Nic nas nie powstrzyma, nawet żelazna logika PKP

Do wyjazdu został nam tydzień.  Jedyna myśl jak mantra kołacze się w mózgu pomiędzy atomami kofeiny- jeszcze tylko jakoś go przetrwać i dostać się na pokład samolotu.

Czuję się troche jak Czarny Rycerz z Monthy Pythona. Miał swoją misję, swój cel, i nie poddał się nawet gdy przeciwności losu (czyli Król Artur) pozbawiły go po kolei kończyn. Ciągle jeszcze mógł pluć, prawda? Ha.

Kłody walące nas po kostkach przy przygotowywaniu wyjazdu były mniejsze i większe. Zaczęło się od tego, że gdy już w końcu ustaliliśmy gdzie i na jak długo w tej Australii chcemy pojechać, to okazało się, że ceny jakiegokolwiek noclegu w Sydney w pierwszym tygodniu stycznia biją na głowę pobyt w luksusowym hotelu w Londynie. Najtańsza opcja dla naszej dwójki (dzieci gratis) w obskurnym motelu na obrzeżach jakieś 30 km od centrum, bez publicznego transport, w pokoju 15m2 kosztowała na tydzień trzy i pół tysiąca złotych. Zaczęliśmy panikować, bo kwota za taka kwaterę dość absurdalna, a nie bardzo mieliśmy jak z tego Sydney uciec. Po dwudziestokilku godzinnym locie z dwójką maluchów musieliśmy na chwilę gdzieś się zatrzymać, żeby odpocząć i przestawić sobie cykl dobowy o 180 stopni. Przerażała mnie perspektywa załadowania się na lotnisku o północy w wynajęty samochód i podróż sto kilkadziesiąt kilometrów od miasta, żeby trafić na pierwszy nocleg naszej planowanej pętli po Queenslandzie. Ok, my może jeszcze byśmy się na to porwali, ale nie z dzieciakami.

Szukałam po kilkudziesięciu serwisach jakiś ofert, zastanawialiśmy się, czy jest realna szansa, taka grupę osób przygarnie ktoś na tydzień w ramach coachsurfingu, poważnie rozważałam opcję wstąpienia do jakiejś sekty i skorzystania z ich baz (np. nocleg przy klasztorze, misji, siostrach zakonnych czy coś w tym stylu) – jak widać byliśmy naprawdę zdesperowani.

Uratował nas znajomy, który dogadał się ze swoimi znajomymi (ech, ta wszechobecna Polonia!), którzy mogą nam za przyzwoitą cenę wynająć dom z ogrodkiem. Co prawda nie w Sydney, ale w miejscowości, z której pociąg dojeżdża do City w czterdzieści minut.

Ale jest ogródek! Przyjedziemy, prześpimy ile nam dzieci dadzą, a potem wyrzucimy je na trawę (sprawdziwszy wpierw czy węże się gdzieś nie wylegują), a sami będziemy dochodzić do siebie po locie.

Jurek, który to koordynuje słucha naszego entuzjazmu, a potem mówi – ale po jaką cholerę chcecie wychodzić do ogródka? Tu jest teraz lato, nikt normalny nie siedzi na dworze.

Nic to. Ja już mam wizję – dzieci bawią się w ogrodzie, wokoło kwitną jackarandy, a na trawnikach przechadzają się (wrzeszcząc) kakadu. Pierwsza przeszkoda pokonana.

Potem na początku grudnia uznałam, że moje dziecko jednak nie słyszy. Tzn. słyszy, ale nie zawsze. To nie jest takie proste do stwierdzenia przy trzylatku,  bo brak jego reakcji na wołania matki może wynikać z tego, iż ma te wołania w głębokim poważaniu, bo właśnie wlepia plastelinę w ogon psa, maluje po podłodze flamastrem lub patrząc się w przestrzeń obmyśla plan wywołania pożaru poprzez przegryzienie kabla (taka instrukcja była w filmie o Strażaku Samie, i przyrzekam mojemu dziecku oczy się zaświeciły, gdy pojął w jak prosty sposób można wezwać prawdziwych strażaków. Trzeba tylko mieć wiewiórkę do przegryzienia, nad czym właśnie w ciszy młody człowiek myślał).

