Spacer w Chmurach

Droga przez outbackową pustynię (ale nie outback sam w sobie) powoli kończyła się. Ostatnim akcentem dla nas była “kopalnia” ochry używanej przez Aborygenów do najróżniejszych celów – jako środek płatniczy przy wymianie na inne towary, do odprawiania obrzędów religijnych, podczas których całe ciało było malowane w najróżniejsze wzory, do tworzenia malowideł skalnych, do ozdabiania narzędzi, jako lekarstwo, oraz podczas ceremonii pogrzebowych.

IMG_2559

IMG_2563

Krajobraz powoli zmieniał się. Pojawiała się roślinność, na mapie stopniowo kropki oznaczające coś więcej niż tylko pub pojawiały się coraz częściej.

Jechaliśmy, a ja co rusz przez potwornie brudne szyby auta robiłam zdjęcia, bo tutejsze chmury to dzieło sztuki samo w sobie. Nie mogłam się napatrzeć, chciałam zapamiętać.

IMG_2565

IMG_2576

IMG_2574

IMG_2555

Moja ulubiona kompozycja chmurowa

Moja ulubiona kompozycja chmurowa

IMG_2595

To tylko zdjęcie na początku kultowego szlaku. Raz łatwy, raz piekielnie trudny. Na pewno nie do pokonania w jeden samochód z dziećmi, bez żadnego zaplecza ratunkowego jakby co.

To tylko zdjęcie na początku kultowego szlaku. Raz łatwy, raz piekielnie trudny. Na pewno nie do pokonania w jeden samochód z dziećmi, bez żadnego zaplecza ratunkowego jakby co.

IMG_2560

Nasz kolejny cel to maleńka miejscowość (naprawdę kilka domów, hotel z pubem, kemping, kościół, dwa sklepy) Copley. W przewodnikach i ulotkach zachwalają tam kawiarnię, w której można zjeść najlepsze w całym outbacku ciastka z quandondgiem. Ciastka zjedliśmy, odpoczęliśmy po dłuższej jeździe, porozmawialiśmy z właścicielami (w outbacku nie udało nam się jak dotąd gdzieś zatrzymać i nie porozmawiać ze spotkaną tam osobą), dzieciaki pobiegały po wolnym od much wnętrzu kawiarni, a my odkryliśmy na sofie dwie fascynujące książki. Od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, że te, jak i wiele innych można dostać na wspomnianej już w poście o urodzinach Kaja stacji benzynowej w Hawker. Jeśli do tej pory nie planowaliśmy tam się zatrzymać, to właśnie zmieniliśmy zdanie… Rezultat widzieliście na zdjęciu – ponad dziesięć zakupionych książek. Zdecydowanie wyrokiem jakiegoś międzynarodowego sądu powinno się nam nałożyć sądowy zakaz zbliżania się do księgarń. Bardzo o to prosimy.

IMG_2578

IMG_2585

IMG_2579

Kościół w Copley

Kościół w Copley

I sklepy tamże

I sklepy tamże

IMG_2593

IMG_2592

IMG_2601

IMG_2603

IMG_2606

Z Copley pojechaliśmy nad tamę koło Leigh Creek. Chłonęliśmy widoki masywów górskich i będąc jedynymi turystami w tak pięknym miejscu pomyśleliśmy sobie, że byłoby tu naprawdę wspaniale, gdyby oczywiście nie muchy.

Wiem, że bardzo często o nich wspominam, ale naprawdę od dwóch tygodni mieliśmy je cały czas wokół siebie i na sobie, i nie chciałabym, żebyście o nich zapomnieli i mieli wrażenie, że bezkosztowo podróżowaliśmy sobie po zachwycających miejscach.

IMG_2678

IMG_2681

IMG_2685

IMG_2691

IMG_2693

Pod koniec dnia dotarliśmy do miasteczka, które reklamuje się jako nigdy nie będące ghost town. Mimo pozorów. Beltana była kiedyś prężną osadą z ogromną farmą bydła i owiec. Tutaj swój obóz miało sporo poganiaczy wielbłądów i tutaj też założono największą w Australii “stację rozrodu” wielbłądów, żeby oszczędzić na kosztach sprowadzania ich z Indii.

Zaistniała jako siedziba Beltana Pastoral Company, ogromnego imperium zajmującego się zarolnianiem outbacku. Jednocześnie w oklicach odkryto złoża miedzi, co znacząco przyczyniło się do podniesienia jej rangi. Tędy przeprowadzono linię kolejową, która do tej pory kończyła się w Farinie, by następnie poprowadzić ją jeszcze dalej, aż do Marree.

Była tu stacja telegrafu, stacja kolejowa, sklepy, szkoła, hotel. Hotel początkowo dość pechowy (w ciągu pierwszych ośmiu lat od 1878 r. miał dwóch właścicieli i ośmiu najemnców, z których siedmiu zmarło podczas wynajmu. Dziwne, że żadnego nie zastanowił taki zbieg okoliczności…), był pod koniec z gatunku tych porządnych i na wysokim poziomie – miał kuchnię i jadalnię, osobny pokój do spotkań towarzyskich (udostępniany społeczności miasteczka, gdy trzeba było się zebrać i coś ustalić), pokoje dla gości, łazienki, a nawet – pokój dla młodej pary.

 

Hotel

Hotel

IMG_2640

Kościół

Kościół

Stacja telegrafu

Stacja telegrafu

IMG_2628

Szkoła

Szkoła

 

Oficjalnie w 1983 Belatana przestała funkcjonować jako miasteczko, gdy wybudowano nową drogę omijającą ją (linia kolejowa przestała tędy jeździć w latach pięćdziesiątych). Jednak budynki do dziś mają właścicieli, którzy w większości przyjeżają tu na wakacje lub weekend i absolutnie nie zamierzają pozwolić, by ktokolwiek napisał o ich mieście – ghost town.

IMG_2646

IMG_2633

IMG_2634

IMG_2648

Stacja kolejowa

Stacja kolejowa

IMG_2666

IMG_2667

IMG_2668

IMG_2670

Jest też Beltana Station – istniejąca nieprzerwanie od 1854 farma bydła i owiec. Działa do dzisiaj, jednocześnie udostępniając turystom pokoje noclegowe, gdy nie są zajęte przez postrzygaczy owiec.

IMG_2758

IMG_2697

W starej szopie, która kiedyś służyła do strzyżenia owiec urządzono muzeum. A raczej magazyn rzeczy dawnych – wszystko, co zostało na farmie od początków jej istnienia zostało porozkładane w różnych kątach szopy i owczych boksach. Bez żadnych opisów, karteczek z informacją co i komu i kiedy do czego służyło. W Australii ponoć często można trafić na takie “muzea”, czyli wystawę tego, co farmer znalazł w swojej szopie – jak to złośliwie określił autor naszego australijskiego przewodnika. Z początku też byłam trochę zdezorientowana. Jak oglądać taką wystawę, jak się czegokolwiek z niej dowiedzieć, skoro nic nie jest podpisane? Ale przecież wystarczy uruchomić wyobraźnię, by zobaczyć serwis obiadowy, przy którym być może w 1875 r jadł Ernest Giles ze swoimi towarzyszami na wieczór przed wyruszeniem stąd na słynną wyprawę odkrywczą do Zachodniej Australii.

Lub małego chłopczyka, który był tak bardzo kochany przez rodziców, że na urodziny dostał drogi i trudny do zdobycia prezent – wymarzony rowerek. A wiele lat później został odpowiedzialnym właścicielem i zarządcą ogromnej farmy.

IMG_2698

IMG_2701

IMG_2702

IMG_2703

IMG_2705

IMG_2708

Błąkałam się pomiędzy tymi mocno zakurzonymi i zniszczonymi przedmiotami,w powietrzu czując wciąż obecny zapach owiec i ich wełny i wiedziałam, że nie oglądam anonimowej historycznej wystawy w sterylnym muzeum tylko czyjeś prawdziwe życie.

 

Fajna sprawa, mówię wam.  Tak jakby wejść do czyjegoś domu i móc przez chwilę zobaczyć jak mieszkają inni.

IMG_2704

Do Beltana Station przyjechaliśmy późnym popołudniem. Upał jeszcze nie zdążył ustąpić, na szczęście na farmie położonej na wzgórzu wiał lekki wiatr, który choć trochę przeganiał muchy. Mogliśmy zdjąć siatki, ograniczając się do australijskiego salutu raz na jakiś czas.

Kwatery postrzygaczy z 1860 r.

Kwatery postrzygaczy z 1860 r.

Zakratowane drzwi wejściowe to nie oznaka pracy przymusowej na farmie, tylko symbol rozwagi - to siatki na muchy : )

Zakratowane drzwi wejściowe to nie oznaka pracy przymusowej na farmie, tylko symbol rozwagi – to siatki na muchy : )

 

Dostaliśmy pokój w oryginalnym budynku z 1860 r., w którym co roku nocowali postrzygacze owiec, gdy nadchodził sezon. Do naszej dyspozycji była też ogromna kuchnia i wielka jadalnia, co powodowało, że chłopaki w końcu mogli się wybiegać i wybawić, bez naszego udziału i pilnowania ich na każdym kroku.

 

Główny budynek mieszkalny farmy

Główny budynek mieszkalny farmy

IMG_2734

IMG_2739

Pomnik upamiętniający wyruszenie z Beltana Station wyprawy Ernesta Gilesa

Pomnik upamiętniający wyruszenie z Beltana Station wyprawy Ernesta Gilesa

A na zakończenie poszliśmy do przydomowego basenu. I teraz proszę wyobraźcie to sobie: po dwóch tygodniach podróży przez pustynne krajobrazy, w upale, kurzu, z muchami w nocy i komarami w dzień, po środku niczego kąpiemy się w chłodnej wodzie basenu popijając zimną lemoniadę. Zachodzi słońce malując niebo tak jak tylko słońce potrafi. Czy choć trochę rozumiecie jak nieziemsko się wtedy poczuliśmy. I bardzo przepraszam, jeśli to co napiszę kogoś urazi (nie taki był zamiar), ale przyznam się, że w tamtym momencie, leniwie unosząc się na wodzie, pomyślałam sobie:

“A jednak okazuje się, że niekoniecznie trzeba chodzić do kościoła, żeby trafić do raju”.

; )

IMG_2675

IMG_2737

IMG_2733

IMG_2741

 

 

 

Smutny post o australijskiej gościnności

Konie potrzebowały wody i dużej ilości jedzenia, którego nie można było znaleźć na wyschniętej czerwonej ziemi. Padały z pragnienia, wycieńczone upałem. Trochę wytrzymalsze były osły, ale i te w końcu poddawały się, albo raczej – ginęły pokonane przez nieprzyjazne środowisko. Woły, wytrzymałe i silne, ciągnęły wozy wyładowane wodą i zapasami żywności. Ale poruszały się wolniej niż idący człowiek, a trasa, którą pokonywały niszczyła ciągnięte wozy, łamała koła. Przestoje potrzebne na naprawdę pochłaniały czas, wodę i jedzenie w nieprzewidzianym stopniu i w efekcie również i te ekspedycje niczego nie osiągnęły. W najlepszym razie były w stanie powrócić do punktu wymarszu.

Mimo deteminacji, uporu, ambicji, marzeń i wiary Anglicy nie byli w stanie podporządkować sobie środka australijskiego lądu. Nie było takiego sposobu, żeby w upale i suszy podróżować przez nieznany krajobraz, bez wiedzy kiedy dotrze się do wody, kiedy skończą się bezkresne obszary niczego, kiedy spękana gleba pokryje się zielenią.

Ta beznadziejna sytuacja trwała do czasu, gdy odkrywcy nie sięgnęli po sprawdzony środek transportu w podobnym klimacie – po wielbłądy.

IMG_2728

Poszczególne ekspedycje wypełniające białe plamy na mapie kontynentu udowodniły, że te zwierzęta potrafią przetrwać wszystko, wyżywią się uschłą trawą, wytrzymają bez wody. A do tego – doniosą ekwipunek i odkrywców dalej niż sięgały najśmielsze plany.

IMG_2700

IMG_2520

W ten sposób rozpoczeła się trudna i smutna historia udziału wielbłądów i ich poganiaczy w australijskie zwycięstwo nad naturą.

 

W 1839 r. do Australii przypłynął pierwszy transport wielbłądów wraz z kilkoma poganiaczami. Z czasem sprowadzano kolejne zwierzęta i kolejnych poganiaczy. Pochodzili z różnych części Indii będących wtedy kolonią brytyjską, z Persji, Turcji, Egiptu i kilkoro z nich – z Afganistanu. Określano ich zbiorową nazwą – Afghan cameleers, Afgańscy wielbłądnicy.

IMG_2726

IMG_2715

Dzięki nim można było przemierzyć kontynent poznając jego wnętrze, nanieść na mapy góry, rzeki, pustynie. Dzięki nim Australia zbudowała swoje dwa największe z punktu widzenia historii dzieła – telegraf i kolej. To wielbłądy transportowały w środek pustynnych obszarów słupy pod druty, zaopatrzenie dla robotników, zwoje kabli, narzędzia, materiały. To afgańscy wielbłądnicy załadowywali na swoje zwierzęta wszystko, co było niezbędne, żeby położyć tory biegnące z jednego brzegu Australii na drugi. W niezwykłym jak na Australijczyków geście upamiętniono ich wkład i poświęcenie nazywając linię kolejową – Ghan Train (pierwotnie Afghan Train), a jako jego logo wybierając rysunek wielbłąda na tle zachodzącego słońca. Pociąg pod tą nazwą i z wagonami oznaczonymi tym sybolem jeździ do dziś po trasie leżącej właściwie tuż koło pierwotnej linii. Jest ogromną atrakcją turystyczną, z luksusowymi wagonami sypialnymi kosztującymi fortunę za kilkudniową podróż.

Dzikie wielbłądy, potomkowie tamtejszych bohaterów, błąkają się po outbacku. Tylko afgańskich wielbłądników już nie ma.

 

Od początku, mimo że tak bardzo potrzebni, byli raczej niemile widziani. Tolerowano ich, bo bez nich życie białych poza wybrzeżem by zamarło, ale nie robiono nic, by ich zasymilować. Wręcz przeciwnie – tworzono regulacje utrudniające wielbłądnikom zamieszkanie w miasteczkach, osiedlenie się na stałe, przekraczanie granic stanów, podejmowanie innej pracy niż poganianie wielbłądów.

W kilku miastach – Marree, Oodnadatta, Farina, Beltana – zakładali swoje obozy poza granicami miast białych. Zresztą powszechne było, że w jednym miejscu outbacku funkcjonowały obok siebie trzy rodzaje skupisk – osad: białych Australijczyków, Aborygenów i afgańskich wielbłądników.

Stawiali tam swoje namioty, potem ustanawiali lub budowali meczet, rzeźnię i calą infrastrukturę zgodną z ich religią, która pozwalała im poczuć swoją tożsamość i zbudować namiastkę wspólnoty, w której czuli się jak u siebie.

Głównie byli to młodzi mężczyźni sprowadzeni do Australii na trzyletnie kontrakty. W swoim kraju najczęściej zostawili rodziny i żony, bo im nie wolno było wjechać do Australii. Początkowo po skończonym trzyletnim okresie wyjeżdżali do swojej ojczyzny, by znów powrócić do pracy na kolejny okres. Gdy konflikty i napięcie pomiędzy białymi Australijczykami a wielbłądnikami na początku dwudziestego wieku nasilały się, wielu z nich po skończonym okresie kontraktu nie dostawało pozwolenia na kolejny wjazd lub musiało przejść przez mnożone utrudnienia w otrzymaniu zgody na ponowną pracę. Jednocześnie odmawiano im prawa do osiedlenia się i zasymilowania w Australii, jako powód podając wprost: jest to niemożliwe, bo są muzułmanami.

Wielbłądy i ich poganiacze wypełniali różne zadania w kolejnych etapach podboju krainy Never Never. O ich roli w ekspedycjach już pisałam. Ponadto, zanim kolej dotarła do miasteczek w Red Center, to wielbłądy dostarczały tam wszelkie dobra z miast, by w drugą stronę transportować z farm wełnę. Woziły też załadunek z kopalnii, pocztę, żywność. Docierały do najodleglejszych stacji (tak określa się w Australii farmę) i domostw. Nazywano je “pustynnymi statkami”.

Gdy dzięki wielbłądom wybudowano kolej, ich rola zmalała, ale dalej obsługiwały trasy wiodące w bok od torów.

W końcu na skutek rozwoju kolejnych linii oraz transportu samochodowego, stały się zbędne. Australia swoją polityką skutecznie uniemożliwiła poganiaczom pozostanie w Australii, więc właściewie wszyscy z nich wrocili do swoich krajów, mimo, że część zdążyla już od kilkudziesięciu lat ułożyć sobie życie w Australii. Założyli tu rodziny, mieli dzieci wychowane w australijskich szkołach, otworzyli biznes. Jednak nie było przebacz – przestali być potrzebni, a przecież byli obcy. Zawsze byli obcy.

