudniejsze zadanie do wykonania. Tolek zażyczył sobie być Karolem – fioletową lokomotywą z kreskówki. Bo jak głosi wieść gminna Karol jest najzabawniejszą lokomotywą na lądzie (w opozycji do Tomka, który jest najzabawniejszą lokomotywą na Wyspie Sodor). Trudna sprawa, bo do tego celu nasz pierworodny potrzebował fioletowego t-shirt’a, a takiego oczywiście w placakach nie mieliśmy. Mieliśmy za to pod bokiem Sydney, w którym w weekend na Rocks’ach jest jeden ze słynnych targów rękodzieła, w tym autorskich ubrań.

Zaparkowaliśmy więc w sobotę w pobliżu przystani promowej na Manly i przepłynęliśmy do Darling Harbour. Panorama Sydney jest ikoniczna i nie do pomylenia. Tak samo jak Manhattan – nawet narysowane kontury prostą kreską od razu skierują myśli we właściwe miejsce na mapie. Byliśmy nią urzeczeni od pierwszego razu, jednak teraz dotarła do nas niezwykłość tego miejsca.

IMG_4636

Nie oszukujmy się – miasto jak miasto. W Europie można znaleźć bardziej kuszące, na pewno z większą ilością zabytków starszych niż sto lat (;d), z ciekawszą historią, z mocniej zapadającym w serce nastrojem, a już na pewno bardziej miejskie. W Sydney mamy dzielnicę biznesową z drapaczami chmur (choć nie przesadzajmy tak z tym określeniem “drapacze”), historyczne The Rocks i reszta to już właściwie domki mieszkalne, rozciągające się na ogromnej przestrzeni. Żeby to sobie wyobrazić proponuję porównać kilka liczb – w Sydney mieszka około 4,5 miliona ludzi, a w Warszawie coś ponad 2 miliony. Powierzchnia Sydey wynosi natomiast 12,5 tysiąca km2, a powierzchnia naszej stolicy – około pół tysiąca km2. Widać różnicę w gęstości zaludnienia, prawda?

Co jest więc takiego niesamowitego w dość zwyczajnym mieście jak na ogólnoświatowe definicje miast?

Trzeba było nam wyjechać stąd, przez dłuższy czas błądzić po zakurzonych drogach miasteczek interioru, po malutkich nadmorskich miejscowościach, po kilkudniowych bezludnych krajobrazach, żeby zrozumieć ewenement Sydney na skalę australijską. W żadnym innym miejscu na tym ogromnym kontynencie nie jest tak wielkomiejsko jak tu. Z tłokiem, pędem, korkami, światłami, wystawami, wyborem sklepów, marek, restauracji z kuchniami z każdego zakątka świata, z ludźmi wyznającymi najróżniejsze religie, orientacje seksualne i zapatrywania polityczno-społeczne. Tak, po dwóch miesiącach włóczęgi widok Sydney uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Był zaskakujący i radujący serce jak (i tu nie żartuję) czysta toaleta na Dworcu Centralnym w Warszawie.

IMG_4648

Dzień na Rocks’ach był bardzo udany. Od pierwszego podejścia znaleźliśmy fioletową koszulkę, którą Tolo od razu założył i którą przez następne trzy tygodnie musieliśmy prać prawie codziennie. Niezwykłe jest jak mózg dziecka bez oporów wierzy w to czego pragnie i godzi wydawałoby się niekompatybilne informacje. Nasz syn jednocześnie potrafi być strażakiem, lokomotywą Karolem, lokomotywą Tomkiem, traktorem, kangurem i upartym trzylatkiem. Pstryk i już. A dorosłych, którzy tak robią leczy się ze schizofrenii.

IMG_4651

IMG_4663

IMG_4676

IMG_4678

Targ kusił i namawiał do szperania, oglądania i szukania. Pamiątki turystyczne mieszały się z oryginalnymi ubraniami, dekoracjami, biżuterią. Na dłuższą chwilę utknęłam przed straganem z koszulkami, które miały hasła trafiające w moje przekonania polityczne, na przykład:

  • I’ve found Jesus. He was behind the coach the whole time
  • Whenever I get bored I search google for myself
  • Even if the voices aren’t real, they have some good ideas
  • I thought I was wrong once, but I was mistaken
  • When God made me, he was showing off

 

Bardzo chciałam którąś kupić (ha, powinnam zrobić sondaż wśród znajomych, która według nich najbardziej do mnie przemówiła), niestety wszystkie były nadrukowane na męskich bezkształtnych t-shirtach, bez damskiego fasonu i przez to nadawały się dla mnie co najwyżej na górę od piżamy.