Ale gdy nie reagował na propozycję dostania żelków, ciastek, nowej zabawki a nawet hasła do mojego laptopa, stwierdziłam, że coś jest na rzeczy.

Szybka wizyta u laryngologa, który zamiast górniczej latarki miał kamerkę do ucha i diagnoza – oba uszy całkowicie zatkane płynem. Albo czekamy miesiąc, rok, dwa w międzyczasie odprawiając różne magiczne zabiegi, aż płyn zniknie, albo robimy drenaż, oczyszczamy i zakładamy sączki.

Z płynem absolutnie nie mamy szans polecieć (nie chodzi o to, że Tolek nie słysząc nadskakującego kangura mógłby się z nim zderzyć), bo nie dałby rady wyrównać ciśnienia w samolocie. Do tego błona mogłaby pęknąć, a to oznacza blizny i gorszy słuch na stałe. Pomijam urok prawie doby podróży z płaczącym z bólu dzieckiem i realność wsadzenia go do samolotu w drogę powrotną.

Oczywiście z braku czasu wybraliśmy zabieg. Lekarze w klinice zrozumieli powagę sytuacji i 20 grudnia ustalono termin operacji. Tydzień przed Tolek złapał wirusa, który zaostrzył mu astmę, i charczenie i kasłanie wydobywało się z niego potężne. Znów blady strach – przecież jeśli nam go nie zoperują, to nie polecimy, nie mamy już czasu na przełożenie zabiegu. Miałam już w głowie nafaszerowanie go jakimiś syropami hamującymi kaszel, żeby lekarka przed zabiegiem w ogóle nie miała pojęcia, że coś mu dolega (nieodpowiedzialna matka?), gdy okrężną drogą dowiedziałam się, że generalnie taka choroba nie dyskwalifikuje do zabiegu. Tylko raczej nie powinien mieć jakiegoś świeżego zachorowania z gorączką.

Problem w tym, że w środę przed zabiegiem w przedszkolu były Jasełka, w których nasza pociecha grała Renifera (pamiętacie scenę, moją ulubioną, z “To właśnie miłość” gdy syn Emmy Thompson oznajmia, że będzie grał w Szopce Bożonarodzeniowej homara? W wielokulturowej i wieloreligijnej, ateistycznej Anglii to była poprawność polityczna, której troche mi u nas brakuje.  Gdy dowiedziałam się, że w przedszkolu będzie świateczne przedstawienie, to zastanawiałam się jak powiedzieć paniom wychowawczyniom, że chętnie dla Tolka uszyję kostium homara : d Na szczęście scenariusz przedstawienia uwzględniał wyłącznie występ choinek, śnieżynek, bałwanków, mikołajów i reniferów właśnie). Wierszyk Reniferów Tolo recytował nam w domu kilkanaście razy dziennie (ćwiczym, mamo), codziennie oglądał swoje reniferowe spodnie, i nie było szans nie puścić go na to przedstawienie. Z drżeniem serca (rozchoruje się bardziej, czy nie) puściłam go w środę, Jasełka obejrzeliśmy, i jakimś cudem nowego przedszkolnego wirusa nie złapaliśmy.

IMG_6123

W piątek zabieg się udał, możemy lecieć.

Ale to nie koniec kłód pod nogami, o nie. ;)

Jest taki rysunek Marka Raczkowskiego na 11 listopada – ojciec i syn wracają do domu idąc dookoła miasta. Dziecko pyta: Tatusiu, dlaczego idziemy do domu okrężną drogą? A ojciec odpowiada: Obchodzimy święto.

