Autostopem ze szczoteczką przez zastygłą lawę

Czas ruszać na Tasmanię. Sprawdziliśmy bilety na prom i wyszło nam, że jak przeczekamy jeszcze jeden dzień na lądzie, to następny rejs będzie  ponad sto dolarów tańszy. W tej sytuacji opłacało nam się zapłacić na jeden kemping więcej.

IMG_9327

Oczywiście nasz głód zwiedzania nie pozwolił nam tak po prostu spędzić dnia pomiędzy kamperami, więc pojechaliśmy rzut beretem za Melbourne zobaczyć kolejną ciekawostkę przyrodniczą – lawę zastygłą w bazaltowe kolumny w Parku Narodowym Organ Pipes.

IMG_9245

Nie wiem na ile jesteście mocni z geologii, więc na wszelki wypadek krótkie streszczenie. Jeśli czegoś nie zrozumiecie, to dlatego, że sama tego nie rozumiem i w efekcie opisałam to w za dużym skrócie, żeby ukryć niewiedzę. No i teraz wyszło, że z geologii byłam kiepska.

IMG_9269

Dawno, bardzo dawno temu, dawniej niż czasy, gdy żyły królewny i smoki, czyli jakieś 420 milionów lat temu aktualny obszar centralnej Victorii pokrywało morze.  Morze jak to morze, szumi, faluje i dużo waży, więc swoim ciężarem zmieniło nanoszony do niego przez rzeki piasek i kamienie w skały osadowe (a konkretniej w piaskowiec i łupek). Natomiast 360 milionów lat temu podziemne siły (ciemności) wypchnęły te skały ponad poziom morza, gnąc je, łamiąc i deformując. Magma z wnętrza ziemi wypełniła szpary i luki pomiędzy tymi skałami, a zastygając zmieniła się w granit. Park Organ Pipes leży na takim złączeniu tektoniczych płyt. Przez milony kolejnych lat woda wypłukiwała piaskowiec, spomiędzy granitowych skał, rzeźbiąc doliny i wąwozy.

IMG_9289

I teraz robi się gorąco – Australia przesuwa się na północ oddalając się od prehistorycznego kontynentu Godwany, a obszar Victorii trafia nad “gorące miejsce” w pęknięciu skorupy ziemskiej. Wybuchają wulkany, a wypływająca lawa najpierw wypełnia doliny rzek, a następnie zalewa większość krajobrazu tworząc nowe płaskowyże. Tym sposobem trafiliśmy do pleistocenu, milion lat temu. Stygnąca lawa zatyga w bazalt, często formując pionowe kolumny. Pionowe do ówczesnej powierzchni Ziemi, a nie aktualnej. Od tamtego czasu aż do dzisiaj strumienie i rzeki wcinają się w skały, wypłukując je i odsłaniając właśnie takie bazaltowe kolumny lawy. Proste, prawda?

IMG_9266 

Przyjechaliśmy dość późno, a brama parku zamykana była o czwartej trzydzieści, ale i tak lekkim sprintem daliśmy radę przejść wszystkie ścieżki. Na początek dotarliśmy do słynnych kolumn, od których wyglądu nazwę wziął park.

IMG_9268

Potem stratował nas kangur (serio, wyskoczył z krzaków i przebiegł mi drogę krok przede mną), na chwilę zatrzymały zielone papugi wśród drzew, aż w końcu doszliśmy do nietypowo ułożonych bazaltowych kolumn – Rosette Rock.

IMG_9277

IMG_9290

I na koniec mogliśmy pochodzić po samych ich wierzchołkach.

IMG_9286

A tak przy okazji, znacie “Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa? Jeśli tak, to wiecie jaką jedną jedyną rzecz powinien mieć prawdziwy autostopowicz, żeby uchodzić za porządnego i czystego gościa. Nasz Kaj postanowił bardziej spersonalizować tą prawdę, i odkąd wyrosły mu zęby zamiast ręcznika na wędrówki zabiera szczoteczkę. I to się sprawdza – zawsze łapie jakąś podwózkę :)

IMG_9256

Koola i inna fauna

Dawnymi czasy na południowym paśmie gór Koran Warmambull żyło plemię Bunurong. Były to inne czasy, i żyło się wtedy inaczej niż dziś. Wielkie zwierzęta przemierzały ziemię, a ziemia była bardzo sucha. To był cieżki czas dla wszystkich stworzeń.

Również ludzie z plemienia Bunurong zwani Mayun burruk żyli w suchym miejscu bez Barnth (świeżej wody), bez Yallock (strumienia lub rzeki), bez Gunda (źródeł pitnej wody). Kobiety zbierały niewielką ilość wody, która spadała z nieba do dwóch ogromnych Tarnooks (drewnianych mis), tak aby po całodniowej wędrówce w poszukiwaniu Karkalla (dobrego jedzenia), można było ugasić pragnienie.

Był jednak pewien problem. Olbrzymie zwierzęta takie jak Qoim (kangury), Barramull (emu) i Warren (wombaty) przychodziły do obozu i pijąc z Tarnooks rozlewały Barnth. A ponieważ Barnth była sprawą życia i śmierci starszyzna plemienia postanowiła rozwiązać problem.

I stało się tak, że wybrano młodego mężczyznę o imieniu Koola, który był znany ze swojej odwagi i odpowiedzialności. Odtąd zadaniem Kooli było zostawać w wiosce, gdy inni udawali się na poszukiwanie Karkalla, i odstraszanie olbrzymich zwierząt.

Koola codziennie wywiązywał się ze swojego obowiązku, potrafił nawet przegonić ogromne Doogbyrrum (goany).

Jednak z dnia na dzień, gdy słuchał opowieści swoich współplemieńców o tym jak zbierali Karkalla, stawał się coraz bardziej zły i zazdrosny. I mimo, że dostawał swoją porcję jedzenia, to coraz częściej myślał o tym, żeby razem z innymi móc pójść na wędrówkę w busz.

Pewnego dnia był tak bardzo Warri (zły), że chwycił siekierę swojego wuja i porąbał Tarnooks. Po chwili przerażony tym co zrobił, uciekł na wielkie Binnap (drzewo eukaliptusowe) i tam się schował. Gdy Mayun burruk wrócili wieczorem do obozu, odkryli, że nie mają wody do picia. Arweet (przywódca) przestraszony, że coś złego stało się Kooli, zaczął czytać ślady i po chwili odkrył prawdę. Wszyscy ludzie w obozie stali się bardzo, bardzo Warri. Wściekły tłum zebrał się pod Binnap krzycząc i wrzeszcząc do Kooli, żeby zszedł. Kilku młodych mężczyzn próbowało się do niego wspiąć, ale Koola ze strachu wdrapał się na bardzo wysokie i cienkie gałęzie i nie mogli go dosięgnąć. Wtedy tłum zaczął rzucać kamieniami, a że było to bardzo dawno temu, to jeszcze nikt nie słyszał o Jezusie i jego słynnym wyzwaniu rzuconym tym, co są bez winy. Więc tłum rzucał dalej, nikt tego nie przerwał i w końcu Koola trafiony spadł na ziemię. Spadł z dużej wysokości i upadek okazał się bardzo bolesny – połamały mu się wszystkie kości, w tym kręgosłup. Widząc tą sytuację Bunjil (istota o magicznych właściwościach) postanowił zainterweniować, bo żal mu się zrobiło cierpiącego Kooli. Nie, nie drażnił tłumu kwestią o braku winy (pewnie w swej mądrości wiedział, że w tłumie zawsze znajdą się tacy co jednak rzucą), tylko zamienił Koolę w futerkowe zwierzę, przed którymi miał bronić Tarnooks. Ale żeby jakoś zadośćuczynić wściekłemu tłumowi nie wyprostował Kooli kości, i w ten sposób powstało skulone zwierzę, trzymające ze wstydu głowę schowaną pomiędzy łapkami. Koola (koala, jak już wszyscy się domyślają) wdrapał się z powrotem na Binnap i tam już pozostał, żywiąc się jego liśćmi i bojąc się zejść na ziemię.

A Bunjil dokonał jeszcze jednego cudu (ha! komentarza nie będzie, nie dam się sprowokować ;d) i obdarował ludzi Yallock ze świeżą wodą.  Ta Yallock wciąż płynie, mimo że już nie taka czysta, i dziś nazywa się Cannibal Creek. Dlaczego Cannibal? To już zupełnie inna historia.

