Spacerkiem przez obszar Nourlangie

Kolejnego dnia zakładamy buty za kostkę (tutaj to nie śmichy chichy, spytajcie tutejszych rangersów czemu na swoje buty za kostkę noszą dodatkowo ochraniacze i co myślą o niedzielnych turystach we flip flopach), bierzemy do plecaka apteczkę na wypadek ugryzienia węża, zapas wody, dwa nosidła, dzieci i ruszamy na krótki kilkukilometrowy spacer jednym z tutejszych szlaków. Do przejścia w godzinę, ale w tym upale, z dziećmi na plecach zajmuje nam dwie. 

IMG_7452

 

IMG_7446

Główną atrakcją są oczywiście naskalne malowidła. Zwiedzamy miejsca, które były schronieniem Aborygenów w porze deszczowej dwadzieścia tysięcy lat temu.
IMG_7436
IMG_7441
Aborygeni malowali dla opowiedzenia historii, dla odprawienia magicznych rytuałów, dla utrwalenia jakiś wydarzeń i dla ozdoby – takie ręcznie wykonane tapety :)
W wiosce odbyły się tańce hulańce

W wiosce odbyły się tańce hulańce

w tym sezonie królują tapety z kangurami

w tym sezonie królują tapety z kangurami

IMG_7444

IMG_7460

Na koniec, jak to zwykle bywa, doszliśmy do punktu widokowego. Przed nami, w oddali widać było wyraźnie zaznaczone wzniesienie – tajemniczą i niedostępną Ziemię Arnhema.
IMG_7490
IMG_7486
IMG_7480
IMG_7496
To tyle. Taki krótki post do oglądania.
IMG_7478
IMG_7477
Busz po wypaleniu

Busz po wypaleniu

IMG_7476

Gniazdo mrówek zielonotyłkowych

Gniazdo mrówek zielonotyłkowych

 

Polowanie na śniadanie

Polowanie na śniadanie

IMG_7501IMG_7507

 

T-bone po australijsku

Mam przyjaciela który jest wielkim smakoszem i koneserem wołowiny. To on pierwszy pokazał mi steki Kobe, delikatne jak krem paski mięsa z krowy, którą codziennie poi się piwem, masuje i raczy relaksacyjną muzyką. Czas na rewanż Bartku. Szkoda że nie ma Cię tu z nami. Specjalnie dla Ciebie przepis na australijskiego steka – coś z przeciwnego krańca spektrum, egalitarne a jakże pyszne.

  1. Idziesz do najbliższego spożywczaka. Nawet najbardziej zapadłe przedmieścia mają pokaźny wybór świeżej wołowiny, przynajmniej 4-5 rodzajów
  2. Kupujesz półkilowy T-bone za równowartość 30 zł
  3. Jeśli nie dysponujesz płytą, udajesz się do najbliższego parku lub na plażę. Darmowa, powszechna, elektryczna płyta do Barbecue jest największą zdobyczą kultury Australijskej.
  4. Wciskasz guzik, wykładasz mięso i obracasz. Tutejsze krowy spędzają życie na wolnym powietrzu i całe życie jedzą trawę. To co trafia do sklepów jest super świeże. Zachód słońca na plaży i wrzaski papug gratis.
  5. Sugerowana przystawka, tasmańskie ale z najstarszego browaru w Australii (1824)

Jeżeli myślisz o kupieniu biletu, ja stawiam obiad. Do zobaczenia!

Warto mieć marzenia

Głównym powodem, dla którego wybraliśmy się na północ jest właśnie on – Park Kakadu. Dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, w któryś niedzielny poranek obejrzałam film przyrodniczy właśnie o tym miejscu, i pomyślałam wtedy, że muszę tu kiedyś przyjechać i zobaczyć to na własne oczy. Miło dowiedzieć się, że nastoletnie marzenia potrafią się spełniac (przynajmniej niektóre, bo to o romantycznej kolacji z Kevinem Costnerem jakoś nie doszło do skutku…). I teraz tu jesteśmy.
IMG_7293_1
Po drodze z Darwin  zatrzymaliśmy się w Bark Hut Inn.
IMG_7262_1
IMG_7264_1
IMG_7263_1
Ach, co za klimat! Zakurzone dystrybutory paliwa, zakurzona weranda, ciemne, zakurzone wnętrze. Na ścianach zdjęcia ze spędu bydła, w kącie sali zardzewiała Toyota model Bull Catcher, z unikalnym metalowym koszem dla kowboja wywijającego lassem.
IMG_7278_1
IMG_7281_1
Mieliśmy nadzieję na steki z wodnego bawołu, niestety już się skończyły, więc pozostała nam tylko kiełbasa z tegoż lub gulasz zapieczony w cieście. Bierzemy, jedno i drugie przepyszne.
W zakurzonym wnętrzu Tolo zjada zupełnie nie zakurzoną kiełbasę z bawołu wodnego.

W zakurzonym wnętrzu Tolo zjada zupełnie nie zakurzoną kiełbasę z bawołu wodnego.

Smaka na steka narobiła nam Aleksandra Pawlicka, autorka „Światoholików”, gdy  opisała jak z mężem po dniu spędzonym na wyprawie przez busz z aborygeńską przewodniczką zasiedli przy ognisku na  kolacji ze stekiem z prawdziwego dzikiego bawołu wodnego. Były to zwierzęta przywiezione tutaj przez białych i jak prawie wszystko co biali przywieźli, a co nie było zaplanowane przez ewolucję, dokonały ogromnych szkód i zniszczeń w przyrodzie Australii. Dodatkowo, zamiast być trzymane w zagrodzie, część z nich została na północy porzucona przez wracających do Anglii farmerów, i tak bydło stało się dzikie i dostosowało się do warunków. Jakoś te sztuki uniknęły pożarcia przez krokodyle, i po rozmnożeniu się zaczęły dewastować nadbrzeże, bagna i mokradła. Rozkopywały, niszczyły roślinność, która zupelnie nie była przystosowana do deptania przez zwierzęta kopytne (nie ma natywnych kopytnych w Australii) i w efekcie słona woda z oceanu wdzierała się coraz głębiej w ląd, zanieczyszczając zbiorniki ze słodką wodą (billabongi), które pozwalały zwierzętom i ludziom przetrwać porę suchą. Bawoły za to w celu ochłody i uniknięcia insektów całe dnie spędzały zanurzone w mulistych sadzawkach. W ciągu ostatnich dziesięciu lat żeby ochronić obszar wybrzeża przed zalaniem przez morze, przeprowadzono akcję wyłapywania dzikich bawołów, i ponoć aktualnie nie ma ich już na wolności. Wszystkie są hodowlane, dlatego nie mieliśmy już szansy powtórzyć przeżycia pani Aleksandry, ale zapewniam, że mięso choćby i hodowlanego bawołu wodnego jest warte grzechu i swojej ceny. I nie ma nic wspólnego ze znaną nam wołowiną. Słodkie, soczyste, aromatyczne, bardziej jak dziczyzna.
Ściana  popołudniowego deszczu

Ściana popołudniowego deszczu

Przyjechaliśmy tutaj w porze deszczowej. To nie znaczy, że pada cały czas. Pada na pewno w nocy i po południu. Resztę czasu jest zwykle słonecznie, parno, gorąco. Z jednej strony – jest to najgorszy czas na przyjazd. Sporo szlaków jest zamkniętych z powodu powodzi, właściwie większość rzeczy jest nieczynnych (spływy rzeką, wycieczki w busz z Aborygenami itp). Martwy sezon. Wilgotność też jest jedna z wyższych w roku, kąpać nigdzie się nie wolno, bo wszystko jest zasiedlone przez kroksy. Do tego muchy, komary.
Z drugiej strony tylko teraz można ta krainę zobaczyć tak zieloną. Normalnie jest sucha, brazowa, pusta, czekajaca na monsunowe deszcze. Muchy są jeszcze bardziej natrętne, bo szukając choćby obietnicy wody włażą do oczy, nosa, uszu. Ciągle jest gorąco, ale nawet cień nie daje odetchnąć, bo cały wypełniony jest dusznym powietrzem, bez szans na podmuch wiatru. Tubylcy, zarówno biali jak i czarni, pod koniec listopada i w grudniu całą swoją uwagę kierują na prognozę pogody. Kiedy w końcu zacznie padać? Słychać grzmoty, na niebie widać błyskawice, chmury potrafią skłębić się w kominy o wysokości 20 kilometrów, ale nie ma ani kropli deszczu.
Przyroda dosłownie zamiera. Eukaliptusy zrzucają swoje i tak wąziutkie, o małej powierzchni parowania liście, wodne zwierzęta zagrzebują się głeboko w ostatnich błotnych jamach. Przy prawie wyschniętych billabongach obok siebie siedzą drapieżcy i ich  i ofiary, z chwilowym zawieszeniem broni  w obliczu bezlitosnej suszy. Ryby umierają, bo woda, albo raczej mulista breja, zawiera za mało tlenu. Przeżyją tylko te, które potrafią oddychać powietrzem wprost, wystawiając pyszczki ponad powierzchnię wody.
Krokodyle, zagrzebane jeden koło drugiego (teraz przestają walczyć o terytorium, walczą o przeżycie) zwalniają bicie swojego serca do 3 uderzeń na minutę, a oddech biorą raz na pięć minut. To jedyna okazja, żeby do nich naprawdę blisko podejść, jeśli ktoś chce oczywiście.
To nieznośne oczekiwanie na deszcz, na znak, że udało się przeżyć suszę, w różnych częściach świata nosi różną nazwę. Zawsze oznacza ona pewien rodzaj szaleństwa, kiedy ludzie robią i czują rzeczy na pograniczu pomieszania zmysłów, a czasem nawet poza swoją kontrolą. Tutaj mówią na to: mango madness.
Kiedy w końcu deszcz spada, wszystko wybucha. Ludzie znów czują, że żyją, przyroda eksploduje. Rośliny zazieleniają cały park, zwierzęta rozmnażaja się na potęgę. Byle zdążyć przed kolejną suszą.
Więc z dwojga złego (tutaj nie ma miłego czasu na przyjazd) wolę być tu teraz.
Zatrzymaliśmy się w jednym z dwóch należących do Aborygenów ośrodków, wyznając zasadę, że wydawane przez nas pieniądze powinny trafić do lokalnych ludzi.
Domek (?) jest czysty, funkcjonalny, ma ściany z dziurkowanej blachy falistej (więc rano i w nocy czujemy się właściwie tak, jakbyśmy spali bezpośrednio wśród egzotycznej roślinności) i dach z jakiejś deszczoodpornej tkaniny. Pod sufitem wiatrak, który chodzi non stop.
Nasz "dom" na najbliższych kilka dni