Tak właśnie my w tym roku obchodzimy grudniowe święta. Na około. Miało być pięknie, rodzinnie, spokojnie. Apartament z widokiem na zimowy Bałtyk wynajęty, znajomi uprzedzeni o przyjeździe, a nam po nocach w ciągu tych marnych trzech – czterech godzin snu, które łapaliśmy pomiędzy wbijaniem szpilek w mapę Oz a porannym wstawaniem, śniły się długie spacery pustą plażą, dorsz w restauracji przypominającej Domek Muminków, zbudowanej na końcu mola w Ahlbecku, krzyk mew w porcie promowym. Miało być, a wyszło jak  zwykle. Ponieważ Tolek się rozchorował jasne było, że żadne spacery ze świeżym, morskim, drażniącym oskrzela powietrzem nie wchodzą w grę. Więc nie ma sensu jechać ponad 900 km do samego apartamentu z widokiem. Odwołaliśmy rezerwację, akceptując spędzenie Świąt w domu. Została jednak kwestia odwiezienia do Świnoujścia naszego psa, którego na te cztery miesiące zostawiamy pod opieką znajomej.

Ustalamy, że Michał zostanie z Tolkiem, a ja wsiądę w nocny sypialny Warszawa- Świnoujście, zawiozę psa, spędzę dzień nad morzem, pochodzę po kątach, za którymi tęsknimy, odwiedzę znajomych i w ten sposób będę miała choć namiastkę tego, na co tak się cieszyłam. Oczywiście pojadę z moim Hubiakiem Pospolitym, pasożytem napiersiowym, mlekopijem nocnym, czyli Kajem.

I tu uwaga, naprawdę zaczyna się opowieść jak z Monty Pythona.

Biletu na tak ezgotyczną konfigurację – człowiek z niemowlęciem plus pies w wagonie sypialnym tylko dla nich nie da się kupić przez internet. A w kasie okazało się, że jedyny termin kiedy mogę jechać, czyli są jeszcze wolne sypialne to drugi dzień świąt. Ok, machamy ręką, kupuję bilet. Dostałam plik karteczek z których niewiele rozumiałam (mimo że po studiach, pracuję z pismami, i jakąś umiejętność czytania ze zrozumieniem posiadam), ale wierzyłam, że są ważne i dobrze wydrukowane.

Problem pojawił się, gdy w Wigilię do chorego Tolka dołączył Kaj. Wizyta lekarska zamiast kolacji (no dobrze, dramatyzuję, kolacja nie była jakaś szczególna, bo nie czułam presji gotowania dwunastu potraw dla dwójki dorosłych i dziecka jedzącego aktualnie wyłącznie kanapki z dżemem morelowym), i diagnoza – świsty w oskrzelach, spacer nad morzem wykluczony.

Zmieniamy plany i z Neską do Świnoujścia jedzie Michał. Coś mnie tknęło i w pierwszy dzień świąt rano proszę męża, żeby zadzwonił na infolinię do PKP i dowiedział się czy może jechać na tym samym bilecie, ale bez dziecka.

Oczywiście nie może, bo kupując bilet na podróż z dzieckiem dostaliśmy jakąś ulgę rodzinną, o którą nie prosiliśmy, ale co z tego. To co zrobić? Logicznie – dopłacić różnicę z ulgi. Ha, ha, ha, ….

Otóż nie. Trzeba – pani wyjaśniała to Michałowi cierpliwie trzy razy, bo nie rozumiał – pojechać na Dworzec Centralny do kasy najpóźniej dwie godziny przed odjazdem pociągu, zwrócić ten, który mamy i kupić nowy. W tym czasie tak, owszem, może się tak zdarzyć, że nasze miejsce zostanie wykupione przez kogoś innego i zostaniemy na lodzie, ale może  nie będzie tak źle.