IMG_8914

Najstarsze skamienieliny wskazujące na istnienie koalopodobnych torbaczy pochodzą sprzed 30 milionów lat. Te zwierzęta zamieszkują lasy deszczowe, więc wiadomo, że kiedyś zajmowały o wiele większy obszar niż dziś. Niestety wycinanie lasów, sprowadzenie psów dingo i zdziczałych psów “domowych”, coraz większy ruch samochodowy i wirus Chlamydophila powodujący bezpłodność, spowodowały gwałtowny spadek populacji. Dziś nie są co prawda gatunkiem zagrożonym, ale prowadzone są programy mające na celu zwiększenie ich liczebności i ponowne zasiedlenie nimi pozostałych lasów. Aktualnie można je spotkać wyłącznie na wschodzie Australii – w Queensland i Victorii.

IMG_8873

Malutki koala po urodzeniu (ciąża trwa 35 dni) ma zaledwie centymetr długości, jest ślepy i łysy oraz nie ma w ogóle wykształconych tylnich nóg, więc potrzebuje jeszcze kilku miesięcy w torbie mamy, przyczepiony na stałe do cycka (czyli prawie jak moi synowie), żeby urosnąć na tyle, by móc wyjrzeć na świat. Potem podróżuje na jej plecach powoli ucząc się życia. I przyzwyczajając do specyficznej diety, właściwej tylko tym torbaczom. Koale żywią się wyłącznie liśćmi eukaliptusa, choć w zależności od miejsca zamieszkania preferują inne jego gatunki. Gdybyście roztarli palcami kilka różnych liści, to każdy pachniałby trochę inaczej. Oczywiście każdy od razu rozpoznałby zapach olejku eukaliptusowego, ale do tego pojawiają się inne nuty. To tak jak z winem – każdy wie, że pije wino, ale niektórzy wyczuwają w nim różne inne dodatki. Choć ja osobiście wolałabym porównać to do whisky.

IMG_8935

IMG_8917

I właśnie z tymi liśćmi jest największy problem, bo zawierają one toksyny trujące dla pozostałych zwierząt. A koale dają radę. Najpierw liście trafiają do żółądka, gdzie enzymy i kwasy rozkładają je na cukry i białka. Wątroba usuwa z nich toksyny, które wydalane są z moczem. A na koniec papka z przeżutych liści trafia do czegoś co jest podobne do wyrostka robaczkowego u ludzi. I tam z pomocą specjalnej flory bakteryjnej fermentuje sobie nawet ponad 20 dni! Jednocześnie na tym etapie usuwana jest z liści wszelka woda (koale prawie nie piją, tylko w okresie długotrwałej suszy, gdy liście zawierają za mało wody, torbacze schodzą na ziemię w poszukiwaniu jakiegoś innego źródła), i w efekcie wydalana przez nie kupa jest suchutkim bobkiem. I teraz liczby – koala dziennie je około pół kilograma liści (w ciągu trzech – czterech godzin, bo resztę doby przesypia trawiąc), a produkuje do stu bobków na dobę.

IMG_8927

IMG_8920

I jeszcze jeden fakt, niezwykle istotny w kontekście tego posta – koale to nie misie.

Koaloodporny płot.

Koaloodporny płot.

Wyjeżdżając z Philip Island trafiamy na ostatnią atrakcję.

IMG_9072

W San Remo na przystani codziennie odbywa się karmienie dzikich pelikanów. Można całkiem z bliska popatrzeć na te zadziwiające ptaki. Do karmienia był dodany gratis krótki wykład przyrodniczy, ale mikrofon, w który była wyposażona pani był dość mizerny, a my mieliśmy pecha i staliśmy pod wiatr, więc niewiele usłyszeliśmy. Oprócz tego, że pelikan podrzuca złapaną rybę tak długo, aż zdobycz ustawi się w jego dziobie głową w dół, bo w przeciwnym razie mógłby się nią zadławić.

IMG_9075

IMG_9103

IMG_9094

IMG_9166

IMG_9091

IMG_9202

Na koniec karmienia – niespodzianka. Rzucane codziennie szkielety ryb “oswoiły” olbrzymie płaszczki, które polubiły łatwy sposób zdobywania przekąski. Były naprawdę imponujące, szerokie na minimum metr dwadzieścia, a długie z ogonem ponad półtora metra.

IMG_9208

Mało tego – jedna z nich nauczyła się swoistej gry z panią, która ją karmi i je jej z ręki tylko w jednym, wybranym przez siebie miejscu. Tym razem też przypłynęła, nie dała się skusić do podpłynięcia w innym punkcie, a gdy pani w końcu podeszła tam, gdzie płaszczka sobie tego życzyła, to ta dała się pogłaskać po głowie. Jednocześnie cały czas miała uniesiony swój ogon z kolcem sygnalizując lekkie zdenerwowanie tłumem gapiów, więc nikt inny nie odważył się jej nakarmić z ręki, o pogłaskaniu nie wspominając.

IMG_9211

IMG_9217

IMG_9223

IMG_9239

IMG_9155

Widoki za przysłowiowy marny grosz

Dojechaliśmy na Phillip Island. Jak na weekendową wyspę dla Melbernczyków przystało jest tutaj sporo atrakcji typowo turystycznych, czyli sztucznie rozdmuchanych po to tylko, żeby skusić przyjezdnych do wydania pieniędzy. Sami czasem “nabieramy” się na ich wyjątkowość, ale tym razem już dość krytycznie podeszliśmy do ofert na krzyczących ulotkach. I tak odrzuciliśmy fabrykę czekolady, unikalną możliwość zwiedzenia farmy ze zwierzętami i przejażdżką bryczką, jeszcze bardziej wyjątkową szansę na zwiedzenie gospodarstwa, w którym można rodzinnie wędkować i złapać pstrąga, mizerny park z australijskimi zwierzętami reklamowany jako zoo nr 1 (każdego zwierzęcia mieli po jednej sztuce, prócz kangurów, które konkurują z królikami w kwestii szybkości rozmnażania się), oraz park rozrywki czyli ciut większy plac zabaw, ale ewidentnie przesadzone było nazywanie go parkiem.

Niestety ze względów finansowych zrezygnowaliśmy z rejsu wzdłuż półwyspu z podpłynięciem do obecnej tutaj kolonii fok. Niby fajnie zobaczyć zwierzęta na wolności i w dodatku w tak dużym stadzie, ale cena zdecydowanie kilkudziesięciokrotnie przebijała bilet wejścia do fokarium w Helu.

I w ramach świadomego sprzeciwu przeciwko trakowaniu nas jak frajerów nie zdecydowaliśmy się na największą atrakcję tego miejsca – Paradę Pingwinów.

Wzdłuż wybrzeży Australii żyją malutkie pingwiny, które cały dzień pływają w morzu polując na jedzenie, a późnym wieczorem wracają na noc do swoich gniazd. Jedyną szansą ich zobaczenia jest właśnie zaobserwowanie tego przejścia od fal do dobrze schowanego gniazda. Sześć lat temu popłynęliśmy w Sydney na Manly i gdy czekaliśmy na wieczorny powrotny prom na plaży tuż koło pomostu, podeszły do nas osoby z taśmą i zaczęły odgradzać kawałek tej plaży. Okazało się, że właśnie tutaj pod pomostem do którego przybijają promy jest kilka takich gniazd, i co wieczór wolontariusze odgradzają drogę jaką dorosłe pingwiny pokonują z wody do swoich młodych. Udało nam się dwa z nich zobaczyć. Niesamowita frajda, miłe wspomnienie. Teraz w tym miejscu jest ponoć rezerwat pingwinów i za taką obserwację trzeba już zapłacić.

Na Phillip Island jest podobnie. Jedyna różnica jest taka, że tutejsza kolonia pingwinów liczy setki sztuk (gdy my tam byliśmy tych dziwnych ptaków było ponad sześćset), więc ich przemarsz z morza robi wrażenie.

Australijczycy zbudowali więc w tym miejscu centrum edukacyjne z paroma informacjami o gatunku i bilet do samego centrum kosztuje 25 dolarów, czyli 75 zł. Natomiast jeśli chcielibyśmy zobaczyć paradę frakowych nielotów, to musielibyśmy zapłacić 135 zł od osoby!

Rozumiemy, jeśli pieniądze z naszych biletów idą na utrzymanie atrakcji i pośrednio przyczyniają się do edukacji lub ratowania jakiś zwierząt. Generalnie – jeśli wiem za co płacę, to za to zapłacę. Ale tutaj nie mogę wyjść ze zdziwienia za co organizatorzy żądają takich pieniędzy. Jedyny wkład jako ponoszą to wybudowanie drewnianego pomostu, na którym stoją turyści i oświetlenie plaży delikatnym światłem, tak żeby było widać pingwiny i można było zrobić średnio udane zdjęcie bez lampy błyskowej. Pingwiny nie dostają swojej gaży, nie są gatunkiem na który potrzeba niewyobrażalnych funduszy do ochrony, nawet jednego śledzia nikt im nie kupi za pieniądze z naszych biletów. Więc uznaję, że ta cena została tak wywindowana, bo mogła. Każdy turysta, a już na pewno Azjaci, których jest najwięcej, bez mrugnięcia okiem zapłaci i obejrzy.