Natomiast wielbłądy dotąd nieodzowne, wędrujące karawanami bez których żadna farma nie miała szans się utrzymać, nagle zaczęły przeszkadzać – zjadać trawę, zatruwać wodę w studniach (plując do nich???), robić kupy zanieczyszczając ulice. Więc w kolejnych stanach wydawano rozporządzenia o zastrzeleniu wszystkich zwierząt. Afgańscy wielbłądnicy, obcy kulturowo Australijczykom, nie mogli się pogodzić z takim zarządzeniem i zapłatą zwierzętom za ich wierną służbę człowiekowi. Niektórym z nich udało się puścić swoje wielbłądy wolno. Biali co prawda większość jednak wybili, ale te, które uciekły w głąb lądu przeżyły. Ich potomkowie zdziczały i czasem można je zobaczyć jak dalej przemierzają kontynent, choć teraz już bez siodeł i ładunku.

Dziś Australia podkreśla rolę jaką w podboju kontynentu odegrały wielbłądy i ich poganiacze. W praktycznie każdym muzeum jest choć mała sekcja z archiwalnymi zdjęciami i bazowymi informacjami. W prawie wszystkich – brakuje zakończenia, które jest przemilczane. Nie wspomina się o ksenofobii, o tarciach i konfliktach, o nieprzyjaznej polityce i o ostatecznym zakończeniu współpracy z wielbłądnikami.

Jadąc przez outback znajdywaliśmy ślady tamtejszych czasów. Często dosłownie zasypane przez piasek, ukryte na poboczu, bez wskazówek jak je odnaleźć, jak odczytać, żeby zrozumieć.

Raz był to zwykły kamień – pomnik z enigmatycznym napisem dziękującym afgańskim wielbłądnikom i ich zwierzętom za pomoc w podboju kontynentu.  Innym razem – osobny cmentarz przy ghost town. Czasem – wzmianka na tablicy informacyjnej, że w okolicy było afgańskie wzgórze, czyli osada wielbłądników. W Marree – kiedyś tętniącą życiem stacją załadunkową karawan wielbłądów, są ponoć pozostałości meczetu z dziewiętnastego wieku. Niestety, gdy wjechaliśmy do tego opanowanego przez muchy miasteczka, nie znaleźliśmy żadnej tabliczki, żadnego drogowskazu. Tylko wielki plakat reklamujący doroczne wyścigi wielbłądów, teraz oczywiście poganianych przez białych. Meczetu nie znaleźliśmy, zabrakło nam tym razem uporu w tym bzyczącym upale.

IMG_2551

IMG_2620

Studnia, w której pojono wielbłądy w Beltana Station

Studnia, w której pojono wielbłądy w Beltana Station

IMG_2617

P.S. Cały ten post o traktowaniu przyjezdnych do Australii, którzy są mile widziani, gdy są potrzebni, a potem bez pardonu się ich z kraju wyrzuca dotyczył czasów sto lat temu. Czy Austalia miała jakąś refleksję dotyczącą takiego postępowania? Czy coś się zmieniło? Parę miesięcy temu media opisywały historię rodziny z Bangladeszu. On – doktor matematyki, ona – doktor inżynieri biomedycznej, ich dziewięcioletni syn – właśnie zdiagnozowany jako dziecko z autyzmem.

Oboje zatrudnieni legalnie na uniwersytecie, od pięciu lat w Australii, dobrze zarabiający, płacący wysokie podatki na czas, opłacający prywatną szkołę dla swojego dziecka, w której ma zapewnioną odpowiednią opiekę ze względu na chorobę. Zgodnie z przepisami, wypełnili podanie o przedłużenie zgody na pobyt w Australii i pracę na uniwersytecie. Poprzednim razem to była formalność. Tym razem, gdy choroba syna została oficjalnie stwierdzona, otrzymali odmowę. Jako powód podano zwiększone koszty opieki medycznej, które mogłyby być poniesione przez państwo australijskie na chłopczyka. Nagle umiejętności rodziców, ich praca kształcąca australijskich studentów, ba – pieniądze, które państwo australijskie ma z ich podatków, stały się nieistotne. I bez znaczenia jest fakt, że jak na razie wszelkie badania medyczne chłopca plus specjalistyczna opieka i terpia są opłacene przez rodziców w ramach prywatnej opieki medycznej.

Rodzina, nie biała, z Bangladeszu – jest przecież obca. Zawsze byli obcy.

Dobrze, że nie zostawią po sobie żadnych wielbłądów do wystrzelania.

 

IMG_2517

Miasto, w którym żyją wspomnienia

Jechaliśmy ziemną drogą, wzniecając tuman szaroczerwonego kurzu. Po prawej stronie drogi, w lekkim oddaleniu pojawiły się falujące w gorącym powietrzu fragmenty zabudowań. Miasto? Farma? Fatamorgana? To Farina, ghost town.

IMG_2508

Założona początkowo jako końcowa stacja kolejowa trzech najważniejszych szlaków – Oodnatatta, Strzelecki i Birdsville. W 1884 r. rolę tą przejęła Marree, ale Farina wciąż pozostała jedną z najważniejszych stacji przeładunkowych. Tutaj farmerzy gnali bydło i owce tymi trzema szlakami, żeby potem koleją przewieźć je do kupców na wybrzeżu. Tutaj też kolej dowoziła codzienne produkty – żywność, ubrania, sprzęty – które następnie były przeładowane na wielbłądy i rozwożone do najodleglejszych farm i kopalni. W to miejsce pociągami przyjeżdżali w sezonie postrzygacze owiec, żeby potem wsiąść na swoje wysłużone rowery i pustynnimi szlakami po kilkasetek kilometrów wgląb outbacku dotrzeć do owczych farm, gdzie czekała na nich praca. Rowerami!

IMG_2494

W tle - pompa do uzupełniania wody w pociągach parowych

W tle – pompa do uzupełniania wody w pociągach parowych

IMG_2499

IMG_2515

W szczytowym okresie rozwoju mieszkało to około trzystu osób. W mieście był szpital, poczta, posterunek policji, szkoła, kowal, piekarnia, sklepy, dwa kościoły, boisko sportowe i budynki obsługi kolei.

Miasteczko powołane do życia dla obsługi kolei oficjalnie zostało “zamknięte” w 1960r., gdy przestało być potrzebne. Nie było żadnego powodu, by dłużej w nim mieszkać – kolej przestała tędy jeździć, farmerzy inaczej przewozili swoje stada na sprzedaż, rozwinął się ruch samochodowy i samolotowy na prywatnych lądowiskach. Z Fariny stopniowymi falami wyjechali wszyscy mieszkańcy zostawiając zamknięte drzwi do domów i wiedząc, że już tu nie wrócą.

IMG_2518

W tym miejscu przecinają się dwa rodzaje torów – tzw. Narrow Gauge wybudowana w latach 80 dziewiętnastego wieku i Standard Gauge, wybudowana w latach 50 dwudziestego wieku.

W tym miejscu przecinają się dwa rodzaje torów – tzw. Narrow Gauge wybudowana w latach 80 dziewiętnastego wieku i Standard Gauge, wybudowana w latach 50 dwudziestego wieku.

IMG_2490

 

 

Staliśmy wśrod ruin, w nieodłącznych siatkach na głowach, chowając się w najmniejszych oazach cienia i próbowaliśmy sobie wyobrazić to miejsce tętniące życiem.

IMG_2538

Mnóstwo myśli przelatywało przez moją głowę. Kto dobrowolnie mieszkał na takim zesłaniu? A może to wcale nie było zesłanie, tylko ja to tak oceniam według swoich wielkomieszczańskich ramach, przyzwyczajona do wygód swoich czasów? A skoro nie było to zesłaniem, to jak tu się żyło? Jak ludzie sobie radzili z muchami, upałem, burzami piaskowymi, odizolowaniem? Co robili w wolnym czasie? Jak opiekowali się najmłodszymi dziećmi? Czy gdy w końcu przyszło im opuścić to pustynne miejsce, to czuli ulgę? Że wracają do miasta, do lepszych warunków życia, do tak zwanej cywilizacji?

 

Trawa falowała, a my naruszając niewidzialny spokój miejsca wędrowaliśmy od jednego budynku do drugiego, patrząc, robiąc zdjęcia, czytając tablice i próbując zrozumieć. I w miarę tego spaceru coraz bardziej docierało do mnie, że to co dla mnie jest rozwalającą się kupą gruzu i porzuconym żelastwem, dla ludzi tu mieszkających było ich miejscem na ziemi, domem do którego wracali po całym dniu pracy, schronieniem, miejscem spotkań ze znajomymi. Tym wszystkim, czym dla mnie jest miejsce, w którym ja mieszkam. Niczym się nie różniło, absolutnie niczym oprócz współrzędnych geograficznych.

IMG_2530

Był tu sklep, Manfield General Store, w którym oddalone o setki kilometrów farmy składały zamówienia, głównie pisemnie. A mogły zamawiać praktycznie wszystko począwszy od kilkukilogramowych toreb płatków, zboża czy mąki, przez ubrania i obuwie, puszki tytoniu, pudding śliwkowy, świece, wędzone mięso, skończywszy na puszkowanych ostrygach.

Korespondencja z ksiąg sklepowych z 1938 r. wspomina o zakupie wielbłąda, poszukiwaniu zagubionego w tajemniczych okolicznościach przez kolej transportu tytoniu, oraz o wysyłce jednej pary standardowch skórzanych męskich butów z elastycznym bokiem (takie same nosi Tolek) rozmiar 9 dla pracownika z Mundowna Station.

IMG_2521

IMG_2522

Dzieci codziennie chodziły do szkoły (znów uderzyło mnie jak eleganckie i czyste były ich ubranka na zdjęciu. Moje chłopaki wyglądają tak tylko na Gwiazdkę), gdzie dowiadywały się tego samego co ich rówieśnicy w miastach. Poczta sortowała i dostarczała telegrafy, gazeta przygotowywała kolejny numer do druku, policjant zastanawiał się nad zaplanowaniem patrolowania podległego mu terenu o rozciągającego się w promieniu kilkutysięcy mil od posterunku, duchowni dwóch kościołów i jednego meczetu przygotowywali kazanie, pielęgniarka badała młodą kobietę w ciąży, żeby określić kiedy przyszła mama powinna wsiąść w pociąg i pojechać do miasta urodzić dziecko. W hotelu liczono ilość pozostałego alkoholu po ostatniej nocy, gdy postrzygacze owiec z kieszeniami pełnymi gotówki świętowali zakończenie sezonu na strzyżenie.

Toczyło się życie.

IMG_2523

Sala szkolna

Sala szkolna

Odganiając muchę, kóra jakimś cudem weszła pod siatkę czytałam wspomnienia mieszkańców. Mówili o braku wody i jej transporcie wozami ciągniętymi przez wielbłądy. O cotygodniowych kąpielach – najpierw kąpały się kobiety i dzieci, potem w tej samej wodzie mężczyźni, a następnie wodą podlewano ogródki domowe. Wspominali dietę, której głównym składnikiem było mięso barana z duszonymi ziemniakami i cebulą. Innych warzyw nie było. Było za to kozie mleko, a po jakimś czasie – kozie mięso. Też z ziemniakami i cebulą. Lub króliki, z dodatkami jak powyżej.

 

W lato gdy upał nie pozwalał oddychać, spało się albo pod siatkami na werandzie, albo w piwnicy. Czasem trzeba było przetrwać burze piaskowe, które nawiewały takie ilości piasku, że z pokojów wynoszono je wiadrami.  A burza potrafiła trwać dniami i nie było takiego okna lub drzwi, przez które piasek nie był w stanie się przedostać.

Mimo tego – toczyło się życie.

IMG_2547

W wolnym czasie urządzano zawody strzeleckie do puszek, grano w tenisa i krykieta na wyschniętym pobliskim słonym jeziorze, chodzono na przedstawienia muzyczne wystawiane przez uczniów szkoły. Raz do roku z okazji Nowego Roku odbywał się tu Doroczny Wyścig. Przyjeżdżali na niego ludzie ze wszystkich miast – osad dookoła Fariny: z Marree, Copley, a nawet Hawker. Po wyścigu był wielki i uroczysty bal, największe wydarzenie w okolicy. Ścigano się w najróżniejszy sposób – konno i pieszo. Oglądając zdjęcia nie mogłam uwierzyć – kobiety biorące udział w biegu w tym klimacie były elegancko ubrane w długi rękaw i spódnice o przyzwoitej długości za kolano, na głowach miały modne kapelusiki, a biegały w butach na obcasach! Jeśli to nie świadczy o charakterze ludzi tu mieszkających, to nie wiem co może bardziej go oddać.

IMG_2539

IMG_2532

Tak, mogłam zrozumieć, że gdy po 1950 r. mieszkancy powoli stąd wyjeżdżali, to płakali ze smutku. I całkowicie rozumiem, że dla starych już dziś ludzi, którzy jako dzieciaki biegali po zarośniętych dziś suchą trawą ulicą, Farina jest ukochanym domem z dzieciństwa, a nie ulotkowym ghost town – outbackową atrakcją turystyczną, w której dziś można rozbić namiot i przenocować na polu kempingowym, tuż koło cmentarza.

IMG_2553

IMG_2550

IMG_2552

Wagony do niej podoczepiali…

… Wielkie, ciężkie, z żelaza i stali.

I pełno ludzi w każdym wagonie (…)

To jest najtrudniejszy post, jaki przyszło mi napisać. Traktuje o torach, wyznaczaniu ich tras, o narzędziach do naprawy i logistyce ich rozmieszczeń, szczegółach technicznych budowy lokomotyw, o przeganianiu kilkutysięcznych stad bydła, o ładunkach z różnych kopalni, które musiały być przewiezione do miast, o decyzjach politycznych mających wpływ na ekonomię – czyli o tych wszystkich rzeczach pasjonujących dla chłopców i całkowicie nużących dla dziewczynek. A przynajmniej większości dziewczynek.

Na początku myślałam, że po prostu przetłumaczę tablice informacyjne opowiadające o historii kolei. Niestety są napisane strasznie drętwym językiem i byłyby interesujące dla absolutnego pasjonata kolei, a ponieważ nikogo takiego nie znam, więc zakładam, że raczej nie czyta on tego bloga, skoro bloga czytają właściwie sami nasi znajomi.

Z drugiej strony pominięcie tych informacji pozbawi historię niezbędnego tła, wyjaśniającego fenomen życia ludzi w outbacku z czasów, gdy nie było szerokich dróg (a tym samym i samochodów).

Kilka dni gryzłam się z tym tematem, zaczynałam pisać pierwsze zdania, kasowałam, kombinowałam, czy może w ogóle nie udać, że po drodze nie spotkaliśmy żadnej kolei i od razu nie przeskoczyć do posta o górach, potem wracałam na ścieżkę cnoty i uczciwości reporterskiej, klęłam, mamrotałam, wzdychałam.

W końcu – naszkicowałam bardzo skróconą i uproszczoną wersję tego, czego dowiedzieliśmy się podróżując. Mam nadzieję, że będzie czytelna i zrozumiała, plus nie będzie zawierać zbyt dużej ilości błędów i przeinaczeń. A gdyby jednak pojawił się zawiedziony tym wpisem fan historii kolei austalijskiej lub samej kolei jako takiej – z przyjemnością na maila prześlę mu zdjęcia tablic informacyjnych.

W Australii można spotkać tory o trzech różnych szerokościach. Oczywiście już się ich nie używa, ale był okres gdy wszystkie trzy funkcjonowały jednocześnie.  Każde z nich budowane były w innym okresie, w miarę rozwoju kolei i konstruowania coraz efektywniejszych lokomotyw.

IMG_3302

Standard Gauge mogła przewozić cięższe ładunki, i była wybudowana w bardziej niezawodny sposób – na nasypach w większości odpornych na powodzie. Pierwotna linia kolejowa, tzw. Narrow Gauge praktycznie leżała na poziomie terenu, i była dość często niszczona przez klimat i naturę. Ze względu na konieczność napraw torów lub wykolejonych wagonów podróż nigdy nie zabierała tyle, ile powinna wg rozkładu. W muzeum na jednej z tablic umieszczono dowcip (który już kiedyś słyszeliśmy w odniesieniu do innej linii kolejowej, co świadczy tylko o tym, jak funkcjonuje kolej na całym świecie):

Pasażerka linii pyta konduktora, kiedy w końcu dojadą do Darwin, bo obawia się, że nie zdąy na poród i dziecko urodzi się w pociągu.

Konduktor oburzony odpowiada: Proszę pani, nieodpowiedzialne było wsiadanie do pociągu w stanie ciąży.

A na to pasażerka: Gdy wsiadałam, to jeszcze w niej nie byłam.

 

Wzdłuż torów powstawały miasta do ich obsługi – stacje przeładunkowe, gdzie spotykały się pociągi różnych konstrukcji i gdzie pasażerowie zmieniali skład, żeby dotrzeć do końca swojej podróży. W tych miejscach przeładowywano też cały ładunek – tysiące bydła i owiec, tony surowców z kopalni, a w drugą stronę – zaopatrzenie miasteczek położonych w środku krainy Nigdy-Nigdy, jak poetycko określa się outback.

