Darling River Run. Bo ciągle nam outbacku mało.

Darling River Run zaczyna się właściwie w Wentworth, ale my wjechaliśmy do niej od połowy, w Menindee.

Najpierw z Broken Hill udaliśmy się do Kinchega National Park. Skusiła nas w tamte rejony historyczna, największa swego czasu i jedna z najstarszych w zachodniej NSW szopa do strzyżenia owiec.

IMG_3446

Na pierwszy rzut oka – mało imponująca szopa

Obiad w drodze

Obiad w drodze

Sam park narodowy to znów pustynne obszary – czerwona, sucha ziemia i wyschnięte szare kępki traw lub bezlistnych krzewów, wyglądających na absolutnie i totalnie martwe. Dopiero po przyjrzeniu się z bardzo bliska można zobaczyć wąskie, szare liście przyklejone wzdłuż gałęzi lub małe, również szare, kulki z nasionami.

IMG_3415

Dziki mini-arbuz z bliska

Dziki mini-arbuz z bliska

Nagle, zupełnie niespodziewanie krajobraz zmienia się w zaczarowany las. Na głębokości kilkuset metrów wzdłuż płynącej tutaj Darling River rosną olbrzmie i bardzo stare eukaliptusy. Grube pnie z korą układającą się w fantazyjne wzory, powykręcane gałęzie dające cień, wirujące na najmniejszym wietrze cienkie srebrnozielone listki i migoczące, rozbiegane plamy światła słonecznego.

IMG_3519

IMG_3516

IMG_3524

IMG_3540

IMG_3523

A przy samej rzece co jakiś czas, tak żeby zachować poczucie odizolowania, rozmieszczono miejsca do rozbicia obozu. I tu paradoks – na wjeździe do parku postawiono tablicę z ostrzeżeniem, iż rosnące tu eukalitusy są wiekowe i ich grube konary w każdej chwili, bez wiatru i specjalnej przyczyny mogą się odłamać. W związku z powyższym uprasza się turystów o nierozbijanie namiotu pod drzewami. Następnie – jedyne miejsca kempingowe wyznaczono w zacienionych przez eukaliptusy zatoczkach. Hmm… Ryzykujemy i postanawiamy z jednego z nich skorzystać.

IMG_3554

IMG_3515

Obiektywnie – jest rewelacyjnie. Cisza, spokój, woda, legendarnej rzeki, niesamowite otoczenie, relatywnie mało much, na które działa nasz czarodziejski krem. Subiektywnie – na ziemi milion malutkich ostrych nasion eukaliptusa, tak że nie da się Kaja puścić do raczkowania, bo albo wbijają mu się w rączki, albo swoim starym zwyczajem Kaj je połyka. Do tego bardzo stromy, wręcz pionowy, wysoki na dwadzieścia metrów, niczym niezabezpieczony brzeg rzeki. Ech, zwykłe uroki podroży z małymi dziećmi.

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

IMG_3548

Próbujemy jednak z chwili wycisnąć ile się da. Michał rozbija namiot, ja ignorując wypadający dysk spaceruję kolejne kilometry z Kajem za rączkę (pistolet jeden gryzie mnie jak próbuję wziąć go na ręce. On teraz będzie chodził ze swoim chodzikiem, czyli mną), a Tolek biega wokoło i zbiera patyki na ognisko “na niby” (z powodu suszy obowiązuje zakaz rozpalania otwartego ognia). Potem ja zajmuję się wkładaniem swojego dysku na miejsce, a Michał przejmuje chłopców i razem przygotowują kolację. Bo to męska rzecz jest upolować i przyrządzić na patelni pyszne tosty maczane w rozbełtanym jajku, podane potem ze zdobycznym w pobliskim sklepie kurczakiem z rożna : )

IMG_3546

IMG_3549

Kaj zasypia, my zajadamy się grzankami, pijemy gorącą herbatę z naszego billy’ego, a słońce powoli zachodzi. Już mam sięgnąć po aparat, żeby uchwycić kolory na rzece i chmurach, gdy budzi się Kaj, bo przypomniał sobie, że zasnął bez porcji wieczornego mleczka. Nie ma przebacz, nie da się zapomnieć, że z zawodu jestem matką karmiącą, a dopiero z hobby w wolnym czasie fotografem. Gdy wychodzę z namiotu, na niebie świecą już gwiazdy i księżyc.

 

Rano ruszamy wzdłuż rzeki. Przy okazji przekraczamy po raz kolejny granicę zmiany czasu. Nie pokrywa się ona zupełnie z niczym, bo jest za Broken Hill, które administracyjnie należy do New South Wales, ale czas w nim jest taki jak w South Australia. W dodatku samo przesunięcie jest bez sensu, bo o pół godziny.

IMG_3408

IMG_3410

Droga jest w zmiennym stanie – raz sypkie kamienie pozbawiające auta przyczepności, raz głębokie, zupełnie niewidoczne z dala doły lub zaschnięte na kamień spore błotne muldy. Miejscowi jeżdżą nią swoimi poobijanymi pick-up’ami ponad 100 km/h, ja na trochę lepiej wyglądających odcinkach odważam się na marne osiemdziesiąt, w porywach dziewięćdziesiąt, a i tak czasem słyszę jak Michał siedzący obok wstrzymuje oddech. Auto co chwila skrzypi i wali zawieszeniem, bo jednak niezależnie od tego, jak chcą je przedstawić marketingowcy, Amarok nie jest terenówką. Za niski prześwit, za małe koła i zdecydowanie za słaby silnik.

IMG_3564

IMG_3585

IMG_3565

Niby sto pięćdziesiąt kilometrów to jest nic. Kilka miesięcy temu wracałam z Warszawy do domu nową autostradą, zastanawiając się nad jakimiś ważnymi zapewne rzeczami, i jechało mi się tak dobrze, że oprzytomniałam dopiero pod Łodzią. Stoparęnaście kilometrów śmignęło pod kołami nie wiadomo kiedy.

Teraz tą samą odległość pokonujemy w dwie i pół godziny, a w dodatku mamy wrażenie, że trwało to cały dzień. Na pewno w znacznym stopniu sprawił to krajobraz drogi – cały czas jechaliśmy przez pustkowia. Ziemia raz była czerwona, raz szara, czasem kamienista, czasem piaszczysta, wokół pojedyńcze drzewa nie dające cienia lub kępki traw, ale mimo tej pozornej różnorodności – przez sto pięćdziesiąt kilometrów za oknem widzieliśmy monotonnię. Nie spotkaliśmy żadnego auta, nie minęliśmy żadnego domostwa. Tylko kolejne płoty z grid’ami na drodze informowały nas o wjechaniu na teren następnej ogromnej farmy. Do tego w Australii jest irytujący zwyczaj nie umieszczania tablic z odległościami. Więc gdy przed startem zapomnieliśmy spojrzeć na licznik, to w trakcie drogi, jak już byliśmy mocno znużeni i rozpaczliwie potrzebowaliśmy podniesienia na duchu, że niedługo droga dotrze do celu, nie mieliśmy pojęcia ile jeszcze nam zostało.

IMG_3575

IMG_3573

IMG_3591

IMG_3630

W końcu dojeżdżamy do Wilcannii. Tam kawa w jedynej kawiarni w mieście, plac zabaw, chwila relaksu. Oprócz właściela kawiarni nie spotykamy nikogo, miasto wygląda jakby było opuszczonym planem filmowym. Jesteśmy dziwnie otępiali, pozbawieni dotychczasowego tempa, i zupełnie dajemy ciała jeśli chodzi o planowanie. Dzwonimy do jednej z oferujących noclegi farm na dalszym odcinku trasy, chcąc upewnić się, że możemy na niej dziś przenocować. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że wszystkie pokoje są zajęte. Ups. Do kolejnej farmy nie mamy szans dotrzeć przed zmrokiem, a w Wilcanni nie wyobrażamy sobie szukania noclegu. Znajdujemy na mapie pub w Tilpie, dzwonimy, rezerwujemy pokój. I tu właśnie popełniamy błąd, bo zapominając gdzie jesteśmy i jak wyglądają miasteczka z pub’ami, chcemy po prostu jak najszybciej dokończyć trasę. Gdy ją wybieraliśmy, kierowaliśmy się kuszącym hasłem “Przemierzenie Darling River Run pozwoli na prawdziwe doświadczenie życia w outbacku”. Teraz jesteśmy już zmęczeni, nie chcemy utknąć pośrodku niczego z dziećmi, a jedyne czego chemy doświadczyć to klimatyzowany pokój w cywilizowanym mieście. Inna sprawa, że outback w naszych (na niczym w sumie nie opartych) wyobrażeniach był romantyczną scenerią, z szumem płynącej rzeki, licznymi stadami krów i owiec leniwie wędrującymi z pastwiska na pastwisko, kowbojami na koniach pozdrawiającymi nas z siodła (koniecznie w pełnym rynsztunku prosto ze sklepu R.M. Williamsa), sielskimi bezkresnymi krajobrazami, i cały dzień nisko wiszącym słońcem, które potem zachodzi malując niebo. A, i jeszcze z ukrytych głośników (???) naszej wędrówce towarzyszą dźwięki australijskiego country (ukrytych, bo z głośników naszego radia samochodowego dochodzą co najwyżej dźwięki składanki hitów przedszkolnych). Naiwne, prawda? Teraz też już to wiem. I mogę też przyznać, że przemierzona przez nas Darling River Run naprawdę daje wyobrażenie o outbacku, tym prawdziwym. Spalonym słońcem, monotonnym, bezkresnym, bezludnym. To osamotnienie, którego doświadcza się podróżując czerwonym traktem to dla mnie definicja krainy Never-Never. Bo tak naprawdę nie przyroda tutaj powala na kolana i sprawia, że outback uwodzi duszę. Przyroda powoduje, że łatwiej jest docenić to, co ważne i szczególne – drugiego człowieka. Po kilku godzinach, dniach, tygodniach bycia z samym sobą w krainie, w której nie tak trudno o śmiertelny pech (nie, outback to nie sielskie tereny, i mimo współczesnej technologii, dzięki której można wezwać pomoc na czas i relatywnie nie jest tu bardziej niebezpiecznie niż w mieście, ciągle ma się poczucie zagrożenia i takiego podskórnego dreszczu, że zawsze coś może pójść nie tak), spotkanie z drugim człowiekiem jest swoistą nagrodą. Dlatego zupełnie obcy ludzie potrafią tutaj stworzyć pomiędzy sobą szczególną więź, choćby miała ona trwać tylko chwilę. Każdy, kogo spotykaliśmy z nami rozmawiał. O pogodzie, o muchach, o kurzu, o trasie, o planach na jutro, o tym, czy droga przejezdna. Pytali o nas, opowiadali o sobie. Wysłuchaliśmy opowieści, prozaicznych takich jak o rodzinie i miejscu z którego rozmówcy pochodzili, i tych głębszych, o marzeniach, ważnych momentach w życiu, planach. W outbacku ważny jest człowiek, a więc ważna jest jego historia, dlatego każdy ma czas jej wysłuchać. Nie ma opowieści zbyt prostych, nieciekawych, zwyczajnych – bo przecież nie ma zwyczajnych ludzi.

Taką właśnie lekcję wyniosłam z kilkutysięcy przejechanych kilometrów – każdy człowiek jest ważny.

 

Ruszamy kolejne sto kilometrów w stronę noclegu w pubie, wyjeżdżając z jedynego miasteczka w promieniu dwustu kilometrów nie zastanawiając się nad tym, czy mamy zapasy jedzenia, wody i pieluszek na kolejne dni. Trochę nam się to odbije czkawką.

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Skrzynka na listy i paczki

Skrzynka na listy i paczki

Pub w Tilpie nie różnił się od innych odwiedzonych przez nas pubów. Z prawie stuletnią historią, stał sobie pośrodku niczego.

Tilpa - miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Tilpa – miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Na podwórku pomiędzy pub'em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Na podwórku pomiędzy pub’em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Bo Tilpa, mimo że jest kropką na mapie nie ma zupełnie żadnego innego domu. Ma za to cmentarz, na którym nikt nie leży (jedyny taki w Australii, jak reklamuje ulotka, i w to wierzymy), zapuszczony plac zabaw z milionami mrowisk, stary most z czasów spławiania rzeką barek z wełną, i najkrótszą na całym kontynencie trasę z zabytkami (z czego nomen omen Tilpa jest dumna). Po jednej stronie drogi trasa zaczyna się tablicą przy starym moście na rzece Darling. Tablica po pierwsze informuje, iż swego czasu rzeka była autostradą dla statków parowych. Po drugie wspomina niejakiego Tom’a Johnstona, szkockiego kapitana jednego z tych parowców, który był tak silny, że wyładowując statek dźwigał po worku pszenicy pod każdym ramieniem. Koniec tablicy. Przechodzimy do drugiej, którą poświęcono pub’owi. Historia pubu wspomina o tym, że początkowo w tym samym budynku mieścił się Royal Hotel z pubem oraz biuro poczty. Jeden z bardziej awanturujących się członków miejscowej społeczności napisał w tej sprawie list do Parlamentu, w którym żądał rozwiązania tej sytuacji. Argumentował, iż niestosownym jest załatwianie spraw na poczcie, gdy trzeba przejść koło pijanych mężczyzn, którzy swoim zachowaniem rozpraszają urzędnika pocztowego i uniemożliwiają kulturalne nadanie telegramu. Parlament zareagował błyskawicznie, poczta została zamknięta.

Trzeciej tablicy nie ma, koniec trasy historycznej po Tilpie, czas najwyższy udać się do pubu. Tego samego, w którym za wrzucenie monety do słoja dla RFDS można nabazgrać swoje imię na ścianie czy innej powierzchni.

IMG_3624

IMG_3626

Za kontuarem oczywiście studentka z Europy, tym razem Irlandka. Mrukliwa, zupełnie nie przejawia chęci rozmowy, mimo że pytamy się o różne rzeczy związane z pracą w outbackowym pubie. Dowiadujemy się tylko, że pub zapełnia się w piątki, gdy z okolic przyjeżdżają farmerzy napić się piwa w towarzystwie. Gdy wypiją za dużo, nocują w hotelu (przewidując taki rozwój wydarzeń jest jakiś przepis nakazujący pub’om posiadanie miejsc noclegowych). Gdy w końcu zadajemy pytanie wprost, dlaczego wybrała to miejsce na spędzenie gap year (bo ze szczątkowej rozmowy wynika, że przyjechała zwiedzać Australię, ale nigdzie nie była poza Sydney) odpowiedziała ofensywnie i właściwie nie udzielając odpowiedzi, tylko się tłumacząc, że przecież ona tu nie jest sama, są jeszcze dwie inne koleżanki.