IMG_4661

IMG_4654

IMG_4660

Na zakończenie dnia poszliśmy na obiad na … Devonshire Tea. Jest na Rocks’ach taka irlandzka knajpa – kawiarnia, w której właściwie menu składa się z samych pysznych, wypiekanych na bieżąco bułeczek serwowanych tradycyjnie z dżemem i gęstą śmietaną i wybrać można tylko ich ilość, rodzaj dżemu (kilkanaście najbardziej egzotycznych kombinacji plus stadardowa malinowa) i rodzaj herbaty. Wszystkie stoliki były zajęte, ale wyjątkowo stwierdziliśmy, że poczekamy. Opłacało się, bo gdy w końcu, po czterdziestu minutach od złożenia zamówienia na stół podano nam pachnące bułeczki, z irlandzkiego nieba w australijskiej rzeczywistości wysunęły się trąby niebiańskie i zagrały nam w sercach : ) Ech.

IMG_4674

IMG_4670

IMG_4668

Drugi dzień był techniczny. Po pierwsze praliśmy wszystko co było do uprania, suszyliśmy i wyrzuciliśmy to, co po dwóch miesiącach intensywnego używania już nie nadawało się na dalszą podróż.

Zrobiliśmy rundę po okolicznych sklepach z rzeczami dla dzieci, żeby kupić dętki do kół w wózku, bo od jazdy po najróżniejszym podłożu porobiły się w nich dziury. Na szczęście nasz wózek jest z Nowej Zelandii, więc tutaj występuje dość często na ulicach i właściwie w ciągu półtorej godziny mieliśmy nowe koła.

Potem wyładowaliśmy wszystko, absolutnie wszystko z samochodu do namiotu lub na kempingowy śmietnik. Pożegnaliśmy się m. in. z naszą Biblią i Torą w jednym przez ostatnie dwa miesiące – grubym przewodnikiem po Australii z listą tras 4WD i kempingów (wyrwawszy wpierw strony o Australii Zachodniej). To był dla nas ciężki moment, gdy niejako słowo “koniec” faktem się stało.

Potem pojechaliśmy na myjnię. Niewyobrażalne jest jak bardzo nasz Jaszczurkowy Wóz był uświniony. Staliśmy na jednym ze stanowisk, laliśmy wodę z dyszy, laliśmy i laliśmy wrzucając w szczelinę kolejne monety, a po betonie płynęła czerwona ziemia outbacku, kamienie, gałęzie i mnóstwo niezidentyfikowanego szlamu. Obok nas inni myli swoje miejskie, lekko zakurzone przez tydzień jazdy do pracy, samochody i patrzyli się na nas z niedowierzaniem.

Na koniec odkurzyliśmy auto i przez chwilę zastanawialiśmy się czy na pożegnanie, w prezencie za niezawodność nie zafundować mu jakiegoś zapachu (naszym typem nr jeden był zapach nowego auta), ale uznaliśmy, że to jednak lekka przesada. Ostatecznie płacimy w dolarach, nie w złotówkach.

IMG_4742

IMG_4745

Cały ten dzień był dość trudny dla dzieciaków, bo zupełnie nie mieliśmy czasu się nimi zajmować, ale w myśl hasła – podróże usamodzielniają nasze pociechy niedoczekawszy się obiadu ani o swojej porze, ani dwie godziny później, postanowiły same o siebie zadbać i coś upolować. Rosół z kakadu? Czemu nie.

Najpierw lokalizujemy stado

Najpierw lokalizujemy stado

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Teraz będzie najtrudniejsze...

Teraz będzie najtrudniejsze…

Wchodzicie w to?

Wchodzicie w to?

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci...