W miarę powstawania nowych kopalni i zakładania nowych osad ludzkich, budowano kolejne trasy kolei, łączące się w jedną sieć. Te linie na mapie byly żelaznymi wstążkami wiążącymi odległe obszary ogromnego kraju. W ten sposób następował rozwój terenów, które wcześniej nie miały na niego żadnych szans. Za sprawą ton żeliwa przekształconego w sapiącą lokomotywę ciągnącą wyładowane wagony, życie zwykłych ludzi zmieniało się w niesamowitym tempie.

IMG_3299

Mieszkając daleko od miasta nagle można było na weekend pojechać do nich na wycieczkę, spotkać innych ludzi, przyjemnie spędzić czas.  Ludzie z miasta mogli wybrać się na wycieczkę w drugą stronę. Mężczyźni szukający pracy na farmach, mogli przemieszczać się pomiędzy nimi łatwiej i szybciej. Farmy mogły skuteczniej i częściej zamawiać niezbędne produkty, których nie mogły wytworzyć same. Kopalnie przynosiły większe zyski, gdy wydobywane kruszce transportowane były wagonami zamiast powolnymi zaprzęgami bawołów.

Tempa nabrała polityka zarolniania odległych obszarów, co miało ugruntować fakt podporządkowania sobie przez Australijczyków nieprzyjaznej ziemi.

Jednym słowem – kolej była dla Australii tym, czym koło dla ludzkości. Brzmi górnolotnie, ale naprawdę nie przesadzam.

Podczas naszej podróży w końcu dotarliśmy do miasteczka Peterborough położonego 200 km od Adelajdy.  Teraz – główna ulica z większością lokali użytkowych wystawionych na sprzedaż. Nieremontowane fasady, trochę domków jednorodzinnych wokół. Trwa, choć właściwie nikt nie wie dlaczego. Gdyby miasto było zarządzane na zasadach na jakich prowadzi się na przykład sklep, to Peterborough powinno zostać zamknięte co najmniej kilka lat temu.

Ale miasto to nie sklep, więc mimo oznak braku szans na przetrwanie i przynoszenie zysków, ciągle funkcjonuje. Nie wiemy do końca czym zajmują się tutejsi mieszkańcy. Sektor usług jest bardzo ograniczony, zresztą ile usług można zaoferować w takim miejscu – mechanik samochodowy, sklep z meblami, sklep wielobranżowy, hotel, supermarket, kawiarnia (na sprzedaż). Jest jednak główny powód, dla którego miasto powstało zupełnie od zera akurat w tym miejscu i dla którego teraz trwa próbując przyciągnąć największe źródło dochodu – turystów. To kolej.

Gdy budowano kolejną linię kolejową musiano wyznaczyć miejsce, w którym tory będą się krzyżować. Zdecydowano o polu jednego z farmerów, a on sprzedając ziemię pod ten cel zrobił interes życia. Tak właśnie powstał Peterborough.

Wybudowano tam wielką stację przeładunkową, całe zaplecze do remontu i utrzymania składów, budynki dla pracowników kolei i ogromny parking dla lokomotyw z obrotową platformą.

IMG_3263

IMG_3266

Dziś w tym miejscu jest muzeum, bo stacje przeładunkowe straciły rację byty, gdy ujednolicono szerokość torów.

I gdy na początku myślałam sobie, że co jak co, ale muzeum kolejnictwa mnie nie kręci, to po wizycie tam zmieniłam zdanie. Ba – uważam, że to była jedna z fajniejszych rzeczy odwiedzonych podczas naszej podróży.

Zaczęliśmy od wieczornego seansu. Było już ciemno, gdy o dwudziestej pierwszej przyjechaliśmy do muzeum. W świetle latarni wpadającym przez zakurzone okna przeszliśmy przez starą halę, w której remontowano lokomotywy, tory prowadzące donikąd, aż doszliśmy do starego wagonu stojącego na obrotowej platformie. W środku był rząd krzeseł ustawiony wzdłuż całego wagonu. Razem z innymi turystami zajęliśmy miejsca, patrząc w ciemność za oknami. Nagle zapaliły się ukryte lampki i przed nami z mroku wyłoniły się stare lokomotywy parowe i drewniane wagony. Potem jeden z boksów, w których były zaparkowane został zasłonięty spuszczaną roletą zmienioną w ekran filmowy, a światła zgasły i znów zapadła ciemność. Siedząc w wagonie znaleźliśmy się w ten sposób w kinie. Film naprawdę świetnie zrealizowany, z rozmachem, z prawdziwymi aktorami, bez budżetowych muzealnych uproszczeń, ze zręcznie wplecionymi archiwalnymi nagraniami, opowiadał historię powstania miasta, budowy kolejnych linii, wprowadzania coraz lepszych lokomotyw i co najciekawsze – o ludziach, których życie było nierozłącznie związane z koleją. O mechanikach, pracownikach, o ich dzieciach i rodzinach. Prawie wiek życia miasta, które urodziło się dla kolei, i które powoli zamiera,  gdy kolej straciła swoje znaczenie.

Film się skończył, kolejne boksy parkingowe rozświetłały się, a stare lokomotywy i wagony, prawdziwi bohaterowie minionego czasu, świadkowie tego wszystkiego o czym był fim, zapalały swoje refrektowy i puszczały parę spod kół.

IMG_3160

IMG_3162

IMG_3165

IMG_3163

Uwierzcie mi lub nie, ale było to bardzo wzruszające przeżycie.

Następnego dnia przyszliśmy w to samo miejsce na zwiedzanie poszczególnych wagonów. Tolek tak bardzo zafascynował się jedną z zobaczonych poprzedniego wieczoru lokomotyw, że przy śniadaniu narysował dla niej rysunek. Co nas niesamowicie ujęło – bardzo serdeczna obsługa muzeum okazała Tolkowi wielki zachwyt i podziękowania. Potem poszliśmy pokazać lokomotywie jej rysunek, a na koniec pani z muzeum powiesiła Tolkowy rysunek na korkowej tablicy tuż przy kasie i obiecała, że codziennie będzie go zanosić lokomotywie do obejrzenia.

IMG_3203

Z tyłu - obdarowana lokomotywa Gabryś. Najsilniejsza lokomotywa na świecie - twierdzi Tolek

Z tyłu – obdarowana lokomotywa Gabryś. Najsilniejsza lokomotywa na świecie – twierdzi Tolek

Taki drobiazg, a sprawił, że Tolo do dziś opowiada nam o swoim przyjacielu – lokomotywie, dla której narysował prezent.

A co można zobaczyć w muzeum?

IMG_3204

Wagony mieszkalne, którymi podróżowali mechanicy pomiędzy poszczególnymi stacjami. Wyposażone w kuchnię, piecyk gazowy, łazienkę z prysznicem i sypialnię. Woda była transportowana w zbiornikach pod podłogą i pompowana do zlewu lub prysznica ręczną pompką.

IMG_3211

Wagony sypialne poszczególnych klas, różniące się materiałami wykończeniowymi oraz komfortem podróży.

IMG_3219

IMG_3237

IMG_3238

IMG_3243

IMG_3246

Wnęka nad łóżkami była pierwotnie zaplanowana na bagaż, ale pasażerowie najczęściej przewozili tam... dzieci.

Wnęka nad łóżkami była pierwotnie zaplanowana na bagaż, ale pasażerowie najczęściej przewozili tam… dzieci.

Wagon będący kliniką pediatryczną na kołach. W tamtych czasach, w połowie dwudziestego wieku! śmiertelność noworodków w outbacku była potwornie wysoka – czworo na pięć niemowląt umierało. Brak podstawowej wiedzy matek (które w opiece były zdane na siebie, nie miały kogo spytać, poprosić o radę. Teraz w dobie, gdy każdą błahostkę związaną z dzieckiem momentalnie sprawdzamy w internecie i wiemy więcej niż lekarz, do którego trafiamy ;d, jest to niewyobrażalne), brak jakiejkolwiek opieki medycznej dla ludzi z odległych farm, trudy codziennego życia, nieodpowiednia higiena i żywienie (rany, nie mam w sumie pojęcia jak można było w tamtych czasach zapewnić higienę i żywienie na jakimkolwiek poziomie na odległych terenach przez które niedawno przejeżdżaliśmy – pustynia, upał, brak wody, warunków do sadzenia i hodowania warzyw czy trzymania choćby kur lub mlecznej krowy). Gdy sobie to wszystko wyobrazić, to można się zdziwić, że w ogóle jakiekolwiek niemowlęta przeżywały.

A przecież każda strata dziecka to musiał być dramat dla rodziców.

I teraz łatwo już zrozumieć, jakim błogosławieństwem i cudem dla tych ludzi była kolej, którą systematycznie do miasteczek dojeżdżały wagony z przeszkoloną pielęgniarką. W wagonie można było dziecko zbadać, dowiedzieć się jak się nim odpowiednio opiekować, dostać podstawowe lekarstwa lub informację, że z dzieckiem trzeba natychmiast jechać do najbliższego szpitala.

IMG_3226

Wagon dla takiej pielęgniarki był całym domem – miała tam kuchenkę, łazienkę, pokój do badań, poczekalnię i swoją sypialnię. Obsługa każdej stacji była przeszkolona i jak tylko taki wagon tam docierał, to zostawał postawiony na bocznym torze, tak, by zapewnić spokój, uniknąć wstrząsów powodowanych przez zmiany w składzie pociągu i by matki z dziećmi mogły łatwo do niego wejść, oraz doprowadzano do niego osobno prąd i wodę.

Zatroskana matka z outbacku przyprowadziła swoje dzieci.

Zatroskana matka z outbacku przyprowadziła swoje dzieci.

Dzieci z outbacku dotychczas znające jedynie kurz, piasek i muchy były zachwycone zabawkami

Dzieci z outbacku dotychczas znające jedynie kurz, piasek i muchy były zachwycone zabawkami

Terminy przyjazdu wagonu do poszczególnych miast były odpowiednio nagłaśniane, tak by każdy wiedział, kiedy wyruszyć w podróż ze swojej farmy.

IMG_3233

Zwiedziliśmy wagon “towarzyski” – miejsce, gdzie można było spędzić czas wśród innych podróżnych, przy dźwiękach muzyki. Skala przyjemności podróży zależała znacząco od tego, kto był zatrudniony przez kolej do gry na pianinie. W wagonie była też pra- praskrzynka mailowa. W przypadku pilnego kontaktu z osobą podróżującą pociągiem (a na przykład trasa z jednej stacji końcowej do drugiej zgodnie z rozkładem potrafiła zająć dwa tygodnie) wysyłało się do niej telegram. Alfabet Morse’a przetransferowany na normalne litery na papierze zastawał przez konduktora wsadzany do odpowiedniej przegródki, gdzie czekał na odczytanie przez adresata. Innymi słowy – masz nową wiadomość w skrzynce pocztowej ; )

IMG_3253

IMG_3257

Były też różnego rodzaju wagony transportowe, z naszego punktu widzenia zupełnie przeciętne, ale dla znawców tematu i osób ówcześnie ich używających – dowody na ciągłe ulepszanie i zwiększanie efektywności przewozu.

IMG_3261

I tak dla przykładu normalnie przeładowanie kilku setek owiec z jednego składu do drugiego zajmowało dzień. Otwierało się poszczególne boksy, wyganiało owce na peron próbując zmusić je do zajęcia kolejnych boksów w wagonie podstawionym po drugiej stronie peronu, łapało się oporne owce, pilnując przy tym, by nie wsadzić ich do żadnego boksu za dużo. Na stacji Peterborough taki przeładunek zajmował dwie godziny dzięki modyfikacji przestrzeni wagonu i spowodowaniu, że przeładowywane owce byly jednym długim strumieniem w jednostajnym tempie przechodzącym z jednego wagonu do drugiego.

IMG_3272

Widzieliśmy “prywatne pociągi” – wagony napędzane silnikami lub wręcz prawdziwe “szynowe auta”.

IMG_3275

Z tymi ostatnimi wiąże się dość smutna historia, a mianowicie drzwi tych samochodów były otwierane przeciwnie niż obecnie, czyli do lewej strony. I podczas podróży, żeby zapewnić sobie przewiew bardzo często pasażer lekko je uchylał pozwalając by pęd powietrza wypełnił auto. Było to bardzo przyjemne do czasu gdy nagły podmuch nie okazał się na tyle silny, by nagle otworzyć drzwi na całą szerokość. Oczywiście osoba, która je wcześniej trzymała jako lekko uchylone najczęściej wypadała z samochodu zabijając się. Stąd drzwi te nazywane były “drzwiami samobójcy”.

IMG_3276

Mogliśmy również zajrzeć pod spód lokomotywy i dokładnie przyjrzeć się systemowi połączeń tłoków, przekładni, kół, śrub, itp. Ja, osoba tak techniczna jak przeciętna wiewiórka, zrozumiałam z tej części tylko jedno – im większe koła, tym lokomotywa jechała szybciej. I takie lokomotywy najczęściej ciągnęły składy pasażerskie. Natomiast mniejsze koła przekładały się na większą siłę, więc z kolei te lokomotywy ciągnęły składy z kopalni lub z innym ciężkim załadunkiem.

IMG_3283

Ponieważ Tolek jest miłośnikiem kolei parowych zwiedziliśmy wnętrze każdej z nich : ) I przy okazji dowiedzieliśmy się, do czego służyła łopata w takiej lokomotywie. Że co? Wydaje wam się, że do wsypywania węgla? Ha,ha. To było zastosowanie poboczne. Otóż łopata stanowiła patelnię, na której maszynista i ładowacz smażyli sobie steki, jajka i co tam im żony zapakowały na drogę. A poza tym, podczas często kilkunastogodzinnych podróży bez przerwy, łopata stanowiła toaletę. Przy czym jej toaletowej zawartości nie wyrzucało się na zewnątrz (bo mogła trafić w jakiegoś pasażera wychylającego się przez okno w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza), tylko wsadzało do pieca. Jednocześnie w ten sposób sterylizowało się łopatę, która potem zmieniała się w patelnię. I tak w kółko ; )

IMG_3284

Było też mnóstwo narzędzi, pordzewiałych kawałków czegoś, trochę kawałków innego, warsztaty (w tym taki, w którym pokazano jak naprawiano podwozie wagonu podnosząc go do góry, bo okazało się, że taki wagon jest na swój żeliwny spod nasadzany i mocowany tylko dwoma bolcami…) i inne cuda sprawiające, że chłopcy gdyby mogli, to spędziliby w tym muzeum resztę czasu do naszego odlotu do Polski.

Podwozie z bolcami mocującymi wagon

Podwozie z bolcami mocującymi wagon

Stacja wymiany podwozia

Stacja wymiany podwozia

Niestety, byłam z nimi ja i po kilku godzinach wygoniłam towarzystwo na dwór.

IMG_3309

 

Ok, to tyle jeśli chodzi o krótką historię kolei australijskiej. Peterborough, z którego są powyższe zdjęcia, leży relatywnie dość blisko cywilizacji. Natomiast kolej podążała wgłąb kraju, a tam gdzie przebiegała wyrastały miasteczka – osady do jej obsługi. Były w nich olbrzymie zbiorniki wodne z pompami napełniającymi kotły w lokomotywach, magazyny z węglem (ani wody ani węgla nie dało się zabrać tyle, żeby starczyły na całą podróż, więc musiały być systematycznie uzupełniane na trasie), budynki obsługi technicznej, rampy załadowcze. Wokół nich powstawały sklepy, domy i cała infrastruktura potrzebna społeczności. Te obszary, oznaczające kontakt z cywilizacją dla farmerów z odległych farm, tętniące życiem według ówczesnych standardów, zniknęły z mapy gdy po torach przejechał ostatni pociąg, a linia została uznana za zamkniętą. Jadąc ze środka kontynentu na południe przez outback mijaliśmy ich pozostałości. O dwóch takich miejscach chcielibyśmy Wam opowiedzieć. Wróćmy więc w bezludne obszary suchej trawy, bzyczących much, obezwładniającego upału, czerwonej ziemi czekającej na deszcz, by na chwilę zboczyć z trasy i zatrzymać się w ghost town. Lub dwóch.

Outbackowy szlak

Oodnadatta Track jeszcze tydzień temu stanowiła wyzwanie, bo deszcz zmienił ją w głęboki błotny szlak przez 600 kilometrów. Jednak wystarczyło kilka dni pustynnego słońca, żeby z powrotem stała się zwykłym suchym traktem, łatwym do przejechania jak bułka z masłem.

Czy ktoś znajdzie Strażaka Sama, który pokonał z nami Oodandatta Track?

Czy ktoś znajdzie Strażaka Sama, który pokonał z nami Oodandatta Track?

Trzeba tylko było uważać na okresowe, nie zawsze oznaczone ubytki w nawierzchni, w które mogło wpaść całe koło demolując doszczętnie zawieszenie.

IMG_2289

IMG_2291

I na dingo wałęsające się po drodze w tą i w tamtą jak nasze wiejskie kundle na międzymiastowej Warszawa – Kraków.

IMG_2464

I na emu biegające zupełnie bez sensu (pojęcie sensu przekracza możliwości mózgu tych ptaków – zwróćcie uwagę na proporcję wielkości głowy do reszty ciała).