Nic z tego nie rozumiemy, oprócz tego, że albo przyczyna jest tajemnicza (zakazana miłość do jednego z piątkowych farmerów???), albo dziewczyna sama jej nie zna. Z początku (już w pubie w Williams Creek) wydawało nam się, że może jesteśmy mało zachęcający do rozmowy dla pub’owych studentów zza kontuaru (różnica pokoleń i te sprawy), ale rozmawiając w Bourke z kimś na kempingu, usłyszeliśmy, że w outbacku żyją niesapowicie sympatyczni i chętni do rozmowy ludzie, poza … studentami na gap year pracującymi w pubach. Zagadka, której nie udało nam się rozwiązać.

IMG_3612

IMG_3606

IMG_3607

IMG_3609

IMG_3614

Pokój hotelowy przynajmniej nie miał widoczego robactwa, więc mogliśmy puścić dzieciaki na podłogę. Jednocześnie na każdym kroku widać było, że co kilka lat przeprowadzany jest remont polegający na położeniu świeżej wykładziny przykrywającej zbutwiałe deski podłogowe i to co w nich żyje, pomalowaniu ścian, żeby ukryć martwe ciała much i komarów, i zatkaniu kolejnymi kawałkami blachy szpar i szczelin powstałych w starych warstwach blachy. Moskitiery w oknach i drzwiach nie podlegały wymianie, a szkoda.

IMG_3598

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Rano odkrywamy, że błędem było nie zrobienie zakupów w Wilcanni, bo nie bardzo mamy jak się samodzielnie wyżywić. Zmuszeni okolicznościami bierzemy mało zachęcające śniadanie w pubie (co innego moglibyśmy dostać od zaspanych Irlandek, jeśli nie English beakfast?) plus kawę. Ja wiem, że to pub, ale nad kontuarem było napisane, że serwują kawę. Irlandka znika w prywatnej części budynku, a potem przynosi nam dwa kubki domowej, rozpuszczalnej kawy z mlekiem. Dwa kubki, każdy z innej parafii, podejrzewamy więc, że zabrała je swoim koleżankom, żeby obsłużyć dziwnych gości. Gdy niechcący podczas karmienia dzieciaków z widelca spada mi kawałek bekonu i wpada do kawy, stwierdzamy, że po jego wyłowieniu kawa dalej smakuje tak samo.

Czas się stąd zbierać.

Pytamy o najbliższy sklep, mając nadzieję, że będzie w Louth, sto kilka kilometrów przed nami w stronę, w którą zmierzamy. Prawda jest brutalna – najbliższy spożywczy jest w Bourke, dwieście kilometrów stąd. Ale w pubie mają do sprzedania mrożony chleb tostowy i mleko w kartonie. Bierzemy, zawsze to coś.

Pub w Louth

Pub w Louth

Docieramy do głównej atrakcji na naszej farmie – Trilby Station. To działająca farma owcza, prowadzona przez Garry’ego i Liz, należąca od pokoleń do rodziny irlandzkich przybyszów ze strony Garry’ego. Sama Liz jest niesamowitą postacią, z niespożytą pozytywną energią, kochającą outback i … Afrykę. Na wakacje jeździ do ukochanego Senegalu, gdzie mieszka u zaprzyjaźnionej tam rodziny, lub wypuszcza się na najróżniejsze bliższe i dalsze trasy trekkingowe. Ostatnio udało jej się pokonać trudne przejście w przez dżunglę w Papui. A, i kilka lat temu zdobyła też Kilimandżaro : )

Jednocześnie Liz nie wyobraża sobie życia poza swoją farmą w outbacku, i z niespotykaną gościnnością wszystkim przyjezdnym próbuje pokazać choć odrobinę jego czaru. W kwaterach noclegowych, służących turystom, a tylko przez parę tygodni przeznaczonym dla postrzygaczy owiec, leży gruby skoroszyt, w którym Liz opisała historię swojej rodziny oraz życie na farmie. Jest to dla nas prawdziwa prawdziwa kopalnia wiedzy. Mimo to zadajemy jej przy każdej okazji milion pytań, na które cierpliwie odpowiada. W końcu zaczynamy mieć jakie takie pojęcie o tym, jak się żyje na owczej farmie w outbacku.

Główny dom Trilby Station

Główny dom Trilby Station

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

 

Gdy dzieci były w wieku szkolnym podstawówkowym (mniej więcej do ukończenia dwunastu lat), Liz uczyła je w domu. Niby w Louth, trzydzieści kilometrów od farmy jest szkoła, ale po pierwsze ponoć poziom nauczania nie jest najlepszy (nauczyciele nie są tam z dobrowolnej decyzji, tylko dostali państwowy “przydział” na kilkulatni kontrakt). Po drugie, i to było ponoć kluczowe – czerwona ziemia outbacku jest mało kompatybilna z najmniejszymi opadami deszczu. Gdy tu jechaliśmy widzieliśmy co jakiś czas otwarte bramy z tabliczkami “Droga zamknięta z powodu powodzi”. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, bo powódź zdarza się tu dość rzadko, a przecież sporadyczne opady deszczu nie zrobią aż tak dużej szkody, żeby auto 4WD nie dało rady. Okazało się, że nieszkodliwy z pozoru kilkuminutowy deszcz zmienia czerwony pył w lepką glinę, która z każdym obrotem oblepia koła coraz grubszą warstwą, zamiast odpadać. W ten sposób bardzo szybko unieruchamia auto. W konsekwencji Liz nigdy nie mogła być pewna, czy jak zawiezie dzieci do szkoły rano, to czy będzie w stanie je popołudniu odebrać. Lub następnego dnia.

Natomiast powodzie są w tych okolicach okresem, z którym farma doskonale sobie radzi. Nie są one spowodowane deszczami nad tutejszym obszarem, tylko opadami tysiące kilometrów stąd, na skutek których wypełniają się rzeki wpadające do Darling River. W końcu sama Darling nie jest w stanie pomieścić takiej ilości wody i zalewa obszary przez które przepływa. Dlatego farma zwykle kilka tygodni wcześniej wie, że idzie fala powodziowa i ma czas wszystko przygotować. Gospodarze jadą do miasta po większe zakupy i zapełniają dwie spiżarnie plus osobne pomieszczenie będące chłodnią. Samochody są odstawiane w miejsca, gdzie wiadomo, że woda na pewno nie dotrze (przez kilka pokoleń trwania farmy są one doskonale znane). Jest tam też pas startowy. Gdy woda odcina domostwo od drogi, Garry lub Tom samolotem spod domu (tam też jest pas startowy) przewożą Liz w miejsce, gdzie już jest sucho, a dalej już samochodem można jechać do miasta (w zależności od rozmiarów powodzi albo do Bourke, albo do Cobbar). Co prawda w 2012 roku powódź była tak duża, że przydomowy pas startowy był pod wodą, ale i na to jest rada – wtedy łodzią spod domu płynie się po zalanych pastwiskach do suchego lądu, gdzie czeka samochód. Natomiast dom, który stoi na terenach zalewowych jest na stałe otoczony wałem ziemnym z przerwą na drogę wjazdową. Gdy idzie powódź, po prostu spychaczem zasypuje się tą lukę i to wystarcza.

Hangar na suchej części farmy

Hangar na suchej części farmy

Pas startowy

Pas startowy

Jak na razie raz jeden jedyny zdarzyło się tak, że wody było za dużo i stała kilka miesięcy (właściwie jedna powódź nie zdążyła się zakończyć, jak zaczęła się kolejna). Wtedy, pod koniec, Liz i Garry musieli poprosić strażaków, żeby na linie z helikoptera spuścili im baniaki z paliwem do samolotu : ) Poza tym – byli samowystarczalni. Dzięki temu, że Tom ma licencję na helikopter (pisałam o nim w poście o marzeniach) sami też radzą sobie, gdy trzeba przetransportować na suchy ląd jakieś zagubione owce, które utknęły na wysepkach pomiędzy rozlewiskami.

Z tej samowystarczalności są tutaj bardzo dumni. W swoich garażach mają ciężki sprzęt budowlany – koparki, spychacze, walce. To dlatego, że sami muszą dbać o stan dróg na swojej farmie, budować nowe, gdy jest taka potrzeba, sami muszą wykopywać doły na śmieci oraz utylizować ścieki.

Trillby Station jest dość spora, zajmuje sto trzydzieści tysięcy hektarów. Liz i Gary trzymają na niej dwadzieścia tysięcy owiec, i mimo że owce pasą się same, codziennie trzeba coś zrobić – naprawić płot, sprawdzić, czy wszystko działa jak należy, wytyczyć nowe pastwiska. Z drugiej strony po tylu latach doświadczeń farma funkcjonuje jak doskonale wyregulowany mechanizm i niesamowite jest to, że obsługiwana może być tylko przez ich dwójkę. Oczywiście poza okresem, gdy trzeba owce strzyc.

IMG_3904

W Trillby początkowo planowaliśmy zostać jedną noc. Jednak otoczenie było tak relaksujące (z przydomowym basenem), że w efekcie spędziliśmy tam trzy pełne dni. Mieszkaliśmy w kwaterach dla postrzygaczy i był to jeden z najlepszych noclegów jak do tej pory. Długi budynek mieścił ciąg pokoi, a na końcu z jednej strony sporą łazienkę z prysznicami, a z drugiej – wielką kuchnię z jadalnią. Byliśmy jedynymi gośćmi, więc w efekcie za cenę prostego pokoju dwuosobowego mieliśmy cały dom do własnej dyspozycji. To było niesamowicie relaksujące – w końcu mieć gdzie puścić dzieciaki, bez much, robactwa, kłujących nasion lub patyków, bez przejmowania się, że robią hałas i bałaganią, przeszkadzając innym gościom. Prosta rzecz, a cieszy.

Kwatery postrzygaczy

Kwatery postrzygaczy

Wieczorami, gdy już zasnęły, mogliśmy wyjść przed dom oglądać gwiazdy. Oczywiście w butach, bo Liz prosiła, żeby ze względu na węże po zmroku nie chodzić boso i bez latarki, ale i tak było warto ryzykować. Niebo w outbacku, bez świateł z miast i osad ludzkich, z latarni ulicznych, samochodów lub choćby domostw w promieniu kilkuset kilometrów, jest niezapomniane. Z pozoru – granatowa kopuła usiana migoczącymi punktami. Ale gdy przyjrzeć się tym granatowym fragmentom, na pierwszy rzut oka pustym, to po chwili dostrzega się na nich kolejne, coraz słabsze jasne kropeczki. I gdy tak wzrok wędruje w głąb odkrywając coraz dalsze gwiazdy można poczuć nieskończoność. Do tego, dla wzmocnienia efektu – koncert żab i świerszczy.

IMG_3931

Jedynym problemem związanym z utknięciem na Trilby Station na tak długo był brak zapasów jedzenia, głównie śniadaniowo-kolacyjnych, ale okazało się, że Liz z swojej spiżarni była w stanie coś dla nas znaleźć – mleko, chleb tostowy, jajka. Tylko z owocami był problem, bo uchowały się wyłącznie dwa banany, a chłopcy u nas są przyzwyczajeni do owocowego lunchu. Ale jakoś daliśmy radę. A tak na marginesie – to co dla nas jest największym minusem życia w outbacku, to nie węże, nie muchy i nie trudna, codzienna praca. Tutejszej ziemi się nie uprawia. Nikt tutaj nie ma przydomowych ogródków z pomidorami, sałatą czy drzewami owocowymi. Nie jest więc zaskoczeniem, że dieta w outbacku jest mało urozmaicona i na pewno nie ma nic wspólnego z hasłem “Jedz warzywa i owoce pięć razy dziennie”, a często jedyne owoce, które są na stole pochodzą z puszki. Po czterech miesiącach życia w drodze, gdy naprawdę ciężko jest mając tylko małą lodówkę, przechowywać warzywa i owoce, naprawdę tęsknimy za “zieleniną”. Za sałatą na kanapkach, pomidorami z cebulką w śmietanie, a nawet za kartoflami zamiast wszechobecnych frytek. Z koperkiem oczywiście.

Przez trzy dni intensywnego dziennikarskiego śledztwa dowiedzieliśmy się sporo o stylu życia tutaj. Zwiedziliśmy pastwiska, poznaliśmy różnice w budowie poszczególnych ogrodzeń, dowiedzieliśmy się jak można próbować sobie radzić w porze suszy (która potrafi trwać kilka lat), dlaczego drzewo Mulga jest tak istotne (nie, nie ze względu na jadalne robaki w jego korzeniach, ale dlatego, że jego korzenie zawierają wodę, więc jak jest taka potrzeba to buldożerem zwala się takie drzewa i przez jakiś czas owce mają dostęp do pożywienia) i nauczyliśmy się jak rozpoznać miejsca powodziowe od tych, gdzie woda już nie sięga (po kolorze ziemi – czerwona to teren zalewowy, a biała już suchy).

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Dziki pomidor

Dziki pomidor

IMG_3649

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

IMG_3658

Na surowo, czy upiec?

Na surowo, czy upiec?

Outbackowy przysmak

Outbackowy przysmak

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

Rampa do załadunku owiec

Rampa do załadunku owiec

Zbiornik na wodę

IMG_3671

IMG_3638

IMG_3651

IMG_3667

IMG_3669

 

Przejeżdżając zaprojektowaną przez Liz trasą po farmie widzieliśmy porzucone przez poprzednich zarządców lub ludzi tu pracujących samochody i maszyny. Przecież nikt ich stąd nie będzie wywoził na złom : )

IMG_3741

IMG_3786

IMG_3804

Na koniec trafiliśmy do poprzedniego domostwa na farmie, położonego jakieś 30 kilometrów w linii prostej od obecnego. Tam mieszkali rodzice Gary’ego z jego braćmi i dziadkiem. Dom był mały, z jedną sypialnią w której spali rodzice, natomiast chłopcy z dziadkiem mieli swoje łóżka na osłoniętej od owadów moskitierą werandzie. W upalne lato spali od strony północnej, a na zimę przenosili się na południe.

IMG_3824

IMG_3827

IMG_3807

IMG_3810

Po wybudowaniu nowego domu i przeprowadzce, stary dom przez jakiś czas był wciąż używany. Spano w nim, gdy nie było sensu wracać do głównego domu, żeby rano wrócić do pracy w pobliżu starego, lub gdy na farmie czasowo zamieszkiwał ktoś do pomocy. Potem zostawiono w nim zapasy jedzenia i bazowe sprzęty na wypadek, gdyby powódź uniemożliwiła przebywanie w nowym domu. Tak się jednak nigdy nie stało i od jakiegoś czasu dom stoi nieużywany. Stoi tak, jak został opuszczony, nikt nie widzi sensu w sprzątnięciu go, czy rozebraniu. Rzeczy z niego właściwie nadają się już tylko do wyrzucenia, a z drugiej strony – żal wyrzucać pamiątki rodzinne, choćby nie wiadomo jak zniszczone. Więc stoi, mimochodem zamieniony w niby–muzeum dla tych, którzy rozumieją jego historię.