Nasz „dom” na najbliższych kilka dni

IMG_7288_1

IMG_7290_1

Wzniesiony na palach, pod spodem zapewnia wentylację i mieszkanie dla kilku jaszczurek.
IMG_7521
Pomiędzy domkiem na naszą prywatną łazienką rośnie palma, na której mieszka nietoperz Gonzales.
IMG_7422
Cały dzień wisi głową w dół, wieczorem lata po niebie wrzeszcząc niemiłosiernie ze swoimi kumplami, a nocą obgryza owoce z palmy i zrzuca je na dół. Gdyby ktoś był ciekawy (tak jak mój mąż) jak jest możliwe robienie kupy, gdy wisi się głową w dół, to informuję, że w tym celu Gonzales obraca się tyłkiem w dół, robi co trzeba i wraca do swojej ulubionej pozycji. Wiem to, bo pewnej nocy gdy obserwowałam go świecąc mu snopem światła z latarki prosto w pysk zdenerwował się i postanowił mnie zniechęcić. Na szczęście nie ma jeszcze chłop tej celności co krakowskie gołębie.
IMG_7416
I ostatnia dygresja – we wspomnianym już Centrum Edukacyjnym Okno na Bagna w drodze z Darwin do Kakadu, była informacja o zagrożeniu śmiertelnym dla człowieka wirusem przenoszonym przez ślinę i kał tutejszych nietoperzy. Doradzano, żeby nie wchodzić na tereny opanowane przez te latające ssaki, nie brać do ręki przeżuwanych przez nie owoców, itp., a w przypadku kontaktu i zranienia – zgłosić się do szpitala. Pomyślałam sobie wtedy (ech, te europejskie przyzwyczajenia), że dla zachowania bezpieczeństwa nie będziemy wchodzić do jaskiń. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że te obślinione owoce (i inne wydalane rzeczy) będą leżeć na mojej drodze z sypialni do łazienki.
To co nas zdziwiło na kempingu, to biała obsługa. Kiedy poruszyliśmy ten temat w recepcji (to w końcu jest to aborygeński kemping, czy nie?) dowiedzieliśmy się, że dużo jeszcze czasu musi minąć zanim Aborygeni przywykną do białego sposobu życia. A co za tym idzie będą w stanie bez nieśmiałości i dystansu rozmawiać z nami i wchodzić w interakcje z obcymi osobami. Żeby prowadzić kemping trzeba zarządzać ludźmi lub rozwiązywać problemy i konflikty (a nikt nie jest tak roszczeniowy i kłótliwy jak niedzielni turyści) – to są umiejętności zupełnie obce Aborygenom. Żadne wcześniej pokolenie się tego nie uczyło, więc skąd mieliby wiedzieć jak to się robi? Do tej pory zupełnie nie potrzebowali tych cech, ich sposob życia ( zarówno tradycyjny, a jak i potem na obrzeżach kultury Australijczyków) nigdy nie zakładał takiej roli.
Poza tym – Aborygeni ciągle czujący się w buszu jak w domu mają inne niż my wymagania dotyczące miejsca do spania i poczucia komfortu ;) więc muszą się nauczyć, co jest dla nas ważne, jeśli chcą świadczyć usługi. Pytanie – czy chcą? Pytanie – dlaczego mieliby chcieć?
Na razie więc ponieważ kempingi są położone na ziemi aborygeńskiej, Aborygeni otrzymują z nich dochód i podejmują decyzje w kwestiach kluczowych, ale to biali uczą ich wszystkich aspektów, tego jak dbać o infrastrukturę, co oferować, itp. Co z tego wyniknie – zobaczymy.
Dziewczyna w recepcji, jak i potem przemiła pani w centrum aborygeńskim, obie zakręcone na punkcie aborygenskim, mające wśród nich przyjaciół, niezbyt optymistycznie oceniają przyszłość. Mówią, że teraz jest właściwie pierwsze pokolenie Aborygenów, które może teoretycznie zdobyć wyższe wykształcenie. Ale ilu z nich z tego skorzysta? Studiowanie wiąże się z kosztami, to raz. Po drugie, oznacza rozłąkę z rodziną, która dla Aborygena jest naturalnym środowiskiem. Po trzecie – oznacza wytrwanie w miejscu, w którym nie jest się najmilej  widzianym. Bez wsparcia rodziny i środowiska, z piętnem biedoty, pijaka i leniucha – ilu z nich młodych zdoła wytrwać i zdobyć to wykształcenie, żeby kolejnym pokoleniom przekazać, że można i warto?
Jednocześnie, ponieważ Park Kakadu jest współzarządzany przez Australijczyków i Aborygenów, to w jedynym miasteczku – Jabiru, panuje inna atmosfera niż ta, którą do tej pory obserwowaliśmy. Tak jakby Aborygeni czuli się bardziej u siebie, jakby nie musieli już koncentrować się na ignorowaniu białych i poczuli się bardziej swobodnie. Chodzą grupami, rozmawiają, śmieją się, siedzą, krzyczą na dzieci biegające w koło, zaznaczają swoja obecność, zagarniają przestrzeń, zamiast istnieć w obszarach ograniczonych przez niewidzialną granicę w miastach białych.
Jednym słowem – czują się u siebie.
To właśnie w tym miejscu jest szansa na stworzenie im przestrzeni i warunków, w których zostanie odbudowana rola tradycyjnej rodziny, gdzie starsi przekazują wzorce młodszym. W ten sposób może uda się ograniczyć gnębiącą ich patologię, marazm, degenerację.
Nam w każdym razie podobało się, że tutaj klimat związany z obecnością Aborygenów jest inny niż w miastach. Mieli w sobie więcej życia, więcej uśmiechu, więcej godności.
Robimy spożywcze zakupy w jedynym supermarkecie (pamiętacie takie coś jak sklepy GS? – do takiego właśnie trafiliśmy), a potem w centrum turystycznym dowiadujemy się, które szlaki są przejezdne. Niewiele tego, oj niewiele. Pan doradza jak najszybciej wybrać się do Ubirr, bo droga tam jest zalana, ale na razie na 20 cm, więc osobówką przejedziemy. Ale jutro pewnie będzie to niemożliwe, bo zapowiadają kolejne opady deszczu.
Ruszamy. Dojeżdzamy do pierwszej wody i … okazuje się, że wody jest stanowczo za dużo jak na nasze auto. Żeby jeszcze się upewnić wysiadam i ostrożnie, z sercem na ramieniu, podchodzę do rzeki. Oczy mam dookoła głowy, bo tablica o krokodylach nie pozwala się zrelaksować. Pamiętacie prędkość z jaką atakują z zaskoczenia, prawda? Naprawdę czuję się jak pionier na jakiejś nieznanej, nieprzyjaznej i śmiertelnej planecie. Powinnam wejść do wody, żeby sprawdzić największą głębokość, ale jakoś nie mam ochoty…
Ta żółta tablica traktuje o zagrożeniu krokodylowym

Ta żółta tablica traktuje o zagrożeniu krokodylowym

W tym momencie podjeżdża terenowka wypakowana aborygeńskimi kobietami i ich dziećmi, maluchy wyskakują, mijając nas krzyczą: Hello, a potem wskakują do rzeki i zaczynają się pluskać. Jedna z mam śmiejac się mówi do mnie: free public swimmingpool. Raz się żyje, prawda? Skoro oni się kąpią, to znaczy, że chyba wiedzą co robią, tak?
Tolek woli poobserwować wszystko z daleka, Kaj na widok wody przebiera nogami tak, że mało pieluszki nie zgubi. Sadzam go na zalanym wodą asfalcie, a Aborygeni  śmieją się widząc tak białego malucha chlapiącego z pasją wodą dookoła.
IMG_7311_1
IMG_7308_1
Po kąpieli wracamy do auta i sprawdzamy na mapie, czy mamy jakieś inne opcje wycieczek, bo do Ubbirr na pewno nie dojedziemy.
Zatrzymuje się koło nas terenowa Toyota z dwójką mężczyzn i kierowca pyta Michała, czy potrzebujemy podrzucenia. Wizja dzieci ich nie zraża, ustalamy, że pojedziemy z nimi do skał z malowidłami aborygeńskimi, a potem wracając podrzucą nas do naszego auta. Wsiadamy, ja mówię coś do Tolka, a pan za kierownicą: O dzień dobry, skąd jesteście?
Świat jest mały prawda? ;)
Okazało się, że Damian jest spod Karczewa ( rzut kamieniem od naszego domu, a spotkaliśmy się na prawie bezludnym końcu Australii) i razem ze swoim kolegą Olivierem wybrali się na trzytygodniowe wakacje. Byli na rafie, w miastach i na wyspach, a teraz kończą podróż wizytą w Kakadu.
Złapany autostop do Ubirr

Złapany autostop do Ubirr

Gdy dojeżdżamy na parking, zaczyna padać. Nie jest to może monsunowa ulewa, ale i tak cholernie utrudnia nam wspinaczkę po skałach z nosidłami z dwójką dzieci i aparatem ukrytym pod peleryną przeciwdeszczową. Robię zdjęcia znalezionym malowidłom, a Kaj radośnie podskakuje w nosidle próbując złapać na język jak najwięcej deszczu. Niewdzięczna robota, naprawdę :)
 IMG_7329_1
Malowidła aborygeńskie są jednymi z najstarszych na świecie – datowane na ponad trzydzieści tysięcy lat. Nie można dokładnie okreslić ich wieku, bo farba nie zawiera żadnych organicznych fragmentów.
IMG_7434
Naukowcy ciągle szukają wiarygodnej metody, a na razie najczęściej są to przybliżone szacunki. Jedną ze wskazówek jest przyjrzenie się namalowanym roślinom i zwierzętom, jeśli z innych źródeł archeologicznych wiadomo kiedy te organizmy istniały. I tak na przykład widziany przez nas rysunek tygrysa tasmańskiego powstał nie później niż 2-3 tysiące lat temu, kiedy to tygrys wyginął na lądzie.
IMG_7339
Oglądane przez nas malowidła były dość młode – od kilkutysiącletnich do kilusetletnich.
IMG_7317_1

Żółw długoszyji (ten co je młode krokodyle), który do dziś zamieszkuje tereny Parku

Żółw długoszyji (ten co je młode krokodyle), który do dziś zamieszkuje tereny Parku

IMG_7322_1
IMG_7323_1
IMG_7327_1
Najstarsze są na Ziemi Arnhema, terytorium całkowicie aborygeńskim, gdzie biały człowiek potrzebuje pozwolenia od Aborygenów na wejście. Dodatkowo w porze deszczowej ten kawałek lądu był całkowicie odcięty przez powodzie od reszty Australii, obie i jedyne drogi były nieprzejezdne, a jedynym sposobem żeby sie tam dostać był helikopter. Na Ziemi Arnhema Aborygenii moga żyć według swoich zasad, w większości kontynuując swój tradycyjny styl. Żyją w buszu, busz ich żywi, chroni, leczy. Niektórzy z nich są przewodnikami wycieczek w porze suchej, inni nie życzą sobie żadnego kontaktu z białym człowiekiem.
Ziemia Arnhema w tle

Ziemia Arnhema w tle

Wędrując od jednej galerii naskalnej do drugiej doczekaliśmy końca deszczu i wdrapaliśmy się na płaskowyż, z którego roztaczał się bezkresny widok na zielone przestrzenie parku.
 IMG_7344
IMG_7355
IMG_7361
IMG_7363
IMG_7364
IMG_7366
IMG_7370
IMG_7372
Warto było złapać autostopa w to miejsce.
Ps. Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że krokodyle są szczególnie łatwo spotykane właśnie na świeżo zalanych drogach, gdzie powodowane znaną dla krokodyli ciekawością (to nie żart) sprawdzają nowe miejsca i szanse na jedzenie. Rzecznika Praw Dziecka chcieliśmy zapewnić, że był to ostatni raz, gdy tak beztrosko kąpaliśmy dzieci na krokodylim terytorium.
IMG_7375
Ostrzeżenie dla innych - ten człowiek kopał święte kamienie w rzece, i za karę zachorował na stawy.

Ostrzeżenie dla innych – ten człowiek kopał święte kamienie w rzece, i za karę zachorował na stawy.

IMG_7382IMG_7383

Drzewo papierowe, z którego Aborygeni robią latarnie, torby na wodę, papier do pakowania paczek, a po złamaniu gałęzi - mają świeżą wodę do ugaszenia pragnienia.

Drzewo papierowe, z którego Aborygeni robią latarnie, torby na wodę, papier do pakowania paczek, a po złamaniu gałęzi – mają świeżą wodę do ugaszenia pragnienia.

 

 

Żaba

Żaba

 

IMG_7392

IMG_7387
   

Słoneczna szafa pełna mrocznego rasizmu

Mam prośbę. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że pewnego dnia przychodzą przedstawiciele rasy  innej niż wy i za pomocą siły narzucają wam nowe zasady życia. Od tej pory nie wolno wam nosić ubrań. Tak, tak – wszędzie chodzicie nago i bez butów. Mało tego – zostajecie przeniesieni do lasu i od tej pory macie sobie w nim radzić. Wasi ciemiężyciele umieją tak żyć, znają wszystkie sztuczki z jadalnymi roślinami i korzonkami, wiedzą jak rozpalić ogień, jak przetrwać zimną noc, itp. Ale wam tego nie mówią, albo mówią w języku, którego nie rozumiecie, a skoro nie rozumiecie, to tracą cierpliwość i więcej wam tego nie tłumaczą. Więc albo uda wam się zdobyć coś do jedzenia i nakarmienia waszych najbliższych, albo nie – wtedy głodujecie, lub jecie coś trujacego i umieracie. Nie rozumiecie zasad rządzących w społeczności waszych prześladowców i  nie macie szans ich poznać, bo nie pozwalają wam na to. Jesteście dla nich zwierzętami, podgatunkiem, bez żadnych praw i ochrony. Nie macie gdzie dociekać sprawiedliwości, gdy spotka was krzywda. Nie dostajecie żadnej pomocy, gdy zachoruje wasz bliski, a starych lekarstw już nie macie. Wyznawanie religii, która była waszą tożsamością jest zakazane. Wasze świątynie, kościoły przestały istnieć, lub zostały przemienione w świeckie miejsca (brzmi znajomo, co?). Używanie języka, który znacie jest tępione. Ilu z was przeżyje? Każda próba buntu jest porażką, nie macie szans na zmianę. Beznadzieja to jedyne uczucie, które po jakimś czasie jesteście w stanie czuć. Wy, albo kilka pokoleń po was. Tak, wasze dzieci i wnuki dalej nie mają żadnych praw, są podkategorią ludzi. Na krawędzi przeżycia.