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci…

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Niestety pierwsze polowanie nie przyniosło efektu i trzeba było sięgnąć po wypróbowane sposoby, czyli zaciągnąć rodziców do restauracji. Knajpa mieściła się po drugiej stronie od kempingu, tuż przy zapadającej w pamięć pustej, przepięknej plaży, którą przecinał szeroki strumień wpadający do oceanu.

W menu była kuchnia chińska w wydaniu naprawdę wartym grzechu. Siedzieliśmy tam po całym dniu nerwówki i ciągłego załatwiania tysiąca spraw, dzieci wyjątkowo zajęły się sobą (tzn. przerzucaniem się ryżem i makaronem) i nie zawracały nam głowy, zimne piwo gładko komponowało się z chłodną bryzą znad oceanu, a zachód słońca ginącego w huczących falach dopełniał całości. Siedzieliśmy, jedliśmy, piliśmy, oglądaliśmy spektakl barw na niebie, i mentalnie godziliśmy się z tym, że dzisiejsze mycie auta i czyszczenie zakamarków z zapasów było pożegnaniem z samochodem, który tak długo był właściwie naszym domem.

Niebo już było pełne gwiazd, gdy oczyściliśmy dzieci z ryżu we włosach i makaronu w uszach, i dopijając ostatni łyk z którejś z kolei butelki, wróciliśmy na kemping.

Ostatniego dnia było najbardziej wariacko. Najpierw jechaliśmy obwodnicą Sydney ponad 90 km w jedną stronę, żeby dojechać do przedmieść miasta po drugiej jego stronie, gdzie u znajomego naszego znajomego zostały złożone rzeczy z wypożyczalni, których nie potrzebowaliśmy na wyprawę, a przynajmniej tak nam się wydawało, gdy ją rozpoczynaliśmy (znów okazaliśmy się leśnymi głupkami) – ciepłe koce i niekompresowalne grube śpiwory.

Potem 90 km z powrotem na kemping i bolesne zderzenie z rzeczywistością. Musieliśmy jakoś przepakować nasz dobytek, bo na lot do Australii Zachodniej mogliśmy zabrać o wiele mniej bagażu niż na lot powrotny do kraju. Patrzyliśmy na sterty rzeczy rozrzucone po namiocie i nie mieliśmy zielonego pojęcia jak to ogarnąć. Gdzieś tam w przerażonych umysłach kołatała nam się myśl, co nas do cholery podkusiło, żeby kupować tyle książek??? Ale jak wiadomo z ludźmi uzależnionymi nie da się rozsądnie porozmawiać, więc moje rozmowy na ten temat z Michałem, lub Michała rozmowy ze mną były z góry skazane na niepowodzenie.

IMG_4683

Jednak problem typowo organizacyjny był pikusiem przy znalezieniu sposobu na przechowanie przez trzy tygodnie kilku wielgaśnych plecacków w Sydney. Z rozpaczą przeszukiwaliśmy strony internetowe z radami dla podróżnych i bledliśmy coraz bardziej. Mieliśmy do wyboru przechowalnie bagażu na lotnisku lub dworcu kolejowym, ale wynajęcie dwóch największych boksów na tak długi okres czasu kosztowałoby nas prawie dwa tysiące złotych .

Trafiliśmy jeszcze na informację o jakiejś firmie, która zajmuje się różnymi usługami, w tym odbieraniem takich bagaży od turystów i przechowywaniem ich w swoim magazynie cargo. Cena była kusząca (nie oszukujmy się, przy cenie schowków lotniskowych kuszące byłoby nawet nadanie tych nadwymiarowych bagaży jako przesyłki cargo do Warszawy), ale na forum znaleźliśmy dwie negatywne opinie o tym serwisie (generalnie sprowadzające się do tego, że bagaże “zaginęły”) i żadnej pozytywnej. Była jeszcze druga podobna oferta, ale ta za to nie miała żadnej opinii, co wydawało się jeszcze bardziej podejrzane.