Każdy, ale nie my.

Pozostały nam spacery, w większości na szczęście darmowe oraz wizyta w parku koali. Park jest niesamowity, bo zbudowano tam drewniane ścieżki – podesty wśród drzew i można spacerować w ich koronach mając dzikie koale na wyciągnięcie ręki. Tutaj wiadomo za co się płaci, kupując bilet. Za zlokalizowaną niedaleko farmę eukaliptusów, z której są dowożone liście dla torbaczy, za utrzymanie podestów, płotów i niesamowicie ciekawego centrum edukacyjnego, za ewentualne leczenie chorych koali i za prowadzenie programu mającego na celu przywrócenie koali w tych częściach Australii, w których już wyginęły. A bilet kosztuje tylko 60 zł.

Lecz zanim pochrumkamy do koali, zacznijmy opisem spacerów.

IMG_8853

Pierwszy był wśród rozlewiska oceanu na którym rosły namorzyny. Bezkresne obszary tego dziwnego lasu stanowią naturalną barierę dla wody pomiędzy oceanem a lądem. Ponieważ dobrze znoszą zasolenie, nie szkodzą im pływy. Sa naprawdę niesamowite.

IMG_8844

IMG_8850

IMG_8864

IMG_8854

 

Tuż przed nimi rosną drzewa papierowe, których kora wciąż mnie fascynuje, więc jesteście skazani na jej kolejne zdjęcia : )

IMG_8841

IMG_8840

IMG_8838

Natomiast za namorzynami, w miejscu gdzie ocean łączy się z rzeką powstały rozlewiska pełne najróżniejszego ptactwa. I much ; )

IMG_8861

IMG_8855

A potem zrobiliśmy całkiem przyjemną przechadzkę wzdłuż klifu, mijając drzewa charakterystyczne dla południowej Australii – Drooping Sheoaks. Ich liście (fachowo nazywane oczywiście jakimś specjalnym terminem) wyglądają jak igły, po to by w trudnych warunkach tracić jak najmniejsze ilości wody. Jednocześnie takie opadnięte liście tworzą bardzo gęstą i nieprzepuszczalną warstwę, więc pod drzewami nic nie rośnie.

IMG_8860

IMG_8864

IMG_8870

Szlak na koniec prowadził tuż koło pastwisk jakiejś farmy, na której pasły się krowy. I słowo daję, nagrzana słońcem skoszona tam trawa pachniała tak słodko jakimiś ziołami, których nie rozpoznawałam, że sama miałam ochotę ją jeść. Aż nam ślinka pociekła na myśl, jak pyszne muszą być steki jeśli wcześniej pasły się w takim miejscu…

IMG_8866

Kolejnego dnia pojechaliśmy na wschodni cypel do Nobbies Centre.

W olbrzymim budynku był sklep, restauracji i wciśnięte w kąt centrum edukacyjne o fokach futrzastych. Traktowało o tym jak to Australijczycy na nie polowali i mało nie doprowadzili do wymarcia, o tym jak teraz próbują je chronić i generalnie o tym, że na tutejszej Foczej Skale (Seals Rock wokół której są rejsy) żyje populacja składająca się z dwudziestu pięciu tysięcy fok, a co roku rodzi się około pięć i pół tysiąca młodych. Takie focze szczenię pierwszy raz nurkuje dopiero gdy ma dwa tygodnie, wcześniej mogłoby się utopić. Po roku przestaje pić mleko i zaczyna samodzielnie polować. Foki nurkują zwykle na głębokość od 40 do 80 metrów, ale gdy jest taka potrzeba, to potrafią zejść dwa razy głębiej. A do swojej kolonii potrafią trafić z dystansu ponad 300 kilometrów. Najfajniejsza w tym miejscu była możliwość zobaczenia na ekranie tej kolonii fok za pomocą zamontowanych na wyspie kamer, którymi można było sobie samemu posterować. Naprawdę widzieliśmy bawiące się foczki i wylegujące foki!

A wiecie skąd się w ogóle na ziemi wzięły foki? Posłuchajcie.

Dawno, dawno temu dzisiejsza Western Port Bay była suchym lądem. Bagna otaczały French Island, a morze było daleko. Pewnego dnia kilku chłopców zabrało do zabawy rzecz ze świętego miejsca i w ten sposób złamało prawo. Bunjil a Bunurong, który ustanowił prawo, musiał wymierzyć karę. Rozkazał deszczowi padać i padać przez długie dni i miesiące, aż w końcu ocean się przepełnił i zaczął zalewać Western Port Bay i inne pobliskie miejsca.

W tym samym czasie na wybrzeżu żył pies dingo. To był bardzo dumny pies dingo, który zawsze nosił głowę wysoko i często przesiadywał na skałach. Mnóstwo posłańców przemierzało wtedy kraj ostrzegając duchy i zwierzęta przed nadchodzącą powodzią, radząc im poszukać wyżej położonych terenów. Ale Koorman, bardzo, bardzo dumny pies dingo tak im powiedział:

To jest mój kraj. Muszę zostać w moim kraju. Nie mogę go opuścić, iść w inne nieznane mi miejsce i tam żyć, bo opuściłbym duchy moich przodków. A tego zrobić nie mogę.

Wkrótce jednak przelewający się ocean zaczął płynąć w stronę psa dingo i Koorman zrozumiał, że musi uciekać, bo w przeciwnym razie powódź go zabije. Zaczął uciekać przed falami wzdłuż wybrzeża próbując wspiąć się na klif, ale było już zbyt późno. Ogromna fala porwała go, a potem okrutnie nim rzuciła w stronę skał. Gdy fala się cofnęła i woda odsłoniła skałę, ukazała się w niej wielka dziura, a za nią dziwne, nowe stworzenie z głową jak u szczekającego dumnego psa i z psim ogonem, ale bez nóg. To był Koorman zamieniony w fokę. W ten sposób mógł zostać na ziemi swoich przodków.

Wszystko jasne? Poszliśmy na spacer wzdłuż klifów, gdzie ponoć do dziś można zobaczyć dziurę, która powstała od uderzenia ciała dumnego psa dingo.

Dziura jak dziura, ale te widoki…

IMG_8937

IMG_8953

IMG_8979

IMG_8986

IMG_8988

IMG_8995

IMG_9001

Wzięliśmy deskę do surfowania?

Wzięliśmy deskę do surfowania?

Nie wiemy na czym to polega, jak ktoś ma jakiś pomysł to bardzo prosimy o podpowiedź, ale Azjaci dostają szału na widok naszych dzieci. Zawsze i wszędzie ich fotografują. I o ile Tolek już z racji wieku nie bardzo się na to zgadza i chowa się gdzie może, to Kaj ma z tego niezłą zabawę i nakręca ich jeszcze bardziej szczerząc się swoimi czterema zębami. W Puffing Billy dwie Japonki aż wykonały makijaż i poprawiły fryzurę, żeby się z nim sfotografować swoim najnowszym modelem Iphone’a. Tutaj było podobnie. Zamiast podziwiać potęgę natury wszyscy pstrykali Kaja, który właśnie ćwiczył swoje pierwsze próby stanięcia w pionie. Serio, nie wiemy o co chodzi. Dziecko jak dziecko. ;)

IMG_8962

IMG_8966

Na zakończenie dnia pojechaliśmy na pobliską plażę. Była zupełnie bezludna i pełna muszli, koralowców i gąbek. Stąd wysyp pocztówkowych widoczków, które możecie przewinąć. Lub nie. Ja tam bym nie przewijała.

IMG_9025

IMG_9017

IMG_9018

IMG_9028

IMG_9029

IMG_9036

IMG_9040

IMG_9043

IMG_9049

IMG_9051

IMG_9053

Ostatni spacer innego wieczoru na Philip Island to punkt widokowy na końcu Pyramid Rock Road. Byliśmy tam pod wieczór, gdy słońce powoli chowało się w wodzie. Magiczne, bardzo odosobnione miejsce, idealne do lektury jakiejś wciągającej książki w towarzystwie ciepłej herbaty z termosu. O ile nie ma się na plecach nosideł z dwójką pociech : )

IMG_9056

IMG_9063

Wracaliśmy na kemping o zmierzchu wybierając nieutwardzone drogi wzdłuż pól i pastwisk. Dzięki temu mogliśmy obserwować natywnych mieszkańców Australii w bardziej wdzięcznej pozie niż normalnie jako rozjechane placki przy drodze. Stały słupka w trawie, skierowane bokiem do zachodzącego słońca, jakby też chłonęły ten spektakl światła. Niezapomniany obraz.