Michał się upewnia, że musi jechać dziś do Warszawy dwa razy – raz żeby wymienić bilet(zwrócić – poprawia go pani. Ale ja nie chcę zwrocić, ja chcę dopłacić – protestuje mój Don Kichot w starciu z logiką PKP), a dwie godziny poźniej żeby wsiąść do pociągu.

Pani zaprzecza – nie, nie musi zwracać w Warszawie, może w dowolnej kasie PKP. Iskierka nadziei – a w Pruszkowie można dziś? Jest otwarta kasa w święto? Można – potwierdza uprzejmie pani. Płacił Pan gotówką, prawda? – upewnia się. Nie, nie mam w zwyczaju nosić ośmiuset złotych w kieszeni, płaciłem kartą. – informuje Michał. – Och, to w Pruszkowie nie może Pan zwrócić, bo ta kasa nie przyjmuje płatności kartą, a zwrot musi być na kartę, którą Pan płacił.

– A naprawdę nie mogę dopłacić konduktorowi tej różnicy? – próbuje jeszcze raz Michał.

Pani konsultuje odpowiedź z przełożoną i wciąż uprzejmym tonem instruuje:

– Pana bilet bez dziecka jest nieważny. Jak Pan wsiądzie do wagonu, to musi Pan zapłacić konduktorowy za nowy bilet 400 zł (w jedną stronę), a do nas może Pan napisać reklamację w sprawie zwrotu kwoty za niewykorzystany bilet.

Spryciara. Raz w życiu próbowaliśmy coś załatwić na drodze reklamacji z PKP, gdy pociąg miał ponad sześciogodzinne opóźnienie. Po trzech wizytach na stacji, gdy wszyscy święci przybili swoje pieczątki potwierdzając opóźnienie pociągu (bo przecież PKP sama z siebie nie wie, że jej się pociąg spóźnił) oraz fakt, że byliśmy w tym pociągu (a nie znaleźliśmy bilet w koszu na śmieci), sprawa trafiła do centrali w … Rzeszowie i po dwóch i pół roku ciągle pieniędzy nie odzyskaliśmy. Bo odmówiliśmy czwartej wizyty na stacji w Świnoujściu po kolejną pieczątkę, co było dla nas sprawą o tyle  kłopotliwą, gdyż już tam nie mieszkaliśmy, a PKP nie była skłonna zapłacić za bilet ze stolicy. Nie, że ze złośliwości odmówiliśmy, o nie.

Co robić? Może jednak wykorzystać bilet rodzinny i dam Michałowi Tolka zamiast Kaja? Ostatecznie biletowi obojętne, które dziecko na nim podróżuje, a Tolek czuje się już trochę lepiej. Wołam Tolka, oglądam go i już mam stwierdzić, że nadaje się jako nasze potwierdzenie ulgi rodzinnej, gdy dziecko dostaje porządnego ataku kaszlu, a potem mówi, że boli go brzuszek. Termometr wskazuje 37,8.

Może wsiąść do pociągu, a jak konduktur spyta o dziecko, to teatralnie wrzasnąć: O Boże, dziecko! Wiedziałem, że o czymś zapomniałem!

Może pożyczyć od Tolka lalkę  o wymiarach noworodka, szczelnie zawiniętą w kocyk? Dla zwiększenia efektu i siły sugestii możemy na podłodze tuż pod nogami konduktora położyć zapełnioną przez Kaja prawdziwą kupą prawdziwą pieluszkę?

Poddajemy się, Michał jedzie do Warszawy wymienić bilet. Nie ma go trzy godziny. Mówi, że najpierw godzinę stał w kolejce. Przed nim jeden podróżny chciał kupić bilet w promocji “Bilet Świąteczny” i był autentycznie zdumiony, gdy dowiedział się, że takowego nie da się kupić w święta, tylko trzeba to zrobić przed świętami. Logiczne, prawda? Potem dwójka Chińczyków kupowała dwa bilety obok siebie i chciała zapłacić dwoma kartami, czyli każdy za siebie. Ha, ha, ha.