Załamani zaczęliśmy kombinować co nam się bardziej opłaci – zapłacić za schowek na lotnisku czy za nadbagaż na locie Sydney – Perth. W międzyczasie zarezerwowaliśmy na następny dzień hotel na lotnisku, nasz ulubiony Ibis Budget. Tym razem nauczeni doświadczeniem wzięliśmy wersję pokoju lux, żeby jakoś się w środku pomieścić. I zupełnie niespodziewanie (cuda najczęściej są niespodziewane) wyczytaliśmy, że w hotelu jest przechowalnia bagażu. Generalnie w hotelach takie przechowalnie są normą, ale zwykle można tam coś zostawić najwyżej na dobę. A tu było napisane, że nie ma ograniczeń czasowych.

Nie wierzymy, a bardzo byśmy chcieli. A chcieć to móc. Postanawiamy następnego dnia sprawdzić jak to działa w rzeczywistości, uznając, że najwyżej zbankrutujemy na przechowalnię lotniskową, i poprawimy technikę polowania na kakadu, żeby jakoś budżetowo wyżywić się do końca pobytu.

Resztę czasu mozolnie przekopywaliśmy się przez nasz dobytek, segregując go na torby i plecaki, a dzieciaki w tym czasie korzystały z uroków kempingu. Szczęściarze.

IMG_4757

IMG_4752

Gdzie jest woda?

Gdzie jest woda?

O jest!

O jest!

O yes!

O yes!

I w końcu nadszedł ten czas – nasza ostatnia noc w namiocie. Patrzyłam na śpiących synków zakopanych w swoich śpiworach, tak idealnie akceptujących każde warunki, do których ich zabraliśmy podczas tej podróży i byłam naprawdę cholernie szczęśliwa. Jakby nie było byliśmy tutaj na urlopie rodzicielskim i bez względu na ilość widzianych krajobrazów, przejechanych kilometrów, zjedzonych przepysznych steaków i przeżytych doświadczeń wynieśliśmy z tej wyprawy coś nieuchwytnego, ale bardzo ważnego dla nas jako rodziny. Dzień w dzień spędzaliśmy 24h razem ucząc się siebie nawzajem i w sposób niepostrzeżony budując mocną więź. Od maluchów uczyliśmy się radości i optymizmu bez zawracania sobie głowy przeszkodami, umiejętności skupiania się na konkretnej chwili, zadziwienia światem tak jakbyśmy widzieli go po raz pierwszy, zaciekawienia najdrobniejszą spotkaną rzeczą – piaskiem, liśćmi, odgłosami buszu, nasionami nieznanych nam drzew, wodą błyskającą odbitymi promieniami słonecznymi. Nie wiem do końca czego nauczyli się chłopcy, ale myślę, że gdzieś jakiś ślad zostawią w nich wieczory spędzone z rodzicami na obserwacji zmian kształtu księżyca, ranne krzątanie się po obozowisku, wspólne zwijanie lub rozkładanie namiotu (w pewnym momencie Tolo przypisał sobie rolę akceptowacza właściwego miejsca do rozbijania), gotowanie prostego obiadu nad ogniskiem, czytanie mapy przy planowaniu dalszej trasy. I mimo, iż wiem, że typowej, encyklopedycznej wiedzy im to nie przysporzy, bo są za mali (szczególnie Kaj), to mam nadzieję, że te wszystkie drobne, codzienne chwile po prostu dały im poczucie niezachwianej pewności, że są kochani. Przez najwspanialszych rodziców na świecie, rzecz jasna.

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Rano po raz ostatni zwinęliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i opuściliśmy kemping. Po godzinie dojechaliśmy do hotelu, przenieśliśmy bagaże, z niedowierzaniem przyjęliśmy do wiadomości, że możemy w nim zostawić duże plecaki na trzy tygodnie w cenie 3 dolarów za schowek za cały okres i wcale nie musimy po powrocie zatrzymywać się w tym hotelu ponownie.

Potem pojechaliśmy do siedziby Britza, gdzie w zbyt szybki i zbyt sprawny sposób załatwiliśmy formalności i nagle zostaliśmy bez samochodu. Wychodząc patrzyliśmy jak stoi opuszczony na parkingu i znów było nam bardzo, bardzo smutno.