IMG_3016

A poza tym – bułka z masłem.

IMG_2295

Skręt na największą w Australii farmę, na której hoduje się krowy

IMG_2328

IMG_2336

Rzadki widok na pustyni

Rzadki widok na pustyni

IMG_2349

IMG_2449

Pierwszy przystanek trasy rozpoczętej w Coober Pedy wyznaczyliśmy w William Creek. Na mapie zaznaczonym jako miasteczko, w każdym razie większą kropką niż okoliczne miejscowości.

IMG_2320

IMG_2318

W William Creek jest pub, słynny na całą okolicę (w promieniu 200 km nie ma innego). W pubie – dwie studentki za kontuarem, które utknięcie tu traktują jako świetną okazję do zdobycia doświadczenia podczas popularnego gap year.

IMG_2316

IMG_2315

IMG_2308

IMG_2305
Na ścianach tysiące wizytówek i banknotów, w rogu stara szafa grająca, a pod ścianą lodówka z lodami w promocji, bo już raz (albo kilka razy) były roztopione, gdy zabrakło prądu. Pewnie o salmonelli tutaj nie słyszano.

IMG_2314

IMG_2312

IMG_2317

Niestety my słyszeliśmy, więc zamawiamy coś na świeżo przygotowywanego – steaka. Ostatecznie jesteśmy po krowiej stronie płotu dingo.

IMG_2301

Pierwotny nasz plan zakładał dojechanie tu, zarezerwowanie pokoju, i wycieczkę off-roadową nad największe na świecie słone jezioro Eyre. Ale dowiedzieliśmy się, że jezioro jest absolutnie bez wody mimo niedawnego deszczu, i bezsensu jest jazda wyboistą i powolną drogą 80 km łącznie po to tylko, by zobaczyć sól.

Krótka narada i rezygnujemy z pomysłu. Zamiast tego ruszamy dalej w dół trasy, bo samo William Creek nie miało nic więcej do zaoferowania. Na zewnątrz pubu muchy, w środku mało rozmowne studentki, w lodówce trujące lody, a hotel jakoś nas nie zachęcił do zostania.

IMG_2321

To zresztą dziwne uczucie, gdy tak podróżuje się po tutejszych bezdrożach. Być może fakt bycia w drodze z dziećmi ma na to wpływ, tym niemniej gdy jedziemy przez bezludne okolice kilka godzin, w palącym słońcu, kurzu i z irytującymi muchami na każdym przystanku, to patrzę na mapę, na której są zaznaczone kropkami osady ludzkie ze znaczkiem hotelu i wzmacniam się nadzieją, że po końcu męczącego dnia jednak dotrzemy gdzieś, gdzie można odpocząć. Z tym, że definicja odpoczynku ciągle jest miejską definicją. Bo to za czym tęsknię zerkając na mapę i migające kilometry na prędkościomierzu to czysty pokój, pachnąca pościel, pitna woda w kranie, jakaś weranda z lampą na owady, i wyłożona wykładziną podłoga w pokoju tak, żeby móc bezpiecznie puścić dzieciaki do zabawy. Obok oczywiście pub/restauracja z czymś jadalnym plus zimne piwo.

A gdy dojeżdżamy w końcu do tej mitycznej kropki na mapie, to z reguły są tylko te dwie ostatnie rzeczy – jedzenie i zimne piwo. I gdybyśmy może podróżowali sami to by to nam wystarczyło i sprawiło, że outbackowe puby byłyby w naszych wspomnieniach oazami wytchnienia i odpoczynku. Niestety, dzieciom nie wystarczy stek, frytki i piwo. Więc zwykle zamiast uczucia relaksu i odprężenia doświadczam mniejszego lub większego stresu próbując jakoś zorganizować plac zabaw w mniej lub bardziej trudnych warunkach. Dziurawe siatki na muchy i komary w drzwiach, brudne (wolę nie myśleć od czego, skoro pokój jest tuż koło pubu, do którego miejscowi przyjeżdżają w weekend się napić, by potem trzeźwiejąc przenocować do rana) i pełne kłujących rzepów pustynnych wykładziny, woda z kranu w różnych kolorach i zapachach. Rano zwykle z radością wsiadam do auta ruszając w dalszą trasę, z kolejną nadzieją, że w nowej kropce na mapie będzie lepiej.

***

Tuż za William Creek trafiamy na dwie ikony historii outbacku – słup telegraficzny i podkłady kolejowe.

IMG_2332

Wszystkie archiwalne zdjęcia pochodzą z tablic informacyjnych. Zaznaczam na wypadek pytania o prawa autorskie.

Wszystkie archiwalne zdjęcia pochodzą z tablic informacyjnych. Zaznaczam na wypadek pytania o prawa autorskie.

Na ścianie w naszym domu mamy porozwieszane stare mapy krajów lub regionów, w których byliśmy i które są nam bliskie.  Jest Szkocja i Skandynawia, Portugalia z Hiszpanią, Włochy, jest też Australia. I na tej mapie z 19 wieku przez kontynent biegnie linia z Adelajdy do Darwin. To nie obecne tory pociągu, tylko właśnie linia telegraficzna. Gdy drukowano naszą mapę, pociąg tędy jeszcze nie jeździł. Patrzyliśmy na nią dość często (pod nią stoi czasowy przewijak dziecięcy), a teraz proszę – jesteśmy tu. Słup, który można zobaczyć w tym miejscu jest jednym z bardzo nielicznych pozostałych pierwszych drewnianych słupów telegrafu, który działał od 1872 r. Potem słupy drewnianie zastąpiono żeliwnymi, zmieniono trochę przebieg trasy, by ostatecznie zastąpić telegraf nowszymi środkami komunikacji. Ale ten niepozorny kawałek z drewna cypryjskiej sosny był świadkiem czasów, gdy biegnąca linia telegraficzna do Darwin połączyła dwa przeciwległe końce jednego kraju. A potem leżąc po dnie oceanu, kabel aż do Londynu sprawił, że była to pierwsza łączność Australii z zewnętrznym światem.

Podkłady kolejowe natomiast są pozostałością pierwszej linii kolejowej – Old Ghan Railway – łączącej południe Australii z północą.

IMG_2339

IMG_2341

IMG_2409

Historia budowy kolei, a raczej wpływu jaki docierające pociągi miały na miasta i miasteczka jest facynująca. Poszczególne trasy były tętnicami tego kontynentu, sprawiały, że życie stawało się łatwiejsze, prostsze i szybsze. Jadąc przez outback czytaliśmy i słyszeliśmy wiele opowieści o tym, jak kolej zmieniła ten kraj. Mam nadzieję, że uda się choć część przekazać w kolejnych postach. Na razie zamieszczamy zdjęcia tego co zostało z budowli, która dla Australijczyków jest takim symbolem jak dla nas powstania narodowe. Świadczy o ich tożsamości, o determinacji, o nieustającym podporządkowywaniu sobie ziemi, która poza wybrzeżami okazała się być nieprzyjazna człowiekowi. Ale nie poddali się i mimo upałów, powodzi, niewyobrażalnych odległości, burz piaskowych, miliardów much, braku wody i ziemi zdolnej do hodowania jakiegokolwiek znanego im jedzenia – parli na przód. I udało im się.

IMG_2326

IMG_2385

IMG_2324

Jechaliśmy kikaset kilometrów ciągle widząc raz po jednej stronie, raz po drugiej wciąż trwający nasyp, a na nim rozsypujące się choć ciągle ułożone w szeregu drewniane podkłady. Przez okna auta patrzyliśmy na okolicę i widzieliśmy dokładnie ten sam krajobraz co ponad sto lat temu pierwsi pasażerowie Old Ghan Railway. Od czasu do czasu mijaliśmy żeliwne mosty nad creek’ami, prowadzące donikąd, lub opuszczone budynki obsługi linii kolejowej.

W tle - most kolejowy

W tle – most kolejowy

Jeden z nich znajdował się w miejscu nazwanym Margaret Siding. Mieszkali tu pracownicy kolei, których zadaniem było utrzymanie i naprawa oznaczonego odcinka torów, a te często były uszkadzane przez burze piaskowe, powodzie podmywające nasyp, upał wyginający tory.  Pośrodku niczego, z dala od czegokolwiek, praca w upale wśrod brzęczących i irytujących much przyciągała wyjątkowy rodzaj ludzi. Co to po nich pozostało to opowieści i te ruiny.

IMG_2380

IMG_2379

IMG_2378

Trasa, którą jechaliśmy – Oodnadatta Track wyznaczona została wzdłuż szlaków, którymi od tysięcy lat podążali Aborygeni. W 1885 Benjamin Babbage w końcu odkrył jakim cudem jest możliwa taka podróż przez tereny uważane dotąd za całkowicie pustynne. Część kontynentu Australii (w przybliżeniu jedna piąta lądu) przez którą właśnie przejeżdżamy położona jest nad ogromnym zbiornikiem wodnym – Great Artesian Basin. Jest największym i najgłębszym zbiornikiem artezyjskim na świecie – w niektórych miejscach głęboki na 3 kilometry gromadzi w sobie 65 tysięcy gigalitrów wody, która w głównej mierze pochodzi z deszczy padających w Queensland – tysiąc kilometrów dalej! Potem płynie pod nieprzepuszczalną warstwą skał do środka kontynenu, w ten sposób zapewniając wodę dla większości outbacku w rejonach z pozoru wyglądających na totalnie wyschnięte. Z tego rezerwuaru czerpie wodę każda farma, każde miasteczko i każdy pub. Problem w tym, że ze względu na znane nam już morze sprzed ponad 100 milionów lat czerpana woda jest zasolona. I tylko w Coober Pedy woda ta jest dostatecznie oczyszczona, tak, że można ją pić prosto z kranu. W pozostałych miejscach nadaje się do kąpieli, ale wodę pitną bierze się z ogromnych zbiorników deszczówki.

W tej warstwie nieprzepuszczalnej skały, głównie wzdłuż bliskiej granicy końca zbiornika zdarzały się miejsca słabsze, przez które pod ciśnieniem woda przedostawała się na powierzchnię tworząc źródła. I właśnie wzdłuż tych źródeł podróżowali Aborygeni, zapewniając sobie dostawę wody. Potem biali korzystając z tej wiedzy ustanowili swoje szlaki wzdłuż tej samej linii – Oodnadatta Track. Jednocześnie ze względu na licznie wiercone studnie dla farm i miejscowości ciśnienie w zbiorniku osłabło i większość źródeł wyschła. Część została zniszczona przez wypasane bydło. Te, które pozostały stanowią obecnie obszar parków narodowych. My trafiliśmy na nie w Wabna Kodarbu Mound Springs Conservation Park.

IMG_2362

IMG_2363

IMG_2373

Pod koniec dnia dotarliśmy do punktu widokowego na Lake Eyre South – mniejszą część Lake Eyre połączoną z nim wąskim przesmykiem. Więc w sumie można powiedzieć, że jednak dotarliśmy nad Lake Eyre. Gdy spojrzeć na mapę to w okolicach, w których się znajdujemy widnieje sporo niebieskich plam oznaczających zwykle wodę. Kiedyś pierwszym odkrywcom dawały złudną nadzieję na wodę i przeżycie podczas ich wypraw w te rejony. Zresztą ponoć do dziś nieuważni turyści giną z pragnienia, gdy ruszają w trasę bez odpowiednich zapasów wody licząc na napełnienie butelek nad jednym z zaznaczonych na mapie jezior. Niestety – wszystkie one są pustymi, pokrytymi solą bezkresnymi obszarami, a jeśli nawet raz na kilka lat pojawia się w nich woda, to jest tak słona, że nie da się jej pić. Historia Australii ma też rozdział poświęcony białym eksplorerom, którzy błąkali się po tych terenach w poszukiwaniu ogromnego wewnętrznego morza. Długo jednak nie wiedzieli, że ich poszukiwania powinny skupić się na czasie, a nie na przestrzeni. Bo deptali wyschniętą ziemię nie wiedząc, że raz na kilkanaście lat napełnia się ona wodą, która jest słona.

Po lewej stronie drogi - sól przemieszana z piaskiem

Po lewej stronie drogi – sól przemieszana z piaskiem

Dzieje się tak dlatego, że cały ten obszar leży w ogromnej niecce pod poziomem morza. Skały i ziemia przesycone są solą pozostałą z prehistorycznego morza. Ta sól nie ma szans stąd spłynąć. Okresowo pojawiająca się woda po prostu po jakimś czasie wyparowywuje, bo nie ma którędy spłynąć do oceanu, a sól pozostaje.

Zaparkowaliśmy auto, założyliśmy nasze ukochane siatki na muchy i mimo późnego popołudnia w sporym upale powędrowaliśmy przed siebie. Ulegliśmy złudzeniu gry światła i byliśmy pewni, że w jeziorze jest chociaż cienka wartwa wody. Na szczęście wzięliśmy też z sobą butelki z wodą, bo po pół godzinie marszu linia wody przesuwała się ciągle w dal, znikała, pojawiała się i mamiła nas tak samo jak od stuleci zwodziła innych. Czasem wręcz zlewała się z niebem i linia horyzontu przechodziła w nieskończoność. Można było tak iść i iść.

IMG_2404

IMG_2419

IMG_2420

IMG_2422

IMG_2431

Na pustyni Beduini ćwiczą jogę

Na pustyni Beduini ćwiczą jogę

Założywszy wpierw nogę na nogę

Założywszy wpierw nogę na nogę

IMG_2431

IMG_2436

IMG_2438

IMG_2442

IMG_2443

IMG_2445

Linia horyzontu

Linia horyzontu

Który czasem znika w przestrzeni

Który czasem znika w przestrzeni

Oodnadatta Track, na którą wjechaliśmy mniej więcej w połowie długości, kończy się w Marree. Kiedyś ważne miejsce na mapie – miasteczko afgańskich poganiaczy wielbłądów, bez których outback nie miał szans przeżyć. Dziś – kolejna rozczarowująca kropka w atlasie. Dojeżdżamy tam ścigając się ze słońcem, żeby zdążyć przez zachodem. Udaje się w ostatniej chwili.

IMG_2466

IMG_2469

IMG_2481

IMG_2478

IMG_2471

Niestety – pierwszy kemping zamknięty już o tej porze. Druga opcja noclegowa – miejscowy hotel z pubem o bogatej historii, świadek zdarzeń, o których możnaby napisać książkę, gdyby hotele potrafiły mówić – dziś zupełnie nas odstraszył. Okna w większości wybite lub zabite dyktą.

IMG_2487

Próbujemy na drugim kempingu, i tam lekko wstawiony właściciel w dżinsach i podkoszulku, które od nowości nie były chyba prane, a wyglądały jakby trochę lat już miały udostępnia nam kabinę en suite za 100 dol. Nic nie mówimy, bo nie mamy innej opcji. W kabinie dwa łóżka przykryte pościelą trochę czystszą od ubrań właściciela. Potwornie gorąco, a uruchomiony zamocowany na ścianie prehistoryczny klimatyzator wyrzuca tumany kurzu, roztoczy i cholera wie czego jeszcze. Nie podejrzewamy nawet, że kiedykolwiek był czyszczony. Nawet drzwi nie można otworzyć, bo zewnętrzna siatka jest mocno dziurawa, a właśnie nastąpiła zmiana warty i muchy zostały zastąpione przez komary. Zresztą – gdy Michał idąc po nasze bagaże otworzył drzwi, to te wypadły z zawiasów.

Rano próbujemy zrobić śniadanie. W kabinie nie ma nic oprócz czajnika. Nic oznacza, że nie ma również jakiegokolwiek stołu czy krzeseł. Idziemy do kempingowej kuchni. To obszar na świeżym powietrzu przy jakiejś szopie, zastawiony pordzewiałymi gratami, wśród których walają się pordzewiałe sprzęty kuchenne. Brudne, lepkie, stare i w większości nie działające. Tolo oczekujący jajecznicy dopełnia obrazu absurdu za który zapłaciliśmy 300 złotych mówiąc:

–       Mamo, jaka to piękna kuchnia. Jak tu pięknie pachnie łopatą i wiadrem.

IMG_2480

Otrząsamy się z szoku, zaczynamy smażyć jajka. Gdy już wszystko gotowe, zdejmujemy dzieciom siatki z głów i staramy się je nakarmić. Jednak jajecznica cała czarna od obsiadających ją much przekracza moją wytrzymałość. Wyrzucamy jedzenie, pakujemy się do auta i jedziemy do sklepu kupić jakiś jogurt do zjedzenia w samochodzie. Przy okazji tankujemy bak na kolejną trasę.

IMG_2484

Sklep jest w blaszanym kontenerze wyglądającym jak magazyn bez drzwi i okien. Michałowi w końcu udaje się znaleźć wejście i wśród przemieszanych produktów spożywczych, ogrodniczych, motoryzacyjnych i chemicznych, porozkładanych na regałach każdy z innej parafii, wybiera prowiant na dzisiejszy dzień. Sprzedawca za ladą zagaja rozmowę:

– Dużo mamy tu much, no nie?

