Zdolności do zawierania znajomości

Jemy śniadanie w kempingowej świetlico – jadalni. Michał na chwilę poszedł do łazienki umyć ręce, po czym wraca po 20 min. I zaczyna opowiadać: sorry, że tak długo, ale spotkałem właściciela kempingu i ucięliśmy sobie pogawędkę. Powiedział, że jego rodzina od ośmiu generacji tutaj mieszka, i że wszyscy byli rybakami. Dopiero on zrobił tutaj kemping, i prowadzi go razem z żoną. Kiedyś pomagali mu synowie z żonami, ale wyjechali, i teściowa, ale ona umarła, i teraz pracują tylko we dwoje. Jego żona jest Łotyszką, która przyjechała tu na wakacje, a on akurat był trzy lata po rozwodzie z pierwszą żoną, i tak jakoś się spiknęli, i ona została. Ale szukają pracownika, bo w sezonie pracują po 20 godzin dziennie, łącznie z przyjmowaniem telefonicznych rezerwacji siedząc w toalecie. A w zimie gdy nie ma tylu turystów to też nie ma spokoju, bo trzeba wszystko wymienić, i przemalować, bo jak jest zimno to aż widać kryształki soli w powietrzu, i od tego wszystko rdzewieje. A kamienie, które leżą dookoła domu, które tak ci się podobały, wykopał w swoim ogródku, bo kiedyś morze sięgało aż tutaj. Takie same są też na plaży po drugiej stronie wyspy, ale nie można tam teraz chodzić, bo jest okres lęgowy. A, i nazywa się Knut.
Zatkało mnie. Jakim cudem mój mąż w dwadzieścia minut wyciągnął od obcego człowieka tyle informacji? Zawsze podziwiałam relacje tych podróżników, którzy potrafili dowiedzieć się ciekawych rzeczy od miejscowych, zadać właściwe pytania i nawiązać kontakt. Ja kompletnie się do tego nie nadaję. Nie umiem i już. Jeśli wspomniany już na tym blogu Tomek M. Będzie kiedyś prowadził warsztaty z tej umiejętności, będę pierwszą na liście zapisanych osób. Ale na razie zupełnie nie wiem, jak to robić.
Teraz ja idę do łazienki umyć zęby. W łazience spotykam żonę właściciela kempingu, która sprząta. Nakładając pastę na szczoteczkę, zbieram się na odwagę i postanawiam spróbować. A nuż to wcale nie jest takie trudne?
– Twój mąż mówił, że prowadzicie ten kemping tylko we dwójkę? – zagajam uprzejmie.
– Tak.
Nawet nie podniosła głowy znad umywalki, którą myje. Próbuję jeszcze raz.
– To musi być bardzo czasochłonne, szczególnie w sezonie.
– Tak.
Odpuszczam. Widocznie nie znam odpowiednich pytań. Lub nie wyglądam wystarczająco zachęcająco do zwierzeń z moją podróżną szczoteczką do zębów.
Choć jest jeszcze taka ewentualność, że żona Knuta zwyczajnie nie lubi turystów i nie będzie z nimi rozmawiać. No bo co sądzić o autorce wiszącej w kuchni kartki treści następującej:
Warunki korzystania za darmo z kuchni (zlewu, piekarnika, kuchenki) są takie, że każdy użytkownik sprząta po sobie. Mówiąc jaśniej – nie zostawiaj pracy dla innych, szczególnie dla piszącej tą kartkę.
Z poważaniem,
Inguna

Dla ozdoby posta wklejam zdjęcie nie związane z tematem, ale jak najbardziej zrobione w Norwegii.

3-21

Pituptaszki

Było już jezioro, las, wodospady, rzeka, fiordy. Tym razem, w ramach urozmaicenia do snu szumiał nam ocean. Chociaż zwrot ‚do snu’ jest sporym nadużyciem. Do godziny pierwszej w nocy dookoła nas jak opętane wrzeszczały setki mew. Potem poszły spać, i usłyszeliśmy szumiące fale. O czwartej nad ranem mewy się wyspały…
No, ale czego się spodziewaliśmy przyjeżdżając na wyspę Runde – ptasią wyspę? Dojechaliśmy tutaj z lądu kilkoma promami, tunelami podwodnymi i uroczymi mostami, na których oczywiście mieści się tylko jeden samochód i czasem, choć nie zawsze, mijanka jest na szczycie.