IMG_3828

IMG_3830

IMG_3831

IMG_3832

IMG_3833

IMG_3836

IMG_3838

IMG_3839

IMG_3846

IMG_3844

IMG_3849

IMG_3851

Ponieważ trawa wokół niego jest dość wysoka, Liz ostrzegała nas, żebyśmy szczególnie uważali na węże. Wychodząc z samochodu proszę Michała, żeby wziął Tolka na ręce, tak na wszelki wypadek. A na to przyzwyczajony już do Australii nasz syn:

–       Elvisie, nie martw się, mam toporek na węże, jakby co.

–       Toporek?

–       Tak, i jak zobaczę węża to mogę go pitolnąć w łeb.

 

Pisałam już, że przez miesiące przebywania z nami Tolek rozwija się językowo? Wstyd nam, oj wstyd.

IMG_3857

Trasa objazdowa po farmie została wyznaczona i opisana przez Liz w wydrukowanym przez nią przewodniku. W ten sposób każdy, kto chce się czegoś dowiedzieć o życiu hodowcy owiec, może go od Liz pożyczyć, a potem samodzielnie zwiedzić pastwiska i zrozumieć co nieco. My oczywiście chcieliśmy i było to półtora dnia świetnej przygody.

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam...

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam…

IMG_3867

Trilby Station w uproszczeniu została wydzielona z większej farmy przez rodzinę Gary’ego. Pierwotnie na tych terenach próbowano uprawiać ziemię i nad rzeką istniała spora osada, bo do tego potrzeba było o wiele więcej ludzi, niż przy hodowli owiec. Pomijając szczegóły jak nawodniano ziemię wodą z rzeki, jak siano i koszono, a już na pewno – jak działały poszczególne maszyny, wspomnę tylko o jednej rzeczy, która wzbudziła nasze zdziwienie połączone z podziwem. Otóż właściciele w owych czasach sprowadzali na swoją farmę najnowsze maszyny do uprawy ziemi, żeby uzyskać jak największy plon. Niby logiczne, ale zastanówcie się – mieszkali w centrum niczego, nie było internetowych sklepów, nawet telewizji nie było, a oni jakoś dowiadywali się, że w Nowej Zelandii lub w Niemczech ktoś wynalazł jakiś traktor lub inny sprzęt, w niezrozumiały dla nas sposób sprawdzali czy to urządzenie im się nada do czegoś, a następnie je zamawiali. I czekali miesiące, aż statkiem po oceanie, a potem barką po rzece Darling, dotrze prakombajn. A co jeśli na koniec okazywało się, że przybył w niewłaściwym kolorze (jak to się zdarza butom z allegro)???

IMG_3871

IMG_3873

IMG_3875

IMG_3879

IMG_3882

Bez ironii – zupełnie to niepojęte, ale prawdziwe. Na farmie były używane nowinki techniczne z całego świata. Potem, gdy ziemię kupiła rodzina Gary’ego, stwierdziła, że zupełnie bezsensowne jest opłacanie tak wielu ludzi, żeby uzyskać jakiś plon z ziemi. Zdecydowali o przestawieniu farmy na hodowlę owiec, ostatecznie przybyli z Irlandii. A maszyny, kiedyś napawające dumą ich właścicieli zostały porzucone, często dosłownie tam, gdzie ostatni raz były użyte.

IMG_3884

IMG_3888

IMG_3891

IMG_3897

IMG_3881

Gdy tutaj mieszkaliśmy, pierwszego dnia spadł deszcz. Intensywny wprawdzie, ale padał dosłownie przez dziesięć minut. To wystarczyło, żebyśmy na własnych kołach zobaczyli jak oblepiająca jest tutejsza mokra ziemia. I mimo, że nic nie zostało zalane, droga z farmy do Bourke na dwa dni była zamknięta. Nie przeszkadzało nam to, bo my w tym czasie zwiedzaliśmy okolicę, ale poczuliśmy lekką niepewność, czy uda nam się wydostać z farmy w najbliższym czasie. Tak – w outbacku można i należy zabezpieczyć się na najróżniejsze sytuacje, a i tak do końca nie da się przewidzieć jak skończy się dzień.

Trzeciego dnia drogę otworzono i mogliśmy ruszyć dalej, sto kilkadziesiąt kilometrów do Bourke trasą, którą raz na tydzień Liz pokonuje, żeby wpaść do miasteczka po drobne zakupy. Ech.

IMG_3987

Gdzieś Tam – wędrówka za mitem

The night too quickly passes

And we are growing old,

So let us fill our glasses

And toast the Days of gold…

The rough bush roads re-echoed

The bar-room’s noisy din

When troops of stalwart horsemen

Dismounted at the inn.

An oft the hearty greetings

And hearty clasp of hands

Would tell of sudden meetings

Of friends from other lands.

                   [Henry Lawson, The Roaring Days]

Poezji tłumaczyć nie będę. Tablice geologiczne, notki biologiczne, ulotki historyczne – nie ma sprawy. Lepiej lub gorzej, ale jakoś daję radę. Za to przekładu poezji ode mnie nie oczekujcie. Niestety nie mogę też jej pominąć, bo bez poezji nie da się pisać o outbacku, więc z góry przepraszam nieanglojęzycznych czytelników.

Zresztą mam wątpliwości czy da się w ogóle opisać outback. Jak przekazać jego kolory, temperaturę, zapach – tak różne w zależności od miejsca. Jakimi słowami opisać skrajne uczucia, które dopadają człowieka zmagającego się z niewygodami i trudami życia tutaj. Jednocześnie mimo tych przeciwności – upału, much, węży, burzy piaskowych, suszy i wielomiesięcznych powodzi – człowiek outbacku nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Tutaj życie jest twardsze, ale jednocześnie – o wiele prostsze. Zwykłe rzeczy nabierają znaczenia, oczywistości stają się wyraźniejsze, a poprzez kontrast pomiędzy trudem dnia a wieczornym odpoczynkiem przyjemność jest na wyciągnięcie ręki.

You can talk of your whiskey

And talk of your beer

But there’s something much nicer

That’s waiting us here.

It sits by the fire

Beneath the gum-tree.

There’s nothing quite like it

– a Billy of tea.

So fill up your tumblers

As high as you can,

And don’t you dare tell me

It’s not the best plan.

You can let all your beer

And your spirits go free –

I’ll stick to me darling

Old Billy of tea.

Jak w końcu zdefiniować czym jest w ogóle outback, gdzie leży, gdzie się zaczyna, gdzie kończy? W jaki sposób do jednego pojęcia zmieścić parną i gorącą północ, wyschnięty na pył pustynny środek, rozległe farmy na południu i całkowicie odludne zachodnie wybrzeże z cudami natury zapierającymi dech w piersiach? No jak?

Poetą trzeba być i tyle.

IMG_3563

Outback zajmuje większość powierzchni Australii, a żyje w nim tylko 30% społeczeństwa. Jak popatrzeć na mapę, to ludzie mieszkają wzdłuż południowo – wschodniego brzegu od Adelajdy, przez Melbourne i Sydney a potem Gold Coast, aż do Cairns. Tam po prostu jest woda, choć w niektórych miejscach jej zasoby są ograniczone i powoli się wyczerpują. Ale na razie można w tych rejonach zakładać większe skupiska, ba – nawet parę miast. Na górze mapy kontynentu jest miasto Darwin (nic nie mówię, obiecałam kiedyś, że przestanę się czepiać tego miejsca), a pozostałe nazwy to naprawdę miasteczka mniejsze niż podwarszawskie sypialnie. Zachód to Broome – ciekawe, czy ktoś z Europejszyków nazwałby je miastem, i aglomeracja Perth. To wszystko. Wszystkie inne kropki z nazwami to z reguły osady ludzkie z podstawową infrastrukturą lub z wielofunkcyjnym pubem/roadhousem. I miasta – kopalnie, dziwne miejsca, gdzie właściwie mieszkają sami górnicy na kontraktach.

Nie zmienia to faktu, że dla Australijczyków outback jest zbiorową wyidealizowaną tęsknotą. I bardziej niż miejscem na mapie jest stanem umysłu.

Pracując w miastach całe dorosłe życie, nie mają czasu na tysiące kilometrów podróży podczas dwóch tygodni urlopu, żeby poznać swój kraj. Ale wiedzą, że gdzieś tam, za niewidzialną granicą, leży kraina Never-Never i marzą o tym, że kiedyś w końcu ją zobaczą. Robią to najczęściej na emeryturze jako tak zwani grey nomadzi. Wtedy mają nieograniczoną ilość czasu by ruszyć w drogę i nareszcie przekonać się, że outback w przeciwieństwie do wewnętrznego morza, to nie mit.

IMG_3759

My też daliśmy się skusić opowieściom o tej krainie. Nasza podróż nie byłaby kompletna, gdybyśmy choć pobieżnie nie poznali obszarów wabiących najróżniejsze charaktery. Dlatego pojechaliśmy na pustynię, przemierzyliśmy nieutwardzone czerwone szlaki, a jeszcze wcześniej byliśmy na samej północy kontynentu.

Teraz nadszedł czas na przejazd wzdłuż rzeki, która dla legendy outbacku jest tym, czym Święty Gral dla poszukiwaczy mitycznych skarbów.

IMG_3902

Darling River wraz z Murray River, z którą się łączy, tworzą ze swoimi odnogami sieć dostarczającą wodę do większości miast Australii, w tym do Sydney i do Melbourne. Łącznie są najdłuższą rzeką kontynentu. Zaopatrują w wodę również wiele farm i gospodarstw sadowniczych, można więc górnolotnie powiedzieć, że prawie każdy owoc na stole Sydnejczyka wyrósł dzięki Darling River.

I rise in the drought from the Queensland rain

I fill my branches again and again

I hold my billabongs back in vain

For my life and my peoples the south seas drain

And the land grows old and the people never

Will see the worth of the Darling River

[Henry Lawson, The song of the Darling River]

Ale nie w tym rzecz, jeśli chodzi o legendę tej rzeki. Żeby zrozumieć, trzeba sięgnąć do historii. Gdy Anglicy krok po kroku odkrywali kontynent, który sobie zawłaszczyli, ich wyobraźnię pobudzały obrazy środka kraju. Nie wiedzieli co tam jest, kolejne wyprawy nie dały rady dotrzeć tak daleko i wracały za wcześnie, pokonane przez upał i suszę. Lub nie wracały… A wypraw tych trochę było, bo temu, kto w końcu znalazłby odpowiedź na to pytanie, pisana była sława, chwała, bogactwo i w przyszłości pewnie kilka pomników lub ulic.

The Mountains saw them marching by;

They faced the all-consuming drought;

They would not rest in settled land:

But taking each his life in hand,

Their faces ever westward bent

Beyond the farthest settlement,

Responding to the challenge cry

Of “Better Country further out”.

 [A.B. “Banjo” Peterson, Explorers]

Jednocześnie plotki oparte na mizernych poszlakach szeptały o ogromnym wewnętrznym morzu. Skąd się wzięło takie wyobrażenie? Anglicy widzieli rzeki, które przepływały przez Góry Błękitne, a potem meandrowały po płaskim terenie aż za horyzont do środka kontynentu, ale nie mieli pojęcia gdzie dalej wpadały. Czy były jak Amazonka – olbrzymimi wodnymi wstęgami z zachodu na wschód? Ku temu twierdzeniu skłaniał się były oficer Kompanii Wschodnioindyjskiej Thomas Maslen. W swojej książce The Friend of Australia umieścił stworzoną przez siebie mapę kontynentu, która należy do rodzaju kartografii z wyobraźni. Nie mając pojęcia tak naprawdę jak ukształtowany jest środek Australii narysował przez nią ogromną rzekę wpadającą do Oceanu Indyjskiego, dzielącą kraj na dwie części, gdzie na północy miała być Australindia, a na południu Anglicana.

IMG_4134

Teoria przedstawiona przez Maslena była jednak podważana, w tym przez znanego z pomnika z Sydney Flindersa (tego od kota Trim’a), który specjalnie w 1802 r. popłynął wzdłuż południowego brzegu Australii, żeby odkryć ujścia rzek na tyle dużych, by można było nimi wpłynąć statkiem wgłąb kontynentu, tak jak to czyniono do tej pory odkrywając inne nieznane lądy. Matthew Flinders przepływał obok ujścia Darling River, ale … była akurat susza i rzeka łączyła się z morzem albo małymi, rozrzuconymi strumykami, albo wręcz wsiąkała w piach przy morskim brzegu. Jednak stwierdzenie Flindersa, że w Australii nie ma żadnych dużych rzek uchodzących do morza tylko podsyciło szepty o wewnętrznym morzu.

I teraz na scenę wkracza nasz ulubiony odkrywca. Jeśli będziecie mieli kiedyś jamnika, który mimo tresury, stanowczości, waszych próśb, gróźb, przemocy, przekupstw i codziennych wysiłków niestrudzenie będzie wam udowadniał, że nocą miejsce psa jest w waszym łóżku pod waszą kołdrą (a każdy w zasadzie jamnik to robi), to nazwijcie go Sturt.

W 1828 r. kapitan Charles Sturt przybył do Australii pełen wiary w to, że zapisze swoje imię na kratach historii. Był to okres, gdy kolonia huczała już od plotek o ogromnym, wewnętrznym morzu, “gdzie woda jest słona, i gdzie widywane są wieloryby”. Późnym latem tego samego roku poprowadził wgłąb lądu konwój ciągnąc z sobą łódź ze sterem i żaglami, pchany marzeniem, którego omal nie przypłacił życiem. Łódź natomiast ciągnięta była przez woły, łodzie nie mają popychających marzeń.

W lutym Charles dokonał odkrycia, które znów namieszało w historii. Dotarł bowiem do rzeki, której woda była słona. Co więcej – wokół roiło się od pelikanów wyławiających ryby z rzeki. Czy to był dowód na to, że w pobliżu było morze, którego wody zasalały rzekę? Z drugiej strony na drugim brzegu czasem Sturt widział pułapki na łososie i zbudowane chaty aborygeńskie, co z kolei powinno świadczyć o źródle pitnej, słodkiej wody? Co o tym myśleć? No cóż – to był szczyt australijskiego lata, a wtedy nie myśli się najlepiej, coś o tym już wiemy. Sturt też niewiele wymyślił, a ponieważ stan ludzi, z którymi podróżował pogarszał się wraz z coraz mniejszymi zasobami wody pitnej, wyprawa musiała wrócić. Łódź, najmniej winna całego zamieszania, została.