Bez tradycji, języka, religii, możliwości życia w sposób cywilizowany, w jaki od pokoleń był wam bliski – kim jesteście? Ile macie siły by ciągle pamiętać, kim byliście? Kim byli wasi przodkowie? Pamiętajcie -naprawdę nie macie żadnych szans na zmianę. Żadnych powstań, nagłej pomocy zbrojnej z Ameryki, nic. Myślicie wyłącznie o przeżyciu kolejnego dnia. Nie macie szans na zapewnienie godnej egzystencji dla waszej rodziny, dzieci. Stajecie się bezużyteczni, tracicie rolę, którą powinniście wykonywać, możecie tylko patrzeć na cierpienie najbliższych.
To nie wszystko. Przedstawiciele obcej rasy w pewnym momencie, bez żadnych konsultacji z waszej strony, stwierdzają, że za mało się staracie. Za bardzo pamiętacie o dawnych czasach, gdy żyliscie w miastach, nosiliście ubrania, korzystalicie z cywilizacji. I postanawiają, że rozwiązaniem będzie nauczenie waszych dzieci (którymi pomiatają tak samo jak wami, bo kto by się przejmował potomstwem zwierząt) jak żyć według nowych reguł. Przychodzą do waszego domu, tak jak do wszystkich innych domów ludzi waszego rodzaju, i zabierają wam dzieci. W jednej chwili, bez żadnej możliwości protestu z waszej strony. Bez żadnej szansy na pójście do sądu. Zabierają waszego trzyletniego bawiącego się przed domem synka, sześciolatkę, która właśnie wróciła z wyprawy po jagody, i  odbierają też kilkumiesięcznego niemowlaka, nie pozwalając mu nawet dokończyć ssania piersi od której go oderwali. Całe pokolenie waszych ludzi zostaje porwane w imię nowego prawa. Nie ma żadnych spisów, żadnego sposobu żeby dowiedzieć się, gdzie jest wasze dziecko. Gdzie zostało wywiezione. Nigdy ich nie znajdziecie, będziecie tylko pamiętać ich twarze. Dzieci otrzymują nowe imiona, część z nich jest tak maleńka że nie pamięta ani mamy, ani taty. Innym,tym które coś kojarzą mówi się, że rodzice nie żyją. Gdy odzyskają wolność po skończeniu osiemnastu lat – nie będą nic wiedzieć, nic pamiętać. Nie ma szans na połączenie rozdzielonych rodzin, na oddanie matce dziecka, za którym tęskniła kilkanaście lat.
Dzieci jednak, mimo że wychowane według kultury panującej rasy, nie są przez nią akceptowane. Dalej nie mają praw, nie mają szans na równy udział w społeczności, na ochronę, na pomoc. Ale teraz to pokolenie nie ma też już łączności ze swoją historią i tożsamością. Dorastało, i nikt im nie opowiadał o dawnych czasach, gdy chodziło się w ubraniach, gdy w niedzielę rodziny zmierzały do kościoła, gdy ludzie żyli inaczej i inne wartosci wyznawali. Nikt im nie powiedział, że są dziećmi cywilizowanych ludzi.
Kim są te dorosłe dzieci? Nikim. Nic nie mogą, nic nie wiedzą. Mieszkają w gettach, bo w innym miejscu nie mają prawa. Część wróciła do was, starszyzny. Część plącze się na obrzeżach obozów założonych przez najeźców, którzy w waszym kraju już są panami, a nie najeźćcami.
Te dzieci same stają się rodzicami. Ale nikt im nie powiedział jak to jest być rodzicem, co to znaczy opiekować sie dzieckiem, jak należy o nie dbać, kochać. Więc zaczyna się patologia, przemoc, wykorzystywanie seksualne, alkoholizm.
Wtedy dzieci tych poprzednich dzieci też są odbierane, żeby je chronić. Ale rodzice nie rozumieją dlaczego tak się dzieje. Nie wiedzą co zrobily źle. Nikt ich niczego nie uczy, nic nie wyjaśnia. Dzieci też nie rozumieją dlaczego są zabrane. Błędne koło poczucia krzywdy, bezradności, beznadziei kręci się w najlepsze.
Naprawdę to sobie wyobrażacie? Serio – przez kilka sekund pomyślcie jak to by było. A teraz odpowiedźcie szczerze – gdybyście w tej beznadziejnej egzystencji odkryli owoc, po zjedzeniu którego zapominalibyście o swojej sytuacji, który zlikwidowałby ból z waszego serca, którego kęs pozwoliłby waszym myślom w końcu zignorować nędzę w której żyje wasza rodzina, to czy mielibyście siłę, żeby tego owocu nie jeść codziennie?
Czym jest ta historia – kiepskim scenariuszem trzeciorzędnego filmu s-f?
Jest skróconą i uproszczoną wersją tego, co spotkało Aborygenów.
Początki spotkania z białymi nie były od razu dramatyczne, ale nie zależnie od rodzaju i grubości białych rękawiczek (może kiedyś o ty coś napiszemy, zależy od czasu) , polityka Anglików wobec natywnych mieszkańców zmierzała w jednym kierunku – przekonwertowania ich na zachowania tożsame dla białych. Gdy w wyniku ekspansji na ziemię położoną w głąb lądu Aborygeni zaczęli się bronić, zostali potraktowani z całą siłą na jaką armia brytyjska mogła sobie pozwolić. A mogła na wiele. Czarni zostali pozbawieni praw i ochrony. Zostali wrogami, których należało spacyfikować, mniej lub bardziej brutalnie, a jeśli już przestali się stawiać, to na wszelki wypadek, żeby im nic do głowy nie przyszło, zostali zepchnięci do najniższej warstwy społeczeństwa.
Historia stara jak świat. Zawsze tak jest gdy silniejszy rości sobie prawa do czegoś, co należy do słabszego. W każdym miejscu globu są nacje lub grupy zepchnięte poza społeczeństwo. Czarni, Cyganie, Indianie, Aborygeni, imigranci tacy i owacy, lub natywni mieszkańcy, ale pechowo dla nich – słabsi.
W wielu miejscach te grupy powoli wywalczyły sobie równe prawa. Prawo do podróżowania tym samym autobusem co biali, prawo do chodzenia do szkoły, na publiczny basen, prawo do głosowania.
Jednocześnie nie da się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat postępu różnymi programami rządowymi przekreślić kilkuset lat historii podboju i prześladowań. Więc nie dziwi, że jako słabsi, te grupy są najmniej wyedukowane, najgorzej przystowane do życia według narzuconych im reguł, najbardziej narażone na bezrobocie, a co za tym idzie – na patologię, przestępczość i alkoholizm. Nie wymyślono jeszcze jednego sprawdzonego sposobu na rozwiązanie tego problemu, każde państwo radzi sobie jak może. Lub nie radzi. Australia też cudownego lekarstwa nie ma i nie ma co oczekiwać, że akurat tutaj zostanie wynalezione.
Aborygeni na nadbrzeżu Sydney pozujący z turystami poszukującymi prawdziwych fotek z egzotycznej wyprawy do krainy Oz.

Aborygeni na nadbrzeżu Sydney pozujący z turystami poszukującymi prawdziwych fotek z egzotycznej wyprawy do krainy Oz.