3-20

4-14

5-11
Po śniadaniu zapakowaliśmy do plecaków jedzenie, termos z herbatą, aparaty, kurtki, Susła i ruszyliśmy na wędrówkę.

6-10

7-9
I znów czuję frustrację, bo słowami ciężko jest opisać piękno tego miejsca, a zdjęcia nie oddadzą ani przestrzeni zboczy górskich ani skali urwisk schodzących wprost do oceanu. Nie da się tu przekazać zapachu wiatru, huku fal, ciepła słońca, i dominującej ptasiej gadaniny.

8-8

9-7

10-7

11-6
Ptaki były wszędzie. Wędrowaliśmy wśród pól wełnianek i zwyczajnie cieszyliśmy się otaczającą nas zielenią i błękitem.

12-6
Podziwialiśmy malutkie ptaszki, które nagle wyskakiwały z kępy trawy przy ścieżce i próbowały nas atakować broniąc gniazda. Ileż to wymagało odwagi! Lub inne brały się na sposób i ze wszystkich sił starały się przyciągnąć sobą naszą uwagę odciągając nas od swojego gniazda. Obserwowaliśmy też powietrzne walki ptaków, nurkowania po ryby, sejmy i sejmiki, narady i nasiadówki. Alki, nurzyki, głuptaki, wydrzyki, mewy i fulmary – tyle udało się nam ignorantom rozróżnić, choć gatunków było o wiele więcej. Czy byłoby jeszcze piękniej gdybyśmy znali nazwy tych wszystkich pierzastych stworzeń? Nie sądzę. Człowiek ma skłonność do katalogowania i nazywania wszystkiego co widzi, ale czasem po prostu wystarczy usiąść i patrzeć, bez zawracania sobie głowy nad- i podgatunkami. Tolek zna kilka określeń, a nie przeszkadza mu to w całkowitym zachwycaniu się tym, co widzi. I tak: ‚miau’ to wszystkie koty, tygrysy, rysie, ‚ihaha’ zawiera w sobie konie, zebry, łosie, renifery, a ‚pipoł’ to zarówno krowa jak i hipopotam. I już.

13-5

14-4

15-4

29
Ponieważ była to prawdziwa górska wędrówka, był też czas na gorącą harbatę i pożywny posiłek.

16-3

17-2
Ponieważ mimo słońca potwornie wiało, a czego jak czego, ale wiatru Suseł nie lubi, zmieniliśmy snoopkową czapkę na lapońską i mogliśmy dalej ruszać w drogę.

18-2
A po drodze spotkaliśmy owce. Na ich widok Tolek dostał histerycznego ataku śmiechu. Chichotał i chichotał. Czemu? Nie mam pojęcia, spytajcie Tolka.

19-2
Ukoronowaniem dnia była wyprawa do gniazd lęgowych maskonurów. Po godzinie dwudziestej te prześmieszne ptaki kończą żerowanie w wodzie i wracają do nor w skałach i kamieniach. Żeby się dostać w dogodne do obserwacji miejsce trzeba zejść po pionowo przymocowanej do skał drabince. Mój lęk wysokości zwiał jak zobaczył to przejście, za to Suseł twierdził, że to była pestka.

20-2
I oto jesteśmy na właściwym klifie.

24
Tolek swoimi krzykami radości powoduje popłoch zarówno wśród ptaków jak i obserwujących je ornitologów. Siadamy więc z nim trochę dalej, i na zmianę chodzimy nad urwisko. W tym czasie, żeby jakoś opanować rozbrykane dziecko wyciągamy naszą broń ostateczną, najcięższą oręż, atrybyt używany tylko w ekstremalnych sytuacjach, gdy wszystko inne zawodzi – ipada z filmem o Ciuchci Tomku i jego przyjaciołach. Tolek w niebowzięty oglada bajkę, a my wymieniając się oglądamy siedzące dwa metry od nas maskonury.