One card, ok? One card. Dwa bilety, ale one card – tłumaczyła pani. Chińczycy dość szybko pojęli, że z systemem nie wygrają, zapłacili posłusznie jedną kartą, ale chwile trwało zanim ustalili którą i kto komu w związku z tym będzie oddawał i w jaki sposób.

Potem jeden pan przed Michałem w kolejce chciał kupić bilet do Hamburga, który odjeżdżał za autentyczne 5 minut. Nie ma problemu – odpowiedziała pani w okienku – ale to może pan zrobić tylko w tamtej kasie.

– W tej, w której jest kolejka na kilka godzin? – upewnił się pan.

– W tej, tylko ona sprzedaje bilety międzynarodowe. – potwierdziła pani.

– To niech mi pani sprzeda bilet na ten pociąg dokądkolwiek, a ja sobie na miejscu dalej dokupię – poddał się pan i w ten sposób kupił bilet do Berlina, który jak wszyscy wiedzą leży pod Białymstokiem i podrożą międzynarodową nie jest.

Gdy przyszła kolej na Michała, to kolejka utknęła na 57 minut. Tyle trwało zwracanie biletu, oddawanie pieniędzy, a potem ponowne rezerwowanie miejsc, i drukowanie nowego pakietu kartoników na przejazd tam i z powrotem. Na koniec Michal dostał wisienkę na torcie:

– Zwykle, gdy zwraca się bilet, to potrącamy 10% jego wartości, ale ponieważ pan od razu kupił nowy, taki sam, to to potrącenie zostało panu wyrównane przez wygenerowanie 10% zniżki na nowym bilecie. Sprytne, prawda?

O matko. Polska może i jest już w Europie, ale PKP ciągle gdzieś po stepach Azji hula. I to tej postradzieckiej części Azji.

Tak więc obchodzimy święta w tym roku jak możemy – wigilia u lekarza, pierwszy dzień świąt przy kasie PKP, a drugi jak w tygodniu pracy – ja w domu z chorymi dziećmi, a Michał na delegacji.

Ale to nic, to tylko draśnięcie –  powiedział Czarny Rycerz, gdy odrąbano mu rękę. Jeszcze tylko pięć dni i lotnisko. Jestem zdeterminowana. Dopóki nie odbiorą mi praw rodzicielskich zamierzam bez względu na wszystko wsadzić dzieci do samolotu we wtorek. A potem będzie już luz.

Ćwicząc optymizm, czyli plucie na los (patrz: początek posta)  rzucam dwie myśli:

a) Michał miał szansę na spacer wybrzeżem zimowego Bałtyku i po otaczającym go lesie na wydmach

2013-12-26 14.59.31

2013-12-26 14.04.23

2013-12-26 13.43.362013-12-26 13.41.15

2013-12-26 13.31.30

b) dla mnie to były pierwsze święta, gdzie bez żadnego wysiłku nie przytyłam ani grama :)))

Czołgając się w stronę marzeń

Wszystkich naszych przyjaciół i znajomych, którzy przez ostatnie dwa miesiące rozpaczliwie próbowali się z nami skontakować w dowolny sposób, w tym żeby pożyczyć pieniądze lub oddać pieniądze, i ponieśli fiasko – przepraszamy.

To nie tak, że Was nie lubimy/nie chcemy Wam pożyczyć pieniędzy/nie chcemy odebrać pieniędzy. Po prostu – ruszamy w nową podróż.