To co nas dziwi w Australii i stosunku tutejszych białych do czarnych to ciągle panujący, dość powszechny i zupełnie nie ukrywany rasizm. W Ameryce rasizm jest. Ale na poziomie prawa i państwowych reguł jest potępiany i zwalczany. Mało tego – tam jednak czarni i biali potrafią razem żyć, pracować, spędzać czas wolny, być aktywnym społecznie i politycznie.
Tutaj podział jest bardzo wyraźny, wręcz bijący w oczy. Piszemy tylko o tym co widzieliśmy, niestety dowodów na współpracę nie spotkaliśmy wiele.
Park w Darwin przedzielony drogą. Po obu jej stronach place zabaw. Niedzielne, wakacyjne popołudnie. Na jednym z placów bawią się same białe dzieci. Na drugim – same czarne. Po tej pierwszej stronie drogi z kocami rozłożyły się białe rodziny. Po drugiej piknikują (zaznaczam – bez alkoholu) Aborygeni. Żadnego przemieszania. Nie ma też żadnych tablic nakazujących taki, a nie inny podział, ale granica jest wyraźna. Kusi nas, żeby namieszać. Rozłożyć swój koc na zakazanej „czarnej” stronie i zobaczyć jaki efekt wywołamy. Aborygeni nas wyproszą? Będą niemili, agresywni? Czy po prostu udadzą, że nas nie widzą? A biali? Będą nas pokazywać palcem? A może ktoś życzliwy podejdzie i uprzejmie wytłumaczy, że się pomyliliśmy, i nasze miejsce jest 4 metry dalej, po drugiej stronie drogi? Niestety nasze dzieci właśnie zasnęły w aucie i nie mamy sumienia ich budzić, żeby zaspokoić swoją ciekawość.
W miastach ulicami płyną dwie rzeki. Rzeka biała i czarna. Często płyną obok siebie, czasem się przecinają, ale zawsze są osobno. Naprawdę, patrząc na ruch miejski mam ciągle nieustępujące wrażenie, że to są dwa osobne światy funkcjonujące w dwóch różnych płaszczyznach, i tylko wyglądają jakby razem były w tym samym miejscu.
Nawet w supermarkecie, gdzie trzeba się minąć koło półki, przesunąć wózek, czy przepuścić w alejce te dwa światy się ze sobą nie komunikują. Najwyżej ktoś w milczeniu poczeka, aż druga strona odejdzie, zwolni miejsce, przesunie się. Ale dzieje się to bez słów, za to z mową ciała – nie widzę cię.
Swoją drogą jak inaczej nazwać kartki, które notorycznie wiszą na szybie każdego sklepu, jeśli nie próbą wyśmiania i zmuszenia do podporządkowania się narzuconym, obcym zasadom? Kartki oznajmiają, że bez koszuli i butów nie wolno wchodzić do sklepu.
Aborygeni nie noszą butów. To znaczy noszą je w ręku, i zakładają gdy do sklepu jednak chcą wejść. Gdy mają buty na stopach, tracą kontakt z ziemią, która jest częścią nich. Poza tym – w butach czują się zniewoleni, jest im niewygodnie. Ale biali przecież tego nie będą tolerować.
Inna sprawa, że jednak większość z nich, w myśl zasady o ignorowaniu i niezauważaniu świata białych, ignoruje kartki i wchodzi do sklepów klapnięciami bosych stóp o płytki zaznaczając swoją drogę. I nikt jednak ich nie wyprasza. Dlatego, że w rewanżu biali ochroniarze nie zauważają bosonogich czarnych? Dlatego, że prawo nie pozwala na nieobsłużenie w sklepie obywatela? Czy dlatego że jednak każdy klient to przychód, bosy czy obuty – obaj płacą plastikowymi banknotami.
Za to ja, w ramach małego eksperymentu często łapałam wzrok głównie Aborygenek, które jednak łamiąc zasady zwracały uwagę na uczepionych do mnie dwóch blondynków. Zresztą same często miały swoje dzieci gdzieś w pobliżu, więc jakaś nić milczącego porozumienia ponad rasą się nawiązywała. I za każdym razem, gdy przekraczałam tą niewidzialną granicę i uśmiechałam się do nich, w rewanżu otrzymywałam uśmiech. Nie jest źle :)
Australijczycy często twierdzą, że Aborygenii są niewdzięczni. No bo rząd na przykład dał  im nowiutkie domu do zamieszkania, a oni zamiast docenić, to pomieszkali, poniszczyli, zupełnie o nie nie dbali, a potem takie zdewastowane porzucili.
Te nowe domy to tzw. aborygeńskie wspólnoty. Rządowe osiedle domów, z bazową infrastrukturą i teoretycznie zapewnionymi specjalistami – opieką lekarską, nauczycielami. W rzeczywistości domy są przepełnione, często brakuje tam zwykłej czystej wody, opieka medyczna jest sporadyczna, a nauczyciele są różni. Jedni są pasjonatami, chcącymi naprawdę coś zmienić, a inni trafiają tam jak na zesłanie.
Z drugiej strony ja się spytam: czy Aborygeni chcieli tych domów? Czy oni od setek lat mieszkali w domach, żeby to było coś cennego dla nich? Czy oni w swoje kilkusetletniej kulturze ludu wędrującego mają zaszczepione dbanie o rzeczy materialne, gromadzenie ich, naprawianie? Czy te domy w końcu były przemieszane z domami białych, tak żeby naprawdę zachować zasadę równości? Czy to po prostu było getto, ale wypełniające jakieś odgórne dyrektywy państwowe, typu – dach nad głową dla 50 najuboższych czarnych rodzin. Bez pytania rodzin o potrzeby, oczywiście. Bez zastanowienia się jaka pomoc biorąc pod uwagę różnice kulturowe, jest tym ludziom naprawdę potrzebna. I żeby nie było – Aborygeni w Australii to nie jakaś niemożliwa do ogarnięcia masa ludzi. Szacuje się, że jest ich 3%, czyli około 670 tysięcy osób.
I ostatni fakt, który budzi nasze zdumienie. W większości miejsc na świecie, a na pewno w państwach demokratycznych, obywatele protestują gdy policja użyje niezgodnej z prawem siły. Gdy z pozycji władzy nadużywając jej pozbawi kogoś życia. Ludzie wtedy nie myślą: e tam, zabilli przecież tylko … (każdy wstawia co lubi – czarnego, Żyda, Cygana, Polaka, geja). Myślący ludzie protestują, bo wiedzą, że jeśli dziś policja nadużyła władzy w stosunku do mniejszości, to jutro może jej użyć przeciwko większości. Też przeciwko mnie.
Wszyscy słyszymy na przykład o burzliwych protestach w Ameryce, gdy z powodu brutalności policji zginie człowiek. I nie ma znaczenia wtedy, że był to Latynos z pistoletem zabawką czy czarny nastolatek w kapturze.
W Australii policja notorycznie nadużywa władzy w stosunku do Aborygenów. Jest też wiele udokumentowanych (i relacjowanych w ogólnodostępnej telewizji) niezgodnych z prawem użyć paralizatorów elektrycznych, nawet wobec dzieci. Obejrzałam film (nakręcony policyjną kamerą), jak takim ładunkiem parokrotnie rażony był czternastolatek, który nie stanowił dla policjantów żadnego zagrożenia. Wił się na podłodze, krzyczał z bólu i płakał prosząc, żeby już więcej w niego nie strzelać. A to było tylko aresztowanie w domu,  nie mam pojęcia co dzieje się za drzwiami aresztu.
Przeszukałam internet i nie mogłam znaleźć żadnego śladu o jakichkolwiek masowych protestach po emisji przez telewizję tego materiału. Żadnego! Tak jakby w społeczeństwie była bardzo wyraźna i przestrzegana zasada podziału: my – oni.
Jeżeli to nie jest rasizm w czystej postaci, to co nim jest?
Według statystyk Aborygeni o wiele częściej w stosunku do białych umierają w trakcie pobytu w areszcie. Kilka spraw trafiło do sądu, i nawet przyznano rodzinom odszkodowanie dopatrując się nadużycia władzy lub zaniedbania obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. Ale w żadnej z tych, o których czytałam nie wyciągnięto konsekwencji wobec tych funkcjonariuszy.
Przykład? Brutalny, ale taki był naprawdę.
W styczniu 2008 roku policja transportowała aresztowanego Aborygena z okolic Perth 360 km do sądu. Był 42 stopniowy upał, a człowiek ten został wsadzony do blaszanej budy policyjnej więźniarki z 600ml butelką wody. Policjanci przez całą drogę nie zatrzymali się ani razu żeby sprawdzić stan aresztowanego, twierdzą też, że z tyłu nie dochodziły żadne krzyki czy stukania, nic co by ich zaniepokoiło. Po otworzeniu na miejscu drzwi odkryto, że Aborygen leży na podłodze, i mimo pomocy lekarskiej w szpitalu zmarł z powodu udaru. Na jego ciele koroner stwierdził poparzenia trzeciego stopnia. Wyobrażacie sobie zamknięcie człowieka w metalowej puszce w takim upale na kilka godzin?
W 2010 r. sąd (po kilku odwołaniach) dopatrzył się (!) winy publicznych organów prowadzącej do śmierci pana Warda. Rodzinie wypłacono jedne z najwyższych odszkodowań. Jednak do dzisiaj żaden z dwóch funkcjonariuszy, którzy transportowali wtedy więźnia nie otrzymał najmniejszych konsekwencji służbowych.
Czy w świetle takich faktów może kogoś dziwić to, że Aborygeni są nieufni w stosunku do rządowych organów, nawet tych, które powstały żeby im pomagać. Że nie współpracują z policją, że nie wierzą w sprawiedliwość. Że starają się tylko przetrwać, bo nie widzą szans na osiągnięcie czegokolwiek innego?
Naprawdę, dopóki nie zaczęliśmy wgłębiać się w relacje Australijczycy – Aborygenii nie mieliśmy pojęcia, że w tym skądinąd bardzo sympatycznym społeczeństwie jest taki olbrzymi problem, na razie wciąż ukrywany i przemilczany. Ale coś drży pod powierzchnią, coś bulgocze, i mam wrażenie, że niedługo szafa z przysłowiowym trupem się otworzy.
A teraz peesiki:
PS1. Piszę „czarni” i „biali” i niech wszyscy tropiciele niepolitycznych określeń oraz przeciwnicy wierszyka o Murzynku Bambo pocałują się w swój czarny lub biały nos. Te słowa są przymiotnikami, bez żadnych nadanych przeze mnie pozytywnych lub negatywnych wydźwięków.
PS2. Jeśli ktoś ma jakieś pytania dotyczące opisanego problemu, lub chciałby wiedzieć coś więcej – prosimy o kontakt na prv lub w komentarzach. Powyższy post jest bardzo skróconą analizą tego co dzieje się w społeczeństwie tego kontynentu i siłą rzeczy nie wgłębia się we wszystkie odcienie, niuanse i zagadnienia.

Stacjonarne krowy, śmiercionośne ropuchy, wędrujący indyk – post przyrodniczy

Mimo kuszących i różnorodnych atrakcji, które Darwin ma nam do zaoferowania (wiem, wiem, czepiam się tego miasta), następnego dnia opuszczamy miasto i jedziemy na wycieczkę do pobliskiego (150km w jedną stronę) Litchfield Parku. Jest 38 stopni, pogoda akurat na wycieczkę za miasto. Co prawda większość szlaków w parku jest zamknięta nawet dla 4WD z powodu powodzi w porze deszczowej, ale dwie główne atrakcje są wciąż dostępne. Tuż przed granicami parku zatrzymujemy się w miasteczku Batchelor.

Drogowskaz donikąd, czyli północ Australii

Drogowskaz donikąd, czyli północ Australii

Jest to całkiem porządne miasteczko zbudowane z blachy falistej, ma szkołę, park z placem zabaw, supermarket z pocztą i apteką pod jednym dachem, kawiarnię i stację benzynową.

IMG_6972

 

Położone pośrodku niczego, ma już klimat miasteczek, w których dla przejezdnego liczącego czas nic się nie dzieje. Natomiast dla mieszkańca jest to miejsce do życia tak dobre, jak każde inne. Na wjeździe mijamy tablicę z odręcznie pisaną liczbą mieszkańców (od razu kojarzy mi się początek odcinka Twin Peaks) i kolejną z osiągnięciami, z których miasto jest dumne. To głównie (a raczej – wyłącznie) pierwsze, drugie i trzecie miejsca zajęte przez różne drużyny szkolne w najrozmaitszych zawodach stanowych, międzystanowych i może nawet krajowych.

IMG_6967

Przed sklepem czytamy tablicę ogłoszeń. Ktoś sprzeda stare meble, w tym mikrofalę i lodówkę, (kuchenka też była, ale ktoś już ją kupił, bo skreślona), ktoś zaopiekuje się dzieckiem (20 dol za godzinę! – czyli z drugiej strony  tutajsza minimalna płaca), jakieś koło zaprasza na swoje spotkanie, gdzieś sprzedają specjalny nawóz niszczący tutejszą trawę – chwast, komuś zaginą indyk podróżnik.

IMG_6970

Jest też kilka ogłoszeń o sprzedaży farm, z których parę mijaliśmy. Ogromne tereny porośnięte drzewami, pomiędzy nimi wysoka trawa (nawóz nie działa?), przy drodze zamarkowana tylko brama wjazdowa, bo rozrzutnością byłoby stawiać jakiś płot dookoła, gdy do ogrodzenia jest kilka kilometrów. Od bramy wgłąb prowadziła piaszczysta, czerwona droga, pewnie do domostw, ale z naszego miejsca nie mogliśmy ich dostrzec. Na jednej z tablic przed taką nieruchomością (posiadłością?) agent sprzedający zdobył się na wyżyny swoich zdolności i kusił napisem: Unikalna szansa na zakosztowanie prawdziwego, wiejskiego życia.

W kawiarni kupujemy gorącą kawę i jeden ze wspanialszych wynalazków – mrożone mango. Teraz możemy ruszać w dalszą drogę.

IMG_7064

W parku jedną z głównych atrakcji są kopce termitów. Te maleńkie 5mm insekty w ciagu 50 lat wznoszą termitiery wysokie na ponad 5 metrów.

IMG_7001

 

IMG_7022

W miejscu, do którego dotarliśmy występują obok siebie dwa rodzaje termitier, co jest dość niespotykane, bo zwykle budowane są na różnych terenach. Pierwsze to termitiery magnetyczne, drugie katedralne. Budowane są przez dwa różne gatunki termitów i pierwszy rodzaj zwykle powstaje na terenach wilgotnych i zalewowych, a drugi na dobrze wyschniętej twardej ziemi.

Termitiera magnetyczna

Termitiera magnetyczna

Termitiera katedralna

Termitiera katedralna

Są jeszcze termitiery budowane na drzewach, pod powierzchnią ziemi, i przy pniu drzew – najczęściej eukaliptusa, który stanowi źródło pożywienia. Te ostatnie termity są dość ważne dla przemysłu turystycznego w Australii, bo gdy taka młoda termitiera powstaje i wyjada od środka pień eukaliptusa, to jest rozbijana (jest jeszcze dość miękka), a pusty w środku pień jest przez Aborygenów przerabiany na ich tradycyjny instrument – didgeridoo. A potem taką długą rurę turyści przywożą do domu i wieszają na ścianie, bo do niczego więcej nie umieją jej wykorzystać. Nasza, przywieziona poprzednim razem, nie wisi, tylko stoi w kącie pokoju. Umiemy na niej zaszczekać jak dingo i … i tyle. Choć ciągle mamy nadzieję, że kiedyś (na emeryturze???) znajdziemy czas, żeby nauczyć się czegoś więcej, i odpowiednia płyta cd z kursem cierpliwie leży na półce.

Termitiery są stacjonarnymi kombajnami. Pojedyńczy termit nie znaczy nic, kolonia termitów to taka krowa na tutejszych tropikalnych terenach. Przerabiają trawę, liście i różne rośliny na materiał do budowy termitiery, i dzieki temu oczyszczają środowisko, pozwalając rosnąć nowym roślinom.