25

26

27

Po godzinie postanawiamy wrócić do obozowiska. I wtedy okazuje się, że nasze nogi jednak są innego zdania. Po 10 godzinach wędrówki z plecakiem odmawiają jakiegokolwiek ruchu. Zaciskając zęby pokonuję kolejne metry w dół wyspy. Ratunku, ja jestem przecież urzędnikiem państwowym. Cały dzień siedzę za biurkiem, przybijam pieczątki, piję kawę. Moją jedyną aktywnością jest wędrówka po schodach piętro wyżej do sekretariatu po tą kawę. Co mi strzeliło do głowy żeby wybrać się na całodniową wędrówkę?
Z ledwością wchodzę po drabince do namiotu. Już nawet nie wiem, która część ciała mnie nie boli. W duszy zrzędzę na pomysł podziwiania ptaków i widoków. Trzeba było nie skąpić tylko wynająć łódź opływającą wyspę. Zaczynam przebierać zdjęcia z dzisiejszego dnia. Hm, a może… Chyba jednak… Tak, było warto.

28
P.s. Możemy się podzielić jeszcze dwoma radami.
Rada pierwsza: jeśli kręcą was ptaszki :) to osobiście bardziej radzimy się wybrać na inną norweską wyspę Hornoya. Niestety leży ona daleko na północ, i dlatego tym razem jej nie odwiedzimy. Ale można na niej podziwiać te same ptaki mając je na wyciągnięcie ręki, a nie przez lornetkę.

Rada druga: jak amatorsko odróżnić fulmara od mewy. Należy osobnika przestraszyć. Jeśli krzyczy – to jest mewą, jeśli pluje śmierdzącą śliną – to definitywnie fulmar. Jeśli nic nie robi – to stoik.

O przestrzeni

Jak wiadomo ze szkoły zniekształceniom czasu towarzyszą często zniekształcenia przestrzeni.

Jadąc do Norwegii byliśmy przygotowani na to, że poruszać się będziemy wolniej. Kraj jest najdłuższy w Europie – 1752 km. Ponadto obowiązuje tu ograniczenie prędkości do 80 km/h i tylko na nielicznych autostradach można rozpędzić się do 100 km/h. Wiedza ta nie przygotowała nas jednak na rzeczywistość.

Jeżeli ktoś z Was jest fanem filmów drogi a nie chce tracić wakacyjnego czasu i pieniędzy na wysyłkę swojego ukochanego środka transportu kontenerem do Stanów czy Australii, powinien przyjechać do Norwegii. Można tu doświadczyć tygodniowej podróży w jednym kierunku. Każdy dzień to kilka przepraw promem, kilkadziesiąt tuneli długich od kilkuset metrów do 25 kilometrów, kilka tysięcy ostrych zakrętów odkrywających coraz to nowe widoki.

3-19

W ciągu kilku godzin można wspiąć się z bujnie omszałego liściastego lasu w arktyczną tundrę i zjechać z powrotem. W ciągu dnia spod lodowców dostać się na Atlantyckie Wyspy.

Korzystanie z dróg w Norwegii nie jest tanie. Wiele z nich jest płatnych a przeprawa promowa kosztuje średnio 60 zł dla samochodu i 20 dla motocykla. Dla amatorów dwóch kółek uciążliwe mogą być też tunele. Drążone wewnątrz gór nie wszystkie mogą być i często nie są wentylowane. Skala pracy i wiedzy inżynierskiej potrzebnej żeby skomunikować ten kraj budzi jednak podziw i jest warta zobaczenia sama dla siebie. W moim prywatnym rankingu są to jak dotąd najlepiej wydane pieniądze za przejazd.

Jednak tym co pociąga mnie najbardziej są subtelne różnice w kolorach, krajobrazie i świetle poszczególnych krain, a nawet wysp. Jest ich tak wiele że można by zaszyć się tutaj i smakować je bez końca…

6-9

5-10

4-13

Location:Wyspa Runde, Norwegia

Dlaczego śnieg nie jest niebieski?