IMG_9065

Para buch, koła w ruch.

Dla każdego coś miłego. Ten dzień był dla Tolka. I wszystkich chłopców w naszym zespole nomadów. No dobrze, dla dziewczynki w sumie też.

IMG_8808

IMG_8811

IMG_8764

Czy ktoś z Was marzy o tym, żeby poprowadzić parowóz? Lub sprzedawać bilety na stacji przeniesionej z początków ubiegłego wieku? Lub w mundurze dodającym powagi dziurkować stare tekturowe bilety?

IMG_8763

IMG_8760

Jeśli tak, to możecie dołączyć do grupy ponad 900 wolontariuszy obsługujących linię parowozu zwanego “Puffin Billy”, podróżującego na trasie Upper Ferntree Gully – Gembrook. W rzeczywistość jeździ tędy 13 lokomotyw (10 parowych, 3 diselowskie uruchamiane w dni, gdy obowiązuje całkowity zakaz rozpalania ognia), ale wszystkie nazywają się zbiorczo “Puffing Billy”. Jest to niesamowita historia, bo cała atrakcja jest utrzymywana wyłącznie z wpływów ze sprzedaży biletów i darowizn, nie ma żadnego wsparcia państwowego! Wolontariusze naprawiają i utrzymują w dobrym stanie lokomotywy, wagony i tory, wolontariusze prowadzą parowóz, sprzedają bilety, itp. I to działa. Oczywiście pierwotnie od momentu jej otworzenia w 1900 r. była to normalna linia łącząca miasteczka, w weekendy intensywnie wykorzystywana jako ucieczka  mieszczuchów z Melbourne do domków letniskowych na łono natury. A w pozostałe dni woziła wszystko – pasażerów, kartofle, zaopatrzenie na farmy i produkty z farmy, piwo do pubów, zwierzęta.

IMG_8767

Stopniowo traciła jednak na popularności, gdy tą samą trasę zaczęły obsługiwać wspólczesne składy pociągów. Ostatecznie w 1954 r. gazeta “The Sun” ogłosiła niedzielną darmową wycieczkę dla dzieci, jako pożegnanie “Little Train” jak był zwyczajowo nazywany pociąg. Przyszło tyle chętnych, że nie zmieścili się wszyscy do środka. Wtedy ktoś odkrywczo stwierdził, że nie można zamknąć takiej atrakcji. I w ten sposób powstała fundacja która krok po kroku odrestaurowała wagony, lokomotywy (nasz “Puffing Billy” miał oryginalne kotły parowe!), oraz naprawiła tory stopniowo wydłużając trasę. Można? Można.

IMG_8765

Oprócz sympatycznej przyjeżdżki w ciągu dnia organizwane są specjalne tematyczne kursy. Można wybrać się na wieczór z Bollywood – hinduska kolacja, muzyka i tancerki. Jest kurs nocny, podczas którego w jednym z wagonów dokonywane jest morderstwo i oczywiście wszyscy są podejrzani, prócz maszynisty. Są przejażdżki w święta z odpowiednimi dekoracjami, i największa atrakcja dla dzieci – dzień z Tomkiem. Prawdziwy Tomek, tak – TEN Tomek wozi dzieci z jednej stacji na drugą, a Gruby Zawiadowca wita je cukierkami. Niestety akurat gdy tam byliśmy, Tomek miał wolne.

IMG_8687

IMG_8704

Myślałam, że ta wycieczka będzie atrakcją dla Tolka (który cały podskakiwał z radości i opowiadał nam, że Billy jest kolegą Tomka, a Tomek dziś odpoczywa w zajezdni. Kto nie nadąża, bo nie posiada dzieci niech wrzuci w youtuba “Tomek i Przyjaciele”). A okazało się, że równie wielką zabawę mieliśmy ja i Michał, gdy siedzieliśmy sobie w takim starym wagonie z nogami dyndającymi na zewnątrz i jechaliśmy przez pola, przez góry, przez tunel, przez las, śpiesząc się, śpiesząc by zdążyć na czas.

IMG_8805

IMG_8714

IMG_8689

IMG_8734

A wisienką na torcie była czarna kakadu, którą wypatrzyliśmy na jednym z drzew. Mieliśmy wielką nadzieję spotkać je w Parku Kakadu, ale tam się nie udało. A tutaj zupełnie niespodziewanie taka niespodzianka : )

IMG_8782

Tak to to, tak to to

Tak to to, tak to to…

Morza szum, ptaków śpiew (???), złota plaża pośród drzew

Co robią rodzice, gdy z nieba kolejny dzień leje się żar ponad czterdziestu stopni?

Nie, tym razem nie zabraliśmy dzieci do miasta. Kilka kolejnych dni spędziliśmy na plażach tutajszego wybrzeża Mornington.

IMG_8567

Frankston, Mornington, Dromana, Rosebud– mnóstwo uroczych miasteczek z przyjemnym wakacyjnym klimatem. Śliczne domki, często malowane pastelowymi kolorami, które dobrze wyglądają tylko nad morzem, w tutejszym świetle, z kutymi balustradami otaczającymi werandy jakby to były koronkowe zasłonki. Jedna główna ulica, a tuż za nią plaże.

IMG_8565

IMG_8471

Były różne. Od dość zapełnionych, gorących i głośnych, po zupełnie opuszczone, które największy urok  miały popołudniem, gdy słońce już przestało atakować jak oszalałe. To, czym się różniły od naszych europejskich, to brak parasoli, leżaków i jakiegokolwiek serwisu – pryszniców czy toalet.

IMG_8417

IMG_8430

IMG_8439

Ku naszemu zdziwieniu nie było też żadnej możliwości kupienia na plaży picia czy jedzenia. W miejscowościach, w których się zatrzymywaliśmy, były kawiarnie lub restauracje, ale zamykane o czwartej, a najpóźniej o piątej. Nici więc z kupna lodów czy kawy, którą potem można wypić spacerując wzdłuż wybrzeża. Żadnych gofrów, mrożonych drinków (specjalność plaż hiszpańskich), czegokolwiek.

Tylko to, co samemu sobie plażowicz przyniósł. Nie wiemy czy wynika to z innej kultury plażowej, czy do Australii jeszcze nie dotarła moda na serwis plażowy, ale trochę nam brakowało europejskich udogodnień. Zwłaszcza tych parasoli i leżaków.

IMG_8481

IMG_8586

Choć istnieje tutaj luksusowa wersja “leżaka”, czyli domki plażowe. Postawione wzdłuż plaży malutkie komórki mieściły cały sprzęt potrzebny do relaksu na piasku – począwszy od wygodnych foteli sako, przez koce plażowe, ręczniki, zabawki, pontony, płetwy, deski do surfingu, itp. W niektórych były nawet zabudowy kuchenne oraz kanapy – idealne do przeczekania deszczu. Nie da się w nich mieszkać, bo nie mają okien, bieżącej wody i toalety, ale są świetnym rozwiązaniem dla mieszczuchów, którzy często przyjeżdżają na plażę. A luksus tego rozwiązania kryje się w jego cenie – sprawdziliśmy w miejscowej agencji ile kosztuje taka bądź co bądź komórka z pustaków. Otóż kosztuje ponad pół miliona złotych.

IMG_8452

IMG_8453

IMG_8456

IMG_8475

To my jednak wolimy europejskie leżaki z parasolem za kilka euro.

IMG_8599

IMG_8620

IMG_8637

IMG_8661

 

IMG_8531

Nie da się jednak ukryć, że te kilka leniwych dni było prawdziwie wakacyjnych. Czasem udawało nam się kupić kawę na wynos późnym popołudniem, gdy słońce jest już nisko i bajkowym światłem otula pustą plażę. Wtedy siadaliśmy na piasku, wdychaliśmy zapach morskiej wody i rozgrzanego piasku, słuchaliśmy wrzasku mew i szumu fal (wiem, brzmi strasznie tandetnie, ale prawda jest taka, że tak właśnie jest na plaży!), i znów zastanawialiśmy się, jak to by było, gdybyśmy przeprowadzili się w jedno z takich miejsc.