A skąd słona woda w Darling River? Otóż w kilku miejscach na trasie jej przepływu są pęknięcia w skale, którymi przedostaje się na powierzchnię słona woda z basenu artezyjskiego. Ot, cała tajemnica.

Obsesja Sturta po pierwszej porażce nie osłabła, wręcz przeciwnie. W 1830 r. poprowadził kolejną wyprawę (bez łodzi), tym razem odkrywając co dzieje się z Darling River – łączy się z Murray River i poprzez Encounter Bay wpada do morza na południu Australii.

To jednak nie dawało wciąż odpowiedzi, czy w głębi lądu jest wewnętrzne morze? Jesteście już znudzeni tym pytaniem? Ja prawdę mówiąc też, ale Charles nie. Ale musiał przerwać swoje pustynne wypady, bo najpierw na skutek długotrwałego wpatrywania się w rozgrzany, falujący horyzont stracił wzrok w lewym oku, potem w prawym i musiał popłynąć do Anglii na leczenie. Wrócił (ha!) do Australii w 1844 r, prowadząc trzecią wyprawę w głąb kontynentu. Rozumiecie już o co mi chodziło z tym jamnikiem?

Podczas ostatniej wędrówki zamiast ogromnego morza, wielorybów i zieleni, Charles Sturt znalazł tylko wyschniętą pustynię i upiorny upał. Sparaliżowany, został przyniesiony przez towarzyszy do Adelajdy. Mityczne morze okazało się być tylko mrzonką.

Paradoksem jest, że tak naprawdę Sturt dobrze szukał, tylko albo spóźnił się o kilkaset milionów lat, albo szukał za płytko. Bo przecież dawno temu środek Australii rzeczywiście był morzem. A do dziś, pod ogromną częścią jego powierzchni znajduje się olbrzymi rezerwuar wody artezyjskiej. Dowiercono się do niego w latach ’80-tych dziewiętnastego wieku i wtedy outback ożył. Eksplozja hodowli owiec, nowe farmy, kopalnie, miasta i miasteczka – w mgnieniu oka dostęp do wody umożliwił zajęcie niedostępnego wcześniej dla białych środka kontynentu.

Jednocześnie wiedząc już, że Darling River dopływa do morza uczyniono z niej trakt, którym przewożono miliony ton wełny z farm. Wzdłuż rzeki zakładano porty, do których cumowały barki. W jedną stronę woziły postrzygaczy owiec, w drugą bele ubitej wełny.

Jeśli wierzyć fotografiom z tamtego okresu, a czemu by nie wierzyć, to te miejsca były wtedy synonimem rozwoju, cywilizacji i gwarnego lokalnego centrum, gdzie zawsze coś się działo. Dziś, gdy przez nie przejeżdżaliśmy podczas kilkudniowego rajdu Darling River Run – to senne osady z zachowanymi mostami nad rzeką, świadkami tamtych czasów.

IMG_3578

IMG_4084

Puste ulice wzdłuż których zabita na głucho stoi większość domów pobudowana według ówczesnej mody. Mimo łuszczącej się farby i brakujących czasem kilku desek to tu to tam, piękne, z drewnianymi ozdobami, werandami, dużymi oknami. Tylko puste i już nikomu niepotrzebne. Jest coś niezmiernie smutnego w tych miasteczkach, które właściwie nie mają już racji bytu, choć mieszkańcy, którzy w nich pozostali próbują stworzyć pozory ich ważności. Stawiają tablice historyczne, robią zbiórkę na farbę do pomalowania przęsła, wydają ulotki dla zabłąkanych turystów. A może nie mam racji, może się mylę. Może nie starczyło nam już czasu i cierpliwości w dostrzeżeniu wewnętrznego tętna tych miejsc. Było bardzo gorąco, wokół znów muchy, za nami i przed nami monotonna kilkudniowa trasa pylącą, nierówną drogą biegnącą przez farmy. Byliśmy już zmęczeni podróżą, a dzieci naprawdę miały już dość całych dni w aucie. Mogło się więc tak zdarzyć, że mijając kolejne miejsca, nie mieliśmy już siły na ich zrozumienie, bo pchała nas na przód myśl o dojechaniu do końca.

Mildura, Louth, Willcania, Menindee – może kiedyś tam wrócimy, by pobyć i poczuć.

Bo jak to mówią – outback zostaje w sercu na zawsze, pyłem wchodzi pod paznokcie, wnika przez pory skóry, i człowiek zawsze już będzie jakąś częścią tęsknił do zapachu rozgrzanej czerwonej ziemi i widoku wyschniętych traw.

IMG_3643

IMG_3660

IMG_4075

For time means tucker, and tramp they must, 
where the plains and scrubs are wide, 


With seldom a track that a man can trust, or a mountain peak to guide; 


All day long in the flies and heat the men of the outside track

With stinted stomachs and blistered feet 
must carry their swags Out Back. 

[Henry Lawson, Out Back]

 

Chcieć to móc.

Broken Hill to głównie kopalnia srebra i z tego tytułu dość spora kropka na mapie. Srebro jednak nie jest tak rozchwytywane jak miedź czy złoto, i miasteczko nie wygląda na szczególnie dobrze prosperujące. Zaniedbane, nieremontowane drewniane domy, które kiedyś musiały być prawdziwymi pięknościami – z werandami dookoła, ozdobione drewanianymi ażurowymi “koronkami” pod dachem. Nijakie współczesne klockowate domy bez śladu jakiejkolwiek próby uczynienia ich ładnymi. W ogródkach chwasty i uschłe kępki trawy.

Jednak zatrzymaliśmy się tam na jedną noc, bo chcieliśmy odwiedzić dwa miejsca – szkołę na odległość i jedną z siedzib “Latających Doktorów”. Okazało się jednak, że z powodu dnia Św. Patryka, który jest tutaj hucznie obchodzony, szkoła jest nieczynna cały tydzień. Trzy razy prosiliśmy o powtórzenie tej informacji i trzy razy usłyszeliśmy to samo – z powodu dnia Św. Patryka szkoła jest nieczynna cały tydzień.

Kilka dni później od naszej gospodyni w Trilby Station dowiedzieliśmy się, że nie ma jednej organizacji odpowiedzialnej za nauczanie dzieci w outbacku. Jest ich kilka, o różnym zasięgu, ale wszystkie realizują ten sam program co normalne szkoły. I wygląda to mniej więcej tak, że codziennie rano dziecko ma około godziny zajęć przez internet lub drogą radiową (tam gdzie sieć ma jeszcze za słaby zasięg) z nauczycielem, a potem wykonuje zadania z książki pod kierunkiem rodzica. Taki “szkolny dzień” trwa zwykle od 8 do 15, czyli bardzo długo biorąc pod uwagę fakt, że na ten czas rodzic zwykle jest również uziemiony w “klasie”. Liz opowiadała nam o tym, jak początkowo biegała pomiędzy gotowaniem, sprzątaniem, prasowaniem i drobnymi zadaniami na farmie a podręcznikiem swoich dzieci. Tłumaczyła im partię materiału, zadawała ćwiczenie i pędziła zrobić pół obiadu. Po południu, gdy lekcje się skończyły było tyle do nadrobienia w domu i na farmie, że dzieciaki nie miały wolnego, tylko musiały pomagać. W efekcie, gdy potem poszły do szkoły średniej to wiedzą nie ustępowały rówieśnikom, ale zupełnie nie umiały grać w żadną drużynową grę. Za to potrafiły w wieku czterech lat na minimotorynce zaganiać owce na spęd : ), w chwili zdobycia prawa jazdy bez problemu parkowały duże uty tyłem, a strzelać z 308ki potrafiły tak dobrze, że dwoje z nich dwukrotnie reprezentowało Austalię na Światowych Mistrzostwach . A dziś?

Dziś Alexandra jest architektem. Po skończeniu Uniwersytety w Sydney i trzyletniej praktyce otworzyła własne biuro w Dubbo, zaledwie 500 km od rodzinnej farmy. Liz jest z tego powodu szczęśliwa, bo ma córkę “pod bokiem” i może do niej co jakiś czas wpadać w odwiedziny. To nie żarty – dla ludzi stąd ta odległość to bliska okolica. Jak nam opowiadała Liz, gdy dzieci były małe raz w miesiącu jechała z nimi do Dubbo na większe zakupy. Wyjeżdżali o 5 rano i o 10 byli na miejscu, gdy sklepy się właśnie otwierały. O 17 pakowali zakupy do auta i wracali na farmę. A teraz według tego samego wzoru jeździ o miasta odwiedzić córkę, pogadać, zjeść lunch w restauracji, razem spędzić czas. Zupełnie inna perspektywa.

Tom za to ma licencję pilota, lata małymi samolotami i komercyjnie helikopterem. Żyje spełniając swoje kolejne marzenia: spędzał bydło helikopterem lecącym tuż nad czubkami drzew nad Kimberly i Far North Queensland, dowoził powietrzem potrzebne zaopatrzenie na odległe tereny Indonezji i Wyspy Salomona (np. do kopalni, do których nie ma drogi lądem), brał udział w akcjach ratowniczych gdy rzeka Darling spowodowała olbrzymią powódź w 2010r., zaliczył incydent na luksusowym jachcie pływającym wzdłuż wybrzeża Zachodniej Australii, gdzie pracował jako pilot helikoptera dla bogatych turystów, a ostatnio bierze udział w gaszeniu pożarów lasu zrzucając na nie wodne bomby, transportując strażaków w niedostępne miejsca i ratując, gdy ktoś potrzebuje uciec przed rozszalałym ogniem.

A.J. ma 19 lat i właśnie zaczął studia na Uniwersytecie w Newcastle na wydziale budowlanym. Wcześniej szalał w szkole średniej nadrabiając z nawiązką lata izolacji podczas nauki w domu. W 2010 r. podróżował po Nowej Zelandii będąc członkiem drużyny krykieta biorącej udział w TAS First, a w 2011 pojechał na wolontariat do Tajlandii pracować w ośrodku dla sierot z AIDS oraz w ośrodku dla chorych na trąd.

Najmłodsze dziecko Liz i Gary’ego, siedemnastoletni Will właśnie skończył edukację w systemie szkoły na odległość i uczy się w Disel Mechanics School, jednocześnie odbywając praktyki, co powoduje, że w ciągu roku zaliczy dwa lata nauki. Jako trzynastolatek pojechał na wolontariat do oddalonego od wszystkiego ośrodka dla sierot na Fidżi, co rozbudziło jego apetyt na podróżowanie. W zeszłym roku z drużyną rugby podróżował po Nowej Zelandii, a ostatnio ze swoim kolegą wpadł na pomysł, na jaki mogą wpaść tylko szesnastoletni mężczyźni – po kilku rejsach kajakiem po jednej z outbackowych zapór wodnych stwierdzili, że wezmą udział w charytatywnym 111 km nocnym spływie kajakowym z Windsoru do Brooklynu, podczas którego są zbierane fundusze na badania nad szpikiem kostnym. Start był zimnej, bezksiężycowej nocy, a po siedemnastu i pół godzinie zimnej, bezksiężycowej nocy dopłynęli do mety. Pierwsze słowa Willa po wyjściu na ląd brzmiały: Już nigdy więcej nie postawię stopy na pokładzie żadnej pływającej jednostki bez silnika.

Świetne dzieciaki, prawda?

To daje do myślenia nam, miastowym europejczykom, w dobie debaty o wartości porządnego wykształcenia. Już na etapie przedszkola sprawdzamy, czy są tam wykładane co najmniej dwa języki obce, break dance i gitara lub dla tradycjonalistów – balet i pianino, jakaś sztuka walki ucząca samokontroli i opanowania, oraz jazda figurowa na lodzie. Potem szkoła podstawowa najlepiej przy już wybranym najlepszym liceum w mieście, żeby w końcu dziecko dostało się na najbardziej pożądane przez rodziców kierunki – prawo, informatykę (to my!), ekonomię w kilku odmianach (marketing, zarządzanie, finanse, bankowość) lub medycynę. No, w ostateczności może też być socjologia, najmodniejszy kierunek ostatnich lat.

Medycyny nie skończył John Flynn. Nie był też pilotem. Ot – jeden z kilku księży na odległych outbackowych misjach w ramach Australia Inland Mission. Służąc tam był świadkiem wielu tragedii i widział zbyt wiele śmierci z powodów, które już w tamtych czasach nie byłyby śmiertelnymi przyczynami, gdyby w pobliżu był doktor. Ale na początku dwudziestego wieku outback nie miał żadnej sieci pomocy medycznej. Lekarzy było niewielu, najczęściej (jeśli w ogóle) w większych miasteczkach, z których dotarcie na odległe farmy zabierało kilka dni. Lub w ogóle nie było możliwe z powodu deszczu i nieprzejezdnych dróg. A na farmach ludzie umierali od zakażonych ran, z niewyleczonego zapalenia płuc, z upadku z konia, na skutek którego przebili żebrem płuco. Wszystko to było do wyleczenia, ale pod warunkiem otrzymania pomocy medycznej. Umierały też masowo niemowlęta, bo nie było dostępu do lekarstw, nie było nikogo kto zdiagnozowałby czy kaszel jest zwykłym przeziębieniem, czy już poważnym zapaleniem. Przyjaciele Flynna trzy dni walczyli z gorączką kilkumiesięcznego synka, aż w końcu podjęli niełatwą decyzję o podróży do miasta. Najpierw dwa dni jechali z chorym maleństwem konno do najbliższej stacji kolejowej. Spóźnili się na pociąg i musieli całą dobę czekać na następny. Chłopczyk czuł się coraz gorzej, i znikąd nie było pomocy. Gdy w końcu dotarli do lekarza w mieście, niemowlę zmarło. Wyobrażacie sobie, co czuli zrozpaczeni rodzice, którzy próbowali ratować dziecko, ale do najbliższej osoby, która mogłaby im pomóc mieli trzy dni ciężkiej i wyczerpującej drogi? Co przeżywali ścigając się z czasem i bezsilnie patrząc jak maleńki synek coraz bardziej słabnie?

Po tej, jak i wielu innych historiach, Flynn postanowił zapobiec reszcie takich tragedii. Radio i telegraf były już wynalezione, ale stacje nadawczo-odbiorcze znajdowały się tylko w większych osadach. Na większości farm nie było nawet prądu, do którego można by podłączyć urządzenia. A potrzebny był jakiś sposób, żeby po pierwsze można było drogą radiową przeprowadzić podstawową diagnozę lekarską i otrzymać wskazówki co do leczenia, a po drugie, żeby móc wezwać pomoc medyczną. Innym problemem była odległość – jak wezwany doktor miałby dostać się na taką farmę?