Być tutaj i nie zobaczyć lodowca to byłaby skucha. Drogę Trolli zamieniliśmy więc na Jostedalsbreen, największy europejski lodowiec. Choć w naszym wykonaniu to raczej była ‚zajawka’ lodowca. Nie zdecydowaliśmy się skorzystać z organizowanych wypraw na lodowiec z kilku powodów, ale radzimy jeśli też tu będziecie, to weźcie odpowiednie ubranie i zarezerwujcie sobie odpowiednią ilość czasu na taką wyprawę. My na pewno zrobimy tak następnym razem.
Na początku pojechaliśmy dokształcić się teoretycznie do muzeum lodowca w Fjaerland. Zwiedzanie muzeum z Tolkiem jest sporym wyzwaniem, ale myśleliśmy sobie, że pół godziny damy jakoś radę. No bo ile czasu można zwiedzać takie muzeum? O my naiwni.

1-19
Miejsce jest absolutnie fascynujące. W przystępny, a jednocześnie bardzo dokładny sposób opisuje wszystkie zagadnienia związane z lodowcami. Jest projekcja filmowa, są ścieżki podczas których można poczuć na własnej skórze czym są zmiany klimatyczne, jest odtworzona szczelina w lodowcu, w środku której zasymulowano błękitny półmrok, jaki panuje w prawdziwych szczelinach, oraz gdzie można posłuchać prawdziwych odgłosów wydawanych przez lodowiec – kapania wody, trzasków pękających kawałków lodu, głuchych dźwięków idącego lodowca. Do tego podmuchy zimnego powietrza nadające dośiwadczeniu dodatkowego posmaku :) Tolek jaskinię zwiedził sześć razy, cud, że od tych przeciągów nic nie złapał. Dowiedzieliśmy się, że lód jest niebieski tylko my tego nie widzimy, bo zwykle mamy do czynienia ze śniegiem lub lodem o bardzo małej gęstości lub w za małej ilości (gęstość świeżego kryształu śniegu to 0,1 g/cm3 a gęstość kryształu lodu lodowca wynosi 0,9 g/cm3). Nawet gruby dla nas lód – na jeziorze lub rzece, jest biały, bo jest w nim za dużo bąbelków powietrza i innych zanieczyszczeń. Ale prawdziwy kolor śniegu to błękit.
Wiem już też czym się różni lód z lodówki od tego z lodowca – w dużym skrócie strukturą i wielkością kryształów.
Oprócz szeregu faktów, mniej lub bardziej interesujących (największy, najgrubszy, najszybszy, najstarszy lodowiec, itp.), w muzeum za pomocą prostych eksperymentów, które z pasją przeprowadzaliśmy, przekonaliśmy się, że:
A) lodowiec jest złożony z dużych kryształów lodu, pomiedzy którymi może przepływać topiąca się woda. Na lodowcową kostkę z entuzjazmem wylewaliśmy zabarwioną wodę obserwując jak penetruje wnętrze lodu.

2-16
B) lód topi się pod wpływem ciśnienia (i m.in. dlatego lodowiec chodzi) – obrazował to drut przecinający lód na pół, przy czym przecięcie nad drutem zamarzało, tak że lod nie zostanie przecięty.

3-18

4-12
C) lodowiec wyrzeźbił fiordy. Na stole była kosta lodu, która można było przesuwać wzdłuż blatu. I po przyłożeniu linijki okazywało się, że od 1994 r. zwiedzający lodem wyżłobili już co nieco;)

5-9
D) woda spod spodu lodowca może posłużyć do wytworzenia energii. Tolek ze skupieniem przelewał hektolitry lodowcowej rzeki.

6-8

Można też było wytworzyć własną energię…

8-7

7-8
… lub na komputerze wybierając natężenie odpowiednich czynników samemu stworzyć dowolny etap epoki lodowcowej.

Gdy już ponaciskaliśmy wszystkie przyciski, zajrzeliśmy w każdą dziurę, przeczytaliśmy każdą tablicę, okazało się, że … spędziliśmy tu trzy i pół godziny!