IMG_8617

IMG_8558

IMG_8500

IMG_8496

Wracając na kemping z zazdrością patrzyliśmy na mieszkańców, którzy późnym popołudniem po prostu przekraczali ulicę i siadali na jednej z ławek, z których można patrzeć na fale oceanu w nieskończoność. Bardzo kuszący sposób spędzania letniego wieczoru.  Naprawdę nie mamy pojęcia, czy kiedykolwiek by nam się znudził.

IMG_8468

IMG_8523

IMG_8609

IMG_8504

Dzieci w drodze się nie nudzą

Fajnie jest podróżować z dziećmi. W ten sposób można pokazać im świat, nauczyć nowych rzeczy, a także spędzić czas naprawdę razem. Tak… W efekcie dziecko jest elokwentne, inteligentne i spostrzegawcze, jak zachwala ulotka.  Oto nasza prywatna próbka na poparcie tej tezy. Ku przestrodze.

1. (Nie)logiczne wnioski trzylatka chłonącego świat

Wyznając zasadę, że podróże kształcą, a jednocześnie wymyślając sposoby na zaciekawienie dzieci tym, co robią rodzice, opowiadamy Tolkowi o różnych australijskich zwierzetach. Pokazujemy kolczatkę, opisując jak silnymi pazurami rozkopuje twarde jak skała termitiery, a potem długim i lepkim jezykiem wyjada mrówki, a że przy okazji zjada mnóstwo ziemi, to jej kupa jest głównie zbitym ziemnym bobkiem.
Mówimy o wombatach, które budzą się tylko po to, żeby odczuć przyjemność ponownego zapadniecia w sen (słowo daję, nie mam pojęcia kiedy one robią cokolwiek innego).
Na dobranoc serwujemy mu historię o tym, dlaczego dziobak jest takim niesamowitym stworzeniem, które jako ssak składa jaja, i nie wiadomo czy bardziej lubi być rybą, czy zwierzęciem lądowym.
W zamian nasz trzylatek przetrawiając otrzymane informacje zaskakuje nas swoimi wnioskami.
Pewnego ranka prosimy go, żeby sam się pobawił, bo my musimy odespać. Tolo rozrzuca klocki po pokoju, a potem udając kangura skacze, zbiera je i wrzuca za koszulkę włożoną do spodenek. W pewnym momencie staje przed nocnikiem, zdejmuje spodnie i klocki oczywiście wysypują się dołem.
– O nie, zgubiłem wszystkie moje klocki. Będę musiał jeszcze raz je zjeść.
– To nic, na pewno dasz radę znów je pozbierać. – pociesza go Michał
– Ale one są takie niedobre!
Kiedy indziej pokonując kolejne kilometry z Sydney do Melbourne, próbuję go zaciekawić i mówię:
– Popatrz przez okno, jakie czarne krowy się pasą na łące.
– A ja widzę dwie krowy pod drzewem, to znaczy, że one jedzą drzewo, bo bardzo je lubią. Ja nigdy, nigdy w Polsce nie widziałem nigdzie takich krów, co jedzą drzewo.
Za to w muzeum ze sztuką aborygeńską, które po jakimś czasie przestało być atrakcyjne, wymyślił sobie nową zabawę. Biegał pomiędzy eksponatami śpiewając: Jestem szybki jak wielbłąd, jestem szybki jak wielbłąd.
Nie pytajcie nas, o co w tym chodzi.
2. Faktów nie da się ukryć
Czwarta godzina lotu z Darwin do Sydney. Dzieci znudzone wyrywają gabkę z siedzeń. My już mamy serdecznie dość ciasnoty w samolotach tanich linii lotniczych. Wszyscy nie możemy się doczekać lądowania. Nagle Tolek, który na jednym siedzeniu bawi się z bratem, głośno i z pretensją oznajmia:
– Mamo, ten Kaj śmierdzi.
W tym momencie zapala się sygnalizacja „zapiąć pasy”, a toalety zostają zamknięte. Przed nami pół godziny schodzenia na lotnisko. Może i nikt na pokładzie nie zrozumiał polskiego okrzyku Tolka, ale pod koniec podróży wszyscy czuli już o czym był.
IMG_8778
3. Empatia
Potrzebujemy hotelu na dwie noce, zanim odbierzemy auto z wypożyczalni w Sydney i ruszymy w dalszą drogę. Po doświadczeniach z Darwin żadne hostele nie wchodzą w grę, a na hotele w City nie możemy sobie pozwolić, jeśli chcemy mieć za co zwiedzać. Rezerwujemy Ibis Budget na lotnisku.
Wchodzimy do pokoju – celi. Mieści się w nim jedno podwójne łóźko, nad nim zawieszone w poprzek łóżko pojedyńcze. Żadnej szafy ani biurka, bo nie ma na nie miejsca. Nieotwieralne okno wychodzi na nudny koniec lotniska z hangrami. W mikroskopijnej łazience prysznic bierze się siedząc na sedesie.
A my mamy tu się zmieścić ze wszystkimi naszymi torbami i podwójnym wózkiem, plus mieć przestrzeń dla dwójki dzieci. Stoję zmrożona w progu, a Tolo bierze mnie za rękę i pocieszajaco, z nutka nadziei, mówi:
– Może już jutro zmienimy ten hotel?
4. Dobre rady doświadczonego podrożnika
Idziemy późnym popołudniem na spacer klifami nad oceanem. Jest przyjemnie ciepło, a wiatr od wody zapewnia miły chłód. Gdy tylko droga zaczyna iść lekko pod górę, Tolek zerka na Kaja w nosidełku i zamienia się w dzidziusia oznajmiając: Nóżki mi się już zmęczyły.
Sadzam go sobie na ramionach i tak idziemy dalej. Po chwili mój synek filozoficznie stwierdza:
– Lepiej się wędruje, gdy wieje wiatr.
5. Logika języka polskiego
Rozkładamy obóz. Tolek plącze się koło Michała, bardziej przeszkadzając niż pomagając. Michał próbuje się go dyplomatycznie pozbyć i mówi: Biegnij spytać sie mamy, czy nic jej nie pomóc.
Tolo przybiega i pyta:
– Nic ci nie pomóc?
– A chciałbyś coś pomóc – pytam, zastanawiając się co my zlecić, żeby jakoś go zająć.
– Nie. Pytam czy NIC ci nie pomóc – precyzuje Tolek i w podskokach wraca do taty.
6. Język obcy
Fakt pierwszy: Tolo w przedszkolu uczy się angielskiego i śpiewa w tym jezyku kilka piosenek.
Fakt drugi: Tolo ma problemy z wymawianiem litery ‚h’ i zastępuje ją literą ‚f’. Zamiast ‚Michał’ mówi ‚Mifał’, zamiast ‚huśtawka’ powie ‚fuśtawka’.
Lecimy samolotem, na pokładzie powszechnie rozumiany jest język angielski. Tolek demonstruje dobry humor i śpiewa piosenkę z programu Didi the Dragon:
Let’s sing,
Let’s jump,
Let’s hug.
Przeczytaliście oczywiście ostatnie słowo przez „ef”?
7. Obserwacje przyrodnicze
Rano chłopak wychodzi z namiotu, przeciąga się w swojej tygryskowej piżamce, ogląda uważnie fragment namiotu, spogląda w górę na gałęzie drzewa rosnące nad namiotem, chwilę obserwuje papugi latające z gałęzi na gałąź, aż w końcu dochodzi do logicznego wniosku i oznajmia:
– To te dranie obsrały nam namiot
8. Czym skorupka za młodu nasiąknie…
Półtora miesiąca razem non stop. Nie jesteśmy święci. Staramy się, ale naprawdę nie mamy szans zmienić swojego języka i wyeliminować z niego wszystkich słów dozwolonych po osiemnastym roku życia. Pilnujemy tych najgrubszego kalibru, ale i tak mamy za swoje. Naprawdę nie wiem jakim cudem po tej podróży Tolek nie zostanie dyscyplinarnie wyrzucony z przedszkola za wyrażanie się.
Tu podajemy jeden z łagodniejszych przykładów, gdy syn ni stąd ni zowąd powiedział mi:
– Wiesz mamo, jak wczoraj płakałem i byłem smutny, to był taki syf, że fistoria.
IMG_7904

Kulinarna i artystyczna stolica Australii

Co robią troskliwi rodzice, gdy z nieba leje się żar ponad czterdziestu stopni?

Zabierają dzieci na zwiedzanie miasta.

IMG_8259

IMG_8310

Koleją podmiejską dotarliśmy do Melbourne, rywala Sydney w konkursie na najprzyjemniejsze miasto Australii (dodajmy, że w tej kategori nie ma zbyt wielu kandydatów, bo startują tylko miasta, jak nazwa konkursu wskazuje. I o dziwo – Darwin ma prawo wziąć w nim udział…).