Centrum Marree

Centrum Marree

Pustynia jak Malowana

Było morze, w morzu kołek, a na kołku był wierzchołek. A my do niego dotarliśmy i machaliśmy jak w piosence zając, tylko nie nogami a rękoma, żeby widzieć cokolwiek przez chmurę much.

IMG_2006

Pierwszego popołudnia zrobiliśmy trzygodzinną wyprawę do położonych niedaleko Coober Pedy Breakaways. Tuż za miasteczkiem asfalt się kończy i zaczyna prawdziwa pustynia.

IMG_1978

IMG_1980

IMG_1989

Mimo, że to ma być łatwa i relatywnie niedaleka wycieczka, sprawdzamy czy mamy paliwo, wodę i zestaw do wzywania pomocy jakby co (dostaliśmy na wyposażeniu auta, mamy nadzieję, że działa). Nie ma co ciąć byka, wjeżdżamy na jeden z najbardziej nieprzyjaznych dla człowieka obszarów. Temperatury dochodzą do 65 stopni Celcjusza, zero cienia, absolutny brak jakichkolwiek zabudowań, zero zasięgu sieci komórkowej, drogi, którymi przez kilka dni może nic nie jechać. Na każdym kroku – w atlasie, przewodnikach, ulotkach i nawet tablicach rozmieszczonych wzdłuż drogi ostrzega się podrożnych o niebezpieczeństwie. Wiemy, że dorosły człowiek jest w stanie przeżyć bez wody w ciągu dnia na tym obszarze maksymalnie trzy godziny. Stąd w naszym wozie kilkanaście litrów w karnistrach, butelkach, termosie. Znamy zasadę numer jeden – w przypadku awarii wozu w żadnym wypadku nie można iść pieszo po pomoc, bo wtedy szanse na przeżycie są żadne. Jedyna nadzieja to pozostanie przy wozie, który po pierwsze daje minimalny cień i ochronę przed słońcem, a po drugie jest łatwiej zauważalny z powietrza. Znamy zasadę numer dwa – przed każdym wyjazdem na pustynię należy kogoś powiadomić o podroży i spodziewanym czasie powrotu. To gwarantuje, że w razie czego ktokolwiek będzie nas szukał w tym samolocie (lekko zakłopotani, nie do końca wierząc w powagę sytuacji poinformowaliśmy właściciela motelu o wyjeździe. Dało nam do myślenia, że on potraktował to najzupełniej poważnie i zapewnił o tym, że o umówionej porze sprawdzi, czy wróciliśmy).

Do tego w tym uroczym miejscu mieszka tajpan – jeden z najbardziej śmiercionośnych węży lądowych.

Z drugiej strony – tu są drogi, a skoro są drogi, to nie ma co debatować, tylko trzeba jechać.

IMG_1996

Na początek minęliśmy Płot Dingo – najdłuższy płot na świecie będący jednocześnie najdłuższą konstrukcją postawioną przez człowieka. Rozciąga się na długość 5600 kilometrów, co daje dwukrotną długość Muru Chińskiego.

IMG_1981

Celem jest ochronienie stad owiec przed psami dingo. Początkowo farmerzy ogradzali tylko stada owiec z jagniętami, a gdy odkryli, że to działa, to zaczęli grodzić coraz większe przestrzenie. Potem w celu zwiększenia efektywności poszczególne farmy dołączały się do budowy i w ten sposób podzielono kraj na strefę wypasu krów (na północ od płotu) i wypasu owiec (południowa strona). Podział ten zresztą nie wynika z samego faktu postawienia płotu, po prostu mniej więcej po jego linii biegnie też granica występowania różnych rodzajów pastwisk. Owce potrzebują bogatszych wybiegów, z większą ilością trawy, a ta rośnie tam, gdzie jest więcej wody. Stąd pastwiska owiec są bliżej brzegów Australii. Następnie są gorsze ziemie, ale jednak z roślinnością, która wystarcza krowom, a w samym środku Australii nie ma już nic i tam już się niczego nie hoduje.

Dlatego też rzadkością są farmy które prowadzą hodowlę i krów i owiec.

Przez płot przejeżdża się po kracie (grid) zastępującej drogę, w której przestrzenie pomiędzy szczeblami są na tyle duże, że żaden pies nie ma szans przejść.

IMG_2286

Pozostając po stronie owiec skręciliśmy w lewo tuż przed płotem i w tumanach kurzu dojechaliśmy do kołków w morzu z piosenki. To Breakaways – formacje należące do Stuart Ranges. Kolejny wykład z geologii brzmi tak (powinnam poprosić o zmianę stopnia z geografii na świadectwie maturalnym):

Dawne dno morza (tego samego, o którym była mowa w poście o opalach, nałogach i dugoutach) po tym jak morze wyschło zostało wystawione na niszczycielskie dzialanie sił natury (brzmi groźnie prawda?). Niestrudzone deszcze (to nie ja tak poetyzuję, to na tablicy informacyjnej tak było napisane) padały i padały tworząc rzeki, które równie niestrudzenie wdzierały się w pęknięcia twardej skorupy skał pokrywających dno morza. A jak ktoś jest niestrudzony to swego dopnie, i rzeki w końcu po milonach lat przebiły się przez te twarde skały (po angielsku – silcrete, ale googlowy słownik nie ma pojęcia jak to tłumaczyć na polski, więc ja się pytam czytelników, czy czytelnicy wiedzą jak ta skała brzmi w ojczystym języku), a pod nimi trafiły na mięciutki piaskowiec, który rozpuszczały z taką łatwością, jak ja teraz klepię w klawiaturę. W rezultacie wypłukiwały piaskowiec spod warstwy twardej skały (przypominam: silcrete), tworząc a niej nawis, który wcześniej lub później spadał na dół krusząc się w drobny gruz. Jednocześnie rzeki wypłukiwały coraz szersze doliny pomiędzy poszczególnymi wzniesieniami. Aktualnie to co można zobaczyć to tzw Mesas – góry z płaskim wierzchołkiem. Tym wierzchołkiem są resztki silcrete, czyli starego dna morskiego. Aktualna pustynia jest poniżej jego poziomu.

Po drodze minęliśmy płaskowyż usiany migoczącymi w słońcu milionami kawałków czegoś, czego nie udało nam się zidentyfikować.

Po drodze minęliśmy płaskowyż usiany migoczącymi w słońcu milionami kawałków czegoś, czego nie udało nam się zidentyfikować.

Breakaways

Breakaways

IMG_2006

IMG_2024

IMG_2030

Wąwozy wypłukane przez wodę po deszczach

Wąwozy wypłukane przez deszcz

IMG_2041

IMG_2049

A nad wierzchołkami z silcrete pierzaste chmurki zawieszone na sznurkach ; )

IMG_2058

Drugą formacją jest Równina Gibbera – ogromna płaska przestrzeń  usiana pokruszoną silcrete. To tutaj kręci się filmy, w których akcja toczy się na księżycu. Tutaj nakręcono Mad Maxa. Tutaj nie mogłam się oprzeć i zrobiłam sobie tak wcześniej przeze mnie wyśmiewaną “sweet focię”. No, chwila słabości może zdarzyć się każdemu ; )

IMG_2122

Następnego dnia zaszaleliśmy kompletnie. Zapakowaliśmy dzieci skoro świt w piżamkach do auta i ruszyliśmy na ponad trzystukilometrową pętlę po pustyni. A wszystko po to by dotrzeć do Painted Desert.

Oznaczenie granic farmy

Oznaczenie granic farmy

Ponieważ kilka tygodni wcześniej padały tu deszcze, pustynia nie była taka pustynna. Rozkwitły kwiaty, krzaki pokryły się liśćmi. Widzieliśmy nawet pewne przejawy życia – uciekające spod kół jaszczurki, gąsienice na roślinach, zamaskowane koniki polne (czy na pustyni powinno się mówić koniki pustynne?), w drzewach rosnących wzdłuż okresowych strumieni trochę papug galah (to te z różowym brzuchem ze zdjęcia w poście o Kiamie). Jednak wciąż to była pustynia. Przez całą drogę nie spotkaliśmy nikogo.

IMG_2014

IMG_2017

IMG_2019

Ten krzak zamiast wody w liściach ma olejki eteryczne, trudniejsze do wyparowania podczas suszy. Gdy rozetrzeć je w dłoniach pachną naftą.

Ten krzak zamiast wody w liściach ma olejki eteryczne, trudniejsze do wyparowania podczas suszy. Gdy rozetrzeć je w dłoniach pachną naftą.

IMG_2175

IMG_2176

Doskonale widoczna granica pomiędzy obszarem gdzie jest woda z okresowego strumienia, a tym gdzie jest  już tylko piasek

Doskonale widoczna granica pomiędzy obszarem gdzie jest woda z okresowego strumienia, a tym gdzie jest już tylko piasek

Ptaki na czasowym billabongu

Ptaki na czasowym billabongu

IMG_2219

IMG_2224

IMG_2201

Trasa prowadziła przez najróżniejsze krajobrazy. Ziemia czerwona, wyblakłopomarańczowa, szara, biała. Kamienie, żwir lub piasek. Drzewa, krzewy, rachityczne wyschnięte trawy – wszystko tu było.

IMG_2131

IMG_2128

IMG_2135

IMG_2137

IMG_2206

IMG_2207

IMG_2209

IMG_2229

Gdy dojechaliśmy na miejsce słońce było już dość wysoko na niebie. Pomyśleliśmy, że mimo to warto w tym upale wyjść z auta i zjeść śniadanie z niesamowitym widokiem. Wyszliśmy z auta i pomyśleliśmy, że w sumie czemu by nie zjeść śniadania w aucie zaparkowanym przodem do widoku.

Tam były miliardy much. Nie mam pojęcia skąd się wzięły, i co one jedzą skoro nic tam nie ma. Ale gdy ustawiałam aparat do zdjęcia rodzinnego i przez pięć sekund nie ruszałam nogą, żeby zerknąć przez wizjer to całą miałam ją pokrytą muchami. Nie kilkoma muchami – moja noga była czarna. A oto zdjęcie:

IMG_2166

W efekcie śniadaniowe naleśniki zjedliśmy w aucie.

IMG_2168

IMG_2160

Dzielny Tolek przemierza w siatce bezkresny krajobraz

Dzielny Tolek przemierza w siatce bezkresny krajobraz

Potem w innym miejscu spróbowaliśmy pójść na polecany kilometrowy spacer pomiędzy tymi kolorowymi górami. Założyliśmy kapelusze i siatki. Dzieci do nosidełek. Butelki z wodą przytroczone do pasków. Okulary słoneczne do ochrony przez oślepnięciem też wzięliśmy. Ruszyliśmy i po niecałych dwustu metrach musieliśmy zrobić pierwszy przystanek na picie. Czuliśmy się tak jak po przebiegnięciu maratonu (nie żebyśmy kiedykolwiek coś przebiegli, nie wspominając o maratonie, ale przypuszczam, że gdybyśmy jednak to zrobili, to tak byśmy się czuli. Dlatego właśnie nie biegamy). Poimy dzieci (można pić nie zdejmując siatki z głowy) i idziemy dalej. Po kolejnych kilku minutach postanawiamy wrócić do auta. Temperatura pomiędzy nagrzanymi skałami przekracza nasze możliwości i uświadamiamy sobie, że nie będziemy w stanie wyłapać momentu, w którym dzieci zaczną się odwadniać. A tutaj, w tych warunkach od momentu odwodnienia do przekroczenia granicy za którą nie ma już ratunku mijają minuty. Trzy godziny dla dorosłego, a ile dla niemowlęcia? Kaj zresztą już z butelki słabo popija wodę. Spanikowani wracamy do auta, uruchamiamy błogosławioną klimatyzację (czy ktoś dostał za nią Nobla? Bo powinien) i czekamy, aż maluchy dojdą do siebie. Na szczęście obaj dość szybko odzyskują przytomne spojrzenie i normalny kolor skóry. Ruszamy w drogę powrotną.

IMG_2187

IMG_2188

IMG_2192

Jeśli te wszystkie zdjęcia w końcy wydadzą się wam monotonne i nudne, pomyślcie, że my oglądaliśmy te widoki przez kilka godzin nieprzerwanej jazdy w potwornym upale. Jednocześnie taka jazda mimo, że nużąca wymaga nieustannej czujności, bo droga niespodziewanie może być podmyta przez wodę, co oznacza zarwanie jej przez całą szerokość. Zwykle te pęknięcia są do przejechania lub ominięcia, ale niezauważone mogą spokojnie unieruchomić auto. A my nie mieliśmy z sobą nic do wyciągnięcia – ani wyciągarki, ani drugiego auta, ani hilifta. Tylko harcerską saperkę.

W nic nie wpadliśmy, bezpiecznie dojechaliśmy do Stuart Highway i już asfaltem pomknęliśmy do Coober Pedy. Ale gdy tak przemierzaliśmy te przestrzenie to pomyślałam sobie, że właściwie niewiele się zmieniło od czasów, gdy pierwsi biali odkrywcy tędy wędrowali. Oni byli tak długo bezpieczni, jak długo mieli konie i wielbłądy. My byliśmy tak długo bezpieczni, jak długo nasz samochód nie dostał żadnej awarii. Przebite drugie koło (na pustynię teoretycznie powinno się mieć dwa, ale w wypożyczalni dali nam tylko jedno), jakakolwiek usterka i nasza turystyczna wyprawa zmieniłaby się w walkę o przeżycie. Nie była to relaksująca myśl, i przyznam się, że odetchnęłam dopiero gdy wjechaliśmy na asfalt. Bo tędy od czasu do czasu jednak jeździły jakieś auta.

Po powrocie z wyczerpania wrażeniami, jazdą i stresem padliśmy. Mieliśmy jeszcze w planach zwiedzenie późnym popołudniem podziemnych kościołów, ale nie byliśmy w stanie zmusić się do wyjścia z chłodnego pokoju. Kościoły na pewno były warte zobaczenia, ale ewidentnie nie były nam pisane. Zresztą – podziemny kościół widzieliśmy w Wieliczce, więc z czystym sumieniem resztę dnia po prostu przetrwaliśmy odzyskując siły.

IMG_2205

PS.

W Coober Pedy rzeczywiście w ciągu dnia nie da się przebywać na dworze. Upał i muchy skutecznie zniechęcają do jakiejkolwiek aktywności, typu grill lub obiad na świeżym powietrzu. Nawet zachód słońca oglądaliśmy w siatkach na głowach. Natomiast gdy słońce zaszło muchy jak za wyłączeniem czarodziejskiego guzika znikały. Pierwszej nocy byliśmy zachwyceni. Drugiej dość nieoczekiwanie (wcześniej ich nie było) pojawiły się komary, ale na szczęście odstraszył je zwykły spray. Pomyślałam sobie, że może jednak da się tu mieszkać. I w tym momencie rozluźnienia i wyluzowania kolejnego wieczoru beztrosko biegałam od naszego jaskiniowego mieszkanka w motelu do auta nosząc różne rzeczy w obie strony. Biegałam boso, bo nagrzana słońcem ziemia była przyjemnie ciepła. Ciepła ziemia pod stopami, żadnej siatki na głowie – raj. Do momentu, gdy Michał nie wypatrzył tuż koło progu naszego pokoju, centymetry od miejsca gdzie chodziłam skorpiona. Przestałam się trząść po kilku głębszych, bynajmniej nie oddechach. Tak się kończy brak czujności i zapomnienie, że jesteśmy na pustyni.

IMG_2116

W poszukiwaniu nałogów

IMG_1856

Jedziemy prawie sześćset kilometrów przez pustynię. W prawdzie drogą asfaltową, ale dystans do pokonania wciąż ogromny. Monotonny krajobraz niskich i suchych krzaków po obu stronach drogi. Dwa miasteczka po drodze. Miasteczka składające się ze stacji benzynowej z roadhousem i trzech domów, a wszystko zbudowane z blachy falistej, teraz już zardzewiałej i spłowiałej, gdzieniegdzie połatanej nowszym kawałkiem blachy. W tym krajobrazie stanowią wyznacznik poszczególnych odcinków drogi i jadąc kolejną godzinę wypatruje się ich na horyzoncie niczym oazy. A gdy w końcu są, każdy w nich staje i robi sobie przerwę. Chwila rozmowy z obsługą stacji, o niczym, o drodze, o pogodzie. Ale tak trzeba, bo tu w outbacku człowiek nie może być anonimowy i samotny. To nie narusza prywatności (nikt się nie pyta o zapatrywania polityczne i plany na życie), a gwarantuje bezpieczeństwo – podczas takiej rozmowy można się dowiedzieć, że planowana trasa właśnie stała się nieprzejezdna, ale przede wszystkim ktoś odnotuje waszą obecność w danym miejscu na wypadek późniejszego zaginięcia na pustyni. Nie żartuję. Jesteśmy tu pierwszy raz, ale outback ma ogromną siłę oddziaływania i jakoś naturalnie wiemy jak należy się zachować i jakich reguł przestrzegać. Mimo, że nie bardzo jesteśmy głodni, zamawiamy steakburgera i kawę, rozmawiamy, a potem ruszamy dalej. Kolejne trzysta kilometrów pozornie niczego.