Teraz nie pozostawało nam już nic innego, jak tylko zobaczyć na własne oczy ten twór natury. Wybraliśmy dwa jęzory widoczne z parkingu, bo już było za późno na prawdziwą wyprawę –

9-6

10-6

11-5
I teraz dwie dygresje:
Po pierwsze jak przygotowywaliśmy się do wyjazdu, w przewodniku po skandynawskich parkach wyczytałam, że w Norwegii woda ze wszystkich strumieni nadaje się do picia, prócz tej z lodowca, bo jest pełna drobnoustrojów powodujących zatrucia. Ponieważ przy planowaniu biwakowania na dziko musieliśmy założyć, że wodę będziemy uzupełniać właśnie ze strumieni, mailowo zadałam autorowi przewodnika pytanie jak rozróżnić, która woda jest skąd. Odpowiedź była prosta: woda z lodowca jest mętna. Gdy na miejscu zobaczyliśmy strumień pod lodowcem zrozumiałam jak naiwne było moje pytanie.
Czy spotkaliście kiedyś tak nieprzeźroczysty strumień górski?

12-5
Po drugie, z tymi kluczykami to było tak: koniecznie chciałam zobaczyć jak lodowiec chodzi. W muzeum napisano, że prędkość jęzora pod którym byliśmy to ok 2 metry na dzień. Michał powiedział, że nie mamy tyle czasu. Więc udając roztargnienie zatrzasnęłam kluczyki (obie pary) w środku. Niestety, uprzejmy Niemiec z campera dysponował skrzynką z tysiącem narzędzi do majsterkowania i udaremnił mój plan.

Jak otworzyć jeepa?

Mieliśmy dzisiaj osobliwą przygodę. Rzecz, która zdarza się na świecie pewnie setki razy dziennie i która, przysiągłbym nigdy nie zdarzy się nam. Zamknęliśmy w aucie kluczyki.

W stresowych sytuacjach mózg łatwo wpada w koleiny utartych schematów. Mój zaczął rysować wizję czekania na assistance na górskiej polanie pod lodowcem lub, jako alternatywę, wczasów w okolicznym miasteczku aż warsztat sprowadzi nową szybę do Wrangla.

W minorowych nastrojach udaliśmy się na poszukiwanie mapy, żeby wytłumaczyć ubezpieczycielowi gdzie nas szukać. Tymczasem trafiliśmy na sympatyczną załogę campera z Niemiec. Wspólnie udaje się odzyskać świeże spojrzenie i po 15 minutach użycia prostych narzędzi Ala zgrabnie wślizguje się do środka i odblokowuje zamek od środka. Po kolejnych 10 minutach wszystkie części poza plastikowym deklem który złamałem są zamontowane na swoich miejscach.

3-17

A mówią że to Polacy otwierają Niemcom samochody. To był godny rewanż – dziękujemy!

Dwie rzeczy których nie można zabrać w podróż za dużo to optymizm i otwarty umysł.

Przydadzą się znowu, bo oto zaczyna migać żółta lampka mówiąca o tym że mamy na sztywno zblokowany tylny most. Po asfalcie jeździć się tak długo nie da. Idę z nim negocjować…

Kościół do-it-yourself

Jednym z symboli turystycznych Norwegii, które trzeba zobaczyć są stavkirke. Jeśli ktoś chce je zobaczyć, ale Norwegia mu nie po drodze, proponujemy wycieczkę do Karpacza i stojącej tam Świątyni Wang.
Drewniane kościoły z X – XIII w., w których symbole chrześcijańskie mieszały się z ciągle obecnymi tutaj wierzeniami. I tak wśród twarzy dwunastu apostołów, jeden z nich to … Odyn. Lub na szczycie filara jest wyrzeźbiona głowa kota – symbol boginii Freji. A portale pełne są rzeźbionych smoków, węży i psów.
Tych budowli było kiedyś ok. Tysiąca, do naszych czasów zachowało się 28. My odwiedziliśmy najbardziej znany w Borgund. Nasze wrażenia?
O ile rzeźbienia wymagały zręczności, umiejętności i doświadczenia, to samo postawienie takiego kościółka nie było skomplikowane. Oglądający schemat budowy ściany, która tworzyła jakby osobne prostokątne elementy łączone potem z innymi, mieliśmy wrażenie że do dziś korzysta się z podobnych rozwiązań technicznych w … Ikei. Wszystko można spakować do płaskich pudełek i złożyć w dogodnym dla siebie miejscu. Ach, ten skandynawski design.