Pewnie to tylko przeoczenie, że nie ma zakazu podkładania ładunków wybuchowych i plucia.

Pewnie to tylko przeoczenie, że nie dopisano zakazu podkładania ładunków wybuchowych i plucia.

Cóż, nie możemy się wypowiadać ze stuprocentową pewnością, w żadnym z tych miast nie mieszkaliśmy ponad rok, nie dojeżdżaliśmy do pracy, nie robiliśmy zakupów, nie spędzaliśmy weekendów jeden po drugim.

Wiemy jednakże, że...

Wiemy jednakże, że…

... są tu fryzjerzy z dziada pradziada.

… są tu fryzjerzy z dziada pradziada.

Ale z pobieżnego wrażenia oceniamy, że Sydney ma nad Melbourne jedną przewagę – Operę. Jednak biorąc pod uwagę kiedy ostatni raz byliśmy w Operze i jak bardzo jest nam ona potrzebna do życia, nasz głos oddajemy na Melbourne.

IMG_8275

Jest to miasto, w którym czuje się uwolnione poczucie humoru, przestrzeń dla ludzi, artystyczny klimat, otwartość administracji na mieszkańców, wolniejszy styl życia niż w pędzącym Sydney.

IMG_8282

Zaleźliście ogród na dachu w samym centrum miasta?

Zaleźliście ogród na dachu w samym centrum miasta?

IMG_8303

IMG_8323

IMG_8338

IMG_8331

IMG_8347

IMG_8380

IMG_8351

Mnóstwo projektów, które dosłownie wyprowadzają sztukę na ulicę. To dodaje bardzo sympatycznego kolorytu. Rozstawione fortepiany zachęcające przechodniów do grania. Drzewa przed ratuszem ubrane w szydełkowe pnie. Ściana z fontanną, na której każdy może zrobić liściaste graffiti. Do tego darmowe galerie, muzea i centra sztuki, w których wystawy często mają specjalne komentarze dla dzieci, żeby przybliżyć im to, co widzą.

Plac przed Ratuszem

Plac przed Ratuszem

IMG_8343

IMG_8340

IMG_8339

IMG_8346

IMG_8332

IMG_8325

IMG_8357

IMG_8358

IMG_8361

Dla turystów – darmowy tramwaj jeżdżący wzdłuż największych atrakcji. Do tego widoczni na ulicach “ambasadorzy” miasta – osoby zatrudnione przez miasto, których zadaniem jest udzielanie informacji o tym jak dojść, gdzie warto iść, itp.

National Gallery of Victoria z darmowymi wystawami

National Gallery of Victoria z darmowymi wystawami

IMG_8353

IMG_8354

IMG_9310

IMG_9316

Słynne Chinatown – prawie nie zmieniona od początków istnienia chińska dzielnica.

IMG_8284

IMG_8289

IMG_8287

IMG_8291

IMG_8295

IMG_8278

IMG_8281

Kuszą nas oferty zapamiętanej z poprzedniego pobytu w Australii rewelacyjnej formy lunchu – yum cha. Wtedy siedzieliśmy przy stoliku ze znajomym, który nas na ten lunch zaprosił, a panie chodziły po całej sali z wózkami, na których miały bambusowe koszyczki. Na każdym wózku inna potrawa – najróżniejsze chińskie pierożki, kilka rodzajów smażonego makaronu i ryżu, owoce morza w różnych sosach, smażone maleńkie rybki wyglądające i smakujące jak frytki (tyle, że z oczami), mięso, warzywa, zupy. Porcje były małe, więc spokojnie można było wziąć kilka rodzajów, żeby spróbować wszystkiego po trochu. Prawda, że brzmi nieźle? Niestety tym razem nie damy rady tego przeżyć – z dwójką dzieci nie jesteśmy w stanie operować pałeczkami, wybierać potrawy spośród szybko jeżdżących wózków, zabawiać maluchy i nie spowodować katastrofy, w której na pewno weźmie udział ściągnięty ze stołu obraz. Innymi słowy – nie mamy komu oddać na chwilę dzieci do popilnowania.

IMG_8290

Oglądamy więc tylko wystawy, czytamy szyldy i idziemy dalej.

Melbourne jest kulinarną stolicą Australii. Mieszka tu prawie każda nacja, i prawie każda kuchnia ma swoją reprezentację. Hinduskie, tajskie, chińskie (z wewnętrzymi podziałami geograficznymi), koreańskie, tuareskie, brytyjskie, włoskie, angielskie, tureckie, brazylijskie, polskie, marokańskie – każde danie jesteście w stanie znaleźć w tym mieście.

IMG_8268

IMG_8301

IMG_8304

IMG_8318

IMG_8321

IMG_8404

Do tego zabawna, współczesna architektura z zaskakującymi widokami. Niesamowicie przyjemne wybrzeże rzeki, którym można iść na kilkugodzinny spacer. Mosty, kafejki, restauracje, narodowe ulice z tysiącem różnych języków. Przez ten miks kulturowy, większy niż w Sydney, stolica stanu Victoria wydaje się być bardziej kolorowa, ale też tolerancyjna, otwarta i mniej “zadęta” i “na pokaz”.

IMG_8363

IMG_8364

IMG_8374

IMG_8379

IMG_8381

IMG_8383

IMG_8396

IMG_8397

IMG_8365

IMG_8367

IMG_8368

IMG_8370

Nie zwiedziliśmy ogromu innych atrakcji – wybrzeża, ogrodu botanicznego, dalszych dzielnic, wystaw, słynnego marketu. Następnym razem – zaklinamy. Dziś już naprawdę nie damy rady.

IMG_8384

IMG_8386

IMG_8387

Jest ponad czterdzieści stopni, dzieci jakieś takie ledwo żywe siedzą prawie cały dzień w wózku, który my wytrwale pchamy.

IMG_8326

Czas na późny obiad. Niestety, zapomnieliśmy, że dziś jest poniedziałek, który wypadł po australijskim dniu niepodległości. Bez sensu? Otóż nie. Ponieważ świętowanie odbyło się w niedzielę, to oczywiste jest, iż poniedziałek będzie przedłużonym weekendem, podczas którego trzeba odpocząć. W efekcie, gdy po całym dniu potwornie zmęczeni i głodni docieramy do Docklands, zachwalanej dzielnicy z mnóstwem restauracji tuż nad nadbrzeżem, wszystkie są zamknięte. A same nadbrzeże wygląda jak opuszczona makieta filmowa bez żywego ducha. Jest po osiemnastej, a my odkrywamy, że w dniu dzisiejszym będzie ciężko znaleźć otwartą restaurację.

Hm, nie wszyscy Austalijczycy są politycznie poprawni :)

Hm, nie wszyscy Austalijczycy są politycznie poprawni :)

Wracamy do centrum i wchodzimy do pierwszej, która jest czynna i ma miejsce na nasz wózek. Trafiliśmy na kuchnię malajską.  Zamawiamy główne dania i aż siedem kubków chai ice latte (nie na raz, tylko po kolei) – przepysznej, idealnej do ostrych potraw mrożonej herbaty z przyprawami (cynamon, kardamon i inne) i słodkim skondensowanym mlekiem.

A potem kusimy się na deser. Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tymi potrawami, więc właściwie zamawiamy w ciemno dwa różne zestawy. Tym razem ja wygrałam.

IMG_8398

Okazało się, że zamówiłam słodki stożek z kruchego ciasta (z lekkim posmakiem miodu) serwowany z waniliowymi lodami. Michał za to otrzymał wymieszane: czerwoną fasolę, kukurydzę i galaretkę trawową (???) przykryte kruszonym lodem zalanym po połowie syropem różanym i słodkim mlekiem. Nie próbujecie tego w domu, nie warto marnować puszki kukurydzy.

IMG_8403

Późnym wieczorem wracamy na kemping. Upał zelżał, na niebie ani chmurki. Niestety spektakl gwiazd oznacza dla nas jedno – noc będzie zimna (około dziesięciu stopni), a my w namiocie, pod naszymi cienkimi śpiworami zmarźniemy jak psy.

Ubieram dzieciaki w co tylko mogę – podwójne t-shirty, rajstopki, skarpetki, czapki. Nie mamy żadnych ciepłych ubrań, jedyne wyjście to założyć kilka warstw. Potwornie niewygodne i męczące. Do tego kilka razy w nocy trzeba sprawdzić czy nasz nocny wędrownik Tolek nie wygrzebał się ze swojego śpiworka (a prawie zawsze to robi). Zasypiam tuląc Kaja, i myślę o tym, jak to półtora roku temu w Norwegii marzłam w namiocie i obiecywałam sobie, że już nigdy więcej. Nigdy więcej wakacji pod namiotem w kraju, gdzie na noc trzeba zakładać kożuch.