W 1917 r. Flynn otrzymał list od Clifforda Peel’a, młodego pilota służącego w armii. Zasugerował on użycie samolotów jako środka transportu. Niestety Peel został zestrzelony nad Francją i nigdy nie dowiedział się, że jego pomysł był strzałem w dziesiątkę.

Przez następne dziesięć lat John Flynn niestrudzenie walczył o swój pomysł. Szukał funduszy, wsparcia, ludzi, którzy pomogliby mu zorganizować wszystko. Jak już pisałam – nie był ani lekarzem, ani pilotem, a w swojej wizji musiał połączyć te dwie dziedziny tak, żeby stworzyły niespotykaną dotychczas usługę. W końcu marzenie zaczęło być realne, gdy w spadku otrzymał znaczną sumę od swojego przyjaciela Hugh Victora MacKey’a. Z pomocą swojego znajomego Hudson’a Fysha, pilota wojennego i założyciela linii lotniczych Quantas, Flynn otrzymał wyczarterowany dla swojego medycznego eksperymentu dwupłatowiec z doświadczonym pilotem. Siedemnastego maja 1928 r. odbył się pierwszy lot z lekarzem na pokładzie. W pierwszym roku swojej działalności samolot odbył pięćdziesiąt lotów do dwudziestu sześciu miejsc, lecząc łącznie dwustu dwudziestu pięciu pacjentów.

To był początek Royal Flying Doctor Service (która to nazwa istnieje od 1955 r).

Początkowe loty były przeżyciami podnoszącymi adrenalinę zarówno pilotom jak i lekarzom na pokładzie. Nie było map kraju do nawigacji. Jedynymi wskazówkami był kompas, płoty farm, linia telegrafu i rzeki, które w porze suchej znikały. Cudem w związku z tym było trafienie na właściwą farmę. Kolejnym – wylądowanie. Brak pasów startowych, brak oznaczeń, brak informacji o kierunku i sile wiatru. I najbardziej poruszające w tej historii dla mnie jest to, że nikt się nie poddał ani nie skupiał na problemach, tylko wszyscy poszukiwali rozwiązań korzystając z tego co mieli pod ręką. Farmerzy znajdowali kawałki terenu, który wyrównywali i karczowali pod pas. Podczas lądowania wszyscy z farmy (oprócz chorego oczywiście) pilnowali, żeby na pas nie weszły krowy, owce, kangury lub emu. W nocy rozpalali ogniska, żeby oznaczyć początek i koniec pasa. Zresztą ogniska były też rozpalane w dzień, żeby po dymie pilot mógł określić kierunek wiatru. Kompletne amatorskie sposoby w porównaniu z komercyjnymi lotniskami, ale działały, bo wszystkim zależało, bo nikt nie mógł się poddać. Pilot nie narzekał, że czegoś nie widzi, lekarz nie odmawiał lotu, bo ryzyko było zbyt duże. Czekali na nich ludzie, dla których byli jedyną nadzieją. Więc latali nawet w nocy, choć było to szalenie niebezpieczne, latali w burze piaskowe i podczas powodzi. Nie mogli powiedzieć, że nie polecą.

A jak rozwiązano problem komunikacji radiowej? Tutaj na sceną wkracza kolejny wizjoner, ponoć niezwykle nieśmiały wynalazca – Alfred Hermann Traeger. Stworzył radio napędzane pedałami. Teraz siedząc i pedałując można było mieć wolne ręce, żeby nadawać wiadomości alfabetem Morse’a.

IMG_3364

IMG_3361

Kolejnym udoskonaleniem było stworzenie automatycznego tłumacza alfabetu na znaki Morse’a co wyeliminowało pomyłki w nadawaniu wiadomości przez farmerów i zwolniło ich z konieczności nauki tego alfabetu (nam w centrum outbacku w Port Augusta nie udało się sensownie wystukać nawet jednego słowa, mimo, że ściągawkę ze znaków mieliśmy przed sobą).

"Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie" - powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

„Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie” – powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

Mieszkańcy farm nagle zostali “podłączeni” do świata. Żyjąc w izolacji dostali urządzenie, którym nie tylko komunikowali się z RFDS w razie wypadku, ale przede wszystkim mogli “porozmawiać” ze swoimi sąsiadami. W ten sposób rozkwitło życie towarzyskie outbacku, a pogawędki kobiet z farm za pomocą alfabetu Morse’a nazwano “Galah Sessions” od nazwy popularnych, latających stadami i ciągle ćwierkających kakadu różowych. I piszę to bez ironii, bo we wspomnieniach ludzi z outbacku tamte wydarzenia są momentem przełomowym. Jestem w stanie to zrozumieć, choć pewnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak szczególną zmianą musiała być możliwość porozmawiania z innymi po latach życia w bardzo wyizolowanym miejscu.

W każdym razie dla nich Traeger był bohaterem.

Z czasem rozwiązywano kolejne problemy, usprawniano serwis, zwiększano flotę samolotów, otwierano kolejne bazy RFDS.

IMG_3348

IMG_3350

 

Znaczącą inwencją było wprowadzenie skrzyń – apteczek. Każda zawierała wyposażenie warte kilkaset dolarów – lekarstwa, bandaże, plastry, igły, strzykawki, termometr, skalpel i metalową nerkę. Wszystko dokładnie ponumerowane, tak żeby lekarz udzielający porady przez radio mógł zaaplikować konkretne lekarstwo posługując się jego numerem.

IMG_3377

IMG_3376

Do tego kilka lat później dołożono wymyśloną przez jedną z pielęgniarek “tabelę” ciała – rysunek ciała człowieka podzielonego na ponumerowane sekcje, tak aby zgłaszjącej się przez radio osobie łatwiej było opisać miejsce, w którym występuje ból lub doszło do jakiegoś urazu. Te skrzynie wraz z tablicami funkcjonują do dziś. Ich zawartość jest regularnie sprawdzana, braki są uzupełniane, a lekarstwa przeterminowane zastępowane nowymi.

IMG_3378

O akcjach Latających Doktorów krąży mnóstwo anegdot. Jedna z nich opowiada o starszym farmerze, któremu lekarz kazał wziąć tabletkę z butelki nr 9 . Po jakimś czasie lekarz nawiązuje kontakt z chorym i pyta jak się czuje. A farmer na to: butleka nr 9 była pusta, więc wziąłem po jednej tabletce z butelki nr 7 i nr 2 i teraz czuję się o wiele lepiej.

IMG_3370

Obecnie jest 21 baz RFDS w całej Australii, obsługujących łącznie obszar prawie równy powierzchni Europy. Mają ponad 50 samolotów w ciągłym użyciu, a latają przerobionymi Beechcraft Super King Air B200. Średnio rocznie pomagają ponad 260 tysiącom pacjentów, pokonując łącznie dystans ponad 23 milionów kilometrów, czyli dwóch tysięcy podróży z Londynu do Sydney. Samoloty ze stacji w Broken Hill, w której byliśmy, pokonują rocznie około 5,5 miliona kilometrów, czyli robią siedem wycieczek na książyc i z powrotem. Robi wrażenie, prawda?

Od jakiegoś czasu w ramach praktyk z lekarzami latają studenci medycyny z Sydney. Takie zajęcia nie tylko uczą ich wiedzy z każdego obszaru (lekarz z RFDS naprawdę musi być multispecjalistą, bo czasem trzeba udzielić pomocy na miejscu, zanim się chorego przetransportuje do szpitala), ale przede wszystkim – dawania z siebie wszystkiego i służenia ludziom w pierwszej kolejności.

Australijscy Latający Doktorzy są największą taką organizacją na świecie. Zapewniają regularną obsługę medyczną ponad trzydziestu procentom społeczeństwa, a w razie wypadku ratują każdego, nawet nierozważnego turystę, który stanął na brown snake’u. To co nas zdziwiło, to fakt, że nie są całkowicie finansowani przez państwo. Z publicznych pieniędzy pokrywają tylko koszt lotu i wynagrodzenia załogi. Natomiast rozbudowę bazy, unowocześnianie czy w końcu koszt systematycznej wymiany aptecznych skrzynek finansują z darowizn. Na szczęście Australijczycy darzą ich niezmierną sympatią. Nieraz na samochodzie widzieliśmy małą nalepkę – I’m helping Flying Doctors to fly. W wielu miejscach – w sklepach lub na farmach – stoją puszki na datki. W jednym z miasteczek przed domem ktoś wystawił przyczepę z prośbą o wrzucanie do niej szklanych butelek, a całkowity dochód z ich sprzedaży w punkcie recyklingowym miał być przekazany RFDS. Za to w słynnym pubie w Tilpie można było za wrzucenie monety do puszki dopisać swoje imię na ścianie. Jak się domyślacie, cały pub był zamalowany.

Tak, dwie rzeczy Austrlijczykom wyszły niesamowite – Royal Flying Doctor Services i krówki ; )

 

Góry z wyższej półki

Dawno nie było nic o geologii, prawda? Zapraszamy więc do Flinders Ranges ; )

IMG_2774

IMG_3015

IMG_3020

W miejscowości Parachilna znajduje się reklamowany w każdej ulotce turystycznej pub. Po pierwsze serwuje burgery z mięsem tutejszej fauny. Po drugie ponoć bywała w nim sama Kate Winslet i parę innych gwiazd z Hollywood.

Nie zatrzymaliśmy się w nim dłużej, bo po pierwsze nie smakuje nam mięso tutejszej fauny (wolimy steaki z krów), a po drugie nie było akurat Leo, więc nie było z kim pogadać.

IMG_2764IMG_2759

Odbiliśmy w bok z głównej trasy, żeby nieutwardzoną drogą wjechać pomiędzy góry Flindersa. To jedno z najpopularniejszych pasm górskich (jeśli można tak powiedzieć o paśmie) – sporo Australijczyków przyjeżdża tu na wędrowki piesze, wędrówki samochodowe i rajdy 4×4. Ponieważ ciągle było lato i temperatury dość wysokie, nie spotkaliśmy wielu turystów, szczyt sezonu dopiero nadchodził.

IMG_2773

IMG_3034

IMG_2936

IMG_2848

Góry naprawdę są zjawiskowe. Nie wdając się w dyskusje czy są to zlepieńce, gnejsy, piaskowce czy skamieliny z okresu prekambryjskiego, zwyczajnie się nimi zachwycaliśmy. Niewiedza nie stanowi przeszkody w widzeniu, przynajmniej czasami. A widzieliśmy wygłaskane wiatrem łagodne pomarańczowe pagórki z szarymi kropkami suchych kęp trawy. Spomiędzy niektórych z nich, tylko gdy światło słoneczne oświetliło je pod odpowiednim kątem, wyłaniał się ostry, poszarpany zarys smoczego grzbietu. Ciągnął się kilometr albo dwa, ginąc w ziemi następnego czerwonego wzgórza. Za zakrętem góry przybierały postać zastygniętych skalnych fal, by następnie zupełnie nieoczekiwanie zmienić się w tablicę geologiczną z wyraźnie zaznaczonymi kolejnymi warstwami osadowymi prehistorycznego morza.

IMG_2918

IMG_2953

IMG_3022

IMG_2770

A pośród tego wszystkiego w cieniach drzew drzemały kangury. Zatrzymywaliśmy się tuż koło nich, i przez okno samochodu robiliśmy zdjęcia. Kangury patrzyły na nas z politowaniem, bo żar z nieba ponad czterdzieści stopni, a nam się chce zdjęcia robić.

IMG_2790

IMG_2834

IMG_2833

IMG_2836

Gdy próbowaliśmy wyjść z samochodu dla lepszego ujęcia, kangury zirytowane odskakiwały na bezpieczną odleglość i prawie słyszeliśmy jak nas wyzywają od bezmózgich dwunożnych ofiar udaru słonecznego. Podczas jednej z takich “ucieczek” Tolo wyglądający przez okno zawołał:

–       Elvisie (to niby do mnie) popatrz, ale czad – latający kangur!

IMG_2793

Mały kangurek wskakuje do torby

Mały kangurek wskakuje do torby

I już nie ma kangurka

I już nie ma kangurka

 

Dla podtrzymania funkcji życiowych zatrzymaliśmy się w dawnym kopalnianym miasteczku Blinman. Kilka domów i stara kopalnia miedzi. Na zwiedzanie kopalni nie mieliśmy ochoty, ale na leniwej pogawędce z właścicielką sklepu i kawiarni w jednym spędziliśmy godzinę. Na werandzie czytaliśmy rozłożone książki, napełnialiśmy żyły kawą i czekoladowymi milkshakami a jako wisienkę na torcie pochłoneliśmy ciastka z quandongiem.

Byliśmy gotowi na dalszą wędrówkę.

IMG_2803

IMG_2805

IMG_2806

Jadąc wzdłuż jednego ze szlaków zobaczyliśmy tabliczkę o pobliskim “short walk”. Niby żar z nieba jak lał się tak się dalej leje, ale przecież jesteśmy w górach na wakacjach i mamy obowiązek zwiedzać. Postanowiliśmy spróbować. Zaparkowaliśmy na parkingu, napełniliśmy butelki wodą, przytroczyliśmy je do nosidełek, wpakowaliśmy tam też dzieci, założyliśmy siatki i prawie umierając z przemęczenia (wszystkie te przygotowania robiliśmy w pełnym słońcu) ruszyliśmy w stronę tablic informacyjnych. A tam jak wół stało, że jesteśmy na początku Haysen Trail – jednego z najpiękniejszych szlaków Australii, ciągnącego się przez zróżnicowany krajobraz przez bagatela tysiąc dwieście kilometrów. Szlaku pieszego!

IMG_2858

IMG_2869

IMG_2876

IMG_2878

IMG_2883

Zacisnęliśmy zęby i skoro byliśmy już spakowani na krótką wędrówkę postanowiliśmy choć kawałek się przejść wgłąb wąwozu. To była jak na razie najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy na naszej australijskiej wyprawie. Uszliśmy tysiąc dwieście metrów. Rozgrzane powietrze dodatkowo nagrzewało się od otaczających nas ze wszystkich stron skał. Nie mam pojęcia ile było stopni, ale odkryte części ciała zaczęły boleć tak, jakby były poparzone. Przed oczami mieliśmy mroczki, każdy oddech to wysiłek i stracona nadzieja, że w tym gotującym się powietrzu została jakakolwiek ilość tlenu. Nie przesadzam – resztką sił wróciliśmy do auta, gdzie przez piętnaście minut przy włączonej klimatyzacji dochodziliśmy do siebie.

 

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Resztę zwiedzania gór postanowiliśmy odbyć tradycyjnie, w samochodzie. Późniejszym popołudniem pogoda zaczęła raptownie się zmieniać. Ochłodzilo się do jakiś trzydziestu stopni, zerwał się wiatr, a w oddali widzieliśmy nawet strugi gwałtownego deszczu. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i podwieczorek zjedliśmy na wolnym powietrzu.