Wyprawa dłuższa niż weekendowy wypad nad Biebrzę zaczyna się u nas kilka miesięcy wcześniej. Pewnie są tacy, którzy potrafią jechać i na miejscu dopiero zacząć dowiadywać się, gdzie są. Bez sarkazmu przyznaję, że zazdroszczę takiego podejścia. Niestety my nie z tej gliny. U nas minimum to lektura kilku przewodników, stron internetowych, czyichś wspomnień lub relacji. Chcemy wiedzieć w co się zanurzamy. Jaką kulturę, przyrodę, życie, inność będziemy poznawać. Bez tej wiedzy w zupełnie obcym miejscu jesteśmy tylko turystami, którzy niewiele rozumieją z tego co widzą. Nie wiedzą czemu i dlaczego, kto, po co, kiedy. A bez tego podróż jest wyłącznie zmianą miejsca pobytu, a nie poznawaniem świata.

Z Australią jednak naprawdę poszaleliśmy. Nigdy wcześniej nie jechaliśmy na tak długo z zamiarem objechania tak ogromnego obszaru.

Jak tylko zaczęliśmy zastanawiać się co chcemy zobaczyć, odezwał się w nas znajomy narkotyczny głód “jak najwięciej wszystkiego”. Gdy pięć lat temu byliśmy w Oz na cztery tygodnie z ledwością liznęliśmy głównych atrakcji. Teraz aż tupaliśmy z radości, że nadrobimy braki, zaspokoimy niedosyt i jednocześnie – ha, ha – w końcu będziemy podróżować wolno, bez pośpiechu i myśli o końcu urlopu. No bo do dyspozycji mamy przecież aż cztery miesiące i tylko jeden kraj, więc żal doprawdy cokolwiek przegapić. Ech, marzyciele.

Na początku z wielkim entuzjazmem, ignorując zdobycze współczesności, czyli google maps, przygotowaliśmy makietę kontynentu.

Z płyty styropianowej i taśmy robimy tradycyjną makietę,

Z płyty styropianowej i taśmy robimy tradycyjną makietę,

 

Z równie dużym entuzjazmem zakupiliśmy kolorowe znaczniki do książek i pinezki do wbijania w mapę.

A potem zaczęliśmy czytać przewodniki, książki, relacje, prace naukowe, artykuły, linki do linków, i …

IMG_5946

… z rosnącym przerażeniem zmieszanym z niedowierzaniem wtykaliśmy kolejne pinezki.  Samo wtykanie zajęło nam kilkanaście wieczorów. Na początku jedno z nas rzucało hasło – nazwę parku narodowego, dziwu przyrody, miasteczka, drogi. Potem przez kilka – kilkanaście minut oglądaliśmy galerię w googlach, czytaliśmy krótkie notki i decydowaliśmy o kolorze atrakcji. Pomarańczowa – koniecznie do zobaczenia. Zielona – nie przegapić przejeżdżając obok. Żółta – jeśli jakimś cudem starczy nam czasu.

IMG_5933

Pracowaliśmy wieczorami i nocami, po położeniu dzieci spać, bo tylko wtedy daliśmy radę się skupić. Choć z wieczoru na wieczór było coraz gorzej. Wspomagaliśmy się kawą mieszaną z winem (yhy, australijskim, żeby klimat poczuć), red bullem, i czym kto tam mógł. Było ciężko. Szliśmy spać o drugiej – trzeciej w nocy, a pobudka bezlitośnie o siodmej trzydzieści, choc czasem jak Michał rano miał samolot na służbową delegację, to nie wygłupialiśmy się w udawanie, że idziemy spać.

IMG_5779

W międzyczasie robiłam badania kontrolne i oddawałam krew do oceny morfologii. Na wyniku, który odebrałam stało: oddana ciecz nie nadaje się do analizy, gdyż w 90% składa się z kawy, a w 10% z whisky.

Funkcjonowaliśmy w ciągu dnia siłą inercji generowanej przez dwójkę dzieci, szefów i kalendarz. Rozmowy między sobą ograniczyliśmy do minimum na tematy absolutnie niezbędne, żeby nie marnować energii.