A jak wiadomo nic tak nie pomaga na smutek jak wypad do miasta ; )

Metrem podjechaliśmy do centrum, gdzie w planach mieliśmy leniwy spacer po Ogrodzie Botanicznym. Niestety w okolicy parku nie ma absolutnie żadnej opcji kupienia czegoś obiadowego na wynos plus kawy. Kilka drogich restauracji (obok ogrodu są super drogie apartamentowce plus dzielnica biznesowa) nie rozwiązywało naszego problemu. Spytaliśmy wujka googla i jego kuzynkę – mapsy, gdzie w okolicy można znaleźć chińszczyznę, i kierowani trasą na telefonie weszliśmy w cień rzucany przez szklane biurowce. Szliśmy tam w naszych sfatygowanych podróżnych ubraniach i sandałach, które nie jedno już widziały, a wokół nas pędziły istoty ubrane w kostiumy, garnitury, szpilki, krawaty, i każdy, absolutnie każdy miał na szyi smycz z przepustką do swojego przydziałowego miejsca pracy, jak w zakładzie karnym nie przymierzając. Dodam, że upał był normalny, pod trzydzieści stopni.

Surrealistycznie się czułam, jakbym trafiła na niewłaściwy plan rzeczywistości. Dość zgryźliwie sobie pomyślałam patrząc na tych wszystkich jednakowych mężczyzn (nie oszukujmy się, detale garniturów lub różne odcienie błękitu koszul nie sprawią, że człowiek w jakikolwiek sposób wyróżni się z tłumu) i na trochę mniej jednakowe, lecz ciągle w jednym standardzie ubraniowym kobiety, że oni tak tu pędzą, rozmawiają przez komórkę, grają strasznie zaaferowanych, zapracowanych i ważnych, ale czy z ich zajęcia powstaje coś naprawdę użytecznego? Coś, co jest komuś innemy naprawdę potrzebne? Czy, nie owijając w bawełnę spytam wprost – ktokolwiek z nich przyczynił się do powstania sweterka??? Nie. A postrzygacze owiec tak. Parafrazując dość mądrego człowieka: stałam tak, obserwowałam i miałam sen, piękny sen. Że mój syn (jeden i drugi) na pytanie, kim chce być w życiu, nie odpowie: korpoludkiem. I że będzie mu to dane.

Z drugiej strony (dlaczego ja zawsze widzę dwie strony?) zastanawiamy się poważnie z Michałem, czy nasze dzieci po ukończeniu dzieciństwa, podczas którego są przez rodziców ciągle gdzieś ciągane, bez planu, rutyny i przewidywalności, nie powiedzą w dorosłym życiu: Chcę być urzędnikiem państwowym. Chodzić do pracy na 8, wracać do domu o 16, jeść obiad, rozwiązać krzyżówkę, obejrzeć wiadomości i iść spać. I tak przez 10 lat na początek.

Chińszczyznę w pudełku i kawę w papierowych kubkach kupiliśmy, mogliśmy więc pójść na piknik do Ogrodu. Usiedliśmy na pierwszym lepszym trawniku (tak, w Australii w przeciwieństwie do warszawskich Łazienek, Wilanowa i innych terenów zielonych będących dobrem narodowym można siadać na trawie. Zresztą tak samo jak w większości cywilizowanych miejsc na świecie), pouczyliśmy dzieci, żeby za nic w świecie nie rzucały ryżu żebrającym ibisom (dzieci oczywiście nie posłuchały) i relaksowaliśmy się w miłym cieple popołudniowego słońca. Potem długi spacer wśród zaskakującej czasem zieleni, gdzie rosły paprocie z organami męskimi i damskimi (już widzę co u nas napisaliby w gazetach, gdyby takie coś posadzić w przestrzeni publicznej. Jak nic byłyby wcześniejsze wybory parlamentarne), spotkanie z kolejnymi nosorożcami zwanymi przez Tolka fifotopamami, a pod wieczór powrót metrem do hotelu.

Tata, a ufa fifotopama są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

Tata, a  fifotopama ufa są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

IMG_4794

IMG_4787

IMG_4801

IMG_4805

IMG_4809

IMG_4811

Drzewo połykające ogrodnika

Drzewo połykające ogrodnika

Jedna baobab i dwóch chłopa

Jedna baobab i dwóch chłopa

IMG_4828

IMG_4836

IMG_4838

IMG_4852

IMG_4849

Chłopiec czy dziewczynka?