IMG_2897-1

IMG_2900

IMG_2922

W oddali - deszcz

W oddali – deszcz

IMG_2830

A potem, jako ukoronowanie dnia zaświeciło słońce przez chmury i znów zobaczyliśmy grzbiet ogromnego smoka.

IMG_2937

Dzień się kończył, czas na znalezienie noclegu. Jesteśmy w jednym z najbardziej popularnych Parków Narodowych, jednak okazało się, że to będzie jedno z trudniejszych miejsc do stanięcia na noc. Ze względu na obszar pod ochroną liczba miejsc była bardzo ograniczona, bo nic się tu nie mogło wybudować. Są dwie farmy, ale jedna oferuje noclegi tylko dla dużych grup, a druga po godzinie osiemnastej już nie odbierała telefonu. Jedziemy do szeroko reklamowanego Wilpena Pound Resort – dużego kompleksu, jedynego w tych okolicach, posiadającego miejsca noclegowe w każdej kategorii (tak piszą na stronie i w ulotce). Ponieważ ciągle jest sporo much, plus na ziemi kolumnami wędrują olbrzymie czerwone mrówki, z mojego punktu widzenia namiot odpada. Pytamy o pokój kategorii budget. Jest wolny, kosztuje 180 dolarów za noc, czyli byłby naszym najdroższym noclegiem w Australii jak dotychczas. Zwykle braliśmy dość wygodne kabiny kempingowe lub pokoje motelowe z łazienką w okolicach 100 dol. A tutaj w pokoju nie ma żadnych udogodnień kuchennych do zrobienia śniadania (mikrofali, czy nawet czajnika), jest tylko łóżko dla dwóch osób (Tolek musiałby spać w swoim dmuchanym łóżeczku), a całość mieści się w baraku z dykty wyglądającym i pachnącym jak nasze nieremontowane ośrodki FWP z czasów PRL. Za to pole namiotowe jest bardzo oddalone od głównego kompleksu, do łazienek z namiotu jest całkiem porządny spacer (bynajmniej nie na poranne przyszpilające sikanie), a w obozowej kuchni jest samo BBQ, bez czajnika, kuchenki i mikrofali. Nie wiemy co robić, żeby zyskać na czasie pytam panią, czy możemy obejrzeć pokój. W każdym innym miejscu, gdy o to prosiliśmy dostawaliśmy klucze i sami szliśmy zobaczyć, co jest nam oferowane. Tutaj – okazało się to jakimś niestworzonym problemem. Pani na recepcji nie mogła nam pokazać pokoju, bo była na tej recepcji sama i nie mogła jej opuścić. A przecież nie da klucza turystom kategori budget, bo jeszcze kawałek dykty ze ściany gwizdną. Sorry, ale takie traktowanie przechyliło szalę. Wróciliśmy do auta i już w szarym świetle tuż po zachodzie słońca, klnąc na kangury, które wypoczęte dostały mega energii i samobójczo co chwilę wyskakiwały nam tuż przed maskę, wyjechaliśmy z parku dojeżdżając do Rawnsley Park Station. Biuro resortu wypoczynkowego było już zamknięte, ale na terenie ośrodka była czynna wciąż restauracja, więc postanowiliśmy zaryzykować. Przy biurach zwykle wisi telefon alarmowy dla gości, z którego w niektórych kempingach można zapytać o nocleg po godzinach. Tutaj na szczęście też tak było. Po niecałych pięciu minutach przyjechała do nas pani i w komputerze sprawdziła dostępność zakwaterowania. Okazało się, że na dwie noce jest wolny domek, niestety z dwoma sypialniami, więc droższy, za 140 dol. W takim wypadku decydujemy się wziąć go tylko na jedną noc, skracając swój pobyt w górach. Wtedy pani wypełniając formularz zameldowania coś zaczęła mętnie tłumaczyć, że niby na jedną noc to jest wolny mniejszy domek za 100 dol, ale wtedy musiałaby nam doliczyć za dzieci, więc w sumie i tak wyszło by na to samo. A tak nie policzy nam wyjątkowo za cztery osoby, tylko za dwie. Czujemy się zdezorientowani – w końcu cena obowiązuje za domek, czy za ilość osób? I to chyba żart z tym doliczaniem za dzieci w wieku 11 miesięcy i trzech lat? Nie wiem do dziś o co chodziło, ale wrażenie pozostało kiepskie z tego miejsca. Aż miałam ochotę podejść potem do naszych sąsiadów (domki były połączone ścianami) Chińczyków i spytać się dwóch panów, czy jak wynajmowali swój domek, to policzono im osobno za żony.

Generalnie wydaje nam się, że ten rejon ma jakieś ukryte aspiracje być okolicą “z wyższej półki” bez akceptacji dla backpackersów i budżetowych turystów. Szkoda, bo krajobrazy są naprawdę nieziemskie. Ot, taki niemiły kontrast.

Następnego dnia rano byliśmy nieżywi na własne życzenie. Ponieważ zwykle śpimy albo w namiocie, albo w małych pokojach 3 w 1 (tzn kuchnia jest tuż przy łóżku, a w kąt wciśnięta jest łazienka) i gdy dzieciaki zasypiają, my zapalamy czołówki i w ciszy, żeby ich nie zbudzić najczęściej gdzieś na podłodze, bo poza łóżkiem żaden inny mebel w kabinie się nie mieści, czytamy, piszemy lub takie tam. A tutaj nagle mieliśmy do dyspozycji dwie sypialnie i osobny salon z kanapą! Kaj zasnął bez problemu, ale Tolek który wyjątkowo spał w ciągu dnia, siedział z nami w salonie. Po cichu mieliśmy nadzieję, że Tolo w końcu też zaśnie w swojej sypiali i będziemy mieć salon dla siebie i czas na takie tam, ale minuty płynęły, a syn dalej siedział z nami. A prawdziwa kanapa z kawowym stolikiem dała nam takie złudzenie domowości i komfortu, że zignorowaliśmy zegarek i siedzieliśmy o wiele za długo. W końcu po drugiej w nocy opamiętaliśmy się i całą trójką poszliśmy spać dołączając do Kaja, ale już było za późno. Kolejny dzień upłynął nam w rytm ziewania.

 

Wilpena Pound jest niezwykłą formacją geograficzną. To taki jakby krater otoczony przez wypiętrzone góry, które to góry składają się z warstw pochodzących z kolejnych okresów czasu od 650 milionów lat temu do 500 milionów lat temu. Na skutek ruchu płyt tektonicznych po ich odsunięciu się od siebie powstała szczelina, w której osadzały się nanoszone przez morze piaski, kamienie, skały (teraz jakiś geolog powinien mnie przywołać do porządku, bo morze nie nanosi skał, skały powstają pod wpływem sprasowania i ciśnienia, ale to mój blog a nie wikipedia. Dodam tylko, specjalnie dla geologów, że szczelina jest znana pod nazwą Geosynkliny Adelajdzkiej). Jednocześnie tak się złożyło, że było to bardzo ważne 150 milionów lat, bo wtedy powstało życie. I w tych osadach składowanych w szczelinie dodatkowo zalegały różne organizmy – począwszy od tych najbardziej pierwotnych i pierwszych na Ziemi – które potem zmieniały się w skamielinę. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że płyty tektoniczne nagle zmieniły zdanie i z powrotem się do siebie przysunęły wypiętrzając to co się w szczelinie zdążyło odłożyć i zmienić w skałę. Potem na skutek erozji wierzchnia warstwa starła się osłaniając pod spodem poukładane jadna za drugą poszczególne osady. Wygląda to trochę jak sękacz. W ten sposób na bardzo krótkim odcinku kilkunastu kilometrów można zobaczyć tworzenie się warstw podczas 150 milionów lat plus historię powstania życia.

IMG_2812

IMG_2816

IMG_2822

IMG_3032

IMG_3066

IMG_3067

IMG_3060

Idealnym miejscem na podróż w czasie jest Brachina George. Jadąc przez wąwóz na przestrzeni dwudziestu kilometrów poznaje się dwanaście różnych skał. Różnią się kolorem, strukturą i oczywiście okresem powstania. Naukowcy wnioskują z nich o klimacie, który panował w poszczególnych milionach lat, o rozwijającym się życiu, i o kilku innych rzeczach. To ponoć prawdziwa kopalnia wiedzy, pod warunkiem, że wie się czego szukać. My nie wiedzieliśmy.

Przeczytaliśmy na tablicy, że jadąc przez wąwóz będziemy mogli zobaczyć stromatolity będące jednym z pierwszych dowodów życia na ziemi, faunę ediakarańską (czy wy też zastanawialiście się co pili geolodzy wymyślający nazwy dla różnych odkrytych przez siebie rzeczy? Żadna z nadanych przez nich nazw nie pochodzi z normalnego języka i jest kompletnym łamańcem głoskowym, co jest przyczyną dla której nigdy nie zapamiętam nawet 1% z geologicznego wykładu. Jestem pewna, że przy każdym odkryciu z radości i ku uczczeniu urządzają imprezę, gdzie procenty leją się bez limitu, a potem bełkocząc jeden do drugiego mówi: nawzijmy tą skamielinę zwierzątkiem Edzia i Karolka. Po zapisaniu fonetycznym tego co zostało wybełkotane jak wół wychodzi: fauna ediakarańska. Ech, trzeba mi było studiować geologię). Wracając do tematu – fauna ediakarańska to jedne z najstarszych zwierząt na ziemi, czyli organizmów wielokomórkowych. Zupełnie niespokrewnione z aktualnie żyjącymi organizmami, bo te pochodzą z okresu kambryjskiego i je też ponoć można zobaczyć w wąwozie.

Ponoć, bo w praktyce wygląda to następująco. Wzdłuż drogi na granicy każdej z warst stoją tablice z ich nazwą. Najczęściej niziutko przy ziemi, ukryte w trawie, zwrócone napisem tylko w jedną stronę, czyli jak się zaczęło wycieczkę z drugiej strony wąwozu, to ma się pecha. Jednak jesteśmy uparci i kilka z nich odnajdujemy, bo naprawdę mieliśmy chrapkę na te formy życia. Wysiadamy w jednym z miejsc, gdzie mają być skamieliny jamek wykopanych przez morskie robaki zagrzebujące się w piasku. Jedyna tablica stoi tuż przy drodze i wskazując na drugą stronę drogi obiecuje, że na pobliskim zboczu, dwie minuty drogi stąd znajdziemy, czego szukamy. Zbocze wyglądało tak:

IMG_3057

I nie było na nim zaznaczonego żadnego miejsca, w którym powinniśmy szukać. Skanowaliśmy wzrokiem kamienie i skały nie mając pojęcia co jest śladem erozji, spływającego deszczu, a co – zagrzebującego się robaka sprzed ponad 500 milionów lat. Nic, żadnej strzałki czy kropki. W końcu, w drodze głosowania ustaliliśmy, że jamkami są oto te nacieki skalne:

IMG_3056

W kolejnym punkcie postojowym szukamy śladów prehistorycznych gąbek (Archaeocyaths). Nic. Nie jestem zwykłym turystą, mam ceryfikat screenera, ale absolutnie nic nie mogę znaleźć. Wdrapuję się na skały, zaglądam pod głazy, przeczesuję ściany lornetką i nic. Ani jednej gąbki.

IMG_3045

Nie tracimy nadziei, choć powoli zaczynamy żałować opłaty, którą uczciwie uiściliśmy wjeżdżając do parku (na tablicy informacyjnej na granicy parku są przyczepione koperty. Do koperty należy wrzucić należność za wstęp, napisać swoje dane plus nr rejestracyjny pojazdu, oderwać kawałek koperty z wydrukowanym dowodem na uiszczenie opłaty, wrzucić kopertę do skrzynki przymocowanej do tablicy, a oderwany dowód wpłaty umieścić za przednią szybą auta. Teoretycznie w niektórych parkach są rozmieszczone wzdłuż szlaku kamery z których ktoś potem spisuje nr rejestracyjne przejeżdżających wozów i porównuje z danymi wpisanymi na zebranych kopertach. W przypadku braku opłaty – wystawia się mandat. Teoretycznie).

W kolejnym miejscu tablica reklamuje słynne skamieliny fauny ediakariańskiej. Przed nami gruzowisko kamieni, z których każdy wygląda zupełnie normalnie. Nie poddaję się, szukam, zaglądam i znajduję coś takiego:

IMG_3062

IMG_3064

 

Sami oceńcie czy to wygląda jak zwierzątko Edzia czy bardziej jak zwierzątko Karolka.

Uznajemy, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Na pewno te skamieliny tu są, ale można je zobaczyć tylko po opłaceniu zbójecko drogiej wycieczki z przewodnikiem, który doskonale wie, który kamień z tego gruzowiska należy podnieść, żeby zobaczyć z drugiej strony piękny okaz fauny ediakariańskiej. Znów czujemy, że zwykli turyści, którzy nie opłacą pełnego pakietu pobytu w Wilpena Resort z wycieczkami po okolicy nie są tu mile widziani.

IMG_3024

IMG_3025

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Tym niemniej jeszcze raz – Flinders Rangers ze swoim zmiennym krajobrazem, kolorami, grą świateł na szarych skałach i czerwonej ziemi, mnogością kangurów, emu i innego ptactwa na wyciągnięcie ręki oraz drzemiącymi tuż pod powierzchnią smokami są naszym niekwestionowanym kandydatem do Top Ten Australii. Zupełnie nie planowaliśmy tu przyjeżdżać, gdy wbijaliśmy pinezki w mapę, ale skuszeni jedną z ulotek nie żałujemy zmiany trasy. Było warto.

IMG_2957

IMG_2989

IMG_2987

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk...ręcać turystów.

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk…ręcać turystów.

Na pożegnanie jedziemy w bok od głównej drogi do galerii aborygeńskich rzeźb naskalnych. Krótki spacer środkiem malowniczego wąwozu, na szczęście słońce stoi już nisko nad ziemią, więc temperatura jest znośna.

IMG_3092

IMG_3078

IMG_3082

IMG_3073

IMG_3099

IMG_3100

Na końcu szlaku – wykute w skale symbole. Nikt nie wie kiedy powstały, ale wiadomo, że były robione w dwojaki sposób – albo poprzez uderzanie w skałę ostrym kamieniem i za pomocą wgłębień – kropek rysowaniem wzoru albo poprzez wydrapywanie w skale linii.

Wykuwane były wzory geometryczne, koła i linie, ślady zwierząt, a czasem nawet postacie ludzi. Dla Aborygenów to są święte miejsca opowiadające o Czasie Snu.