IMG_6990

Podczas zabijającego upału, pożaru buszu (serio, są ognioodporne) lub powodzi są schronieniem dla innych zwierząt – węży, pająków, jaszczurek, goan, różnych wstrętnych wijących się mnóstwonogich owadów, a także dla milutkich quollsów. To taki malutki torbacz (jego polska nazwa przywodzi na myśl upośledzonego smoka, więc nie będziemy jej tu stosować, ale dla ciekawskich podaję – dasyurus), obecnie zagrożony wyginięciem z powodu przywiezienia do Australii ropuchy. Ktoś chciał wytępić komary, i z Ameryki przetransportował tego płaza, powodując zniszczenia środowiska większe niż przysłowiowe króliki. Ropucha jest trująca dla większości zwierząt, które nie przystosowane, po prostu umierają po próbie zapolowania na nią. Tak jest też z quollsami. Obecnie jest prowadzony program, w którym naukowcy w sztucznych warunkach próbują nauczyć złapane samice quollsów nie polowania na ropuchy. Mają nadzieję, że wypuszczone na wolność, nauczą tego zachowania swoje dzieci i w ten sposób gatunek zostanie ocalony. Na razie nie wiadomo niestety, czy ekperyment z trenowaniem quollsów się powiedzie, wiadomo natomiast, że ropuchy jak i komary ciągle w Australii są i mają się (niestety) bardzo dobrze.

Podczas naszej wizyty w drodze do Parku Kakadu w centrum edukacyjnym na Górze Żółwia oprócz informacji o tutejszej florze i faunie dowiedzieliśmy się, że w Northern Teritory występuje ponad 70 gatunków komarów (a to nie jedyne latające cholerstwo, które gryzie), a humanitarne zabicie ropuchy, o które każdy jest bardzo proszony wygląda tak:

–      przez zwykłą sklepową, plastikową torebkę łapiemy ropuchę i zawiązujemy ją w środku.

–      potem dla pewności wkładamy do drugiej torebki i ponownie zawiązujemy.

–      następnie całość wkładamy na 24 godziny do zamrażalki.

–      kolejnego dnia torebki z zawartością wyrzucamy do śmieci.

 

Rozumiem, że humanitaryzm odnosił się tutaj do łapiącego człowieka, żeby nie narażać go na obryzganie mózgiem, wnętrznościami i krwią, gdyby próbował taką ropuchę utłuc kamieniem.

IMG_7261

Ale żarty na bok, ropucha naprawdę powoduje potworne spustoszenie w środowisku i jest tutaj koszmarnym szkodnikiem. My żadnej nie złapaliśmy (nie dysponowaliśmy zresztą zamrażalnikiem), ale komary tłukliśmy z najprawdziwszym zaangażowaniem.

Wracając jednak do termitier, bo każda dygresja powinna się kiedyś skonczyć. Żeby zapewnić w środku idealne warunki do życia, rozmnażania i przechowywania żywności, termitiera musi mieć temperaturę i wilgotność uniemożliwiającą przegrzanie się czy rozwój pleśni. Okazuje się, że tutajsze termity budujące termitiery magnetyczne zawsze sytuują je na lini północ – południe. W ten sposób jedna strona budowli zawsze jest w cieniu.

IMG_7020

Przy budowie nie kierują się słońcem (jak już pisałam są kompletnie ślepe), ale wbudowanym kompasem. Jeśli zmienić kierunek budowy o kilka stopni to temperatura w środku zmienia się i uniemożliwia dalszą egzystencję termitiery (naukowcy ponoć to sprawdzili).

IMG_7016

Młoda termitiera jest dość miękka, i stanowi źródło pożywienia m.in. dla kolczatki, która mocnymi pazurami rozkopuje jej kawałek i zjada termity wraz z ziemią. Ale ponieważ kolonia termitów jest w fazie wzrostu, więc zniszczenia są szybko naprawiane. Po około pół wieku trwania kolonia umiera, a opuszczona termitiera momentalnie rozpada się pod wpływem deszczu lub słońca.  Najmłodsza część termitów emigruje i zaczyna gdzieś obok budować nową termitierę.

Żyjąca termitiera ma intensywny, czerwony kolor ziemi

Żyjąca termitiera ma intensywny, czerwony kolor ziemi

Martwa termitiera, rozsypująca się w proszek

Martwa termitiera, rozsypująca się w proszek

 

I ostatnia ciekawostka, kończąca ten pasjonujący wykład: w termitierach nadrzewnych zakłada sobie gniazdo zimorodek. Robi to w sposób dziwaczny – upatruje sobie jakąś dziurkę, a potem w pełnym locie kilka razy wali w nią dziobem i głową, aż dziura będzie odpowiednio szeroka, żeby dostać się do środka. Nikt nie ma najmniejszego pojęcia czemu ten wariat nie usiądzie na termitierze jak dzięcioł i takiej dziurki sobie nie wystuka. W każdym razie rację mają Anglicy mówiąc: szalony jak zimorodek.

 

Termitiera dla zimorodka

Termitiera dla zimorodka

Drugi spacer popełniliśmy do wodospadów. Przyjemny kilometrowy trakt pełen widoków na niekończącą się zieleń buszu. I pełen much, które w połączeniu z obezwładniającym upałem nie pozwoliły nam na dłuższe zachwycanie się przyrodą, choć było czym.

IMG_7045

IMG_7052

Nasz australijski "konik" - pnie drzew i kora

Nasz australijski „konik” – pnie drzew i kora

IMG_7041

IMG_7059

IMG_7054

IMG_7024

IMG_7026

 

Tolek już na nie nie reaguje, mówi tylko zbolałym głosem: Mama, ja nie mam siły ich odganiać, ty musisz, bo ja jestem dzidziusiem. Kaj nic nie mówi, nawet się już nie krzywi, gdy któraś siada mu w kąciku oka. Odganiam więc paskudztwo machając w koło i bez przerwy chusteczką, i tak sobie maszerujemy w tym falującym z gorąca powietrzu.

IMG_7049

 

 

 

 

 

… krokodyla kup mi Luby. I zabierz patyczek z ręki.

Nie mam pojęcia kto dobrowolnie mieszka w tym klimacie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę jest gorąco. Kąpię dzieci po obudzeniu, przed snem, przed basenem i po basenie. A i tak są ciągle spocone i lepkie. My zresztą też.

IMG_6955

Jedyny plus mieszkania tutaj to karnistry mrożonej kawy, które na okrągło stoją w lodówce i są do kupienia w każdym miejscu. Jedyny sposób na ochłodzenie się – wejść pod gorący prysznic, i wtedy po wyjściu na skórze przez chwilę czuć lekki chłód.

Ale nie przyjechaliśmy tutaj, żeby całe dnie spędzać na łóżku pod wiatrakiem lub w motelowym basenie (choć osobiscie nie miałabym nic przeciwko), więc rankiem ruszamy do jednego z parków krokodyli.

IMG_7150

IMG_7230

Oprócz krokodyli obiecano nam zobaczenie innych zwierząt australijskich.

IMG_7113

IMG_7109

Jak rozróżnić strusia od emu? To proste. Struś patrzy w prawo...

Jak rozróżnić strusia od emu? To proste. Struś patrzy w prawo…

... a emu w lewo.

… a emu w lewo.

Takie jaszczurki biegają tutaj w ilościach hurtowych.

Takie jaszczurki biegają tutaj w ilościach hurtowych.

IMG_7116

Tolka ulubione zielonotyłkowe mrówki

Tolka ulubione zielonotyłkowe mrówki

Właściwie, co okazuje się na miejscu, a w ulotce było drobnym druczkiem, to farma krokodyli z małą częścią ekspozycyjną. W części tej były krokodyle, które są już za stare (czyli za twarde) na portfel czy torebkę, a zostały złapane i nie bardzo można je było zabić, bo są pod ochroną.

IMG_7094

IMG_7082

Tak, krokodyle są pod ochroną, mimo że w Top End stanowią już duży problem. Wszystko zaczęło się gdy na przełomie 50 i 60 lat ubiegłego wieku, na skutek zmasowanego odstrzału tych gadów ze względu na cenną skórę, zauważono iż populacja jest praktycznie na granicy wymarcia – szacowano, iż pozostało ok 200 osobników. Wdrożono program ochrony i martwiono się, że jest już za późno. Ale spoko, krokodyle przeżyły dinozaury, przeżyją i człowieka. Obecnie jest ich ponad 70 tysięcy.  Jak króliki, jak króliki…

IMG_7088

Nie mają naturalnych wrogów w środowisku, jedynym ograniczeniem ich populacji jest dostępność pożywienia. Ciągle są pod ochroną, i żeby powstrzymać farmerów przed ich zabijaniem, płaci się im za każde zebrane z ich farmy jajo, z którego wykluje się krokodyl. Jaj nie zbiera się tylko w Parku Kakadu.

Takie podbieranie jaj ponoć nie ma wpływu na populację, bo zwykle z około 70 jaj do stanu dorosłego dożywa 1%. Reszta jest zjadana przez inne krokodyle i długoszyje żółwie. Ponadto jaja są bardzo wrażliwe i część w ogóle się nie wykluwa, bo np. wysychają jak za długo panuje susza.

Gniazda krokodyli zbudowane są z trawy i błota (taka gnijąca górka) i są trudno dostępne, więc często szuka się ich z helikoptera. Po zlokalizowaniu odstrasza się samicę, a potem w specjalnych pojemnikach przenosi jaja do inkubatorów. Ważne jest, żeby nie obracać jaj, bo mały embrion krokodylka może zostać zgnieciony przez żółtko. Po wykluciu się na farmie, krokodyle są trzymane 2,5 – 5 lat, a potem przerabiane na kurtki, paski, naszyjniki, oraz burgery. Mięso krokodyla ma małą zawartość tłuszczu, i jest dość popularne w Australii. Spróbowaliśmy i jednak wolimy steki.

IMG_7240

Również jaja złożone bezposrednio na farmie są odbierane samicy i dojrzewają w inkubatorach. Powody są dwa – wieksza przeżywalność młodych plus sterując temperaturą, w której embriony dojrzewają hodowcy są w stanie uzyskać samych samców, których skóra jest lepsza i wydajniejsza na galanterię. W naturze płeć krokodyla jest zależna od temperatury jaka wytworzyła się w gnieździe i od tego gdzie jajo leżało – w chłodniejszej czy w cieplejszej części gniazda.

Gdy mały słodki krokodylek przebije skorupkę, to wtedy do akcji znów wkracza człowiek i ręcznie zgniata jajo pomagając „maleństwu” wydostać się. W przeciwnym razie krokodylek mógłby paść z wycieńczenia próbując się uwolnić ze skorupki, a tego przecież byśmy nie chcieli, prawda? W naturze jaja zgniata samica w pysku, tak tylko sobie dodam.

Kroksy są najstraszymi gadami na ziemi, żyją tu od ponad 200 tysięcy lat. Dzielą się na trzy główne grupy – krokodyle właściwe, alligatory i kajmany oraz gawiale.

W Australii krokodyle właściwe dzielą sie całkiem bez sensu – na salties (słonowodne) i freshies (słodkowodne). Jedne i drugie zamieszkują zarówno słodkie jak i słone wody. Jedyna różnica jest taka, że salties jedzą ludzi, a freshies raczej nie, bo są mniejsze i ich szczęka ma mniejsze możliwości, a nie dlatego, że im nie smakujemy.

Przyjazny człowiekowi freshies

Przyjazny człowiekowi freshies

Krokodyl ocenia swoją ofiarę po drganiach ziemi. Po ich rodzaju wie jak jest duża i jak szybko się porusza, a co za tym idzie – czy da radę ją upolować, a potem zjeść. Nadmiarem mięsa się nie zraża, bo gdy ma go za dużo, to chowa resztę pod kamieniem. Co prawda mięso gnije, ale to ie przeszkadza kroksom, bo do gnijącego mięsa przychodzą kraby i barramuti (tutejsze olbrzymie ryby). Krokodyl nie księżniczka, nie marudzi, kraba jako świeży bonus też zje. Taka nadgniła lokata i świeży procent.

I tu jedna ważna informacja: krokodyl nie potrafi połykać pod wodą. Więc jest pewna szansa – jeśli zostanie się przez niego złapanym, trzeba mu łeb zanurzyć pod wodę i tak czekać do czasu przybycia pomocy.

IMG_7184

Show, podczas którego kroksy skaczą po jedzenie.

IMG_7185

W ten sposób w naturze polują na ptaki lub coś siedzącego na gałęzi zwieszającej się nad wodą.