Chłopiec czy dziewczynka?

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

IMG_4871

IMG_4875

 

IMG_4830

IMG_4858

Następnego dnia wylecieliśmy do Perth.

 

 

 

 

 

 

Pejzaż w tonacji lapisowej

Spójrz:
Przeminęło.
Czy nie masz żalu?
Tyle łaski, ale tylko raz.
Bo czekają nowi.
„Czy to wszystko?” nagle pytasz mnie.
Nie znam odpowiedzi.

(Anna Maria Jopek, Spójrz, przeminęło)

Najdłuższy etap naszej podróży po Australii dobiegł końca. To uczucie, którego nie znoszę. Nie umiem sobie radzić z żalem, tęsknotą, koniecznością pogodzenie się z faktem, że już po. Kilka miesięcy temu każda nasza wolna chwila poświęcona była myślom o tej wyprawie. Czytaliśmy przewodniki, szperaliśmy w internecie, wbijaliśmy pinezki w mapę. Wtedy te pozaznaczane punkty były czymś abstrakcyjnym, ot – nazwa z opisem atrakcji. Wyobraźnia tworzyła obrazy, umysł nakręcał się oczekiwaniem nieznanego, ale na pewno wspaniałego. Gdy w końcu 2 stycznia dotarliśmy do Sydney i obudziliśmy się rano, a przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące latem, słońcem i hibiskusem, nie mogliśmy przestać się uśmiechać. – Zrobiliśmy to! W końcu tu jesteśmy – mówiliśmy do siebie, ciesząc się jak dzieci. Przed nami była wielka przygoda, z milionem rzeczy do odkrycia, zobaczenia, przeżycia. Wszystko mogło się zdarzyć! Ponad dwa miesiące wędrowki przez Australię, osiemdziesiąt dni w drodze bez celu, bez planu, wydawało się wiecznością. A na pewno bardzo długim okresem czasu. A teraz – już po wszystkim. Już koniec. Wieczność trwała tak szybko, jak zwykle za szybko. Trwała dokładnie osiemdziesiąt dni i ani minuty dłużej. Wiemy już, co się zdarzyło.

Czuję potworne zmęczenie emocjonalne. Pod powiekami, co mrugnięcie, pojawiają się jakieś wyrywkowe obrazy z kempingów na których rozbijaliśmy namiot, wycieczek, krajobrazów. Żeby nie tęsknić, całą siłą woli staram się nie myśleć o nich. Nie rozpamiętywać, nie przypominać sobie. Kiedyś, przy zakończeniu relacji z podroży o Skandynawii pisałam o tym stanie otępienia i zablokowania wspomnień, który jest ratunkiem przed usiądnięciem i zalaniem się łzami. Nie, nie jestem dobra w pożegnaniach.

Z Lightning Ridge do Sydney mamy osiemset kilometrów, dystans nie do zrobienia w jeden dzień z tutejszymi ograniczeniami prędkości, upałem i dwójką dzieci. Zaskakująco jednak udaje nam się przejechać ponad 600 km i na nocleg stajemy w jednym z miasteczek po drodze. Następnego dnia, żeby dotrzeć na kemping docelowy, przejeżdżamy przez znane nam już Góry Błękitne. W ekspresowym tempie krajobraz za oknem zmienia się. Czerwona ziemia, suche krzewy, pustynne lub płaskie outbackowe klimaty nagle zmieniają się w pola uprawne, pastwiska, i wzgórza pokryte bujną, kłującą nas wręcz w oczy zielenią traw i lasów. Czujemy się jakbyśmy podróżowali przez tunel czasu, mamy wrażenie nierealności tego, co widzimy za szybą. Kilka godzin jazdy i z rzeczywistości, w której człowiek musi nauczyć się przeżyć w nieprzyjaznym otoczeniu, trafiamy do miejsca, w którym natura została ujarzmiona i podporządkowana ludzkim zamysłom. Abstrakcja, inna planeta.

Góry Błękitne nas wabią, do Sydney mamy naprawdę niedaleko (phi, co to jest 120 km cywilizowaną dwupasmówką bez kangurów?), postanawiamy większość dnia trochę się powłóczyć.