Ha, ha, ha.

P.S. Dopisek specjalnie dla włodarzy Krakowa. W Melbourne też mają problem z gołębiami. Szczególnie nie lubią ich w dzielnicy biznesowej, bo każdy wie co taki gołąb może narobić. Jednakże zamiast na nie narzekać, a jednocześnie sprzedawać turystom karmę dla ptaków (odwieczny krakowski dylemat – zrobić czy zarobić), w Melbourne postanowiono działać. Za karmienie gołębi w dzielnicy szklanych wieżowców obowiązują grzywny. Gołębie wolno karmić tylko na trawniku po drugiej stronie rzeki, gdzie postawiono im dodatkowo gołębnik, żeby zachęcić je do okupowania tej części miasta. Gdy gołębica złoży jaja pracownik miasta wybiera je, ograniczając populację tych ptaków. A jaja zapewne (choć oficjalnie się o tym nie mówi) trafiają do restauracji koreańskich.

IMG_8393

Kemping z oposem i jego hinduskie okolice

Dojechaliśmy do Dundenong, przedmieść Melbourne. Wybieramy kemping sieci Big4, dostajemy duże i komfortowe miejsce pomiędzy camperami (nie mieli typowych namiotowych) i na tydzień rozbijamy swój namiot.

IMG_8080

IMG_8119

IMG_8124

I tu kilka luźnych uwag.

Po pierwsze rozbijamy się pomiędzy dwoma wielkimi kamperami, oboma zamieszkanymi przez starsze małżeństwa. Od razu podchodzi do mnie jedna z pań i proponuje, że ma w swoim wozie dziecięce krzesełko (dla swojej wnuczki, która ją odwiedza w weekendy), więc może mi pożyczyć. Mamy swoje, więc nie korzystamy z oferty, ale ujmuje nas serdeczność obcych osób.

IMG_8106

Po drugie, gdy w kolejne upalne przedpołudnie my ledwo żyjemy (upał ponad czterdzieści stopni, jedyne o czym marzy serce to przetrwanie w bezruchu, ale jest to niemożliwe przy dwójce dzieci najwidoczniej bez serca, bo domagających się zabawy), a nasze dzieci krzyczą z oburzenia, że za mało się nimi interesujemy, podchodzi do nas pani z drugiego kampera i proponuje, żebyśmy skorzystali z ich ocienionego przedsionka przez przyczepą, bo oni jadą na wycieczkę, a tu będzie dzieciom wygodniej. Znów bezinteresowna serdeczność.

IMG_8131

Po trzecie na kempingu było mnóstwo ptaków, w tym wyglądające całkiem swojsko wróble. Wróble te notorycznie podlatywały do bocznych lusterek aut, bo nie mogły uwierzyć, że nie ma tam innych wróbli. I z wrażenia robiły fioletową kupę.

IMG_8548

Po czwarte gdy wyjeżdżaliśmy z kempingu po tygodniu postoju, poszłam do recepcji oddać klucze do toalet. I tam pani się mnie pyta, czy przyjechaliśmy autem wypożyczonym z Britza. A potem zwraca mi ponad trzydzieści dolarów, bo okazuje się, że przysługuje nam zniżka ze względu na samochód. Zupełnie o tym nie wiedzieliśmy i niesamowite jest, że pani sama zadbała o naliczenie nam upustu.

IMG_8226

Późnym popołudniem ustalamy, że nie mamy jakichkolwiek zapasów jedzenia i trzeba pojechać do sklepu. Pan na kempingu wykierował nas we właściwą stronę świata, ale zapomniał powiedzieć, po której stronie drogi powinniśmy szukać marketu. W ten sposób, całkowicie pomyłkowo, trafiliśmy do indyjskiego centrum w tej okolicy. W blaszanym budynku wyglądającym jak centrum handlowe mieściły się normalne sklepy z meblami, a pomiędzy nimi – indyjska restauracja, indyjski sklep spożywczy, indyjska świątynia. Jesteśmy zdezorientowani, ale postanawiamy jakoś sobie poradzić. Przecież to nie taki trudne kupić jedzenie, nawet jeśli jest to indyjski sklep, prawda? Weszliśmy do środka, minęliśmy posąg jednego z bogów (tak, tak – w sklepie była mini świątynka ku czci Ganesha, u stóp którego w ministawie pływały ścięte główki goździków. Takie same główki były do kupienia w sklepie) i … załamaliśmy się. Wszystkie, dosłownie wszystkie półki zastawione były jedzeniem z napisami po hindusku, a jeśli nawet miały opis angielski to i tak nam nic nie mówił. Setki mąk do wypiekania najróżniejszych placków, tysiące słoików z różnymi pastami, nadzieniami, przetworami, cała! alejka z różnymi rodzajami ryżu pakowanego w workach po 15 kilogramów, kilkaset kartonowych opakowań, w których były jakieś rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia, oleje z najróżniejszych roślin i nasion. Po prostu – absolutnie inny świat. Kompletnie nie miałam szans zrobić tu zakupów, a już na pewno nie takich, z których można przygotować szybki ogień na kempingowej kuchence. Z drugiej strony czułam, że bardzo, bardzo bym chciała mieć taki sklep w Polsce i kogoś, kto nauczyłby mnie gotowania z tych wszystkich egzotycznych rzeczy.

Na pocieszenie kupiłam jedyną rzecz, jaką znałam – Laddu – pyszne kulki orzechowe z masła ghee. Przynajmniej będę miała czym witać męża, gdy ten będzie przekraczał próg naszego namiotu.

Potem z lekką zazdrością omiatając spojrzeniem całe hinduskie rodziny, które w knajpce/restauracji obok sklepu raczyły się obiadem, ruszyliśmy na poszukiwanie prawdziwego supermarketu. A z zazdrością, bo przez okno widziałam, że hinduska knajpa serwowała coś w rodzaju szwedzkiego stołu – na długim blacie stało kilkanaście srebrnych olbrzymich kociołków, a przy każdym kucharz gotów nakładać danie na talerz. Tyle tylko, że nazwy dań absolutnie nic nam nie mówiły, a nie mieliśmy czasu na eksperymenty – dzieci coraz głośniej domagały się kolacji. Jadalnej, europejskiej kolacji.

W położonej kilometr dalej Idze kupiliśmy steki (oczywiście) i jakieś dodatki. Na kempingu była darmowa płyta do BBQ (oczywiście). I dzieci, w tym czterozębny Kaj były zadowolone z takiego obrotu rzeczy (oczywiście). My dodatkowo posililiśmy się miejscowym piwem (bo czemu nie?). Wieczorem na kolację dołączył do nas Fredek – bezczelny opos, który z niewzruszoną pewnością siebie właził na nasz stół jakby był zagubionym wędrowcem w wigilijny wieczór.

IMG_8133

Princes Highway w trzy dni.

Z Kiamy pędzimy w stronę Melbourne. Choć pędzimy to dużo powiedziane – wybraliśmy trasę wiodącą Princes Highway, i niestety ani ona Princes ani tym bardziej Highway. Właściwie cały czas przejeżdżamy przez miasteczka, urocze to fakt, ale obowiązują w nich ograniczenia prędkości do 50 km/h. Z drugiej strony nie mamy zaplanowanego czasu, żeby się w nich zatrzymać i pochodzić, więc właściwie mogliśmy jechać Hume Highway – nudną, monotonną, ale za to szybką trasą. A tak tysiąc kilometrów pomiędzy Sydney a Melbourne pokonujemy w trzy dni. Mieliśmy nadzieję, że damy radę w dwa, ale szyki pomieszały nam ograniczenia prędkości, przerwy niezbędne do “wybiegania” dzieci, i to, że nie możemy jechać po zmroku (bo wtedy nie damy rady rozbić namiotu). Ostatniego dnia musimy się zatrzymać 150 kilometrów od celu, co jest denerwujące, ale inaczej nie da rady.

Nie da się jednak ukryć, że trochę fajnych rzeczy widzieliśmy za oknem auta. Małe miasteczka jak z Dzikiego Zachodu – parterowe domki wzdłuż ulicy, każdy z inną fasadą i w innym kolorze, niejednokrotnie z początku ubiegłego wieku. Olbrzymi las, w którym cały czas padało, co napełniło nas obawą jak się rozbić w taką pogodę. Na szczęście po kilku godzinach jazdy, tuż po jego przejechaniu dostaliśmy się na drugą stronę Wielkich Gór Wododziałowych i deszcz się skończył jak nożem uciął.