IMG_1854

Krzaki,

Krzaki,

krzaki,

krzaki,

krzaki.

krzaki.

I tylko emu na horyzoncie

I tylko emu na horyzoncie

Pierwsze słone jezioro

Pierwsze słone jezioro

IMG_1847

Te kilka czarnych punktów na horyzoncie do miasto. Całe miasto, nie przedmieścia.

Te kilka czarnych punktów na horyzoncie to miasto. Całe miasto, nie przedmieścia.

Gdy w końcu docieramy do Coober Pedy, czujemy się jak rozbitkowie, którzy w końcu dotarli do osiedli ludzkich, gdzie zostali uratowani. I zaczynamy rozumieć, że po trzech dniach takiej jazdy (a tyle zabiera droga z Adelajdy do Darwin), gdy wędrowiec dociera w końcu do Darwin, to może je nazwać z całym przekonaniem “vibrant city’. My do niego przylecieliśmy bezpośrednio z Sydney i dlatego nie zrozumieliśmy początkowo o co chodzi. I obiecuję, że to już ostatni raz, gdy natrząsam się z tego określenia.

IMG_2262

IMG_2269

IMG_2267

IMG_2265

Coober Pedy nie jest miastem, w którym można dostać mandat za plucie na ulicy. W ogóle nie wygląda jak miasto, ale to złudne wrażenie. Jesteśmy tu w zdecydowanie złej porze roku. Już za miesiąc byłoby lepiej. Przynajmniej tak nas zapewniają lokalni. Teraz potworny upał (e, nie taki potworny, tylko jakieś 38 stopni w cieniu. W styczniu było ponad 45 – poprawiają tutejsi) i całe tabuny much. Jest ich tyle, że nie da się przebywać na zewnątrz. Dlatego ulice właściwie są puste, plac zabaw stoi nieużywany i wszystko wygląda jakby było zamknięte i opuszczone.

IMG_2256

IMG_2244

IMG_2242

IMG_2259

Ale nie jest. Sklepy z opalami mają wywieszone tabliczki “Open”, za zamkniętymi drzwiami supermarketów (są tu dwa) trwa życie i ludzie robią zakupy. Dzieci (ponad trzysta pięćdziesiąt) zaczęły rok szkolny, trzy przedszkola są pełne.IMG_2249

IMG_2252

IMG_2247

IMG_2246

W restauracji można zamówić najlepszą pizzę w Australii (nagroda w ogólnokrajowym konkursie). Rzeczywiście jest świetna, na cieniutkim cieście z odpowiednią proporcją składników.

IMG_2253

W domach na pewno ktoś przyrządza obiad, ktoś sprząta, ktoś odpoczywa. Tyle tylko, że w te letnie miesiące, gdy upał i muchy królują, ludzie unikają wychodzenia na dwór. Powiedziano nam, że niektórzy nawet opuszczają miasto na lato, bo nie widzą sensu w męczeniu się. Ale poza tymi dwoma, góra trzema miesiącami jest to ponoć bardzo przyjemne miasto. Nie wierzyłam z początku. Lecz po trzech spędzonych tu dniach zaczyna mnie fascynować to miejsce. Chętnie bym do niego wróciła w tych lepszych czasach. Pustynia dookoła. Najbliższe większe miasto osiemset kilometrów dalej. A jednak ludzie wiodą tu normalne życie – posyłają dzieci do szkoły, urządzają mieszkania, mają jakieś rozrywki, oglądają filmy, chodzą do kościoła i na rodzinny obiad. Czemu tu, czemu w tym wydawałoby się zupełnie bezsensownym miejscu? Czy tylko z powodu opali? Dowiadujemy się, że aktualnie większość mieszkańców nie zajmuje się kopaniem opali, lub robi to jako dodatkowe, sporadyczne zajęcie. Raczej pracują w turystyce lub w usługach. Prowadzą sklep, warsztat, księgarnię, koszą trawniki, sprzątają śmieci.

Więc dlaczego tutaj? Czemu nie przeniosą się gdzieś, gdzie jest łatwiej? Gdzie jest więcej możliwości, mniej uciążliwości, gdzie jest po prostu bardziej cywilizowanie?

Pierwszego dnia w ogóle nie mogłam w to uwierzyć – jak ktoś dobrowolnie chciałby tu mieszkać. Trzeciego dnia pomyślałam, że gdybym tu została jeszcze tydzień lub dwa, to też mogłabym zapaść na tą dziwną chorobę opanowującą tutejszych ludzi. Większość z nich, jeśli nie wszyscy przyjeżdżają tutaj na chwilę, rozejrzeć się, może znaleźć opala lub dwa, ale na pewno w planach mają powrót do dawnego życia. A potem orientują się, że minęło dwadzieścia lat.

Nie umiem tego wytłumaczyć. Tu nie chodzi o obietnicę zbicia fortuny na opalach. Ci co są opętani mieszkają w Lighting Ridge, a przynajmniej tak się mówi. Chodzi plotka, że głównym źródłem utrzymania się w Coober Pedy jest turystyka. Pięciogwiazdkowy hotel z podziemnym barem i restauracją, niezliczone kopalnie do zwiedzania, możliwość pokierowania tutejszymi maszynami kopiącymi skały, muzeum, sklepy, w których częściej sprzedaje się pamiątki niż opale. Skoro nie fortuna, to co?

Pięciogwiazdkowy hotel

Pięciogwiazdkowy hotel

IMG_2248

Kopalnie z wycieczkami dla turystów

IMG_2250

Nie wiem co jest tu takiego kuszącego czy zatruwającego umysł, coś co uzależnia i czego nie można znaleźć gdzieś indziej. Ale coś jest w powietrzu. Niebezpiecznie zostawać tu dłużej.

Anna, która obsługuje nas w motelu, pochodzi z Filipin. Ma dziesięcioro rodzeństwa, i pomiędzy zameldowaniem nas a wydaniem klucza opowiada o tym, jak kiedyś poznała Serba, który powiedział jej: You are beautiful, a potem obiecał jej małżeństwo i wyjazd do Australii. Czemu miałaby się nie zgodzić? Małżeństwo co prawda po kilku latach się rozpadło, ale w Australii już mogła zostać na stałe. Trafiła do Coober Pedy i na razie pracuje w motelu. Wynajmuje małe mieszkanko, bo jest o wiele tańsze niż wynajem dugoutu. Niestety sporo płaci za klimatyzację. Chciałaby zmienić pracę, bo obecna zajmuje jej za dużo czasu, a Anna chciałaby móc co kilka dni choć na parę godzin pojść na pustynię i pogrzebać w piasku. Ponudlać – spolszczamy angielskie określenie “noodling” określające szukanie opali tylko za pomocą dłoni, bez kopania i naruszania ziemi jakimikolwiek narzędziami. Tak można szukać opali na publicznych i bezpańskich kawałkach ziemi, bez żadnych koncesji i pozwoleń. I czasem można coś w ten sposób znaleźć. W większości małej wartości, lecz my już wiemy, że tu tak naprawdę nie chodzi o znalezienie, tylko o szukanie.

Patrzę na nią i zastanawiam się, czy będzie nietaktem, gdy zadam jej cisnące mi się na usta pytanie: Czy jesteś szczęśliwa? W tym miejscu pośrodku niczego, w mieście, gdzie nie bardzo jest szansa na łatwą zmianę pracy, gdzie pewnie nic wielkiego i nieoczekiwanego nie może się zdarzyć.

A potem widzę jak rozpromienia się mówiąc o tym nudlaniu, o pustyni, o rytmie tutejszego życia, i już nie muszę o nic pytać.

Dumny tata zabrał synów na męską wyprawę na pustynię. Synowie byli zachwyceni.

Dumny tata zabrał synów na męską wyprawę na pustynię. Synowie byli zachwyceni.

Za to mama zaproponowała wypad do kopalni : )

Za to mama zaproponowała wypad do kopalni : )

W celach praktycznych oczywiście ; )

W celach praktycznych oczywiście, bo wymarzyła sobie kolczyki z opalami w komplecie do posiadanego pierścionka ; )

W Cobber Peddy można mieszkać w tradycyjnym domu, w którym trzeba się liczyć z rachunkami za prąd na klimatyzację. Można też kupić (lub raczej wydzierżawić od państwa) sobie kawałek skały, wynająć wymyśloną specjalnie dla tutejszych okolic koparkę, która w skale szybko i bez wysiłku wydrąży kilka pokoi. Potem ręcznie wycina się w ścianach wnęki na półki lub szafy, drąży rowki na kable elektryczne, świdrem robi otwory wentylacyjne i dom gotowy.

IMG_1896

Idea przyszła od żołnierzy, którzy wrocili lub przybyli do Australii po pierwszej wojnie światowej, gdzie na froncie często kopali mieszkalne ziemianki w okopach. Potem w poszukiwaniu szczęścia trafili do Cobber Peddy i zamiast budować domy na powierzchni drążyli je w skale, tak jak kopalnie opali. Takie schronienie ma sporo zalet – po pierwsze okrągły rok trzyma stałą, przyjemną temperaturę dwudziestu kilku stopni. Trzeba tylko poprawnie wykonać instalację wentylacyjną (minimum dwa otwory na pomieszczenie) lub rozwiązać problem inaczej – nasza przewodniczka mieszkała w dugout’cie wydrążonym w kształcie podkowy i miała normalne okna wstawione w skalną ścianę. Musiała je co prawda zasłaniać, żeby słońce nie nagrzewało wnętrza, ale w rewanżu miała i świeże powietrze i naturalne światło. Urządzanie wnętrza takich mieszkań nie różni się od urządzania normalnych domów. Ściany można malować na dowolny kolor, można je wygładzić, albo pozostawić ślady po łyżce koparki. Podłoga może być wyłożona płytkami, panelami, wykładziną lub drewnem. A jak potrzeba dom powiększyć – i to jest kolejna zaleta takiego domu – to po prostu wynajmuje się koparkę i wykopuje kolejny pokój. Jedyna zasada jest taka, że nie można dokopać się bliżej niż na 4 metry od kolejnego dugout’u.

Eksluzywna dzielnica Coober Pedy - apartamenty w skałach

Eksluzywna dzielnica Coober Pedy – apartamenty w skałach

IMG_2273

IMG_2279

Skalne ściany zapewniają ponadto idelane wygłuszenie, więc mąż tejże przewodniczki wykopał sobie właśnie niedawno pokój do prób gry na perkusji. I jak na razie nikt nie skarży się na hałasy :)

Dugout Henryka Michalczyka, który mimo rozrostu miasta do końca życia w nim mieszkał bez modyfikacji. Jak zwykł mawiać: Lubię wolność życia w Coober Pedy.

Dugout Henryka Michalczyka, który mimo rozrostu miasta do końca życia w nim mieszkał bez modyfikacji. Jak zwykł mawiać: Lubię wolność życia w Coober Pedy.

To i następne zdjęcia: autentyczne mieszkanie rodziny, która zajmowała je od lat 50-tych do końcówki lat 80-tych

Prawdziwy dugout jednego z górników z początków ubiegłego wieku

Na następnych zdjęciach autentyczne mieszkanie rodziny, która zajmowała je od lat 50-tych do końcówki lat 80-tych. Czytałam wspomnienia tych ludzi, w tym kobiety, która wychowała tu dwie córki i nie mogłam do końca uwierzyć. Jak w takich warunkach poradzić sobie z prowadzeniem domu i jednoczesnym zajmowaniem się małymi dziećmi? Jak tutaj te dzieci chować? Na dwór raczej nie da się ich puścić (tak jak my na przykład puszczamy swoje do ogrodu, bo w naszym ogrodzie nie ma morderczego upału, miliona much, węży i skorpionów), a w domu pod ziemią miejsca nie za wiele. Limitowana woda, zakupy dowożone z najbliższego miasteczka 250 km na zachód. A to były przecież czasy bez pampersów, wilgotnych chusteczek, jedzenia w słoiczkach i dostaw internetowych! I do tego wszystkiego na zdjęciach, czasem robionych podczas zabawy, te dzieci były czyste, uczesane w warkocze z kokardami, w wyprasowanych sukienkach. Jak to się ma do mojego Kaja, który potrzebuje pięciu minut od ubrania go rano w czyste ubranka do stanu w którym nawet ja, jego matka, mam opory, żeby wziąć na ręce i przytulić, bo ryzykuję przyklejeniem lub całkowitym wytytłaniem w substancjach niewiadomego pochodzenia? Oj, to pewnie przez ten feminizm i całe to nowomodne gender zwyczajnie nie potrafię upilnować własnego dziecka.
To i następne zdjęcia: autentyczne mieszkanie rodziny, która zajmowała je od lat 50-tych do końcówki lat 80-tych
Na ścianach autentyczne rodzinne zdjęcia, które lekko podkopały moje poczucie bycia idealną żoną i matką. Ostatni raz takie loki jak ta pani miałam na Komunię Świętą.

Na ścianach autentyczne rodzinne zdjęcia, które lekko podkopały moje poczucie bycia idealną żoną i matką. Ostatni raz takie loki jak ta pani miałam na Komunię Świętą.

Na ścianach oryginalne zdjęcia

IMG_1907

Pokój dziecięcy wydrążony, gdy zaczął być potrzebny

I inny, trochę współcześniejszy dugout, gotowy do wynajęcia.

I inny, trochę współcześniejszy dugout, gotowy do wynajęcia.

IMG_1969

IMG_1970

Sami mieszkaliśmy w takiej “jaskini” – nasz pokój w motelu został wydrążony w skale. Problemem było wietrzenie go, bo drzwi nie miały siatki na muchy, ale poza tym – pełen komfort.

Motel, w którym się zatrzymaliśmy z pokojami wydrążonymi w skale.

Motel, w którym się zatrzymaliśmy z pokojami wydrążonymi w skale.

Na ścianach naszego pokoju widać ślady po łyżce  kopiącej pokój w skale

Na ścianach naszego pokoju widać ślady po łyżce koparki drążącej pokój

Górnicy często pod swoimi dugoutami mieli tunele, w których poszukiwali opali. Dopiero od kilkunastu lat zabrania się kopania kopalni w granicach miasta, żeby zapobiec osunięciu skały głównie ze względu na powszechne użycie materiałów wybuchowych w procesie tworzenia podziemnych korytarzy. Kiedyś tunele kopalni robiło się ręcznie, potem maszynami, następnie zaczęto stosować właśnie materiały wybuchowe.

Teraz, w czasach “zorientowanych” na terroryzm, nie jest łatwo uzyskać, a potem utrzymać zezwolenie na używanie ładunków wybuchowych. W dodatku taka osoba  nie może świadczyć usług zewnętrznie, wysadzać może skały tylko na swoim terenie. A nie tak dawno temu laski dynamitu wisiały w ogólobranżowym sklepie na hakach za ladą, dostępne dla każdego, kto miał pieniądze i ze względu na kształt, ale też sposób ekspozycji nazywane były “kiełbaskami”.

Zwróćcie uwagę na tekst ; )

Zwróćcie uwagę na tekst ; )

IMG_1887

Kopalnie opali są wyłącznie prywatne. Nie ma tu żadnych firm czy spółek – interes jest zbyt ryzykowny, zysk niepewny i w efekcie żaden biznesplan nie ma racji bytu. Żaden bank nie udzieli też kredytu na zakup sprzętu potrzebnego do uruchomienia kopalni. Dlatego jak nam powiedziano – nie ma już znaczącego napływu nowych poszukiwaczy szczęścia. Samo kupno prawa do używania działki jako kopalni (o rozmierze 50 metrów x 50 metrów) nie jest drogie, kosztuje kilkadziesiąt dolarów. Opłatę uiszcza się raz na rok, i jedyne co trzeba robić, żeby go nie stracić, to pokazywać się na terenie swojej kopalni 20 godzin w tygodniu. Okres letni jest wyłączony z tych regulacji, wtedy miłosiernie nie trzeba kopać.

Ale żeby znaleźć opale to oprócz działki (każdy na swoje nazwisko może mieć zarejestrowane maksymalnie dwie) trzeba mieć sprzęt, bo w dzisiejszych czasach bez tego właściwie nie ma się co brać na poważnie za szukanie. No, chyba że chce się ponudlać.

A sprzęt jest specyficzny. Pierwotnie kopacze ręcznie wydłubywali i kopali pionowy otwór na głębokość, na której znaleźli “ślad” – poziomą linię bezwartościowych bezbarwnych opali lub opali bardzo ubogich w kolory, tak drobnych, że trzeba by ich wydobyć całą masę, żeby mieć jakiś zysk.

Ślad, który prowadził do opala (pozostała dziura)

Ślad, który prowadził do opala (pozostała dziura)

Ten ślad wyznaczał, głębokość, na której można znaleźć “prawdziwe” opale.  Zwykle to było około 10 metrów. Można było kopać tydzień albo i miesiąc, zależy od tego na jak twardą skałę się trafiło. Po czterech dniach kilof robił się tępy i wymagał ostrzenia. Długi, monotonny i ciężki fizycznie początek.