Któregoś wieczoru, gdy wydawało się, że już najgorsze za nami – ustaliliśmy zarys trasy, porównaliśmy opcje cenowe kupna auta versus wypożyczenia, wyliczyliśmy dni potrzebne na pojedyńcze wyprawy samolotem wewnątrz kontynentu, postanowiliśmy znormalnieć. Ostatecznie jesteśmy małżeństwem i musimy wiedzieć, co jest w małżeństwie najważniejsze, prawda?

Dzieci uśpione, napuszczam wody do wanny, wlewam specjanie kupiony olejek imbirowy, zapalam świeczki. Michał w kuchni otwiera porto (mamy już serdecznie dość win australijskich), szuka płyty z fado. Wszystko gotowe, tylko jeszcze musimy rzutem na taśmę zarezerwować nocleg w Parku Kakadu. To maksymalnie pięć minut. Siadamy przy jednym laptopie, oglądamy opcje. Hm, który punkt w parku narodowym wielkości województwa uczynić naszą bazą? Który jest ciekawiej położony? Z którego prowadzi więcej szlaków mających szansę być przejezdne w porze deszczowej? Co znaczy ostrzeżenie: turyści powinni mieć w samochodzie prowiant pozwalający im na przetrwanie kilku dniu w razie nagłego odcięcia przez wodę drogi powrotu, do czasu przybycia pomocy? Kilka dni to ile??? A skoro już wybraliśmy nocleg, to jeszcze zarezerwujmy w Darwin auto. Bierzemy 4×4, czy normalne? Trzeba sprawdzić przejezdność szlaków w ciągu ostatnich kilku lat. Klikamy po kolejnych stronach, śmigamy z jednego linku w drugi.

Woda w wannie wystygła, pachnąca piana ani już nie pachniała, ani nie była już nawet pianą, świece dogasły, porto nie wiadomo kiedy i przez kogo zostało wypite. Włócząc nogami idziemy po schodach do sypialni z tą samą co noc nadzieją: byle dojść do łóżka, potem już będzie z górki.

Zasypiając resztką sił wymamrotałam:

Michał, ale jak już pojedziemy do tej Australii, i będziemy tam zwiedzać, to choć ze dwa razy damy radę się poprzytulać jak normalni zakochani w sobie ludzie, co?

A mąż mój właściwie już przez sen odpowiedział:

– Nie wiem, nie wiem. Sama widzisz jaki mamy napięty plan podróży.

***

I na zakończenie jeszcze jedna anegotka:

Wieczór, jak zwykle ledwo stojąc na nogach kładziemy dzieci spać. Ja wymieniam tysięczny wkład prania w pralce i suszarce, Michał kąpie Kaja, a Tolek krzyczy z pokoju:

– Czy wy tam jesteście głodni?

Znamy zasady gry, więc odpowiadamy:

– Tak, zjedlibyśmy pomidora z mozzarellą.

 

Tolek wkłada czerwony, drewniany klocek do swojej mini kuchenki z piekarnikiem, programuje odpowiedni czas i po chwili przychodzi do łazienki z upieczonym pomidorem włożonym do miseczki, która pierwotnie była pomyślana jako legowisko psa (kto ma dzieci, ten nadążył).

Zjadamy na niby  i rozpływamy się w ochach i achach, że pomidor tak dobrze upieczony i ser stopiony w idealnym stopniu, a Tolek lekko oburzony prostuje:

– To jest pomidor z cebullą, bo mozzarella się skończyła.

Za chwilę przybiega znowu i daje Michałowi coś niewidzialnego, mówiąc:

– Proszę plasterek.

Michał bierze i wkłada do ust. Tolek krzyczy:

– Nie, nie jedz tego.

A Michał:

– Ale ja bardzo chcę ten plasterek – i żeby Tolek nie miał szans na siłowe rozwiązanie, szybko go połyka – już go zjadłem, był pyszny.

A Tolek zdziwiony:

– To co przykleisz na kuku jak zjadłeś plasterek?

Michał: O. A ja myślałam, że to był plasterek pomidora. A to był plasterek na kuku?