IMG_3075

IMG_3087

Michał popatrzył jednak męskim okiem na dwa koła oznaczające billabongi i stwierdził: Tutaj jeden Aborygen posiłkując się rysunkiem opowiadał drugiemu o napotkanej Aborygence. “I stary, ona miała taaakie… oczy”.

IMG_3093

Pod wieczór docieramy na kemping do Hawker. Czujemy, że zakończyliśmy kolejny etap podróży – pętlę pustynnego outbacku.

Hawker to już właściwie całkiem cywilizowane okolice. Miasteczko ma kilka ulic, rosną tu drzewa i zielona trawa, a zamiast pubu jest kawiarnia i osobno restauracja. Są sklepy i jakieś budynki publiczne typu szpital i policja.

Much też jakby mniej, więc w końcu po dwutygodniowej przerwie odważamy się rozbić namiot. Słońce żegnamy pluszcząc się w kempingowym basenie. Potem szybka kolacja i … odkrywamy, że zepsuł się zamek w klapie bagażnika naszego auta. Górna część z szybą się otwiera, natomiast dolna ani drgnie. Nie jest to dobra wiadomość, bo mamy przez nią zablokowane szuflady z zapasami żywności, nie możemy też wyciągnąć lodówki. Całe szczęście, że udało się wyjąć wcześniej rzeczy na kolację. Idziemy jednak spać w nienajlepszych humorach, bo w głowie mamy wizję, że zamiast realizować naszą trasę jutro będziemy musieli jechać do najbliższego autoryzowanego przez Britza mechanika, który jest pewnie dopiero w Port Augusta.

Rano dzwonimy do Britza i pytamy co robić. W ciągu dosłownie pięciu minut oddzwania do nas mechanik z Hawker zapraszając do warsztatu na bezgotówkową naprawę. To jest zaleta wypożyczania auta w dużej sieci.

IMG_3102

Składamy namiot, odstawiamy auto do warsztatu i idziemy na śniadanie do restauracji (ciągle nie mamy dostępu do naszych zapasów jedzenia). Nad barem wisi mnóstwo metalowych tablic z tzw. złotymi myślami, w tym mój typ nr 1 – Jeśli skończy się rolka papieru toaletowego, wymień ją na nową. To nie spowoduje uszkodzenia twojego mózgu.

Po śniadaniu godzinę spędzamy w wielokrotnie już na blogu wspominanej blaszanej księgarni, gdzie zastaje nas telefon od mechanika, że klapa została naprawiona.

IMG_3101

Ruszamy dalej w trasę. Jest 13 marca, więc w Quorn idziemy na przyjęcie urodzinowe Kaja (czy naprawdę ktoś wierzył w to, że przy naszym tempie podróżowania i zwiedzania, dwójce dzieci do zabawiania i oporządzenia, oraz zepsutym namiocie jesteśmy w stanie pisać posty na bieżąco? Jedyny umieszczony o odpowiedniej dacie to ten z urodzin Kajetana).

Po siedemnastej wbrew rozsądkowi postanawiamy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję turystyczną – Alligator George. Nie warto robić nic wbrew rozsądkowi, bo można zejść na zawał serca. Zacznijmy od tego, że na parkingu kiepsko oznaczone szlaki zmyliły nas wskazując błędny kierunek. Mieliśmy do wyboru albo punkt widokowy na kanion w odległości 350m lub przejście pętli o długości 2 kilometrów. Absolutnie nie mieliśmy czasu na pętlę, wybraliśmy więc punkt. Ponieważ Kaj spał postanowiliśmy, że najpierw ja tam pójdę, wrócę, a potem pójdzie Michał z Tolkiem. Myląc drogę zaczęłam schodzić schodami w dół wąwozu. Przy czterychsetnym zaczęłam mieć wątpliwości czy powinnam schodzić dalej skoro dna nie widać, ale jak wiadomo z badań nad naturą ludzką, istota ludzka prędzej będzie szła w zaparte, niż zmieni zdanie (zasada konsekwencji czy jakoś tak, szeroko stosowana przez sprzedawców wciskających niechciany towar). Kolejne czterysta stopni i byłam na dnie. A tam dwie kolejne strzałki – w prawo do skalnych balkonów (800 metrów), a w lewo do wejścia do Alligator Gorge (650 metrow). Coś mi nie grało, ale zasada już działała. Nie uśmiechało mi się wdrapywanie z powrotem na górę, żeby uprzedzić Michała o tym, że nie będzie mnie dłużej niż zakładaliśmy, a potem znów schodzenie ośmiuset stopni w dół. Postanowiłam szybciutko skoczyć do tego kanionu, skoro już tu dotarłam. Skoczyłam, ale oczywiście wejście nie było zaznaczone tablicą jak na przykład wejście do muzeum, wokół mnie zamykały się poszarpane czerwone skały i w gruncie rzeczy ciężko się było zorientować czy to już są zęby aligatora, czy jeszcze nie. Biegłam po kamieniach w sandałach zastanawiając się czy węże tu mieszkają i starając się nie myśleć o tym, że nie mam przy sobie nic, czym mogłabym wezwać pomoc w razie wypadku.

IMG_3140

IMG_3144

IMG_3146

IMG_3157

IMG_3153

W ten sposób przeszłam cały kanion, przegapiając w lekkim zdenerwowaniu i panice miejsce, z którego powinnam zrobić właściwe zdjęcie (tak jak na ulotce reklamowej).

IMG_3154

IMG_3149

Ściany wąwozu obniżyły się, a szlak zaczął powoli piąć się w gorę. Znów musiałam podjąć decyzję. Wkurzałam się, że nie ustaliliśmy z Michałem żadnego planu na wypadek takiej sytuacji, i już zaczęłam sobie wyobrażać, jak mój mąż zmartwiony tym, że mnie tak długo nie ma, z dwójką dzieci schodzi tymi cholernymi schodami na dół, a potem wędruje przez kamieniste dno wąwozu. Do tego słońce powoli zachodziło i niewiele światła już zostało. Nie ma szans, żeby Tolek przeszedł tą trasę za dnia. Jak więc najszybciej dotrzeć do chłopaków? Wracać czy iść dalej? W końcu to miała być pętla dwukilometrowa. Zrobiłam już ponad połowę, więc szybciej będzie jak ją dokończę niż zawrócę. Tak rozumując (choć nie wiem, czy to słowo powinno być tu użyte) pobiegłam naprzód, chcąc jak najszybciej dotrzeć na parking i powstrzymać Michała przed schodzeniem. Ile w końcu można iść dwa kilometry? Tyle miałam ze szkoły do domu i pokonywałam je od 17 minut do 30, w zależności od tego w którą stronę bardziej mnie ciągnęło i z kim szłam.

W tym pośpiechu, skacząc po kamieniach, rozglądając się za wężami i starając się nie skręcić nogi w kostce, przegapiłam skręt szlaku na parking i doszłam do miejsca, gdzie zaczynał się asfalt, na którym była tablica, że stąd do mojego parkingu jest 35 min. drogi ostro pod górę.

W życiu, nigdy w życiu nie zrobiłam nic, co by wymagało takiego wysiłku jak teraz biegnąc i próbując nie zejść na zawał przed parkingiem. Zastanawiałam się też z jakich idiotycznych powodów fotografuję lustrzanką zamiast poręczną komórką, bo komórka nie dyndałaby mi na szyi takim ciężarem jak mój stary Canon.

Gdy w końcu z mroczkami przed oczyma, cała mokra i z ułożonym już w głowie testamentem dotarłam na parking, chłopaków tam nie było. Przed oczyma (pomiędzy mroczkami) stanął mi obrazek jak mój malutki Tolek w swoich ulubionych australijskich butach na węże wędruje w całkowitych ciemnościach przez Alligator Gorge ściskając za rękę tatę, który na plecach w nosidełku niesie Kaja, i co jakiś czas dziecięcym zmartwionym głosikiem woła: Elvisie, gdzie jesteś?

Ta wizja jakimś cudem podtrzymała we mnie jeszcze funkcje życiowe i ostatkiem sił dotarłam znów do schodów, którymi zaczęłam schodzić głośno wołając raz jednego, raz drugiego, raz trzeciego. Przysłowiowe nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałam odpowiedź.

Dwie minuty później wszyscy spotkaliśmy się przy aucie. Okazało się, że gdy Kaj się obudził, Michał rzeczywiście zaniepokojony moją długą nieobecnością władował dzieci do nosidełek (Tolek na plecy, Kaj z przodu) i tak objuczony zszedł po schodach na dół. Tam zobaczył dwa drogowskazy i domyślił się, że postanowiłam zrobić pętlę przez wąwóz, więc spokojnie wrócił na górę, żeby na mnie poczekać. Tuż zanim wbiegłam na parking postanowił pójść własciwą drogą na punkt widokowy, który planowaliśmy pierwotnie, a który był ukryty tuż za drzewami za parkingiem.

Żadnej paniki, że zabłądziłam, że mnie węże zjadły lub że leżę gdzieś tam pomiędzy kamieniami ze złamaną nogą. Tylko czyste i logiczne męskie wnioskowanie. Byłam za nie nieprzytomnie wdzięczna, bo ja w odwrotnej sytuacji pewnie ciągnęłabym dzieci na urojoną misję ratunkową.

Już po ciemku wjeżdżamy do Peterborough. O dziwo – kemping nie ma zamykanej bramy, a toalety są publicznie dostępne, a nie na kod czy klucz, jak to na wszystkich dotychczasowych kempingach było. Rozbijamy się na wolnym miejscu wnioskując, że nic się nie stanie, jeśli za pobyt zapłacimy rano.

Następnego dnia mieliśmy “dzień techniczny’. Po pierwsze po ponad miesiącu codziennego używania auta ewidentnie trzeba było wszystko z niego w końcu wypakować i na nowo poukładać. Milion porozrzucanych zabawek, skrupulatnie pochowane papierki po czekoladkach i herbatnikach, na wpół zjedzone banany, porwane fragmenty map i ulotek, zbierane podczas drogi muszle, patyki, kamienie i liście. Po drugie po dwóch tygodniach jazdy nieutwardzonymi drogami outbacku wszystko w aucie pokrywała wartwa czerwonego kurzu i piasku. Trzeba było wytrzepać każdą torbę, wózek dziecięcy, nosidła, zamieść bagażnik, na nowo poukładać jedzenie w skrzyniach. Po trzecie od jazdy po wertepach odkręciły się śruby trzymające lodówkę, a ich ponowne wkręcenie wymagało całkowitego opróżnienia jej wnętrza. Na tych porządkowych czynnościach minęła nam znaczna część dnia. Potem popołudniu chwila relaksu przy książce lub na placu zabaw (każdemu wedle potrzeb), a wieczorem poszliśmy na opisany już spektakl “Światło i dźwięk” w Muzeum Kolejnictwa.

Kolejnego dnia spacerowaliśmy po miasteczku spotykając lokomotywy, które nie chciały mieszkać w muzeum i wolały zostać w mieście. Poznaliśmy też historię Bob’a, psa, który jeździł koleją. Jak słusznie można wnioskować z tego wstępu był to przeuroczy bezpański kundel podróżujący na stałej trasie, w każdym z miasteczek mając kogoś, kto udostępniał mu dom na kilka dni do pomieszkania i miskę pełną jedzenia. Lubili go wszyscy, i każdy miał wrażenie, że jest bardziej od innych “panem” Boba. Niestety, Bob zakończył swoje wagabundzkie życie w mało chwalebny sposób – pod sklepem miejscowego rzeźnika w obronie swojego jak mu się penie wydawało terytorium wdał się w bójkę z większym i groźniejszym od siebie psem.

Po jego śmierci do miejscowej gazety napływały nekrologi z kondolencjami od ludzi na całej trasie kolei.

IMG_3176

IMG_3199

IMG_3180

IMG_3201

IMG_3181

IMG_3183

W Peterborough studiujemy atlas i sprawdzamy kalendarz. Potwierdza się to, co czujemy szóstym zmysłem w naszych podróżniczych duszach – czas zacząć wracać i domknąć dwumiesięczną pętlę. Przed nami jeszcze parę punktów trasy, w tym kilka wyznaczonych dawno temu w Polsce pinezkami, ale główny kierunek powoli będzie zmierzał w kierunku Sydney. Dziwne uczucie.

IMG_2964

Ssssycząca sprawa z tą galaretką

Udaje nam się, albo i nie, ale naprawdę się staramy w kolejnych postach opowiadać o naszej podroży trochę ambitniej niż wpis: “dojechaliśmy do X, postój w motelu Y, jutro ruszamy do Z zwiedzić jakieś muzeum”. A w następnym poście: “muzeum było ok, sporo do oglądania, zjedliśmy obiad i jedziemy dalej. Upał jak cholera, droga nudna, co tu robić?”.

Prawie każdego dnia dowiadujemy się nowych rzeczy, oglądamy zmieniający się krajobraz, słuchamy opowieści spotkanych ludzi, fotografujemy zaskakujące rzeczy. Potem na malutkim ekranie laptopa, przy świetle czołówki, siedząc po turecku w namiocie i katując kręgosłup, za pomocą opornego touchpada przeglądamy tysiące wypstrykanych fotografii i obrabiamy wybrane, żeby można je było publicznie pokazać. Pokonując chorobę lokomocyjną klepiemy w klawiaturę posty podczas drogi po wyboistych traktach. Na końcu – siedząc na dachu auta w poszukiwaniu choć jednej kreski sieci, ignorujemy łażące po nas fruwające robactwo i zmuszamy modem do wysłania wszystkiego na bloga.

Na którym to blogu potem można przeczytać o historii rdzennych mieszkańców Australii, o zwyczajach zwierząt, o formowaniu się różnych krajobrazów, o budowaniu kolei, o tym jak szukać (lub czemu nie szukać) i gdzie opali. Można też obejrzeć zdjęcia z plaż, zachodów słońca, lasów deszczowych, kopalni, jaskiń, gór.

Jakby nie oceniać efektu końcowego – staramy się naprawdę mocno.

A potem dzwonimy do rodziny i słyszymy: czy naprawdę uważacie na te WĘŻE, o których pisaliście? Otwieramy maila od przyjaciół (licząc po cichu na jakieś entuzjastyczne recenzje) i czytamy: kiedy w końcu zabierzecie swoje tyłki z pustyni od tych WĘŻY? A jak w ogóle przed wyjazdem komukolwiek (na przykład rodzinnemu weterynarzowi) mówiliśmy o tym, gdzie jedziemy, to słyszeliśmy: nie boicie się zabrać dzieci do kraju pełnego tych niebezpiecznych WĘŻY?

Moi drodzy. To ja pokonując swoje granice, opory i uprzedzenia zamieszczam tu swoją sweetfocię w nowym kolorze włosów i w krótkich spodenkach (a ostatni raz nosiłam krótkie spodenki jak byłam w podstawówce i musiałam chodzić na WF), a wy zauważacie tylko wzmiankę o tajpanie? Jedną liniję tekstu o gadzie?