1-18

2-15

3-16

4-11

5-8
Koniec dnia. Wertujemy przewodnik, sprawdzamy kalendarz. Ile jeszcze dni nam zostało? Co zobaczyć? W końcu po burzy mózgów, plusowaniu i minusowaniu, postanawiamy odpuścić Bergen. Dolecieć tam można samolotem prosto z Polski, więc postanawiamy zostawić je sobie na przedłużony weekend. Samo miasto i okolice są tak atrakcyjne w opisie, że ‚zjedzą’ nam za dużo czasu tej wyprawy. Skreśliliśmy też inną turystyczną atrakcję – Drogę Trolli. Serpentynami górskimi jeździliśmy, trudno, tych nie pokonamy. Za to zabierzemy Was …

Komu bałwana, komu?

Z Flåm do Leardal poprowadzono najdłuższy w Norwegii i jeden z najdłuższych na świecie tuneli. Ma 24,5 km, wymyślny system wentylacji, oświetlenia, zaawansowany system bezpieczeństwa i … za nic nie chcieliśmy nim jechać. Uwierzcie nam, że jazda w tunelu jest najnudniejszą rzeczą jaką można robić w Norwegii. Najdłuższy przez nas ‚zaliczony’ tunel miał 12 km, i pod koniec żeby nie zasnąć za kierownicą puszczaliśmy Beatlesów śpiewając z nimi na całe gardło Yellow submarine. Tolek za to uwielbia tunele, i jak tylko widzi odpowiedni znak informacyjny, to krzyczy ‚tuda’ (nie mylić z ‚tudut’, które oznacza autobus, statek, ciężarówkę lub pociąg). No, ale on na pokładzie jest jeden, nas dwoje, więc został przegłosowany.
Pojechaliśmy starą drogą przez góry, szeroką akurat na jeden pojazd, pełną serpentyn, przepaści i owiec. Nasz GPS był zbulwersowany i non stop kazał nam zawracać, ale byliśmy twardzi.

6-7

7-7
Pogoda ciągle przeciwko nam, ale to pierwszy raz podczas dotychczasowego wyjazdu, więc nie narzekamy. Na moment zatrzymujemy się na platformie widokowej zawieszonej nad fiordem. Oczywiście niewiele widać, ale pamiątkowe zdjęcie musi być ;)

1-17

2-14
Mrówek pokonuje kolejne zakręty, powoli znika zieleń, znikają drzewa, krzewy, termometr pokazuje 4 stopnie. Dlatego proszę, pomyślcie ciepło o autorce następnego zdjęcia.

3-15

5-7
W pewnym momencie przejeżdżamy przez szlaban.Jest pełnia lata, więc droga jest otwarta. Droga? Droga właściwie nie istnieje. Zakryta mgłą, ogrodzona śnieżnymi zaspami na wysokość pojazdu. Co jakiś czas, nagle i bez uprzedzenia oczy są atakowane chwilową ostrością – fragmenty bez mgły poprzez kontrast z poprzednim mlecznym rozmyciem są niesamowicie intensywnie wyraźne.

4-10

8-6

9-5

11-4
Wydawało by się, że w takich warunkach nie ma życia. A jednak, gdy wyłączamy silnik, wsłuchujemy się w ciszę i … słyszymy ptaki. Za to na tych fragmentach bez śniegu mchy, porosty i jakieś szalone rośliny rosną jak szalone. Wykorzystują każdy promień słońca.

10-5

12-4
W pewnym momencie musieliśmy przekroczyć jakąś granicę, bo pojawia się zieleń, farmy i domki letniskowe.No i znów jesteśmy po słonecznej stronie życia :). Po mgle i deszczu ani śladu.