Tolek kiwa głową. Ja skręcając się ze śmiechu pytam:

– To nie widziałeś co jesz?

Michał: Nie, nie widziałem. Jestem tak zmęczony, że ledwo wannę z Kajem widzę. Myślałem, że to drugi pomidorek. I co teraz będzie? – pyta zmartwiony.

 

Tolek po chwili namysłu: Teraz cię będzie na niby bolał brzuszek. I zaraz zrobisz ogromną kupę z plasterkiem. Takiej jeszcze nie robiłeś.

IMG_5773

Mroźny oddech przeznaczenia

Jeden z ostatnich dni listopada, późny wieczór. Sprzątam po kolacji, gdy do kuchni wchodzi mąż. Z jego miny wnioskuję, że coś się stało. Coś doniosłego, ważnego,  coś co wpłynie na nasze życie.

– Kochanie – mówi tonem brytyjskiego dżentelmena ze sfer średnich wyższych – stało się. Przymarzła nam klapa od śmietnika.

Och! Odkładam ostrożnie talerz do zlewu. Patrzymy na siebie w milczeniu, a w tym spojrzeniu jest pełne porozumienie i akceptacja tego co nieuchronne. Oboje wiemy co ta wiadomość oznacza. Powoli wypuszczam wstrzymywane powietrze. Nie warto walczyć z przeznaczeniem.

– A więc to już – odpowiadam najbardziej spokojnym głosem, na jaki mnie stać.

Michał również stara się zachować spokój: Tak. To już. Zaraz rozpocznie się zima. Czas ruszać na południe.

****

Kilka miesięcy wcześniej:

Ankieta dla aplikujących o wizę i nasze odpowiedzi.

 

Pytanie: 

Czy którykolwiek z aplikujących ma następujące dolegliwości medyczne mogace implikować koszty leczenia:

– chorobę psychiczną?

Tolek (lat 3): Nie, zupełnie nie. I moi koledzy strażacy, w tym zając kierowca, też nie.

– ciążę?

Ala: Hmm, nie, mam nadzieję, że nie.

Przy czym ręka mi drżała, gdy wypełniałam ten punkt, bo na moim ramieniu spał Kaj. Kaj, którego nie było, gdy półtora roku temu jechaliśmy na wakacje do Norwegii, a byl już, gdy z niej wracaliśmy. Choć oprócz Kaja nikt o tym nie wiedzał.

Pytanie:

Czy którykolwiek z aplikujących ma problemy z poruszaniem się i potrzebuje pomocy?

Kaj (6 miesięcy, opanowana sztuka przewracania się na brzuszek, w trakcie nauki pełzania): Hę?

Pytanie:

Czy którykolwiek z aplikujących był kiedykolwiek zaangażowany w działalność mogącą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego kraju do którego apikuje o wizę?

Kaj, Tolek, Ala, Michał: ???

Pytanie:

Czy którykolwiek z aplikujących kiedykolwiek przeszedł militarny lub paramilitarny trening, poza obowiazkową służbą wojskową?

Ala (z nadzieją):  Wakacyjny, ale intensywny, kurs krav magi się liczy?

Pytanie: 

Czy którykolwiek z aplikujących był szkolony w posługiwaniu się bronią lub materiałami wybuchowymi?

Tolek (dziecko wybitnie pacyfistyczne, które jednakże od pół roku chodzi do przedszkola. Niestety): A strzelacze w wozie strażackim mogą być?

Pytanie:

Czy ktorykolwiek z aplikujących zamierza odwiedzać szpital lub inny przybytek opieki medycznej?

Ala: A koszt wizyty u wróżki zwracacie?

Dwa tygodnie później, poinformowana nas, że w ocenie służb wywiadowczych nie stanowimy zagrożenia i wizy zostały przyznane. Nie stanowimy???

IMG_6065

Obrazek zastępczy. Przymarźnięta klapa śmietnika nie wyglądała zbyt dobrze na zdjęciu.