IMG_1880

Gdy już osiągnięto właściwą głębokość, tam drążono  “komnatę” – jakby duży przedpokój, z którego od tego pionowego szybu, którym opuszczał się górnik drążono za pomocą kilofów poziome odnogi, ślepe tunele. Wszystko w nadziei na znalezienie opala. Na początku przy świetle świeczki, potem lamy karbidowej.

IMG_1873

IMG_1878

No dobrze, ale co robiono z pyłem i gruzem, który powstawał podczas kopania? – pada kluczowe pytanie. Otóż pierwotnie ładowano go do żeliwnych wiader, ale były zbyt ciężkie do ciągnięcia z poziomego korytarza do pionowego szybu, którym współpracownik wyciągał je na linie na górę, żeby oprożnić. Więc wymyślono wiadra szyte z bawolej skóry – lekkie i dość wytrzymałe. Jednocześnie żeby ułatwić pracę, czyli nie tracić zbyt dużo czasu na ciągnięcie pełnych wiader do pionowego szybu, szyby takie wykopywano systematycznie w miarę rozrastania się korytarzy, tak aby było dość blisko do miejsca wyciągnięcia wiadra na powierzchnię.

Skórzane wiadro

Skórzane wiadro

Próbowano używać taczek, ale tradycyjne tylko komplikowały robotę, bo po ich zapełnieniu i przywiezieniu do szybu, trzeba było przerzucić kamienie z taczki do wiadra, które wędrowało na górę. W końcu wymyślono (czytaj: zespawano) specjalne taczki do kopalni opali – czyli wąski wózek na metalowych kółkach, na który kładziono zapełnione wiadra.

IMG_1876

Teraz praca w kopalni wygląda trochę łatwiej. Po pierwsze pionowe szyby są wiercone przez olbrzymie świdry – pierwszy zwykle o średnicy metra. Następnie przez niego spuszczana jest bokiem na dół mini- koparka z różnego rodzaju tarczami wiercącymi kolejne tunele. W zależności od kształtu tarczy (czy jak to się tam fachowo nazywa) tunele są okrągłe lub prostokątne. Gruz i pył wysysane są wymyślonym specjalnie dla Coober Pedy odkurzaczem, który stał się ikoną miasta. Gruba rura spuszczana jest w dół i zasyssa kamienie do beczki. Potem beczka wysypuje je na górkę obok – i tak powstaje słynny kopalniany krajobraz.

IMG_2063

IMG_2065

IMG_2067

IMG_1911

Żeby nie przegapić opali znajdujących się w wyrzucanym gruzie często jest on wysypywany do kolejnego urządzenia – pasa transmisyjnego przechodzącego przez komorę z promieniowaniem UV, w którym opale się świecą. Nie mieliśmy okazji takiego zobaczyć, więc dla urozmaicenia wrzucamy zdjęcia innych, przypadkowych pojazdów.

IMG_1914

IMG_1915

I tylko sama końcówka jest niezmienna. Jeśli trafi się opal, to zaczyna się powolna i wymagająca niesamowitej cierpliwości praca. Pilniczkiem, scyzorykiem lub malutkim korkociągiem drapie się skałę wokół opala tak, by go nie uszkodzić i wydobyć całego a nie tylko kawałek. Tutejsi znawcy tematu mówią, że to nie jest praca, która posuwa się stopę na przód, a zaledwie kilka cali.

Teraz już wiadomo, dlaczego tak niewiele osób może sobie pozwolić na rozpoczęcie działalności w tym biznesie. Każdy myślący człowiek posiadający 200 tysięcy dolarów luzem zainwestuje je w coś pewniejszego niż sprzęt kopalniany, który może doprowadzić do fortuny lub nie. Częściej nie.

IMG_1963

Bo opal nie mówi, gdzie jest. To nie poszukiwanie złóż złota czy innych minerałów, gdzie badania geologiczne mogą sugerować miejsce występowania. Wybór kawałka ziemi i oznaczenie go jako działkę jest czystym przypadkiem. Nie ma żadnych poszlak, które mogłyby pomóc. Trzeba po prostu rzucić kapeluszem, i tam gdzie upadnie uczynić środek swojego kwadratu kopalnianego. Idealne zajęcie dla osób mających dobre układy z losem.

Tolo po wizycie w kopalniach wymyślił nową zabawę w szukanie opali za pomocą strażackiego toporka

Tolo po wizycie w kopalniach wymyślił nową zabawę w szukanie opali za pomocą strażackiego toporka

A skąd w ogóle opale w tym miejscu? Ha, tu znów geologia. Nie wiem czemu, ale akurat moja pięta achillesowa prześladuje mnie przez cały nasz wyjazd i non stop trafiam na jakieś wyjaśnienia ruchów płyt, przesunięć, zmian klimatu, itp. Z drugiej storny – czego innego się spodziewałam podróżując po kontynencie, w którym to co zadziwiające, bierze się z natury?

Ok, wytłumaczę to tak, jak zrozumiałam.

Otóż ta olbrzymia sucha, gorąca, zabijająca i bezlitosna przestrzeń środka Australii była kiedyś morzem. Pozostałością po nim są tutejsze słone jeziora leżące na dnie tamtego morza – olbrzymie niecki wypełnione solą, zwykle bez jakiejkolwiek  wody, a gdy ta się pojawi, to i tak jest bezużyteczna dla ludzi, bo potwornie zasolona. Jakieś 100 – 150 milionów lat temu podczas kolejnego ocieplenia klimatu poziom oceanów podniósł się tak bardzo, że tu gdzie dziś jest tylko suchy piasek i pył, pływały sobie prehistoryczne dinozaury. Jedne były małe jak dzisiejsze foki, inne większe od współczesnych wielorybów. Wśród nich na pewno można było spotkać Ichthyosaurusa – delfinowatego stwora wielkości autobusu.

Miał ogromną głowę i długie szczęki z mnóstwem zębów. Poruszał się za pomocą ruchów z boku na bok wykonywanych przez olbrzymią pionową płetwę ogonową.

IMG_1954

IMG_1956

Ich skamieliny dość często występowały na pustyni wokół Coober Pedy, a sporo z nich miało w brzuchu małe Ichthyosauruski, co sugeruje, że dinozaury te rozmnażały się jak dzisiejsze delfiny lub wieloryby.

Były też Plesiosaury, grupa drapieżców o najróżniejszych kształtach. Moim ulubieńcem został Elasmosaur – czteropłetwy stwór o szyi dłuższej niż połowa całego jego ciała. Jak się dowiedzieliśmy z mądrych tablic informacyjnych wokół Coober Pedy występowało więcej gatunków Plesiosaurów niż gdziekolwiek indziej w Australii. Zaznaczam, jeśli to kogoś interesuje.

IMG_1958

Ząb

Ząb

Ponadto większość znalezionych tutaj skamielin to młode dinozaury, co sugeruje, że ten obszar morza był terenem rozrodczym i przedszkolem, tak jak to teraz ma miejsce wokół wybrzeży Australii z wielorybami.

Poza tym cała pustynia usiana jest skamielinami prehistorycznych aczkolwiek bardzo podobnych do naszych mięczaków – małży, ślimaków i innych.

IMG_1946

IMG_1947

Ale po co ten wykład z pogranicza dinozaurologii? Po pierwsze, żeby zamieścić zrobione przez nas zdjęcia. Po drugie znalezione powyżej opisane skamieliny są dowodem na to, że tutaj jednak było morze. A skoro było morze, to na jego dnie był piasek. I przez miliony lat ten piasek stwardniał na kamień zmieniając się w piaskowiec. To bardzo ważne, bo piasek to krzem. Morze wyschło, a potem w ramach kolejnych zmian klimatycznych na piaskowiec padał deszcz. Nie dzień czy dwa, nawet nie tydzień tylko setki lat. I w efekcie erozja rozpuściła krzemionkę z piaskowca, która wraz z wodą spłynęła w głąb ziemi. A tam wypełniała szczeliny i mini – otwory, również osadzając się na zakopanych w piaskowcu kościach dinozaurów, muszlach, drewnie. Zastygając zmieniała się w opal. Stąd po pierwsze możemy znaleźć opalizujące skamieliny muszli czy drewna, a po drugie – znalezienie opala jest czystym przypadkiem. Zupełnie nie wiadomo, w którym miejscu na dnie tego ogromnego morza uwolniona krzemionka znalazła “dziuplę” w której zmieniła się w opal.

IMG_1966

Opale mają różne barwy (lub są bezbarwne – te nie mają wartości rynkowej) zależne od tego jak ułożyły się poszczególne kryształki. I tu już dochodzimy do fizyki i kosmologii, więc darujcie – ja nie będę już dłużej tłumaczyć.

IMG_1967

Faktem jest, że im regularniejsze jest ułożenie kryształków, tym więcej barw w opalu. A ze względu na sposób powstawania nie ma dwóch takich samych opali na świecie. Jednocześnie najbardziej cenne są opale szlachetne, czyli czarne wydobywane tylko w jednym miejscu na świecie – w Lightning Ridge. Pozostałe mogą być mleczne, zielone, pomarańczowe, błękitne, mogą płonąć ciągłym blaskiem lub tylko migotać, gdy dotknie ich promień światła.

Są piękne i fascynujące. Na grę kolorów i barw zamkniętych w środku można patrzeć godzinami. Dla mnie są o wiele bardziej kuszące niż przereklamowane brylanty. Plus historia ich wydobycia jest na szczęście o wiele mniej krwawa niż diamentów (kto nie wie o czym mowa, może sobie obejrzeć beletrystyczną wersję wydobycia tych kamieni szlachetnych nakreśloną w filmie “Krwawy Diament” z naszym ulubionym Leo. Nie polecam filmu osobom mającym pierścionki zaręczynowe z diamentem, bo ja po jego obejrzeniu nie byłabym już w stanie takiego pierścionka nosić z czystym sumieniem).

Tym nie mniej – nie potrafię zrozumieć, co pcha ludzi do szukania tych kamieni. Albo inaczej – co ich pchało kiedyś, gdy warunki wydobycia były tak bardzo prymitywne i ciężkie, gdy szansa na znalezienie tak minimalna, gdy rachunek zysków i strat jednak wskazywał na straty. Chęć wzbogacenia się – na pewno. Ale z drugiej strony – pewnie chodzi o samo uzależnienie od szukania. Miesiące albo lata bez efektów, z nadzieją, że następnego dnia nastąpi przełom. Usłyszeliśmy, że z tą fortuną teraz różnie bywa. Większości górników trafia się rok, gdy zarobią dość dużo, ale … zamiast zaiwestować i żyć gdzieś indziej schodzą z powrotem pod ziemię. W nadziei na kolejny, na jeszcze większy, na jeszcze piękniejszy okaz. I ta pierwotnie spora fortuna utrzymuje ich i ich rodziny przez kolejne bezowocne lata. Do następnego szczęśliwego dnia, jeśli taki się zdarzy.

No nie wiem. Ja uzależniona byłam tylko raz – od gry w Tetrisa. Trzy noce z rzędu śniło mi się, że układam te spadające klocki, a potem padł mi komputer i po tygodniu odwyku znormalniałam. Nie, nie rozumiem ludzi z nałogiem.

Tak sobie myślałam zwiedzając kopalnię w Coober Pedy. A potem, kilkanaście dni później gdy nasze serca powoli nasiąknęły już czymś więcej niż ciekawość Outbacku trafiliśmy na blaszany pawilon w nic nie mówiącym miasteczku Hawk. Trafiliśmy do niego, bo tam nas skierowano dwa dni wcześniej w jednej z kawiarni w innym nic nie mówiącym miasteczku Copley. I gdyby nie ta rekomendacja, pewnie nigdy byśmy nie zajrzeli do środka. Ot – stacja bezynowa i sklep w środku niczego. Ale powiedziano nam, że znajdziemy tam książkę o słynnym australijskim listonoszu, który woził pocztę przez opuszczone rejony outbacku do najodleglejszych farm. O listonoszu chcieliśmy się czegoś dowiedzieć, więc zajrzeliśmy i odkryliśmy, że blaszany kontener mieści kilka długich na całą głębokość sklepu półek zapełnionych książkami o outbacku. Zapomnieliśmy o dzieciach w nosidełkach na plecach, które to dzieci w końcu po godzinie marudzenia i płaczu usnęły, zapomnieliśmy, że jesteśmy w drodze i musimy dotrzeć do kolejnego punktu noclegowego, zapomnieliśmy o limitach bagażowych w samolocie powrotnym do kraju, nie zapomnieliśmy tylko PINu do karty kredytowej niestety. Kupiliśmy cholernie dużo książek, dostaliśmy zniżkę i wizytówkę z zapewnieniem, że sklep on-line do Polski też wyśle paczkę. Wyszliśmy stamtąd i uczciwie przyznaliśmy, że mimo próby odwyku w środku niczego dopadł nas nasz stary i najwyraźniej nieuleczalny nałóg – obsesyjne kupowanie książek. Tak więc jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, że gdyby na jakiejś pustyni odkryto zakopane magazyny Empiku, Merlina, Amazona i jakiejkolwiek innej małej lub dużej księgarni, to można by tam nas znaleźć – dwójkę kopiących w ziemi rodziców ze śpiącymi dziećmi na plecach. A za nami rósł by stos znalezionych woluminów.

IMG_3159

Siatki z głów, gdy zachodzi słońce

W Port Augusta czuć już Outback. Bezlitosne słońce, czerwona ziemia, suche jak wiór rośliny.

IMG_1727

W miejscowej informacji turystycznej zaopatrujemy się w niezbędne wyposażenie – cztery gustowne siatki na głowę chroniące przed muchami. Są też specjalne szarfy na szyję, wypełnione żelem, który po zmoczeniu kilka godzin chłodzi. Zawiązane na szyi są chłodnym kompresem dla krwi przepływającej przez tętnicę. Niestety cena jest dla nas kosmiczna jak na tygodniowy wyjazd na pustynię, więc postanawiamy pozostać przy sposobie retro stosowanym przez kowbojów od wieków. Do lodówki wkładamy małe butelki z wodą, którą potem na pustyni moczymy zwykłe bawełniane bandanki i zawiązujemy je dzieciom na szyjach. To nie żarty – tam, gdzie jedziemy upał zabija, a dzieci są na niego o wiele wrażliwsze.

Kaj z chłodzącą bandamką

Kaj z chłodzącą bandanką

Odwiedzamy też warte polecenia Centrum Informacji o Outbacku – Wadlata. Odwiedzilibyśmy je nawet, gdyby nie było warte polecenia, bo miało klimatyzację. Ale tak się złożyło, że oprócz niej było tam też mnóstwo informacji o geologii i formowaniu się tej części Australii, o zjawiskach przyrodniczych, o podrożnikach, którzy jako pierwsi biali wyznaczali szlaki przez nieznany ląd. Dla nas najciekawsze były informacje o życiu w outbacku, o szkole na odległość, o latających lekarzach, o poczcie docierającej do najodleglejszych farm, o roli kolei i telegrafu. 

Na autentycznych maszynach można było spróbować swoich sił jako telegrafista i coś napisać. Komputer podłączony do urządzenia odczytywał to co się wystukało. Niestety, nikomu z nas nie udało się napisać nic sensownego.

Znudzony telegrafista przesyła kolejną wiadomość.

Znudzony telegrafista przesyła kolejną wiadomość. Z tyłu – rozbawiony obibok.

Była też centrala telefoniczna, gdzie po połączeniu dwóch numerów można posłuchać rozmów prowadzonych przez ludzi z outbacku.

Kabelki, uwielbiam kabelki! Gdy je gryzę, to ząbkowanie od razu jest łatwiejsze.

Kabelki, uwielbiam kabelki! Gdy je gryzę, to ząbkowanie od razu jest łatwiejsze.

Z najróżniejszych informacji wyłapaliśmy te, które powinny nam się przydać podczas naszej wyprawy. Wiemy już, że gdy na pustyni zgłodniejemy, to musimy poszukać drzewa Mulga. Pod jej korzeniami żyją przepyszne mrówki miodowe. Jeśli będziemy mieli szczęście, to po deszczu ich odwłoki wypełnią się płynem smakującym jak miód. W czasie suszy będą bardziej przypominać cytrynę. Mrówki można wykorzystać na kilka sposobów – odgryźć odwłok i wypić sok, zjeść całą mrówkę traktując ją jak energetycznego cukierka, lub wrzucić kilka do ciasta na pączki, by nadać im smaku.

Gdybyśmy brzydzili się mrówkami, lub nie mogli znaleźć Mulgi, to powinniśmy rozejrzeć się za akacją. W jej korzeniach dość często mieszkają Xyleutes leucomochia – tłuściutkie i bogate w proteiny glizdy. Mają najróżniejsze kolory od białego, przez żółty i pomarańczowy, aż do różowego. Sposób przyrządzenia: na surowo rozgryźć i połknąć – wtedy smakują jak surowe jajka. Po podpieczeniu na kamieniu dostają orzechowego posmaku.

No, po takiej porcji wiedzy nie zginiemy. Schudniemy, ale nie zginiemy.