13-4

14-3

15-3

A one chichoczą

Pogoda odstrasza, mgliście, deszczowo, szaro, zimno. Wychodzę po drabince z namiotu, spod cieplutkiej, puchowej kołdry i mam ochotę zwagarować z dzisiejszych zajęć. Przy aucie Michał podaje mi kubek z gorącą herbatą i bułeczkę z rodzynkami. Pisałam już, że mój mąż jest moim bohaterem?
Na nadbrzeżu promowym wycieczka Japończyków. Z właściwą sobie ruchliwością wywracają do góry nogami sklep z pamiątkami, zatakają toaletę, wyjadają wszystkie kanapki z baru. Czwórka z nich na murku obok gra w karty. Michał z błyskiem oku mówi: podejdę i spytam się, czy mogę sobie z nimi zrobić zdjęcie!
Dostaję ataku śmiechu, ale ostatecznie fotografujemy się z Wikingiem.

3-14
Wypływamy promem na rejs po fiordach. Wybraliśmy Naeroyfjorden, jeden z najbardziej urokliwych i najwęższych fiordów. Pogoda ciągle paskudna, ale myślę sobie, że wczorajsze słońce jednak bardziej się przydało na podziwianie Flamsdalen, więc lepiej, że pada dziś niż wczoraj. Owinięci kocami siadamy na pokładzie.
Pierwsza godzina rejsu to ciągła nerwówka. Japończycy miotają się po pokładzie, wchodząc nam przed obiektywy, my próbujemy jednocześnie robić zdjęcia dwoma aparatami, kręcić film kamerą i uważać na Tolka, który próbuje wyskoczyć do mew. W końcu osiągamy kompromis – depcząc Japończykom po stopach wypraszam ich z naszej części pokładu, Tolek dostaje zgodę na rzucanie mewom swojego śniadanka, a my robimy dokumentację foto.

1-16

2-13
A potem Michał zabiera zmarźniętego i lekko już znudzonego Susła pod dach, Japończycy idą do restauracji na romantyczne śniadanie wśród fiordów, a ja zostaję sama na pokładzie. Zaczynam poddawać się jakiemuś dziwnemu nastrojowi. Ciągle zimo, mży, wieje. Kolejne brzegi fiordu tworzą bramy zamykające i otwierające widok. Wędrująca mgła przybiera różne kształty. Zasłania i odsłania skały, wodospady, szczyty gór pokryte śniegiem. Wiatr chichocze. Wiatr chichocze? Rozglądam się dookoła, nikogo nie ma, jestem sama. Czy na pewno? Znów słyszę chichot. I tupanie bosych stóp. Próbuję dojrzeć coś przez mgłę. Mrużę oczy, przekrzywiam głowę i nagle są. Trolle. To co wcześniej było skałą, kamieniami, szczelinami, okazuje się być oczami, nosem i ustami. No tak, siedzą, patrzą jak marznę i moknę, i z radości chichoczą.

4-9

5-6

6-6

7-6

8-5

Stoi na stacji lokomotywa Flåm

Nasza pierwsza samochodowa przeprawa promowa w Norwegii. Trasa Brimnes – Bruravik. Czas – 15 min. Cena 60 zł. Plus na rzecz Świnoujścia i jego darmowych promów :) Na promie spotykamy dwóch motocyklistów z Gdańska, którzy są na wyprawie dookoła Bałtyku. Tolek podziwia ich motory (brum, brum), oni podziwiają nasz namiot, a ich podziwiają Japonki. W końcu jedna z nich wykazuje się odwagą i podchodząc do maszyny pyta, czy może się z nimi sfotografować. Popełnili błąd grzeczności, bo pozwolili :) i za chwilę przez 5 minut pozowali z pozostałymi 25 paniami Japonkami. I każda na zdjęciu podnosiła w górę dwa palce w kształt symbolu Victory. Obserwowaliśmy ten spektakl z czystą fascynacją i za chiny nie pojmowaliśmy o co chodzi. Czemu Japończycy mają jakiś wewnętrzny przymus fotografowania się ze wszystkim co zobaczą??? Koło ratunkowe, doniczka z kwiatkami, słupek parkingowy, lampa uliczna, drzwi do toalety, kosz na śmieci, kompletnie obcy i niczym nie wyróżniający się motocyklista. Gdy już przedstawienie się skończyło (w oczach chłopaków widziałam lekki niepokój, czy panowie Japończycy też będą chcieli…), wymieniliśmy porozumiewawcze uśmiechy w lusterku bocznym, i zjeżdżamy z promu, każdy w swoją stronę.
Zamiast tunelu wybieramy drogę dookoła góry. Po drodze wodospady, jeziora górskie, serpentyny, i krajobrazy.