Kroksy są terytorialnymi samotnikami, tłuką się między sobą, ale jednocześnie żyją w mniejszych lub większych grupach. Hierarchia w stadzie jest prosta: najsilniejszy jest szefem. W ciagu życia krokodyl kilkakrotnie wymienia sobie garnitur zębów, a jak mu ostatnie wypadną i nowe nie wyrosną,  to nie dość że przestaje być szefem, ale jest też wypędzany z terenu, na którym żył. I jeśli na nic innego nie umrze (na przykład na innego krokodyla) to umiera w samotności z głodu. Ach, teraz po policzkach czytelników toczą się krokodyle łzy.

IMG_7195

Ok, krokodyle są ogromnymi (ponad 200 kg wagi i 5 m długości), żarłocznymi gadami ze szczękami, które w łatwością miażdżą świński łeb, więc strategia z topieniem ich pod wodą, w celu uniemożliwienia połknięcia nie brzmi najkorzystniej. Więc może zwyczajnie po ich zobaczeniu oddalić się spokojnym truchtem. W końcu taka masa cielska na krótkich nóżkach nie może szybko się poruszać, prawda?

Ha, ha, ha, ha.

Krokodyle potrafią na krótkim dystansie przebiec po lądzie z prędkością 11 – 14 km/h. Człowiek, średnio wysportowany (urzędnik państwowy czyli ja też?) powinien dać radę, zgadza się? Problem w tym, że te skubańce nie gonią swoich ofiar, one nie dają w ogóle ofierze szansy na ucieczkę. Idealnie się kamuflują w wodzie (wystają im tylko oczy i nozdrza, lub w ogóle się zanurzają do 30 minut) i łapią ofiarę na obiad z zaskoczenia. A to zaskoczenie osiąga prędkość 12 metrów na sekundę. Bardziej imponujący wynik, co? Stoi sobie człowiek nad brzegiem wody i rozgląda się w poszukiwaniu kroksów, żeby zbadać, czy bezpiecznie jest nabrać wody do manierki, a tu kroks rzuca się na niego z prędkością 43 km/h. Człowiek nawet nie zdąży pomyśleć: ups, nie napisałem testamentu.

IMG_7076

Nie wierzyłam w to. Wydawało mi się to przesadzone. Taka kupa cielska z mózgiem wielkości małej piąstki?

Na farmie na której byliśmy jeden z krokodyli leżał w cieniu tuż przy siatce. Nie było wielu zwiedzających, więc postanowiłam przeprowadzić eksperyment naukowy. Znalazłam patyk (chciałam użyć palca, ale siatka była podwójna i miała drobne oczka) i tymże patyczkiem takiego śpiącego krokodyla dźgnęłam w bok. Nie róbcie tego. Nigdy tego nie róbcie. Ani patyczkiem ani palcem. Zwłaszcza nie palcem.

Krokodyl (śpiący) rzucił się w moją stronę z taką prędkością, że nawet nie zauważyłam ruchu jego głowy. Usłyszałam tylko huk jak szczękami przyrżnął w tą podwójną siatkę. Dzięki wszystkim mądrym ludziom za nią. Naprawdę stokrotne dzięki. O rany, co za idiotka.

Podwójna siatka

Podwójna siatka

I główna atrakcja parku - trzymanie krokodylka

I główna atrakcja parku – trzymanie krokodylka

IMG_7229

IMG_7233

Jeśli nie chcesz mojej zguby…

Jak już pisaliśmy Darwin jest miastem o przyjemnym, tropikalnym klimacie położonym wśród wspaniałych parków narodowych nad lazurowym morzem. Jest bramą outbacku ale kosmopolityczną i nowoczesną, bo wybudowaną od zera po zrównaniu z ziemią przez cyklon Tracy w święta Bożego Narodzenia ’74 roku. Eleganckie samochody i szybkie motocykle imprezowej młodzieży mijają się tu z ubrudzonymi czerwoną ziemią utes kowbojów z głębi kontytnentu.

Zafascynowani pograniczem chcieliśmy zobaczyć jak żyje się w stolicy Northern Territory. Zwiedzanie zaczęliśmy od czegoś dla ciała. Postanowiliśmy upolować stek z bawołu wodnego żyjącego dziko na tutejszych rozlewiskach.

Rozpytując wśród miejscowych trafiliśmy na nabrzeże na którym na dwóch poziomach rozstawiono plastikowe stoliki obsługiwane przez kilka barów szybkiej obsługi. Niczym nie różniłoby się to od typowej galerii kulinarnej w centrum handlowym gdyby nie.. spektakt rozgrywający się nad zatoką. Błyskawice oświetlały chmury z wszystkich stron w dziesiątkach kolorów i setkach konfiguracji. Do nadejścia burzy było daleko. W sam raz na obiad.

Darwin jest Australijską stolicą burz. Jeśli lubicie obserwować błyskawice lub jeszcze lepiej robić im zdjęcia, będziecie w raju. Do tego nabrzeże Darwin jest świetnej jakości przestrzenią publiczną, co ma znaczenie bo większość sztormów powstaje na styku wody z lądem. Można wybrać punkt obserwacyjny dla każdych upodobań, w barze, restauracji lub parku.

Kotlet z bawołu za 15 dolarów okazał się niejadalny i żadna w tym wina bawołu. Za to widok i przeżycie – bezcenne.

Następnego dnia postanowiliśmy zbadać możliwości spędzania czasu wolnego. W temperaturze 36 stopni przyszła nam do głowy jedna myśl – plaża! Wybraliśmy się do tętniącego życiem parku miejskiego. Na ścieżkach rowerzyści i spacerowicze, pod drzewami aborygeni toczą powolne rozmowy w swoim języku a 5 metrów niżej plaża jak z wyjęta z folderu turystycznego. Dosłownie! Usłana żółtym piaskiem, omywana łagodną lazurową falą i… pusta.

IMG_7245

Przyczyny tego są dwie: maleńka meduza i największy gad świata: krokodyl słonowodny zwany tutaj pieszczotliwie saltie. Powiedziano nam że minimalna odległość, którą należy zachować od wody to 5m. Nie chce się wierzyć żeby ten ociężały gad mógł być aż tak groźny. Postanowiliśmy to sprawdzić. Czytajcie nas wkrótce…

Krokodyle gotowane na parze

Są pisarze, którzy za pomocą zwykłego słowa potrafią sprawić, że czytający widzi kolory, słyszy dźwięki, czuje zapachy.  Dobierając przymiotniki i odpowiednie porównania konstruują zdania i tworzą rytm opowieści, który dosłownie przenosi do miejsc, które opisują. Niestety, to nie moja liga. Dlatego, żebyście zrozumieli o czym teraz będę pisać, bardzo proszę o napuszczenie do wanny wrzącej wody, podkręcenie kaloryferów na maksa, wstawienie do łazienki dodatkowego grzejnika (farelka lub olejniak), założenie swetra pod puchową kurtkę i w tak przygotowanym stroju zabranie bloga do zaparowanej łazienki. Można również w tejże kurtce wybrać się do sauny, tylko parowej, nie suchej.

Dolecieliśmy do Darwin. Po wyjściu z rękawa samolotu na lotnisku uderza mnie duchota i gorąco. Ewidentnie zepsuła się klimatyzacja. Powłócząc nogami idziemy po odbiór bagażu, a potem po auto. Wychodzimy z hali na powietrze i … nokautuje nas parząca ściana gęstego powietrza. Na lotnisku była klimatyzacja, teraz to już wiemy.
Krwinki w naszych żyłach w panice chowają się jak najgłębiej, żeby po chwili właściwie przestać się ruszać. Docieramy do auta, uruchamiamy w nim klimę, i do czasu, gdy się nie ochłodzi stoimy w rządku chowając się w jedynym cieniu na parkingu – wąskiej linii rzucanej przez słup latarni.
Jest 38 stopni. Wilgotność 70 %. Oddychamy rozgrzaną wodą.
Pierwszy przystanek – stacja benzynowa. Wychodzę z goracego auta, padam pod naporem jeszcze bardziej gorącego powietrza, i czołgam się w stronę budynku. Z lodówki biorę najmniejsze opakowanie mrożonej kawe – półtora litrowy baniak, i pytam pana czy ma wodę, ale ciepłą, bo potrzebuję jej dla małych dzieci. Pan patrzy na mnie jak na kosmitkę.
Dzieci łapczywie piją lodowatą wodę (ciekawe czy jutro będziemy mieć anginę na pokładzie), my w oka mgnieniu opróżniamy karnister z kawą.
Jedziemy do motelu. Po drodze mijamy pole golfowe, na którym elegancko  ubrani panowie (taki sport…) chodzą z kijami i wbijają piłeczki do dołków. To musi być fatamorgana.
Pokój hotelowy ma pod sufitem dwa ogromne wiatraki. Uruchomienie ich ma jeden jedyny skutek – parzące masy powietrza przemieszczają się szybciej po pokoju. To wszystko. Jest co prawda klimatyzator, ale po pierwsze w tym upale obniży temperaturę do jakiś 30 stopni dopiero po godzinie pracy (a tyle czasu nie wytrzymamy w zamkniętym pomieszczeniu), a po drugie boję się jednak o przeziębienia maluchów.
Próbujemy się schłodzić zimnym prysznicem, ale na ścianie są tylko dwa kurki z wodą – ciepła i gorąca. Rury wodociagowe biegną tu po powierzchni ziemi (nic nie zamarza, więc nie ma sensu płacić za zakopywanie) i woda jest nagrzna przez słońce. Odkrywamy tutejszy sposób na zimną kranową wodę do picia – szklaną  butelkę po uzupełnieniu kranówką trzeba trzymać w lodówce.
Resztką sił zakładamy kostiumy i schodzimy na hotelowy basen. Woda w nim jest jak gęsty, ciepły kisiel – właściwie żadna różnica czy jest się w wodzie, czy poza wodą. Ale zaskakuje nas Tolek. Pamiętacie jego strach na widok oceanu w Portugalii? Do wczoraj to dziecko w zwykłej wannie unikało chlapania i głośno krzyczało na Kaja, jeśli ten kąpał się razem z nim i machał rękoma. Zresztą jego fobia przed wodą miała mieć dobre strony – dopóki chłopak ma sączki w uszach nie może zanurzać głowy, więc nie musiałam się matwić tym jak go w Australii trzymać z dala od oceanu. A tu proszę – Tolek nie dość że sam domaga się włożenia do basenu, to jeszcze w tym basenie szaleje z zabawkami. Wrzuca na dno kolorowe półkule i samochodziki, a potem krzycząc: alarm, alarm, trzeba szybkiej akcji!, na placach mamy robiącej za wóz strażacki rusza na ratunek.
IMG_7251
IMG_7067
IMG_7071
Wieczorem temperatura spada do przyjemnych 35 stopni. Ruszamy na zakupy i nocną krótką przejażdżkę po Darwin.
Miasto nie należy do szczególnie ciekawych. Dużo bloków i trzy główne ulice, w których po zmroku zapełniają się restauracje, kluby, bary. Ponieważ dzieci zasnęły już w aucie (wg czasu sydnejskiego jest po 22 – swoją drogą w Darwin jest najdziwniejsze przesunięcie czasu, na jakie do tej pory trafiłam podczas podróży – 1,5 godziny w stosunku do Sydney), postanawiamy obiad/kolację zjeść w motelu.
Przesuwamy w pokoju łóżko centralnie pod wiatrak na suficie i kładziemy tam nasze śpiące szczęścia. Obaj cali spoceni, w samych t-shirtach i majteczkach/pieluszce leżą w pozycji na rozjechaną żabę i próbują schłodzić się jak największa powierzchnią ciała.
Na balkonie jemy kupione w markecie przepyszne  tajskie zielone curry popijajac je tutejszym, odpowiednio schłodzonym cydrem. Ostatnim przebłyskiem energii czytam ulotki o miejscowych atakcjach. Z całkiem sporego stosiku dowiaduję się, że Darwin to wibrujące miasto, w którym ciągle coś się dzieje. I tak można w nim:
– iść na plażę, ale pływać można tylko w przyplażowym basenie, bo w oceanie są krokodyle
– pójść do parku krokodyli sztuk cztery (parków, nie gadów), rezerwatu krokodyli, popłynąć na rejs po rzece pełnej krokodyli, popływać w klatce w basenie pełnym krokodyli, iść na obiad z krokodyli, kupić galanterię z krokodyli.
Wibrujące miasto, tak?