Po południu idziemy do tutejszego, bardzo polecanego ogrodu botanicznego. Nie wiem co mi się stało, chyba upał już zadziałał i wyłączył mi myślenie, ale na hasło: ogród botaniczny wyobraziłam sobie soczyste zielone trawniki jak w Sydney czy Melbourne, ławki, cień drzew, jakieś oczko wodne. Aha.

Przed nami były ścieżki pomiędzy czymś, co u nas ewidentnie nadawałoby się do wyrwania – suche badyle wystające z ziemi. Rachityczne krzewy, parę traw, uschnięte liście drzew. Nie muszę już dodawać, że żadnego cienia nie było.

Ogród botaniczny

Ogród botaniczny

IMG_1714

IMG_1720

IMG_1716

IMG_1736

IMG_1737

IMG_1742

Choćbyśmy byli zapalonymi botanikami i chcieli się czegoś dowiedzieć o roślinach rosnących w tak niesprzyjających warunkach, to tego dnia nie wybralibyśmy się na żadną z trzech proponowanych tam tras. Upał powodował, że rozmowa była zbytnim wysiłkiem. Półsłowami i spojrzeniem porozumieliśmy się, załadowaliśmy wózek dziećmi i dokonując nadludzkiego wysiłku przetoczyliśmy go z parkingu do budynku, w którym oprócz informacji była kawiarnia.

A w kawiarni zadziwiające lody o smaku lemon myrtle, qundong, wattle. To zioła lub owoce rosnące na pustyni. Stwierdziliśmy, że doskonale nadają się na obiad w ten upalny dzień.

Zamiast ozdobnego liska mięty - liść eukaliptusa.

Zamiast ozdobnego liska mięty – liść eukaliptusa.

Za to wieczorem zaplanowaliśmy sobie romantyczny zachód słońca. Miało być tak: w sklepie kupujemy jedyną opcję na kolację w tej temperaturze, czyli nasz ulubiony grecki jogurt i owoce (mango, truskawki, kiwiberry, banany). Przyjeżdżamy na punkt widokowy, gdzie przy zapewnionym stoliku przygotowujemy posiłek, a dzieci w tym czasie się bawią. Potem siedzimy na ławce, delektujemy się jedzeniem i oglądamy w milczeniu jak słońce barwi na czerwono góry Flindersa. Od czasu do czasu robimy zdjęcia na pamiątkę.

Flinders Rangers przed zachodem

Flinders Rangers przed zachodem

Było tak: spóźnieni wpadamy na parking przed punktem widokowym. Po wyjściu z auta atakują nas muchy. Zakładamy dzieciakom siatki na głowę i pędzimy do stolika. Po drodze oczywiście uważamy na pustynne węże, które ponoć też lubią zachód słońca. Kursujemy kilka razy od auta do stołu znosząc rzeczy niezbędne do przygotowania kolacji, plus repelenty na muchy i parę komarów, jednocześnie uważając, żeby dzieci nie spadły z klifu (na którym jest punkt widokowy) i nie złapały węża.

Słońce pruje w dół jakby mu się nagle zaczęło gdzieś śpieszyć. Cały dzień bezlitośnie świeciło i świeciło, a teraz nagle myk myk i chce zniknąć.

Zostawiam Michałowi ogarnięcie tematu dzieci i kolacji i w panice robię zdjęcie, z nadzieją, że zdążyłam w ostatniej sekundzie. Za plecami słyszę płacz i wrzask plus zgrzytanie zębów (dopasujcie sobie który z trójki moich chłopaków co z siebie wydawał – każda wersja będzie dobra).

I w trakcie zachodu

I w trakcie zachodu

A dla pełni szczęścia i dopełnienia obrazu w ostatniej chwili na scenę wjechał transkontynentalny pociąg towarowy

A dla pełni szczęścia i dopełnienia obrazu w ostatniej chwili na scenę wjechał transkontynentalny pociąg towarowy

Potem siedzimy na ławce, mimo much próbujemy nakarmić dzieci, ktore to dzieci wiercą się jak szalone, bo do jedzenia musiały zdjąć siatki z głów i muchy im przeszkadzają. W efekcie w jogurcie są one, my, ławka i stolik. Słońce zaszło, zadanie wykonane. Wracamy do auta.

IMG_1836

IMG_1838

W ciągu kilku minut dosłownie robi się ciemno. Dojeżdżamy na kemping, wkładamy maluchy do namiotu, przebieramy w piżamki, usypiamy. Uff, koniec dnia, robi się ciut chłodniej, można odetchnąć i w końcu się wyluzować.

Rano odkrywamy, że w namiocie mamy setki malutkich czarnych mrówek, które spokojnie przechodzą przez dziurki w siatce okiennej. Na szczęście nie pogryzły nas jakoś dotkliwie, ale nie jest najfajniej zrzucać mrówki z buzi własnych dzieci. Wstawiamy chłopaków na ogrodzony i trochę zacieniony plac zabaw, a sami wytrzepujemy cały namiot. I odkrywamy źródło problemów – mrówki przyszły do spodenek Kaja, ktore były całe umazane zaschniętym jogurtem, a wieczorem po przebraniu go w piżamkę położyliśmy je w kącie namiotu.

Ok, do wyposażenia na outback dokupujemy super zabójczy spray i proszek do rozsypywania dookoła namiotu. Są pewne granice mojej tolerancji dla przyrody.

Kiedyś tam będziesz spodnie miał na szelkach…

…ale dziś jesteś mały jak muszelka,

którą los rzucił nam.

IMG_1631

IMG_1063-2

IMG_1625

Oj, już nie muszelka, nie okruszek.

Rok temu – 2676 g. Teraz – spokojnie ponad 11 kg (nie wiemy dokładnie, bo od trzech miesięcy go nie ważyliśmy, ale mój kręgosłup wie swoje).

Na poród jechałam zła,  bo Kaj postanowił wyprowadzić się (lub wprowadzić, zależy z której strony patrzeć) dosłownie kilka dni przed datą, od której wtedy miał obowiązywać roczny urlop rodzicielski. Byłam go pewna, a tu proszę – wcześniak wychodzi za nic mając polityczne decyzje i plany rodziców.

Była noc, spadł śnieg, ślisko i biało. Jechaliśmy wolno, a Kaj jakoś się uspokoił, nie chcąc mnie jeszcze denerwować tym, że nie dojedziemy. Ale cóż – mleko się rozlało, tego co zaczął dziesięć minut po północy nie dało się już zatrzymać ; ) Była środa, 13 marca 2013 roku, kilka minut po drugiej w nocy.

A potem trzy godziny wrzasków, moich, nie dziecka – jak ktoś ciekaw, to zapraszamy na relację http://annaroznicka.com/blog/2013/narodziny-kaja-reportaz-z-porodu/

I o piątej dziesięć rano nasz świat znów się zmienił. Uderzenie meteorytu to małe, nic nie znaczące zdarzenie w porównaniu z tym, co robi w życiu rodziców przyjście dziecka na świat.

Był cudowny, spokojny, obserwujący, inteligentny, wspaniały. Pachniał tak, że nie mogłam przestać go wąchać, i sama się dziwię, że nie zniknął od tego. Tak malutki, że tonął w najmniejszych śpioszkach rozmiar 50. Był naszym cudem.

A dziś mamy chłopczyka z łobuzerskim uśmiechem i błyskiem w oku. Z podrapanymi kolanami, w krótkich spodenkach na szelkach. Z twardym charakterem głośno domagającym się swojego, jak przystało na młodsze dziecko (zasadę: nie słyszą cię – nie widzą cię ma opanowaną w małym palcu). Z niesamowitą ciekawością świata, która non stop zagraża jego zdrowiu i życiu (już nie jesteśmy w stanie zliczyć ile razy z czegoś spadł, coś na niego spadło, itp. Jak na razie najbardziej spektakularny wypadek – otwieram na kempingu drzwi auta, a tam Kaj z siedzenia pasażera wypada twarzą prosto na ziemię. Pamiętajcie, że jeździmy autem wyższym niż osobówki. Spadł na tzw. żabę, zaliczył trochę zadrapań na buzi, ale bardziej płakałam ja z przerażenia niż on z uderzenia). Poruszającego się we wszystkie strony, próbującego nowych rzeczy po obserwacji starszego brata bez refleksji, że jest za mały (dziś wszedł na czworaka zjeżdżalnię od dołu. A potem puścił się i na brzuchu zjechał na dół. Spodobało mu się, więc wszedł znowu). Twardego zawodnika, żywiącego się głównie tym co uda mu się upolować podczas czworakowania – mrówką, kamykiem, liściem, śrubką, niezidentyfikowanym czymś niebieskim, co nam tylko mignęło w oczach zanim do niego dopadliśmy.

Nasz roczny syn, nasz cud.

Swieczkę dmuchaliśmy w uroczej kawiarni w malutkiej miejscowości Quorn.

IMG_3135

IMG_3133

Było sto lat i był tort (a właściwie parę kawałków obłędnego ciasta migdałowego z kardamonem – mamy nadzieję, że nas zaprosi na swoje następne urodziny).

IMG_3124

IMG_3131

IMG_3129

IMG_3132

 

I były życzenia – żebyś był szczęśliwy Kaju. Tak po prostu, w tym swoim dzieciństwie, żebyś każdego dnia czuł się szczęśliwy. Zebyś zasypiając przytulony do jednego z nas, czuł w swoim serduszku, że jesteś kochany i potrzebny. Zebyś nigdy nie zwątpił, że jesteś naszym cudem.

Miasto, w którym nie ma nic, prócz przyjemnego życia

Do Adelajdy przyjechaliśmy bo była nam po drodze. Każdy, kto słyszał, że do niej zmierzamy, był zdziwiony, bo ponoć nic w niej nie ma. Nie nastawialiśmy się więc na wiele, i nie zarezerwowaliśmy na nią dużo czasu. Tym czasem…

W Adelajdzie nie ma nic poza:

–       przepięknymi plażami z białym piaskiem, przy których są pobudowane miejsca przestrzeni publicznej – trawiaste parki, place zabaw, boiska. Plaż jest tyle, że jak spotkaliśmy na naszej, czyli położonej tuż koło kempingu na którym stanęliśmy jakąś starszą parę, która przyszła tu obserwować lądowanie spadochroniarzy, wśród których byli ich wnukowie, to okazało się, że ci państwo, mieszkący w Adelajdzie, na tej konkretnej plaży jeszcze nigdy nie byli. Na innych owszem.

Tolek przy pracy. Wykorzystując świeżo nabytą wiedzę wulkan sypie.

Tolek przy pracy. Wykorzystując świeżo nabytą wiedzę wulkan sypie.

IMG_1590

Idziemy?

Idziemy?

IMG_1603

IMG_1612

Ach, moja ulubiona koszulka z życiowym mottem : )

Ach, moja ulubiona koszulka z życiowym mottem : )

 

– wspaniałą pogodą. Tu prawie okrągły rok jest słońce, ale nie ma obezwładniających parnych upałów. I w końcu była ciepła noc! Aż nie przypuszczałam jak bardzo poprawi się komfort życia, gdy do spania wystarczy założyć piżamę, a nie wszystkie ubrania z walizki.

–       malowniczymi, eleganckimi  i pewnie drogimi przedmieściami z osiedlami od strony oceanu i rzeki, na której odbywają się różne zawody wioślarskie (zdjęcia brak, sorry)

–       delfinami, jedynymi miejskimi delfinami, które wpływając do rzeki dają się obserwować z tarasu kawiarni położonych przy molu (niestety nie widzieliśmy, bo z różnych przyczyn nie mieliśmy wolnego czasu by tam dotrzeć)

–       klimatycznym, portowym Port Adelajda – miasteczkiem – przedmieściem ze wszystkim co powinno być w takim miejscu. Czyli reasturacjami, kawiarniami, cukierniami, sklepikami i żaglówkami przycumowanymi do nadbrzeża (komentarz jak wyżej).

–       muzeum posiadającym największe zbiory sztuki aborygenskiej. I nie tylko (komantarz jak wyżej).

–       festiwalami, zapełniającymi czas adelajczykom w weekendy. Gdy tam byliśmy mieliśmy problem z zarezerwowaniem noclegu na dwa dni przed przyjazdem. Okazało się, że w weekend odbywają się wyścigi na ulicach miasta oraz festiwal kulturalny, plus kilka koncertów. Koncerty słyszeliśmy jadąc autem wieczorem na kemping, a w ramach festiwalu obejrzeliśmy próbki na adelajskim “deptaku”.

IMG_1646

Widzicie Davy'ego Crocketta?

Widzicie Davy’ego Crocketta?

IMG_1651

O tu jest!

IMG_1657

 

 

–       deptakiem, na którym co kilkanaście metrów ktoś coś śpiewa, gra, tańczy, pokazuje, czaruje. Jednym słowem, gdzie dużo się dzieje, a wzdłuż ulicy po obu stronach królują markowe sklepy, pasaże handlowe, cukiernie, restauracje.

IMG_1653

IMG_1661

IMG_1660

IMG_1643

IMG_1644

IMG_1647

IMG_1664

Tolek na zakupach.

Tolek na zakupach.

IMG_1677

Polski akcent w Adelajdzie

Polski akcent w Adelajdzie

IMG_1684

IMG_1683

–       etnicznymi dzielnicami, w których można spróbować różnych kuchni i smaków, lub po prostu się nimi przespacerować.

IMG_1687

IMG_1689

IMG_1690

IMG_1691

IMG_1692

IMG_1633

IMG_1635

IMG_1638

IMG_1640

IMG_1642

IMG_1636

IMG_1693

–       bramą do Outbacku, o którym już niedługo.

Rzeczywiście Adelajda nie ma nic spektakularnego dla turysty – żadnej imponującej, unikalnej architektrury, żadnego jedynego w swoim rodzaju innego wabika.

I przez to jest niezatłoczona, nie atakująca przybysza rzeczami do zobaczenia, nie nachalna, ale na pewno – nie jest prowincjonalna. Jest, mówiąc szczerze, jednym z najprzyjemniejszych miast Australii, które widzieliśmy do tej pory. I chyba ją zaznaczymy w naszym wniosku wizowym, jako miejsce docelowe. Bo poza wyżej wymienionymi zaletami naprawdę leży o rzut kamieniem od kuszącego outbacku. Australijski rzut kamieniem, ale zawsze.

Żałujemy, że nie mieliśmy jak zostać w niej dłużej. Z drugiej strony – skoro potrafiła wzbudzić naszą sympatię przy tak krótkiej wizycie, to gdy tu wrócimy powinno być tylko lepiej ; )

 

A czemu nie mieliśmy czasu? Z dwóch powodów. Po pierwsze musieliśmy przygotować się do wyjazdu w głąb kontynentu. To oznaczało odwiedzenie miejscowego oddziału Britza i uzyskanie od nich zgody na wjechanie przez nas autem na pustynne szlaki 4WD w South Australi. Po drugie większe i trochę inne niż dotychcza zakupy zapasów jedzenia i wody. W każde wolne miejsce w aucie (a nie mamy go za wiele, więc wykorzystaliśmy przestrzeń pod nogami dzieci) wstawiliśmy piętnastolitrowe kartony z wodą pitną. Szuflady bagażnika zapełniliśmy konserwami i daniami zalewajkami. A do lodówki trafiło sześć litrów mleka i  banany.

Po drugie całą niedzielę postanowiliśmy podarować dzieciom. Podróżujemy już od dwóch miesięcy, i mimo, że robimy przerwy na place zabaw i wybieganie się, to jednak głównie podróżujemy, a nasi mali towarzysze nie znajdują w tym takiej frajdy jak my. Zresztą – my też powoli jesteśmy zmęczeni, zaczynami tęsknić za domem, a co dopiero one! I o ile Kaj po prostu ma dość długich odcinków jazdy, bo wisi mu, że codziennie śpi gdzieś indziej, to Tolek ma kryzys podróżniczy. Codziennie nowe atrakcje zmieniły się w codzienny chaos. Jest ich za dużo i Tolo nie ma jak już przyswajać nowych informacji, bo nie ma czasu na zrozumienie tego, co już doświadczył. Nie wdając się w szczegóły (to jest porządny blog, a nie poziom reprezentowany przez Plotek.pl) jest zmęczony ciąglą zmianą miejsca, tęskni za stabilizacją i coraz częściej w jego rozmowach pojawiają się wątki z domu. Dopytuje o swoje zabawki, o nasz wiejski plac zabaw, o przedszkole, o nasze zwierzęta.

Podróży nie przerwiemy (choć nie powiem, jako mamie taka myśl mi zaświtała w głowie, gdy zobaczyłam, że taka podróż zaczyna stanowić problem), ale musimy trochę chłopakowi pomóc w odzyskaniu gruntu. Poza tym przed nami ciężka część trasy, dlatego wszystkim należał się dzień na zebranie sił. A zwiedzanie Adelajdy, czy choćby wypad do portu na obserwację delfinów nie dałyby nam poczucia lenistwa.

Więc pierwszą połowę dnia spędziliśmy na placu zabaw, następnie chwilę wariowaliśmy na plaży, potem był obiad z pitnym kokosem na deser, jakiś spacer deptakiem i na zakończenie kempingowy basen.

Tak, teraz jesteśmy gotowi na pustynię.

IMG_1699