IMG_4602

Wjeżdżamy do Blackheath i czujemy się coraz dziwniej oraz trochę jakby nie na miejscu. Po pierwsze domy tutaj są jak z najlepszych przedmieść Londynu. Okazałe, murowane, a nie z blachy lub dykty, zadbane, z zaplanowanymi i pielęgnowanymi ogrodami, podjazdem wyłożonym kamieniami pasującymi do ogólnego wystroju posesji, bez rdzewiejącego lub zniszczonego sprzętu wystawionego pod ścianą. Bez wyblakłych od słońca foteli do posiedzenia pod wieczór, bez wraków samochodów pozostawionych jako podręczny magazyn części zamiennych, bez ikonicznych wiatraków pompujących wodę spod wysuszonej na skamieniały pył ziemi. W końcu bez wiecznie zakurzonych na czerwono, obtartych z każdego boku i przerabianych domowym sposobem starych, niezniszczalnych terenówek. Zamiast tego na podjazdach parkują czyste, lśniące auta osobowe, ewentualnie miejskie SUVy, potrafiące co najwyżej bez szwanku wjechać na wyższy krawężnik przed modnym butikiem.

Jedziemy powoli dalej, a po obu stronach drogi klony zmieniają kolor liści. Żółte i czerwone, kołyszą się na gałęziach, będąc wizualnym akcentem potęgującym nasz nastrój końca australijskiej przygody. Zaczyna się jesień, czas odpocząć po wakacyjnym szaleństwie, czas wrócić do domu, zdają się mówić. Jadąc główną drogą milczymy, przytłoczeni myślami, wspomnieniami, początkiem kształtujących się w głowie podsumowań. Niby wiemy, że to jeszcze nie dziś, że jeszcze mamy jeden krótki wypad do Australii Zachodniej zanim wsiądziemy w samolot do Polski, ale jednak. Z tyłu głowy zagnieżdża się nieznośna myśl, że jesteśmy bliżej, o wiele bliżej końca niż początku.

Jest weekend i miasteczko pęka w szwach od jednodniowych turystów z Sydney. Wszystkie miejsca parkingowe wzdłuż chodnika zajęte, kilkanaście kawiarni i restauracji pełnych do ostatniego stolika, gwarno, hałaśliwie i … szpanersko. Ludzie w czystych, wyprasowanych (!) ubraniach prosto z najnowszej, jesiennej kolekcji, w markowych dodatkach i obuwiu, Czujemy się nieswojo, trochę jakbyśmy pierwszy raz przyjechali do miasta z głębokiej wsi. Nie wiemy gdzie patrzeć i na co uważać, jesteśmy trochę zdezorientowani, trochę poirytowani, mamy problem z podjęciem decyzji gdzie skręcić, czy iść na kawę czy na obiad, które miejsce wybrać. Ilość opcji powoduje w nas swędzącą chęć ucieczki i powrotu w outback. Gdzie był tylko jeden pub ulokowany przy jedynej głównej ulicy, przy którym zawsze było gdzie stanąć, a w menu były dwa dania do wyboru. Życie w ten sposób było o wiele prostsze. Tak, z jednej strony brak mnóstwa przyjemności (kilkunastu gatunków mrożonej kawy, lodów, świeżych owoców, czy knajp z kuchnią z każdego zakątka świata), z drugiej jednak brak pokus i wmawiania na każdym kroku, że szczęście zależy od ulegnięcia marketingowym sztuczkom powodowały, że codzienność była spokojniejsza, a drobiazgi o wiele szybciej tworzyły poczucie zadowolenia z chwili. Prościej było dostrzec sedno.

Decydujemy się w końcu podjechać do informacji turystycznej, żeby spytać o krótkie szlaki do przejścia z dziećmi, a w ramach obiadu zjemy resztki zapasów. Możecie nazwać to tchórzostwem, my uznaliśmy, że tak będzie szybciej. A przynajmniej tak sobie powtarzaliśmy.