Terra nullius

Ta opowieść jest jak droga dzikiej rzeki, która fragmentami zmienia się w rozlewisko i trudno zobaczyć jej główny nurt. Czasem pojawiają się odnogi, z których niektóre po chwili łączą się i znów są jednym, a drugie pozostają bocznymi strumieniami.

Naukowcy, którzy chcą zrozumieć i opisać kulturę natywnych mieszkańcow nie mają łatwego zadania. Aborygeni nie stosowali pisma, jedyny przekaz wiedzy, wiary, prawa był ustny. Pozostawili rysunki naskalne i trochę prymitywnych narzędzi odnalezionych w kolejnych warstwach gleby. Pieśni przestały być śpiewane, języki zniknęły, bo nie było komu w nich rozmawiać, tradycja i pamięć pokoleń w krótkim czasie, na skutek zamierzonych działań białych, odeszła w zapomnienie. Dodatkowym problemem jest to, że Aborygeni inaczej niż my pojmują czas. Nie w latach czy pokoleniach, nawet nie w minioności, tylko jako coś ciągłego, zapętlonego, gdzie początek jest końcem tego samego, a koniec prowadzi do początku. Ich kultura jako najważniejszy dogmat ma stałość. Są wrogami zmian, wierzą, że przychodzą na świat który zawsze był taki sam i ich zadaniem jest pozostawić go w niezmienionej formie. Nie lepszej, nie gorszej, ale niezmienionej. Jak w takim razie mogą się porozumieć z białym człowiekiem, którego wszystkie działania napędzane są myślą o postępie? My pytamy się “kiedy”, a oni mówią “zawsze”.

Trudno nam w tak krótkim czasie, po przeczytaniu kilku naukowych publikacji, po kilku nocach spędzonych w necie w poszukiwaniu informacji ze stron rządowych i społecznych, po czterech wizytach w różnych centrach kultury aborygeńskiej, paru rozmowach z tutejszymi ludźmi, i chwilowej obserwacji miejsc, w których spotykają się dwa światy, zrobić dogłębną i wyczerpującą analizę sytuacji wspólczesnych Aborygenów. Nie bylibyśmy również w stanie napisać pracy doktorskiej na temat wiary, sztuki i sposobu życia pierwszych mieszkańców Australii. Ale opowiemy Wam o tym co widzieliśmy, czego się dowiedzieliśmy i co nam zostało opowiedziane, oraz o tym czego się domyślamy, a całość powinna się złożyć na historię, która w niektórych miejscach już była, a tutaj właśnie się toczy. Historię o ignoracji, o prawie silniejszego, o grabieżczej postawie białych “odkrywców”, o tym co się dzieje, gdy ludzie nie są sobie równi, o mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie, o walce o przetrwanie, o stracie tożsamości, o próbie uratowania wiary i kultury, która trwała od sześćdziesiąciu tysięcy lat.

I co najbardziej nas zaskakuje to fakt, że jeśli przeczytacie nasze posty, to będziecie mieć większą wiedzę na ten temat niż przeciętny Australijczyk.

Australia przed przybyciem białych była największym jaki świat kiedykolwiek widział … no właśnie, nie mamy poprawnego słowa na określenie tego, bo czegoś takiego nie było nigdzie indziej. Najbardziej chyba pasuje: zarządzana posiadłość.

Cały kontynent był podzielony pomiędzy klany (grupę rodzin), a każda rodzina miała przypisany jej kawałek ziemi. Klany miały kraje, i od ich nazw pochodziły nazwy klanów (słowo Aboriginal jest narzuconym przez Brytyjczyków określeniem). Byli Eore, Gunai, Giramaygan, Lunitja, Kunwinjku i inni. Jednocześnie stosowali określenia na grupy klanów z różnych części Australii – na przykład Koori, Goori, Yolngu, Murri, Nunga.

Ludziom wolno było przemieszczać się tylko po terytorium swojego klanu, a gdy chcieli przemieścić się po nie swoim terenie, potrzebowali pozwolenia. Rygoryzm przestrzegania tej zasady był większy dla ludów zamieszkujących wybrzeże, a mniejszy dla klanów ze środka kontynentu, gdzie warunki życia były cięższe (pustynia) i co za tym idzie niższa była możliwość ziemi do wykarmienia zamieszkujących ją ludzi. Dlatego przyjęte było “pożyczanie” kawałka ziemi, jeśli było na niej więcej pożywienia, polowanie nie na swoim terytorium, itp. Opisywana zasada miała głęboki sens, bo klany żywiły się tym, co było dostępne na podległym im terenie. I poprzez system pozwoleń miały kontrolę nad tym, żeby nie zabrakło im roślin i zwierzyny do przeżycia, bo wiedziały dokładnie jaką liczbę ludzi trzeba wyżywić. Każda zmiana poprzez na przykład przybycie większej ilości ludzi mogła spowodować zmniejszenie liczebności wallabi, lili wodnych i innego jedzenia, co oczywiście zagroziłoby przetrwaniu klanu.

Jednocześnie sąsiadujące z sobą plemiona cały czas negocjowały ze sobą i dogadywały się co do globalnego zarządzania ziemią, bo wiadomo, że ani kangury, ani busz granic nie uznają. Właściwie nie wiemy wiele o wojnach pomiędzy plemionami aborygeńskimi, wiemy natomiast, że żeby przeżyć musiały ze sobą współpracować.

Co prawda istnieją rzeczy będące bronią lub służące do walki, jak choćby słynny, służący głównie do polowania bumerang. Przypuszcza się, że pochodzą one z terenów północnych Australii, gdzie były o wiele większe i niewracające, a właśnie służące do walki wręcz. Na północy Aborygeni mieli kontakt z ludami obecnej Indonezji, i prawdopodobnie musieli odpierać ataki w obronie swojej ziemi. Zresztą Holendrzy, którzy przybijali do brzegów spotykali się z regularnym oporem, więc Aborygenii nie byli ludem pokojowym w 100%.

Ale jak już wspomniałam, żeby przeżyć na dość nieprzyjaznym kontynencie głównie musieli się ze sobą porozumieć, na co znajdowane są kolejne dowody.  Wspólnie były podejmowane decyzje co do wypalania buszu (bo miało to wpływ na liczebność i lokalizację zwierzyny), czasowe ograniczenia w polowaniu na konkretne gatunki, itp. Wiedza o tym, gdzie, kiedy i co wypalać była przekazywana w pieśniach, jako mądrość klanowa i gwarantowała przeżycie. Wypalanie jest traktowane jak czyszczenie (taki ekonomiczny odkurzacz) i jest stosowane do dziś, po przerwie która nastąpiła gdy biali próbowali podporządkować sobie Australię nie znając się zupełnie na tutejszej przyrodzie. Dzięki niemu po pierwsze niszczone są chwasty szkodliwe dla środowiska, po drugie zmniejszane jest ryzyko niekontrolowanych samoistnych olbrzymich pożarów buszu, a po trzecie – w ten sposób busz się odradza w młodszej postaci.

Aborygeni kształtowali w ten sposób środowisko, w którym żyli tak, żeby dostarczało im wystarczającej ilości pożywienia. Jednocześnie nie byli ani kulturą rolniczą – nic nie uprawiali (jeśli włożyli do ziemi jakiś korzeń, z którego wyrosła potem roślina, to najprawdopodobniej zrobili to w roztargnieniu), ani farmerską – wpływali na populację kangurów i potrafili ją zwiększać, ale nigdy kangurów nie hodowali : )

Korzystali z tego co dostali od natury, potrafili ją kształtować, żeby zaspokoić swoje potrzeby, ale nie podejmowali wysiłku w udoskonalaniu świata. Śmiało można powiedzieć, że byli wrogami postępu, ale czy to znaczy, że żyli w zacofaniu? Na jakiej podstawie mamy prawo oceniać co jest większą wartością – zmiana czy trwanie.

Pieśni mówiły też o tym co na danym terenie jest jadalne, gdzie zdobyć wodę w porze suchej, jak radzić sobie z różnymi warunkami. Zawierały wiedzę konkretną dla danego obszaru dlatego prawo przejścia przez obce terytorium było dawane m.in. komuś, kto znał pieśń z danego klanu. Bo w ten sposób ten ktoś posiadał wiedzę o tym jak przeżyć w obcym mu kraju i jak się w nim zachować, żeby nie spowodować szkód w przyrodzie. Sprytne, prawda? Znasz nasz kodeks, wiesz, że na nasze nietoperze można polować tylko w porze suchej, możesz wejść.

Ludzie wymieniali się pieśniami, czyli śpiewaną wiedzą, na spotkaniach zwanych corroboree.  Ci, którzy potrafili się nauczyć pieśni wielu krajów (każda w innym języku) posiadali ogromną wiedzą i byli słusznie uważani za mędrców.

Pierwsze wzmianki o południowym kontynecie pochodzą z wypraw portugalskich, a potem holenderskich. Te dwa kraje jednakże traktowały odkrywanie nowych lądów jako okazję do handlu i zdobycia nowych towarów (głównie przypraw). Dopiero Anglicy poszukując ziemi w kontekście nowej ziemi do osiedlenia dotarli do Australii i wtedy się zaczął konflikt, który trwa do dziś.

Anglicy kolonizowali nowe ziemie na podstawie trzech różnych sposobów, zgodnych z ówczesnym prawem:

–       na początku mieli znaleźć lokalnego wodza i “wynegocjować” z nim prawo do używania jakiejś części ziemi.

–       gdyby wódz stawiał opór, należało ziemię zdobyć siłą (ewentualnie wymienić wodza)

–       jeśli dotarliby do ziemi, która do nikogo nie należała, ogłaszali ją nową własnością Korony, na podstawie prawa “terra nullius”.

W Australii miało miejsce przejęcie ziemi trzeciego rodzaju. Biali zeszli na ląd i nie zobaczyli noczego, co w ich europejskim pojęciu świadczyłoby o “posiadaniu” ziemi. Natywni ludzie niczego nie uprawiali, nie hodowali, przemieszczali się bez większego dla Anglików sensu, nie pracowali w celu zwiększenia dóbr, w jasny i klarowny sposób nie czuli się przywiązani do ziemi, skoro nic z  nią nie robili. A że robili rzeczy nieznane i niezrozumiałe dla Anglików to pomijalna sprawa.

James Cook zanotował: “żadnego osadnictwa ani cala uprawianej ziemi” (wszystkie tłumaczenia własne).

Jednocześnie nie zobaczyli tam religii w formie, którą znali, ani społeczeństwa przypominającego ich własne.

Nie było też jednego, konkretnego wodza (rodziny należące do klanu żyły na ogromnych obszarach, więc nie tworzyły dużych skupisk, plus nie było tam funkcji wodza w powszechnym znaczeniu).

Anglicy wysnuli więc jedyny słuszny dla nich wniosek – Australi jest niczyja, więc jest nasza.

I tak dla Aborygenów nastał koniec, który nie był początkiem tego samego. Był początkiem dwustu lat niewoli.

Beton, szkło, skały, drewno – czyli Opera i Rocks w Sydney

W Australii źle się dzieje. Środek lata a temperatura z przyjemnych 32 stopni spadła do 24. I wiatr wieje. I jakiś drobny deszczyk popaduje.