IMG_8075

I zapomniane stacje benzynowe, na których posilaliśmy się pysznymi domowymi hamburgerami (z wkładem warzywnym, którego Mac może tylko pozazdrościć), gawędząc z miejscowymi farmerami (na przykład Holendrem i jego szwajcarską żoną, którzy są tu od trzydziestu lat). Stacje te rozrzucone między sobą w odległościach nierzadko większych niż 100 km. często były jednocześnie Bottleshopami – miejscami, gdzie można kupić alkohol. I tak się jakoś dziwnie składało, że właściwie wszyscy miejscowi, którzy tu podjeżdżali na pakę swoich pick-upów ładowali to samo: nowe, pełne butle gazowe i dwa wielopaki (po 24 szt) piwa. Tylko my stanowiąc odmianę prosiliśmy o kawę.

IMG_8074

Szkocja do góry nogami

Nasz pierwszy przystanek po opuszczeniu Sydney został wybrany z powodów nostalgicznych.

IMG_7961

 

IMG_7956

IMG_7953

Kiedy podczas pierwszego pobytu w Australii przyjechaliśmy do Kiamy, zachwycił nas krajobraz, który przypominał nam … Szkocję. Oboje mamy sentyment do tamtych klimatów, zresztą spędziliśmy w niej trzy tygodnie podróży poślubnej, a oto na zupełnie drugiej półkuli trafiliśmy do miejscowości, która w barwach, architekturze, szarych kamieniach na plaży, zimnych falach oceanu i pochmurnym niebie ma w sobie posmak kraju whisky :) Było to zaskakujące, bo właśnie wróciliśmy z podróży na Fraser Island i spod Uluru, gdzie na pierwszy rzut oka było widać inną przyrodę i krajobrazy. Za to tutaj pierwsze wrażenie było takie, że jesteśmy w Europie. Bardzo angielskie w stylu domki, zadbane miasteczko, wzgórza podzielone na pola i pastwiska. Dopiero bliższe spojrzenie odkrywało prawdę – inna roślinność, inne zwierzęta, plus jakiś taki typowo australijski luz, który w sympatyczny sposób łagodził “brytyjskość” miejsca.  Spacerowaliśmy wtedy cały dzień, oglądaliśmy słynną Blowhole (przesmyk w nadoceanicznych skałach, przez który wpadająca fala  wyrzuca gejzer piany), zwiedziliśmy miasteczko z drewnianymi tarasowymi domami, które kiedyś zbudowano dla robotników tutejszych kamieniołomów, odpoczywaliśmy pod latarnią morską. A na zakończenie w miejscowej chińskiej knajpie wzięliśmy na wynos po kubku makaronu i urządziliśmy sobie piknik na trawniku z widokiem na wybrzeże. Do dziś pamiętam tamto uczucie rozleniwienia, błogostanu i totalnego szczęścia.

IMG_7997

IMG_7964

IMG_7963

IMG_8059

IMG_8071

Pamiętam też, że kluski były pyszne, mimo że dostaliśmy zupełnie coś innego niż to co zamawialiśmy, bo sprzedający je Chińczyk właściwie nie mówił po angielsku.

Teraz znów tu jesteśmy. Uznaliśmy, że nie ma co pierwszego dnia jechać daleko, tylko trzeba w miarę wcześnie się rozbić i sprawdzić czy cały wypożyczony nam sprzęt działa. Mieliśmy dobrą intuicję.

IMG_7940

IMG_7937

Podczas rozkładania namiotu okazało się, że po pierwsze połamane są fragmenty, z których składa się maszty, po drugie zerwana jest gumka trzymająca te fragmenty w całości, a po trzecie ktoś złożył mokry namiot i potem go nie wysuszył. W efekcie – namiot śmierdział, plus podejrzewaliśmy jakąś pleśń gdzieś już rosnącą. A przecież Tolo ma podejrzenie astmy i powinien unikać takich klimatów.

Dzwonimy do Britza. Bardzo przepraszają i pytają, czy możemy w ich imieniu kupić sobie namiot, a oni w Melbourne gdzie zmierzamy, oddadzą nam pieniądze. Ot tak, poprostu. Nie zaprzeczają, nie wymigują się, nie żądają dowodów popierających nasze zarzuty (a zrobiliśmy zdjęcia), tylko załatwiają sprawę. Kamień z serca, bo naprawdę się bałam, że kolejne dwa miesiące będziemy mieszkać w śmierdzącym namiocie, którego rozkładanie będzie trwało dwie godziny.

Przy okazji odkrywamy, że naszą najbliższą sąsiadką spod krzaka koło namiotu jest całkiem spora jaszczurka. Nie znamy się na jaszczurkach, ale mamy nadzieję, że jest nieszkodliwa.

IMG_7932

IMG_7930

Jeśli ktoś wie, że jednak  jest niebezpieczna, bardzo proszę o kontakt. Jeśli ktoś wie, że jaszczurka jest jadalna – też bardzo proszę o kontakt. Jak już pisaliśmy jedzenie jest tutaj dość drogie…

Stawiamy namiot, dmuchamy materace, otwieramy wszystkie okna, żeby go przewietrzyć i jedziemy na krótką przejażdżkę, żeby Tolkowi pokazać Blowhole. Potem postanawiamy jeszcze zrobić zakupy spożywcze i w efekcie na kemping wracamy po ciemku. Dzieci już półśpią, zmęczone, płaczące, a tu okazuje się, że w międzyczasie był deszcz i przez otwarte okna zalał nam materace i śpiwory. Podłamani na duchu próbujemy osuszyć co się da i jakoś udaje nam się położyć Tolka w suchym łóżeczku (ma takie specjalne, dmuchane z wszytą pościelą). Nasz materac ucierpiał bardziej, ale nie mamy innego wyjścia – zasypiamy w wilgotnych śpiworach. Jednocześnie okazuje się, że nie dam rady spać z Kajem w zapiętym śpiworze, bo maluch za bardzo się wierci, więc musimy zmodyfikować pierwotny pomysł i przekształcam śpiwór w kołdrę. Jest lepiej, ale to oznacza na przyszłość dwie konsekwencje – musimy kupić prześcieradło na materac czyli nieplanowany wydatek, plus taki sposób okrycia się zapewnia nam mniej ciepła. I ta druga sprawa bardzo szybko da nam się we znaki.

Na razie noc jest w miarę ciepła, śpiwory wysychają, a my zasypiamy słuchając huczącego oceanu, bo nasz namiot stoi tuż przy plaży.

Rano, po dziewięciu godzinach nieprzerwanego snu budzi się Tolek, siada, chwilę słucha fal i oznajmia dobitnie: W tym hałasie nie da się zupełnie spać.

IMG_7946

IMG_7949

Śniadanie na trawniku przy plaży, a potem ruszamy na zwiedzanie miasta, i znów do Blowhola. Jedziemy główną ulicą i nagle widzę szyld sprzed lat – chińskie kluski. Nie jesteśmy w stanie odmówić. Kupujemy dwie porcje (ten sam chiński sprzedawca, który w ciagu tych sześciu lat zdecydowanie nauczył się języka, bo tym razem pakuje nam to, co zamówiliśmy) i ruszamy nad nabrzeże. Jest prawie tak jak kiedyś, choć… Nie da się dwa razy zrobić tej samej rzeczy w dokładnie taki sposób. Mamy dwójkę dzieci, która z jednej strony na szczęście śpi, więc mamy chwilę ciszy i relaksu, ale z drugiej strony nie możemy odejść od auta i zjeść lunchu przy samych falach, tak jak kiedyś. Nie marudzimy – parking obsadzony cedrami też jest ok.

IMG_7935

„Nasz” chińczyk z kluskami

Pod koniec dnia jedziemy kupić namiot i wybieramy mniejszy, ale funkcjonalniejszy – rozkładany jak dziecięce turystyczne łóżeczka, a nie jak tradycyjne namioty, w których trzeba składać maszty i przekładać je przez tuneliki, co zabiera mnóstwo czasu. Zadowoleni wracamy na kemping, żeby przed zachodem słońca zabrać jeszcze dzieci na plac zabaw i pospacerować po plaży.

Kemping, cedry, plaża

Kemping, cedry, plaża

IMG_8037

IMG_8043

IMG_8019

Niczym nie wyróżniające się miejce. Niczym szczególnym nie zaznaczony dzień. A jednak będzimy o nim pamiętać, bo miał prawdziwy smak leniwych wakacji w miejscu, które trąca właściwą nutę w naszych duszach.

IMG_8049