Ale ok, skoro publiczność domaga się historii o wężach, proszę bardzo, oto historia.

Tak, w Australii są węże. Co więcej – jest tu dziesięć najbardziej jadowitych na świecie węży. Wspomniany na przykład tajpan lądowy ma najbardziej toksyczną truciznę na świecie. Ilość, którą zebrano podczas jednego ugryzienia spokojnie wystarcza do zabicia setki ludzi.Jego jad składa się z kilku różnych toksyn, z których każda może wywołać śmiertelny efekt końcowy. I tak jedna z toksyn paraliżuje i wstrzymuje część funkcji życiowych blokując połączenie pomiędzy mózgiem a mięśniami. Inna rozpuszcza mięśnie. Zmienione w płynną konsystencję przepływają przez nerki nieodwracalnie je uszkadzając. A kolejna powoduje rozległe wewnętrzne krwotoki. Osoba ugryziona takim koktajlem ma średnio 45 minut na ratunek.

Niektóre węże występują tylko w określonych rejonach Australii, ale wiele z nich można znaleźć w każdym środowisku. Nie tylko na pustyni, ale również w lesie deszczowym, na słonecznym wybrzeżu oraz w sydneyskim ogródku.

Podróżując po rejonach bardziej lubianych przez węże stosujemy się do ogólnych zaleceń. Przede wszystkim wszyscy zakładamy buty za kostkę. Zawsze, bez wyjątku na temperaturę.

IMG_4776

Na słynnym zdjęciu w krótkich spodenkach zrobionym pośrodku pustyni, mimo paraliżującego upału nie stoję w flip-flopach na stopach. Tolek doskonale wie, dlaczego trzeba nosić wysokie skórzane buty i nie ma szans, żebyśmy go w crocs’ach wyjęli z samochodu i postawili na ziemi. Nie pozwoli nam na to.

Węże australijskie to nie kobry z hinduskich wiklinowych koszyków i gryzą tylko kilka centymetrów nad ziemią. Twarda cholewka, u wielu Australijczyków przebywających na dworze w szczególnie zagrożonych rejonach wzmocniona stoptutem, może skutecznie uniemożliwić przebicie skóry nogi lub przynajmniej zmniejszyć ilość wstrzykniętego jadu. Czasem można mieć szczęście i spotkać bardzo jadowitego węża, który ma słabe zęby i siłę uścisku. No, chyba że się po niego sięgnęło ręką w krótkim rękawku.

Po drugie nosimy z sobą apteczkę wężową, czyli kilka bandaży elastycznych. W przypadku ugryzienia jedynym skutecznym (ponoć) sposobem wytargowania większej ilości czasu na udzielenie pomocy jest zabandażowanie ugryzionej kończyny tak, by spowolnić przepływ krwi, a tym samym rozprzestrzenianie się trucizny po organizmie. Rezygnujemy z przecinania ugryzienia, żeby upuścić krwi (bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, bo chyba bym umarła, gdybym musiała przeciąć skórę), nie wysysamy jadu, nie przypalamy rany rozgrzanym nad ogniskiem ostrzem noża – to tylko hollywoodzkie sztuczki. Osoba ugryziona powinna leżeć nieruchomo w tym samym celu – żeby krew płynęła jak najwolniej. Druga osoba jakimś cudem wzywa pomoc. Wydaje się to mało podnoszące na duchu, ale najwyraźniej się sprawdza, bo mimo około 600 przypadków trafiających do szpitala rocznie z powodu ugryzienia przez węża śmiertelne okazują się tylko dwa do czterech. W kraju wielkości Europy – to nie brzmi już tak strasznie, prawda? Do tego Australia posiada odtrutki na jad wszystkich swoich węży (najkorzystniej, jeśli można tak powiedzieć, jest zostać ugryzionym w Tasmanii, bo tam są tylko trzy jadowite węże na które stosuje się jedną i tą samą odtrutkę, więc odchodzi problem z identyfikacją jadu) i z tego powodu jest tak mało przypadków śmiertelnych ugryzień. Dla porównania w zachwalanych przez “prawdziwych” podróżników Indiach rocznie z powodu ugryzienia przez węża ginie około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Jest różnica.

Po trzecie wędrując nie zeskakujemy z powalonych pni drzewa leżących na ścieżce bez sprawdzenia czy po drugiej stronie nie wygrzewa się gad. Nie podnosimy niczego z ziemi nie sprawdziwszy wpierw okolicy, nie siadamy na kamieniach bez wcześniejszej inspekcji, robiąc zdjęcia nie cofamy się do tyłu bez patrzenia. Jeśli musimy zejść z wydeptanej ścieżki (na przykład ze szlaku w Parkach Narodowych) żeby zrobić zdjęcie lub coś zobaczyć, to po prostu bierzemy leżący kijek (upewniwszy się wpierw, że kijek nie żyje) i szuramy nim po okolicznych krzakach i trawie tam, gdzie chcemy wejść.

Bo węże na szczęście mają rozum. Serio, mają głowę a w niej mózg. I taki wąż generalnie słusznie sobie kombinuje, że człowiek nie jest najlepszym obiadem, więc jak tylko go wyczuje (drgania ziemi, przesuwanie liści, itp), to po pierwsze próbuje uciec. Po drugie próbuje uciec. I po trzecie – próbuje uciec. Gryzie tylko wtedy, gdy jest naprawdę zagrożony i nie ma gdzie uciec lub jedyna droga ucieczki prowadzi po ścieżce, na której stoi człowiek.

Nie wślizgują się też do namiotu (chyba, że zostawić w nim jakąś otwartą wodę). Węże są ponoć dość nieśmiałe i unikają konfrontacji z ludźmi. Choć to też zależy od temperamentu, bo na przykład taki wąż brązowy (eastern brown snake) jest dość nerwowy, a przez to bardziej skory do ataku w sytuacji zagrożenia. I to właśnie on jest sprawcą prawie połowy rocznych ugryzień w Australii, w tym prawie wszystkich ugryzień śmiertelnych, bo truciznę ma prawie równie mocną i śmiertelną co tajpan. Do tego występuje o wiele powszechniej niż tajpan – można go spotkać właściwie na całym kontynencie. Jak tutaj mówią – gdzie są ludzie, tam są myszy. Gdzie są myszy, tam jest wąż brązowy.

Tym niemniej – węże tutaj są, dość liczne, ale pochowane. Dlatego jedyne węże, jakie widzieliśmy to te:

IMG_4557

Domowy wąż ogrodowy – bardzo powszechny również w Polsce, 100% szans na spotkanie w markecie budowlanym

IMG_4556

Wąż basenowy – z powodu mniejszej ilości basenów, rzadziej występuje w Polsce, natomiast licznie w Australii

IMG_4783

Wąż strażacki – tak nieśmiały, że wciąż schowany

IMG_4742

Wąż odkurzacza, na zdjęciu odmiana węża samochodowego. Bardzo pożyteczny gatunek, pożera kurz, roztocza, pokruszone ciasteczka, a nawet wtarte w siedzenie banany.

W Australii natomiast bardzo rzadko występuje popularny w Polsce wąż prysznicowy. Tutejsze węże prysznicowe zostały dość skutecznie wytępione przez gatunek wodotrysków naściennych.

IMG_4785

 

W przeciwieństwie do węży rozumu nie mają meduzy (box jellyfish). Są galaretkowatą formą, a jak wiadomo galaretka objawów myślenia nie zdradza. W Australii w oceanach dookoła kontynentu (szczególnie na tych spokojnych zatoczkach, bez dużych fal, z płytką, nagrzaną wodą) przez cały rok pływają sobie dwa rodzaje niebezpiecznych meduz. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, iż oba są niewidzialne w wodzie (w sensie są przeźroczystą galaretką), i ten groźniejszy ma ponad 60 ciągniętych na odległość do 5 metrów za sobą “nitek – ogonków”, z których wystrzeliwuje setki trujących harpunowatych igieł. Toksyny z jednej takiej meduzy są w stanie spokojnie zabić ponad 60 ludzi. A śmierć może nastąpić w ciągu 4 sekund. Na szczęście większość ataków nie jest śmiertelna, ale ból jest tak wielki, że ofiary ponoć same błagają o śmierć, dopóki w szpitalu nie dostaną odtrutki. Trzeba mieć naprawdę pecha, żeby otrzymać odpowiednio dużą ilość wstrzelonych igieł z trucizną i nie doczekać do przyjazdu ambulansu. Inna sprawa, że gdy ugryzienie następuje w wodzie, to z bólu i paraliżu po prostu się tonie. Śmierć z powodu ugryzienia przez tą meduzę jest częstsza od ugryzienia śmierci spowodowanej przez ugryzienie węża, tak tylko dodam.

Jak się bronić przed niewidzialną galaretką (brzmi lepiej niż Matrix, przyznacie)? W Australii rozkręca się kampania promująca noszenie podczas pływania ubrań ochronnych – cieniutkich kombinezonów na całym ciele. Odkryto, że zatrute igły są wystrzeliwywane w odpowiedzi na reakcję chemiczną jaka zachodzi gdy receptory na nitkach meduzy wejdą w kontakt z chemią na naszej skórze (jeśli brzmi to dla was dziwnie, to spokojnie – dla mnie też. Tłumaczenie języka biologiczno – chemiczno – medycznego jest jeszcze większą katorgą niż tłumaczenie tablic geologicznych, więc na pewno coś pomieszałam. Czy ktoś z czytających tego bloga jest tłumaczem i ma trochę wolnego czasu? Oferty poproszę na maila). Więc wystarczy nie dopuścić do tej reakcji poprzez odizolowanie skóry od receptora, a do tego ponoć wystarczy cienka damska pończocha… Hm, taki Austarlijski opalony, wysportowany, umięśniony ratownik przechadzający się po plaży w pończochach… Stop, bo schodzimy na tematy dla dorosłych, a być może jacyś nieletni nas czytają.

A poza ubraniem – po prostu trzeba oszacować ryzyko. Unikać kąpieli w bardziej lubianych przez meduzy miejscach (niestety miejsca te są też bardziej lubiane przez małe dzieci…), w bardziej prawdopodobnych miesiącach ich występowania (maj – październik), itp.

To po prostu szacowanie ryzyka. O wiele bardziej śmiercionośne jest prowadzenie samochodu niż pływanie w wodach otaczających Australię. A jednak prowadzimy zachowując środki bezpieczeństwa (pasy, prawo jazdy) i mamy nadzieję, że na nas akurat statystyka nie spadnie jak grom z jasnego nieba.

 

W wodzie żyje też malutka, bardzo ładna ośmiornica niebieskokrążkowa (ok, to już zupełnie swobodne autorskie tłumaczenie nazwy. W oryginale – blue-ringed octopus). Jej ugryzienie jest bezbolesne, ale skutki – również mogą być śmiertelne. Ilość toksyny znajdującej się w zwierzątku wielkości piłki golfowej może w ciągu kilku minut zabić ponad dwudziestu dorosłych. Na szczęście – przy ukąszeniu jednorazowo wstrzykiwane jest o wiele mniej. Ale i tak – jad jest śmiertelnie niebezpieczny. Jak na razie nie wynaleziono odtrutki, jedynym sposobem ratowania jest spowolnienie krążenia oraz sztuczne podtrzymywanie funkcji życiowych poprzez sztuczne oddychanie lub masaż serca. Większość ugryzionych osób ma szczęście i po 24 godzinach reanimacji trucizna jest wydalana z organizmu, nie pozostawiając żadnych śladów.

A jak można zostać ugryzionym? Na przykład podnosząc na plaży piękną muszlę i wkładając ją do kieszeni. Przerażona ośmiornica (często mniejsza niż piłeczka golfowa), ukryta w muszli wychodzi i bez problemu kąsa przebijając się przez materiał spodni. Ba – przebija się nawet przez piankę nurkową!

Jak już wspomniałam – ugryzienie jest bezbolesne, dopiero kilka minut później zaczynają się problemy…

Prawda, że w porównaniu z niewidzialną meduzą i malutką ośmiorniczką schowaną w muszelkach, tradycyjne rekiny ludojady pływające w wodach australijskich wydają się być mało przerażające?

Ha, nawet krokodyle z północy kontynentu są jakoś tak bardziej akceptowalne – przynajmniej je widać i wiadomo, że nie warto przesadzać z higieną w każdym napotkanym zbiorniku wodnym, gdy jest sezon na słonowodne kreatury.

Na zwiedzanym przez nas kontynencie są też jadowite pająki, w tym najniebezpieczniejszy – ptasznik sydneyski. Ale znów – mimo toksycznego jadu i w przypadku ptasznika – silnych zębów potrafiących przegryźć się nawet przez paznokieć, nie odnotowuje się śmiertelnych przypadków ukąszeń, odkąd na dwa najniebezpieczniejsze z nich wynaleziono odtrutkę (drugim obok ptasznika jest pająk czerwonotylni – znów wolne tlumaczenie nazwy red back spider). Poza tym pająki raczej nie rzucają się na człowieka. No, chyba że akurat weszły do łóżka (zupełnie przez pomyłkę, bo pająki w łóżkach nie sypiają), i zanim zdążyły wyjść położył się na nich człowiek. Wtedy tak, wtedy rzucają się na człowieka.

Na wszelki wypadek, ponieważ nie potrafimy rozróżnić pająków jadowitych od niejadowitych, korzystamy z przewagi siłowej i wszystkie tłuczemy. Niehumanitarne podejście do przyrody mającej takie same prawa do życia jak my, wiem, ale trudno. Życie, nawet życie pająka, nie jest sprawiedliwe. Z drugiej strony, muszę przyznać, że niebezpieczeństwo jednak nie jest wysokie. Pewnego ranka w namiocie obudziłam się, bo coś mnie łaskotało we włosach. Wkurzyłam się, bo wieczorem skrupulatnie wybiliśmy wszystkie mrówki i muchy – dwa gatunki, które do tej pory trafiały nam się w namiocie. Przeczesałam włosy ręką i dalej drzemałam. Po jakimś czasie z jakiegoś powodu, którego teraz nie pamiętam spojrzałam na ścianę namiotu tuż za swoją głową. Szedł po niej całkiem sporej wielkości pająk, tak na oko trzy centymetry od stopy do stopy. Najwyraźniej spał z nami całą noc w tym ciasnym kłębowisku kocy i śpiworów. Najprawdopodobniej nie był jadowity, skoro nic nam się nie stało. Najchętniej poszedlby sobie teraz gdzieś na dwór połapać jakieś muchy czy coś. Niestety – moja ręka uzbrojona w sandał nie przewidywała wyjątków w tym względzie.

My tent is my tent. I tend not to share it.