Pranie w City

Pranie w City

Rano wyjątkowo wcześnie zbieramy się na pociąg, który zawiezie nas do miasta, bo wykupiliśmy wycieczkę po Operze. Wy tego błędu nie popełnijcie. To co w tym budynku jest fascynujące to zewnętrze. W środku za standardowe 30 dolarów pokażą wam surowe betonowe ściany i sufity (nie chcą się przyznać, ale nie wykończyli ich z braku funduszy), za wyjątkiem sali koncertowej wyłożonej drewnem.
IMG_6839
IMG_6843
IMG_6844
IMG_6837
Sala koncetrowa, zdjęcie robione ukradkiem

Sala koncetrowa, zdjęcie robione ukradkiem

Opowiedzą parę dowcipów z poziomu niskiego parteru, przekażą listę liczb (ilość projektów budynku 233 szacowany koszt, długość budowy – 16 lat, końcowy koszt – , itp). Tego wszystkiego możecie się dowiedzieć z wikipedii lub od nas. Możemy Wam powiedzieć, że Opera zajmuje prawie dwa hektary powierzchni, jest długa na prawie 200 m (180 z hakiem), a szeroka na 120 m.
IMG_6834
Pewną ciekawostką jest fakt, że wybrany projekt duńskiego architekta Jørna Utzona nie spełniał warunków konkursu, bo zawierał tylko ogólny szkic budynku. Gdy okazało się, że trzeba będzie go wybudować, Utzon powiedział: o fuck, oczywiście po duńsku. Bowiem pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku, nikt łącznie z architektem nie miał bladego pojęcia jak tą konstrukcję wybudować. Stąd też szacowany koszt budowy został wzięty z sufity i ostatecznie urósł czternaście i pół raza – tysiąc trzysta pięćdziesiąt siedem procent. Niech to będzie pocieszenie dla tych, którzy (tak jak my) źle oszacowali koszt budowy swojego domu :)
IMG_6857
Problem z budową polegał głównie na wykonaniu dachu – założenie było takie, że będą to kształty elipsy, ale taka elipsa pocięta na kawałki ma inną krzywiznę w każdym z tych kawałków. I wystarczy, że fabryka źle wykona jeden fragment i dachu nie dałoby już się złożyć. Zespół architektów myślał nad tym problemem 6 lat!, zaangażowano w to jeden z pierwszych komputerów, aż w końcu wpadli na pomysł (architekci, nie komputer)  zastosowania kształtu sferycznego (w tym momencie podczas multimedialnej prezentacji wliczonej w cenę biletu wyświetla się porównanie do skórek pomarańczy) – w ten sposób potrzebnych było tylko kilka różnych kawałków, z których poprzez wielokrotnośc złożono słynne muszle. Tyle geometrii. Wniosek z tego jeden – zatrudniacie architekta, sprawdźcie co miał z matematyki na maturze. Lub czy nie jest Duńczykiem. A jeśli koniecznie chcecie Duńczyka – sprawdźcie ile macie na koncie.
Ok , dach jest, teraz trzeba go czymś pokryć. Ze względu na kształt i trudność z czyszczeniem potrzebne były super szczelne płytki ceramiczne, które nie nasiąkałyby wodą, a w efekcie nie pokrywały się mchem, porostami, itp. Odpowiedni matariał w ilości ponad miliona sztuk w dwóch kolorach – złotym i szarym dostarczyli … Szwedzi.
IMG_6853
IMG_6852
IMG_6851
Tak, tak – australijski wkład w narodową operę sprowadził się do super mocnego (a jakże) betonu. Który to beton można sobie obejrzeć podczas wycieczki, jeśli ktoś jednak koniecznie chce.
IMG_6860
Ale żarty na bok. Architekt Louis Kahn powiedział: Słońce nie wiedziało jak wspaniałe jest jego światło, dopóki nie rozbłysło na tym dachu.
I to jest prawda. Jakkolwiek by nie oceniać szaleństwa i kompletnego braku rozsądku przy wyborze projektu, a potem budowie Opery w Sydney, efekt jest niesamowity.
 IMG_6864
IMG_6872
Po dawce kultury poszliśmy po kawę (niech Mikołaje raz jeszcze przyjmą podziękowania za niezastąpioną torbę na wózek, do której mamy jak włożyć kubki), a dzieci zażądały jedzenia. Kaj dostał mleko prosto od cycka, a Tolek wynegocjował sobie frytki (twardy zawodnik – zaczął od podwójnej porcji lodów).
Nasza kawa zawsze z nami!

Nasza kawa zawsze z nami!

Podeszliśmy do australijskiego odpowiednika Burger Kinga – Hungry Jacks’a. Michał stanął w kolejce, a ja chodziłam z wózkiem po ulicy, żeby jakoś uciszyć wrzeszczące, głodne towarzystwo. Fast food, hę? Po trzydziestu minutach, gdy mój mąż był w końcu przy kasie, odkryłam  niepokojącą rzecz – wózek był w bezruchu (w sensie – nie kołysałam nim) a ze środka nie dochodziły żadne dźwięki. Dzieci, w tym klient czekający na frytki, zasnęły.
Mina Michała, wyrażająca ojcowską miłość w tym momencie, gdy odkrył bezsens półgodzinnego stania w kolejce – bezcenna.
Zamiast miny Michała, zdjęcie letniego umundurowania sydnejskiej policji.

Zamiast miny Michała, zdjęcie letniego umundurowania sydnejskiej policji.

Zjedliśmy na spółkę frytki i poszliśmy powłóczyć się po Rock’sach. To najstarsza część Sydney, powoli kurcząca się i znikająca.
IMG_6880
Najfajniej jest wędrować bez mapy, skręcając w różne uliczki i zakamarki. My niestety nie mieliśmy zbyt dużego wyboru, bo ze względu na wózek unikaliśmy uliczek ze schodami.
Tunel w Rocks

Tunel w Rocks

IMG_6899
IMG_6898
Najstarszy hotel Sydney

Najstarszy hotel Sydney

IMG_6887

IMG_6897

Przeszliśmy więc główną ulicą tunelem wydrążonym przez pierwszych więźniów (zajęło im to 16 lat, więc podejrzewamy, że nie mieli najlepszego sprzętu), a potem doszliśmy aż do doków. Są tam jedne z najstarszych domów w tym mieście – wybudowane dla pierwszych robotników portowych, i do dziś niektóre z nich są zamieszkane przez ich potomków.
IMG_6891
IMG_6895
IMG_6896
Te budynki są własnością gminy (jakiś rodzaj mieszkań komunalnych, ale nie wgłębialiśmy się w szczegóły i różnice) i stoją w miejscu, w którym deweloperzy mają chrapkę na ziemię. I jak wszędzie w takich miejscach – trwa konflikt pomiędzy mieszkańcami (którzy nie mając prawa własności nie bardzo mają prawo do remontów, itp), a wielkim biznesem, który próbuje przejać to, na czym mu zależy.
IMG_6905
IMG_6909
Jako przybysze z zewnątrz nie oceniamy, bo nie znamy szczegółów, ale dziwi nas, że te domy będące autentycznym zabytkiem architektonicznym w historii (w sumie dość krótkiej, ale jednak) miasta nie są objęte jakimś nadzorem konserwatora chroniącym przed wyburzeniem.
IMG_6912
IMG_6911
Nas zauroczyły kute, żelazne balustrady balkonów, wykładane drewnem werandy, kontrast pomiędzy tycimi mieszkankami z przeszłości, a rozpychającymi się nowoczesnymi wieżowcami.
Państwowe przedszkole w Rocks z narodowymi flagami - aborygeńską, australijską i ludu Tiwi

Państwowe przedszkole w Rocks z narodowymi flagami – aborygeńską, australijską i Mieszkańców Wysp Cieśniny Torresa

W międzyczasie obudziły sie dzieci. My włóczyliśmy się dalej, gdy nagle Tolo zaczął cichutko prosić o zdjęcie pokrywki z jego pojemniczka na ciasteczka. Michał pyta po co, bo przecież ciasteczka można wyciagać przez specjalny otwór w pokrywce. A na to nasze kochane dziecko:
– Bo ciasteczek już nie ma, a ja jestem głodny i chcę zjeść okruszki.
Chciałoby się powtórzyć za bohaterem „Czterech wesel i pogrzebu” początkową kwestię z filmu, tą samą, którą wykrzyknął duński architekt.  Pędzimy przed siebie, wpadamy do pierwszej restauracji. Zamawiamy najprostsze czyli najszybsze do przyrządzenia danie. Pani przynosi napoje i kredki dla Tolka. Syn wybiera czarną kredkę i rysuje mysz. A potem sałatę, żeby mysz nie była głodna. Cały rysunek na czarno. Kwestię Hugh Granta powtarzamy po raz drugi.
 IMG_7253
Po obiedzie idziemy w stronę Pitt Street. To w samym centrum miasta, ale musimy tam zajrzeć, bo szukamy butów dla Tolka. Za dwa dni lecimy do Darwin, a stamtad do Kakadu Park, gdzie planujemy trochę spacerów w lesie, tym razem bez drewnianych podestów. I z możliwością spotkania węża, więc potrzebujemy porządnych butów dla małego zamiast letnich sandałków.
IMG_6922
Polecono nam znajdujący się w pasażu kompleks sklepów, ale gdy do niego dochodzimy zaczynam mieć wątpliwości – same luksusowe marki, nic co mogłoby mieć coś wspólnego z ekwipunkiem do buszu. I w dodatku większość sklepów albo jest zamknięta, albo się zamyka. Sprawdzamy zegarek – jest szósta trzydzieści. Na szybko pytamy w informacji czy jest jakiś sklep z obuwiem dziecięcym, a potem pędzimy naszym przeładowanym wózkiem do Davy’iego Jones’a. To ogromny, kilkupiętrowy, elegancki dom towarowy. Już, już zamykają, ale udajemy, że nie rozumiemy, wsiadamy do windy i jedziemy na czwarte piętro – całe w obuwiu.
Niestety, w obuwiu markowym. Chodzę pomiędzy półkami i jedyne co znajduję poza kostkę to szpanerskie tenisówki Armaniego – bagatela jedyne 150 dolarów, czyli 450 zł. Buty dla dziecka na jeden sezon!!!! Zrezygnowana zaglądam do kosza z obuwiem przecenionym i … znajduję w nim ostatnią parę kultowych butów australijskich. Takie noszą kierowcy road trucków, farmerzy w outbacku i takie będzie nosił nasz syn! Kosztują 25 dolarów i byłam gotowa je kupić nawet jeśli nie byłoby właściwego rozmiaru. Na szczęście – był.
Opuszczamy sklep i powoli wędrujemy po ulicach. To, co mnie fascynuje w sydnejskiej architekturze to miks starych, pionierskich czasów z nowoczesnością. Te wszystkie malutkie, stare budynki, które były świadkami początków tego miasta, teraz otoczone przez betonowe i szklane wieżowce. Jest w tym jakaś magia pętli czasu.
IMG_6925
IMG_6922
IMG_6920
IMG_6918
IMG_6916
IMG_6915
Już całkowicie wykończeni wracamy na stację pociągów. To znaczy my jesteśmy wykończeni po całodziennej wędrówce urozmaiconej pchaniem wózka z dwojką dzieci bądź pchaniem wózka z jednym dzieckiem i noszeniem drugiego na nosidełku. Dzieci są w swojej szczytowej formie.
Stoi na stacji lokomotywa...

Stoi na stacji lokomotywa…

... a tych wagonów jest ze czterdzieści...

… a tych wagonów jest ze czterdzieści…

Kaj wniesiony do wagonu wydał okrzyk zachwytu, bo zobaczył swoją najnowszą fascynację, w której zakochał się, odkąd jeździmy tutajszymi pociągami podmiejskimi – żółte pionowe rury do trzymania się. Kaj uwielbia się ich trzymać i … wylizywać dokładnie. Gdy nie pozwalamy mu na wylizywanie urządza taką awanturę, że cały skład słyszy. Zostawiam go Michałowi (mam dość spojrzeń innych podróżnych, którzy zbulwersowani patrzą jak pozwalam małemu dziecku lizać i gryźć rurę) i idę z Tolkiem na obchód pociągu. Starszy syn nasz jest zafascynowany tym, że można jechać i na górze wagonu, i na dole. Kursujemy tak kilka razy, góra -dół, góra – dół. Padam na twarz, nóg nie czuję, proszę dziecko o zlitowanie. Tolek rozumie powagę sytuacji, przekręca fotele tak, aby dwa rzędy siedzeń były przodem do siebie (taki fajny machanizm kolejowych krzeseł, które można odwracać w zależności od kierunku jazdy), siadamy na przeciwko.
– Teraz porozmawiamy – oznajmnia syn
– O czym? – pytam
– Opowiem ci historię – zaczyna – Mamo, są takie liny, że w nie się wkłada rękawy, i podnosi, i się do nich zaczepia helikopter, i wtedy się tak przenosi samochody strażackie do Australii.
Odpadam. Mrugam oczami, po czym przyznaję:
– Tolek, przepraszam cię, ale nie nadążam. Nic z tego nie rozumiem.
A na to moje dziecko nachyla się w moją stronę, bierze delikatnie moją twarz w swoje malutkie łapki i uspokajającym tonem mówi:
– Bo ja jeszcze nie skończyłem.
IMG_6929