W informacji turystycznej wśród sydnejskich weekendowych, wystylizowanych turystów też czuliśmy się jak z innej bajki. W mocno podniszczonych, niedopranych (ach te kempingowe pralki) i na pewno nieuprasowanych ciuchach bez metki, w okularach słonecznych porysowanych od piasku pustyni i bez loga na oprawce, z fryzurami wskazującymi na pilną potrzebę odwiedzenia fryzjera lub choćby zakupu grzebienia i suszarki, ech… No dziwaki jakiejś drugiej kategorii byliśmy i tyle.

IMG_4607

Na parkingu przy Govetts Leap Lookout zjedliśmy kanapki przyrządzone z tego, co znaleźliśmy w lodówce i co jeszcze nadawało się do jedzenia, a potem przymocowaliśmy dzieciaki do pleców i poszliśmy na spacer do punktu widokowego Bridal Veil Falls. Tak naprawdę chcieliśmy dojść do Evans Lookut, ale szlak był tak wyczerpujący, że przy wodospadach poddaliśmy się i postanowiliśmy wrócić. Nie wiem, czy nasze pociechy przytyły, czy my po tych outbackowych steakach straciliśmy formę, ale zejście ostro w dół przez 20 minut z pakunkami w nosidłach pokonało nas. A przecież musieliśmy tą samą drogę pokonać w drugą stronę, tyle że tym razem ostro pod górę.

Hm, wspominałam już, że nie przepadam za wyprawami górskimi? Na szczęście wokół nas jesień naprawdę malowała kolorami, więc co kilkanaście kroków stawaliśmy, żeby uchwycić aparatem to, co chcieliśmy zapamiętać z tej wędrówki.

 

IMG_4611

IMG_4613

IMG_4595

IMG_4594

IMG_4592

IMG_4590

IMG_4588

IMG_4586

IMG_4585

IMG_4583

IMG_4582

IMG_4578

IMG_4571

IMG_4570

IMG_4568

Męcząco, jak to w górach, lecz było warto. To znaczy wtedy wlokąc się w tempie starego ślimaka idącego tyłem, sapiąc i dysząc, potykając się o korzenie i kamienie, bo mi pot zasłaniał oczy, naprawdę w wyrafinowany sposób przeklinałam w myślach panie z informacji turystycznej, które nam ten szlak poleciły na krótką wędrówkę z dziećmi. Teraz jednak oglądając zdjęcia tęsknię za widokiem zielonych, bezkresnych grzbietów osnutych błękitną mgłą. I cieszę się, że tam byłam.

IMG_4562

IMG_4560

 

Same wodospady też robią wrażenie. Spadają z zawrotnej wysokości po skałach przywodzących na myśl pierwotny amfiteatr lub jakąś świątynię Matki Natury. Ogromne, przytłaczające rozmachem skalne urwisko całe pokryte jest wiszącym ogrodem mchów, paproci, rosiczek i pływaczy (gatunki roślin żywiących się owadami). Zieleń spija wodę sączącą się po skalnej ścianie, kąpie się w wilgotnej mgle z wodospadów, rośnie, wypuszcza pędy, kwitnie, zachłannie zagarnia kolejne przestrzenie, wspina się po samej sobie, aż w końcu pod własnym ciężarem odpada w przepaść. Nie trzeba jednak długiego czasu, żeby zwolnione miejsce znów pokryło się gęstwiną liści i kwiatów. Magiczne miejsce.

Dlatego właśnie mimo niechęci do górskich wędrówek jednak czasem je popełniam, bo lubię patrzeć na cuda.

IMG_4599

IMG_4604

Na szczęście kolejny był położony 5 minut spacerkiem płaską ścieżką od innego parkingu. Wind Cave, niezwykła formacja skalna, przypominająca te z wyspy Maria na Tasmanii. Tylko tym razem zamiast błękitnego morza dookoła był tajemniczy, pachnący las eukaliptusowy.

IMG_4620

IMG_4618

IMG_4625

To nasze pożegnanie z Górami Błękitnymi. Robimy ostatnie zdjęcia mimo, że wiemy iż nie oddadzą one ogromu, barw i zapachu, ale przymus utrwalenia chwili jest silniejszy niż rozsądek. Ostatnie spojrzenie w ciszy, żeby usłyszeć milion dźwięków – ptaki, cykady, krople wody, wiatr.

panorama

Przed nami Sydney i ostatni rozdział tej wyprawy.