2-12
Zachęceni marketingowymi ulotkami kupujemy arcydrogie bilety na górską kolejkę Flåm.

1-15
W kasie okazuje się, że na najbliższe dwa pociągi wszystko już jest sprzedane, więc decydujemy się na kolejkę o 17:20. Przed nami 3 godziny czekania w miejscu, w którym jedyną atrakcją jest kolejka, komercyjne centrum pamiątek, i rejsy po fiordzie.

3-13
Na rejs nie zdążymy, a zbliża się pora tolkowej drzemki. Pakujemy się do auta i postanawiamy uśpić dziecko w najprostszy sposób, czyli jazdą. Wybieramy pierwszą lepszą drogę. Tolek usypia, a my odkrywamy, że jedziemy drogą wzdłuż torów kolejki :) I teraz nasza dobra rada – jeśli będziecie tu własnym transportem, odpuśćcie kolejkę. Autem co prawda nie dojedziecie do samego końca, ale naprawdę niewiele stracicie. Widoki, które i tak wam się ukażą będą oszałamiające. Jeśli jednak pojedziecie kolejką na górę to zróbcie to rano, tak aby później mieć czas na zejście w dół piechotą. Taki spacer polecam ja – wielbicielka widoków górskich do których mogę dotrzeć samochodem, więc musi być on naprawdę niezwykły. Można też wjechać kolejką, a potem zjechać w dół wynajętym na górze rowerem. No i oczywiście można też wejść na górę na piechotę, tylko po co, skoro można wjechać ;)

4-8

5-5

6-5

7-5

8-4

9-4
Na koniec wieczorny posiłek na parkingu. Coś takiego na pewno wzbudziło by komentarze w Polsce, w Niemczech, w Anglii. Tutaj pełen luz. Norwegia ma trochę inny odcień zwiedzania, turyści są bardziej wymięci, ubrani w kilkudniowe rzeczy, a jednocześnie mniej spięci, bardziej serdeczni i otwarci na kontakty.

10-4
Stajemy w Gudvangen. Jest godzina 23 z minutami. Słońce oświetla szczyty gór, u podnóża których się rozbijamy namiot.

11-3

12-3
Oczywiście domyślacie się już co nam szumiało do snu?

13-3

Allemannsretten

Norwegia to wspaniały kraj. Ma ogromne połacie nieskażonej przyrody a do tego obowiązuje tu prawo nazwane Allemansretten. Oznacza ono w dużym skrócie, że korzystanie z przyrody, w tym biwakowanie przez jedną noc, a także zbieranie jagód, grzybów i kwiatów, jest dozwolone na gruntach państwowych i prywatnych, pod warunkiem że nie narusza prywatności innych. W praktyce oznacza to, że można się rozbić wszędzie w odległości 150 m od zabudowań. Jeżeli jest to teren użytkowany, jak pole, łąka czy działka z zabudowaniami, należy zapytać właściciela o zgodę. W innym wypadku niczyja zgoda nie jest potrzebna.

Korzystamy dziś z tego prawa pierwszy raz. Ostrożnie, bo nasz namiot jest zmotoryzowany. Znaleźliśmy ślepą boczną drogę w lesie i rozbiliśmy obóz.

1-14
Zdarzało mi się już spać kątem tu i tam włączając w to, wstyd przyznać, parki narodowe. Zawsze jednak starałem się przestrzegać dwóch zasad wpisanych w Allmansretten: szanować otoczenie i nie zostawiać po sobie śladów.

Chociaż dzisiaj robimy to samo, ten raz jest jednak inny, tak jak inne jest przemykanie chyłkiem od spaceru.

Norwegia to wspaniały kraj.

Location:Simadalsvegen,,Norwegia